Blog > Komentarze do wpisu
Carpe diem

 

Znacie ten dzień, kiedy przychodzi wiosna? Wiem, że znacie. Oto wracasz do domu ze szkoły, z pracy, od kochanki i po prostu czujesz ją w powietrzu. Oddychasz. Jak dawno tego nie robiłeś. Słońce świeci jakoś inaczej, jaśniej. Pośniegowe kałuże mienią się w jego promieniach, płuca pracują głębiej, chciwiej. Delektujesz się nią; jej smakiem i zapachem. Świat nagle wygląda inaczej, lepiej. I choć Twoje życie wcale nie maluje się w samych jaskrawych barwach, dziś się to nie liczy. Zapominasz o całym gównie tego świata i czujesz, że warto żyć dla takich chwil. To dobrze, że są tak krótkie. Inaczej nie byłyby cenne, nie mieszałyby w głowie, nie dawały siły na kolejne dni. Warto je docenić.

Właśnie tak czułem się pewnego marcowego dnia, wracając do domu. Chodziłem wówczas do liceum, a ów dzień, czy właściwie chwilę, pamiętam do dziś. Może dlatego nie warto żyć wszystkim, co nas otacza a czerpać z tego, co tak piękne, choć ulotne? Tego właśnie dnia, powietrze pachniało inaczej, świeżej. Chciało się żyć. W uszach brzmiały gorące riffy „Gone away” Offspring’a. Nagle, tuż przed oczami przemknął mi biker. Jeśli mieszkasz w dużym mieście, pewnie miałbyś to gdzieś. Ale w Starachowicach, to było wydarzenie. Moje miasto jest specyficzne. Mamy prezydenta w więzieniu, który wciąż rządzi zza krat. Długie lata truliśmy Was starym mięsem w kiełbasach z Constaru, nasz nauczyciel od historii molestuje seksualnie uczennice, nasi politycy ostrzegają bandytów, a my, Starachowiczanie, mamy dość kumoterstwa, nepotyzmu i burdelu nie tylko przy Ostrowieckiej.

To naprawdę piękne, że w tak udupionej mieścinie ktoś chciał jeździć. To przecież banalne. Tylko dlaczego 90% z nas, dzwi na dwór otwiera jedynie wtedy, gdy przychodzi listonosz? To buduje. Tego dnia wiedziałem, że i ja po zimie wreszcie ruszę w teren.

 

O tym właśnie dniu myślałem marcowego poranka, rozpoczętego bułką z dżemem i kubkiem mleka. Mgła na zewnątrz była tej samej barwy, co mój napój, który smętnie mieszałem łyżką to w jedną, to w drugą stronę. 2 stopnie na plusie i wiatr urywający głowy. Niemal widziałem, jak turlają się po chodnikach. Głowy starachowiczan wyrwane przez mroźny wiatr tego marcowego, niedzielnego poranka.

Głupio mi było udawać, że nie wiem, iż głęboko w czeluściach dysku mojego komputera, w Excelu zapisana jest cyfra „3”. 3h treningu. Minimum, ściślej rzecz ujmując. Za nic w świecie nie będę biegał, po ostatnim treningu wciąż wchodzę po schodach niczym rubaszny pirat o dwóch drewnianych nogach. Zerkam na nowe klamki Extralite. Wolno piję łyk mleka, zagryzam bułkę. Nawet niezłą. Dżem jest doskonały, śliwkowo - jabłkowy. Domowy. Klamki pozwalają mi doszukać się pozytywów. Zawsze lubiłem ten stan. Choćby łańcuch, czy nowe linki. Pamiętam, jak dostałem awizo z poczty, że klamki czekają. Ok, pójdę po nie z rana, następnego dnia. Nie jestem już tak szalony jak kiedyś, żeby jeszcze dziś po nie dymać. Hehehe.

Jakąś godzinę później, raźno zapierdzielałem w deszczu do pocztowców klnąc, na czym świat stoi. Wcale nie jestem uzdrowiony. Choroba mnie zżera żywcem. A może podświadomie się z tego cieszę? Wiedz, że dobrze być wariatem. Nie czujesz pustki.

Zakładam na siebie dodatkową warstwę odzieży. Dobrze, że zabrałem ze sobą zimowe buty. Mam ochotę całować Gore-Tex’ową membranę, a o ocieplinie Thinsulate pisać wiersze, układać piosenki.

 

W prorządku, ruszam. Jeszcze tylko jeden kęs bułki. No, może przejrzę jeszcze „Gazetę Starachowicką”. Ha, ha!. Teraz już ruszam. Może poczekam tylko do pełnej godziny, będzie trochę cieplej. Ok, jest pełna. Te pół godziny jakoś za szybko zleciały. Czuję, jakby ktoś mnie obserwował i jak nie patrzyłem, przestawiał wskazówki. Tak? To i ja nie będę dłużny. Wyjadę 10 minut później. Ale może 11:10 to za wcześnie i ruszę o 12:00? 11:10 sama w sobie jest jakaś dziwna, nie podoba mi się. W południe będzie raźniej. W ogóle w południe najlepiej jest ruszać. Wtedy na pewno wyjadę.

