Blog > Komentarze do wpisu
Sens życia wg samego siebie

Jesteśmy w Kalifornii. Oragne County, Huntington Beach. Ciepełko, gorący piasek, palmy i tafla błękitnego oceanu. Dookoła tłum skąpo odzianych lasek na rolkach. Dziewczyny, dla Was są napakowani surferzy. To nie sen, przestań się szczypać.

Czwórka młodych chłopaków wiedzie tam mniej, lub bardziej zwyczajny żywot. Przekrój tej paczki może być zaskakujący. Jeden jest woźnym w szkole, drugi to nieźle zapowiadający się naukowiec, trzeci skończył szkołę i szuka roboty. Łączy ich wspólny mianownik: kochają rocka i w wolnym czasie starają się podrabiać kawałki NOFX i Dead Kennedys. Gorzej, lub lepiej, lepiej, lub gorzej.

Kończysz liceum i życie wydaje Ci się być bardzo proste. Lekcje, wagary, trochę zgranych kumpli i kupa wolnego czasu. Nie wiesz co to fejsbuk, nie słyszałeś o Google, nie masz komórki. Rodzice uciułali nieco grosza i na bazarze kupujesz swój pierwszy rower prosto z kolebki MTB, Chin. 

Chłopaki mieli trochę szczęścia i wydali swą pierwszą płytę, sprzedaną w 3000 sztuk. Kim byliby bez pasji; wydają drugi krążek. Na promocyjny koncert przychodzi setka fanów i ludzie z rodziny. Ostre dźwięki gitar zagłuszają natrętne myśli. Ostatecznie album kupuje 100 000 osób.

Jesteś na studiach. Właśnie odkryłeś, że przyjaźnie z liceum wcale nie były trwałe, a patrząc na grupową fotkę z pierwszej klasy za cholerę nie jesteś w stanie sobie przypomnieć, jak nazywa się ta dziewczyna z drugiego rzędu. W sumie ta z pierwszego też. Jesteś niczym Pizarro i odkrywasz białe plamy na mapie. Poza Twoją mieściną istnieją również inne, bardziej zaawansowane cywilizacje. Studiujesz, więc otwierasz kolejną butelkę piwa. 

Smakuje świetnie. Browar na plaży Huntington Beach nie może być zły. Chłopaki mimo wszystko postanawiają nagrać trzeci krążek. Być może ostatni. W końcu trzeba robić coś w życiu. Nawet, jeśli jest się woźnym, lub kończy doktorat, jak Dex. Jest 8 kwietnia 1994 roku, a światu ukazuje się Smash. Prawdziwe grzmotnięcie, jak w tytule. Rozgłośnie nakręcają jeden hit za drugim. Album sprzedaje się w milionach kopii i do dziś pozostaje niepobitym rekordem wśród niezależnych wytwórni. Teledyski non stop lecą w największych stacjach telewizyjnych. Noodles wciąż jest woźnym w szkole. Na przerwach kiedy sprząta rzygowiny, dzieciaki podchodzą do niego i wołają: "Hej, panie Noodles, widzieliśmy pana dziś rano w MTV!".

Na nowo poznałeś rower. Dowiedziałeś się też, czym jest dorosłość, choć wciąż zachowujesz się jak gówniarz. Kręcisz sobie na bajku, jest przezajebiście. Wyróżnia Cię to spośród innych pijaczyn. Co prawda nie śmiejesz się już, kiedy widzisz nagą dziewczynę, ale gumy wciąż kojarzą Ci się tylko z Continentalem w wersji Supersonic. Będziesz taki sam, jak reszta z Twej wioski. Dziecioróbca bez perspektyw. Na szczęście alarm zostaje odwołany, ale nie jesteście już razem. Idziesz na rower i masz poczucie, że robisz coś wyjątkowego.

(...)

Czytałem ostatnio artykuł o The Offspring. Chłopaki w wieku 20-stu kilku lat znaleźli się na szczycie. Mieli swą pasję, ale i upór oraz determinację. Noodles od dawna nie jest już woźnym, Dexter nie ukończył pracy doktorskiej. Oprócz tego, że dziś są milionerami, łączy ich jeszcze jedno. Konsekwentność działania. Nie ma nic gorszego, niż człowiek bez pasji. Albo taki, który ma ich dziesięć, ale tak naprawdę to tylko zainteresowania, dzięki którym chciałby się wyróżniać. Bo w głębi serca wie, że jest dokładnie taki sam, jak milion osób mu podobnych. Uwierzcie mi, prawdziwa pasja to coś pięknego. I znam takich ludzi. Jest ich aż dwoje.

Zacząłem się zastanawiać, co ja robiłem w ich wieku. Czy było to coś równie znaczącego? Czy samo jeżdżenie rowerem daje Ci poczucie, że robisz coś ważnego?

Byłem na TransCarpatii...

Przeżyłem BikeChallenge:

Wygrałem maraton u Galińskiego...

Jeździłem we mgle:

I w palącym słońcu:

Szosą:

I w terenie:

Sam:

I w grupie: 

 

To całkiem fajne życie. Jeśli wciąż zastanawiasz się nad wartością swojego, przestań. Rób dalej to, co kochasz. Przed nami jeszcze długa droga.

 

Wyglądam przez okno, zza chmur przebija się słońce. Z głośników płynie hymn mojej młodości, Smash. Wyłączam komputer.

Idę na rower.



niedziela, 16 marca 2014, punkxtr

Polecane wpisy

  • www.punkxtr.pl - przenosimy się!

    Przenosząc sporą część bloga zdałem sobie sprawę, że od 2009 roku włożyłem w niego kupę pracy i... całą masę serca ;-) Od miesiąca piszę, poprawiam, śmieję się.

  • Dobry znaczy martwy

    Siemka, co u Was? Pewnie korzystacie z weekendu i dymacie sobie po górach. Jak zwał, tak zwał. Tym razem nie miałem być Kolumbem i odkrywać nowych, lepszychmożl

  • Carpe diem

    Znacie ten dzień, kiedy przychodzi wiosna? Wiem, że znacie. Oto wracasz do domu ze szkoły, z pracy, od kochanki i po prostu czujesz ją w powietrzu. Oddychasz. J

Komentarze
Gość: Sati, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/03/17 18:06:53
Idę tam gdzie lubię, nie idę gdzie nie lubię. Warto być szczęśliwym z dzisiejszego dnia. Nie zastanawiam się czy dobrze zrobiłem to co zrobiłem. Staram się robić to jak najlepiej potrafię. Z pasją?