Blog > Komentarze do wpisu
Just do your job - Daleszyce

Pierwszy maraton w sezonie zawsze budzi emocje. A przynajmniej powinien. Bo jeśli nie, to po co w nim uczestniczyć? Zawsze czekałem na kwietniowe ściganie. Pamiętam starty w upale, w deszczu, a nawet w śnieżnej zadymce. Trasa wokół Daleszyc spodobała mi się już za pierwszym razem. Ot, taka nieco inna forma miłości. Ciekawe, czy dwustronnej?

Jak mówią doświadczeni, żeby jeździć, trzeba jeździć, więc jak co roku, solidnie przygotowywałem się do sezonu. Biegając po ciemku w pełnym błota lesie, często czułem się jak szczur. Brak słońca, wielokrotnie chęci. Ale robiłem swoje i wiedziałem, że będzie dobrze. W przeddzień maratonu, usiadłem sobie na trawie i zacząłem przygotowywać rower. To dla mnie swoisty rytuał, bez którego chyba bym nie wystartował. Brunox na golenie SID-a, następnie cienki filtr smarujący z Finish Line Stanchion Lube. Po kropli teflonowego oleju na każdy ze sworzni obu przerzutek. Delikatna warstwa silikonowego smaru Shimano SIS SP41 na linki. Troszkę Rohloff’a na wszystkie, błyszczące ogniwka seksownie nawiercanego łańcucha. Nieco seledynowego Dura Ace na sprężyny pedałów. Chwytam za klamki, zmieniam biegi. Echh, jak to pięknie działa. Ocieram łzę szczęścia spływającą po policzku. Ferment zasiewa tylko przednia XTR FD-M952, która z racji swojego wieku nie działa już tak, jakbym sobie tego życzył. Nowa XTR z serii 980 niestety nie dotarła na czas. Zawsze ciężko mi pozbywać się sprzętu, którego używałem. Patrzę na „szaraka” i widzę te wszystkie maratony. O, na wózku ma nawet ślad od patyka, który zaklinował się kiedyś między zębatką a wodzikiem, robiąc mi singla z roweru. Pamiętam każdy jeden wypad, na którym mi towarzyszyła. Dziwnie jest tak po prostu ją wykręcić i sprzedać. Ściemnia się, czas uciekać do domu. Brr…, łapie mnie dreszcz.

Przed startem trzeba się dobrze wyspać. Zakładam na nogi skarpetki kompresyjne i piję ostatnią porcję carbo. Lecz zanim zgaszę światło, muszę zrobić coś jeszcze. Odpalam fejsa i wyzywam swoich jutrzejszych oponentów od lamusów. Że ten wyścig oddzieli chłopców od mężczyzn. Że ich dojadę. No, dobra robota. Zamykam komputer i idę spać.

 

W nocy budzą mnie dreszcze. Koszulkę mam całą mokrą, jest mi zimno. Po plecach przebiega mi dreszcz, ale tym razem chyba ze strachu. Odkręcam kaloryfer ma maksa i staram się zasnąć…

 

Rano jest źle. Czuję się fatalnie. Dobrze, że pogoda jest przynajmniej znośna. Nie czuję się na siłach, żeby cokolwiek zjeść. Dzwonię do kumpla.

- Maciek, ja raczej odpuszczam ten wyścig. Chory jestem.

- Co ty pierdolisz. Jesteś lamusem, masz jechać. Zniszczę Cię.

- Ok., może pojadę.

 

Cóż, przekonał mnie. Wsiadam w samochód. Gdy mijam Świętą Katarzyną, mam przed sobą spektakularny widok na Góry Świętokrzyskie. Jeden z moich ulubionych. Chmurzy się. Gdzieniegdzie być może nawet pada. Przed Samymi Daleszycami wychodzi słońce. Robi się naprawdę przyjemnie.

W biurze odbieram pakiet startowy i idę się przebrać. Rynek jest w całości zaanektowany przez kolarzy. Pamiętam jak, kilka lat temu widziałem tu jeszcze rowery na V’kach, starych, sprężynowych Judy i niezapomnianych ramach od Authora. Dziś ciężko o taki widok. Słyszę terkot piast DT, brzdękanie łańcuchów po tytanowych koronkach XTR-a, chlupot oleju w Lefty’m. Cóż, ta choroba dawno dosięgła i mnie. Daleszyce będą poligonem dla zestawu hamulcowego od Extralite i piast od Krzyśka ze Stanów.