 

Jadę. Jest spoko. Ram pam bum, bębnię sobie dla dodania animuszu palcami po kierownicy. Wiatr smaga mi twarz, skórę mam całą sino – czerwoną. Mijają mnie kolejne samochody, a ja z tęsknotą odprowadzam wzrokiem ich ciepłe, przytulne wnętrza. Rozgrzewam się na podjazdach i doskonale schładzam na zjazdach. Zauważam, że piasta Chris King denerwuje wioskowe burki. Gonią mnie dosłownie wszystkie, a te uwiązane wściekle szczekają. Ot, taka wartość dodana. Mojego psa piasta nie denerwuje. On jak ją słyszy, po prostu ucieka, jakbym chwilę wcześniej przyłożył mu półtora metrowym kijem po grzbiecie.

Mgła gęsta jak mleko, szczelnie pokrywa moje okulary. Widzę tylko do połowy szkieł, reszty się domyślam. Widoczność na kilkanaście metrów i samotność pariasa.

Wreszcie, hura!, wjeżdżam w teren. W lesie czuć klimat. TEN klimat. Mgły snują się gęsto, przywołując na myśl szkockie wrzosowiska.

Na tzw. “Święty Krzyż” wjeżdżam bocznym, czerwonym szlakiem. Na szczycie okulary parują, nic nie widzę. Później pamiętam single w kierunku Łysicy. Jazda daje mi niesamowity ubaw. Skaczę przez korzenie, ślizgam się w zakrętach i słyszę tylko dźwięk podskakującego na wybojach łańcucha. Zupełnie, jak na starych relacjach TVP ze Skoda Auto Grand Prix MTB. Zabawne, że pamięta się takie rzeczy.

W połowie szlaku spotykam dwóch gości na fullach, ale tylko spinam łydki i atakuję Łysicę. Raz pokonują mnie śliskie kamienie, drugi raz błoto. W najbardziej stromym momencie czuję, jak Race King’i grzęzną w śliskiej mazi.

A mnie odcina prąd. Elektryk bawi się ze mną, raz po raz wyciągając wtyczkę. Robi się zimno, czuję się zmęczony. Góra rozkłada mnie na łopatki. Jestem tylko frajerem na rowerze, który coś sobie ubzdurał.


Nie poddaję się bez walki. Zjeżdżam ją po raz pierwszy prawie w całości. Kiedyś się uda. Musi. Inaczej pomyślę, że się starzeję, a części kupuję dla podbudowania upadłego ego.

Na dole nie czuję rąk. Widzę siebie sprzed 14-stu lat w tym samym miejscu. Stoję na moim Giancie i masuję palce. Czasem chciałbym, żeby moje wcześniejsze ja, mogło zobaczyć późniejsze. Który punkt widzenia byłby jaśniejszy?

 

Na dole jest źle. Staram się zasunąć suwak wyżej, niż jest wszyty. Uderza mnie ogrom wszechobecnej wilgoci, mgła staje się coraz bardziej gęsta. Są takie trasy, które mają bardzo lepkie macki. Chwytają człowieka za gardło i duszą, oplatają umysł. To właśnie taka droga. Na niej przeżyłem największe kolarskie kryzysy. Ring powoli zalewa się krwią, to mój rozcięty łuk brwiowy. Słyszę gong, sędziowie nie są mi przychylni.

W myślach zaczynam liczyć podjazdy. Ile jeszcze przede mną. Najgorszy będzie czwarty, czy może piąty. Czyli byle do piątego. Do drugiej rundy wchodzę podbudowany, staram sie oddawać ciosy. Raz nawet trafiam. Całkiem sprawnie wjeżdżam na górę i… uderze we mnie taka siła wiatru, że prawie ląduję na deskach. Jestem na wypłaszczeniu, drzew brak. Powoli mam dość choć rezerwa, na której jadę o dziwo się nie wyczerpuje. Na pierwszym, czy drugim biegu samochodem do setki się nie rozpędzisz, ale od biedy dotrzesz do celu. Wśród okolicznej ludności na pewno mam status kretyna na rowerze. Wokół żywej duszy, tylko wiatr, mgły, rower i ja. A w niedzielę ogląda się serial, pije wódkę, albo je rosół. Przepraszam, nie wiedziałem.

Myślę o ciastkach, które zostały w domu. Wzgardziłem nimi, a teraz mi odpłacają. “Babcia, ja nie jem już ciastek!”.

Dużo bym teraz za takie dał. Chrupiące, z cukrem. Najchętniej usiadłbym sobie na jakimś zadaszonym przystanku i po prostu posiedział. Tak ze dwa dni.

Wreszcie jest, czekałem na nią. Tablica “Starachowice”. Zostały ostatnie dwa podjazdy. Wchodzę do domu, dalej nic i oto siedzę przy stole, zjadam podwójną porcję obiadu. Potem znowu nic i siedzę w wannie. Jak przez mgłę (sic!) słyszę babcię. Pyta, czy sie nie utopiłem, bo coś za cicho siedzę. Ja pierdolę.

Później dłuuugie nic i leżę w łożku jak kłoda. Budzi mnie głos babci z dołu. Pyta, czy żyję, bo na górze światło zgaszone i jakoś tak cicho.

 

Po powrocie do Warszawy jestem chory. Znów. Nawrót wirusa. Od 3-ech tygodni żyłem na pół gwizdka, byłem osłabiony. Kolejny atak grypy kładzie moje morale na łopatki. Teraz, to już na pewno sezon stracony. Każdy będzie mocniejszy ode mnie. A może dać sobie z tym wszystkim spokój? Siedzę w domu i patrzę przez okno. Dzieciaki grają w piłkę, jedzie samochód, ktoś nawet na rowerze.

Przecież to dno nie mające sensu. Weź się w garść. Trenuj, jeździj, choruj, leż. Baw się, ucz, pracuj, odpoczywaj. Rób coś, miej swoją zajawkę, nie użalaj się. Stać Cię na to, nie straciłeś niczego.

Dobrze jest szukać pozytywów. W sobotę jechałem moim ulubionym wąwozem, by po chwili brnąć po kolana w śniegu. Smierć sprawia, że tak docenia się życie. Dobrze czasem umrzeć, by nie żyć w miałkiej codzienności. Dwa słowa, carpe diem. Banalne, trudne, awykonalne? Chwytaj dzień, bo i tak nie będzie inny, niż teraz.

 

 

Czy drogę przez mgłę pamięta się dłużej, niż cztery treningi na trenażerze?

 



piątek, 07 marca 2014, punkxtr

Polecane wpisy

  • www.punkxtr.pl - przenosimy się!

    Przenosząc sporą część bloga zdałem sobie sprawę, że od 2009 roku włożyłem w niego kupę pracy i... całą masę serca ;-) Od miesiąca piszę, poprawiam, śmieję się.

  • Dobry znaczy martwy

    Siemka, co u Was? Pewnie korzystacie z weekendu i dymacie sobie po górach. Jak zwał, tak zwał. Tym razem nie miałem być Kolumbem i odkrywać nowych, lepszychmożl

  • Numer jeden

    Uchhh... wydaje mi się, że było to za czasów liceum, kiedy kupiłem swój pierwszy rower "górski". W TVP1 trwała krótka, ale interesująca transmisja z zawodów Sko

Komentarze
Gość: kaczko, *.centertel.pl
2014/03/08 22:22:39
Jak zwykle - mistrzowski poziom. A `gone away` zawsze godne polecenia!
-
Gość: Punkxtr, *.dynamic.chello.pl
2014/03/09 15:01:34
Najważniejsze, że od nadchodzącego tygodnia wracam do treningów :-) Dzięki!
-
Gość: Sati, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/03/09 21:57:44
Wróciłem niedawno z lasu. Zachciało mi się jeszcze przejechać naokoło, dodatkowe 3 fajne kilometry, na zakończenie miłego dnia - szybka partia, mały singielek, zakręt 111 stopni (ma oko) i od razu rzeczka i 40 cm kładka po raz (który?) pokonywana z uśmiechem i adrenalinką. Dzisiaj za wolno, z wahaniem. Urwany zaczep do klamry w lewym bucie i złamana obejma od lewej manetki. Śmiać się czy płakać? Samemu zachciało mi jechać jeszcze te 3 kilometry po ciemku bo było mi mało. Czyli się śmiać. Jutro podumam co powiercić, zamienić, skrócić -)
-
2014/03/09 22:05:05
Takie rzeczy się później pamięta, dzięki czemu nie był to zwykły wypad. Za dwa lata będziesz opowiadał, że urwałeś tu klamrę. Doskonale pamiętam, jak ułamałem swoją na maratonie w Zagnańsku ;-)
-
Gość: Sati, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/03/09 22:17:31
Niby tak. Tylko czemu tak często? Rok czy dwa lata temu rozpadły mi się bebechy w lewej manetce co zmusiło mnie do zakupu właśnie uszkodzonych SLX-ów. W tym roku już wracałem z Wykusu z 3 zipami wokół opony bo dętka wyrywała się na świat -). Nota bene dopiero z pół roku temu wymieniłem tą samą lewą zapinkę do klamry w bucie, w której połamałem system odpuszczania paska. A w listopadzie połamał się łącznik wahacza i pokrzywił sworznie - przez to nie pojechałem z Tobą i Danielem na nocny trip -(
-
2014/03/09 22:22:48
Na nocnym tripie było tak zimno, że szybko wróciliśmy do mnie palić ognisko ;-) Teraz pogoda lepsza, powtórzyć go zawsze możemy.
-
Gość: Sati, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/03/10 23:40:06
Idzie ku pełni. W sam raz.
-
Gość: Rafał, *.starachowice.vectranet.pl
2014/03/12 16:54:29
Świetne pióro.Zacne teksty.Świetnie się czyta.Też jestem ze starachowic (celowo małą literą).
-
Gość: Punkxtr, *.dynamic.chello.pl
2014/03/12 19:00:13
Dzięki Rafał. Jeździsz po okolicy?