 

Po rozgrzewce czuję się trochę lepiej. Powiedziałbym, że nawet nieźle. Wchodzę do sektora. Dookoła te same, stare dobre twarze. Na kilka sekund przed startem tętno skacze z 62 na 120 uderzeń. Ruszamy.

Tempo jest dziwnie niskie. Pamiętam, jak ścigaliśmy się tu z Rutkiewiczem. Hr poniżej 180 nie schodziło. A teraz maksymalnie 160 - kilka. Wjeżdżamy do lasu, trzymam się w ścisłej czołówce, ale zaczyna mi się jechać ciężko. Koła grzęzną mi w piasku, trudno manewrować mi rowerem. Mija mnie pierwszy z wyzywanych wczoraj kolegów. Łapię przez to wiat w skrzydła i gonię. Cały czas mam go w zasięgu wzroku. Niestety nie mam siły, żeby go dojść. Cóż, przynajmniej Maciej jest gdzieś z tyłu. Chwilę później wyprzedza mnie na zakręcie.

- Co tam, ziom?

- Spieprzaj, lamusie, chciałbym rzec. Ale nie. – Aaa, słabo jest.

Jedziemy razem, koło łapie nam trzeci gość. Wyraźnie odstaje na zjazdach, gdzie puszczam klamki i daje się ponieść krętej ścieżce w wąwozie. Słyszę za sobą tylko terkot piasty Maćka. Nasz cień został w tyle, ale dogania nas na szutrowej prostej. Prowadzę nasz peleton, wjeżdżamy na kamienisty singiel, akcentujący się sztywnym podjazdem. Cisnę ze środka i wydaje mi się, że jest mocno. Jednak prawą z łatwością mija mnie Maciek. Nie powiem, jestem zły, ale staram się trzymać koło. Idzie mi to jednak coraz gorzej. Chłopaki uciekają mi na jednym ze zjazdów. Coraz mocniej ściskam klamki, czuję się niepewnie na prostym odcinku. Wyraźnie widzę, że jest coraz gorzej.

 

Wjeżdżam w nieodkryty dotąd singiel. Cóż, Maziemu udało się mnie zaskoczyć. Pięknie tu. Nagle mam przed sobą ściankę po trawie. Widzę Maćka na samym szczycie. Mam dość. Redukuję na 22T, ale łańcuch tylko charczy. XTR nie radzi już sobie ze zrzucaniem pod takim obciążeniem. Na górze jestem ugotowany. Przypomina mi się mój pierwszy start w Daleszycach i walka z myślami. Tym razem jest jednak gorzej. Nie widzę żadnego punktu zaczepienia. Na 30-tym kilometrze decyduję się wycofać z dalszej „walki”. Mijają mnie coraz dziwniejsi ludzie.

 

Ale uwierzcie mi, że wycofać się wcale nie jest łatwo. Najchętniej zrobiłbym to wtedy, gdy nikogo nie będzie widać. Czmychnę sobie szybko cichaczem do lasu i rozłożę się na trawie. Jak na złość, ciągle mam kogoś w zasięgu wzroku. W końcu mówię pass. Dojeżdżam do asfaltu i pytam strażaka o drogę. Facet nie umie mi pomóc, jest z Kielc. Zrezygnowany siadam na asfalcie, wyciągam klucze i dokręcam tytanową śrubkę od koszyka, który dzwoni mi od kilkudziesięciu km. doprowadzając do szału. Podchodzi do mnie jakiś dzieciak.

- Co się Panu zepsuło?

- Nogi mi się zepsuły.

- A ja widziałem, że jednemu Panu zepsuł się amortyzator, bo jechał z jedną częścią!

- To był Lefty, chłopcze.

 

Wstaję i zmuszam się do wejścia na rower. Po krótkim podjeździe, koło wieży obserwacyjnej stoi jakiś autochton.

- Czy dojadę tędy do Daleszyc?

- Tak!

 

O dżizas, co za ulga. Odbijam sobie w leśny asfalcik, mam cały czas w dół. Jak wspaniale! Dojadę sobie niedostrzeżony do samych Daleszyc, a tam już jakąś okrężną drogą dotrę cichaczem do samochodu. Jak to dobrze, że nikt mnie nie widzi… i już po chwili słyszę wściekły warkot motoru, po czym cała czołówka wyjeżdża własnie na mój asfalcik. Głupio na nich patrzę i niemal pogwizdując szuram butem po piasku.

- Co jest, punk?

- Aaa, nic. Jeździe, jedźcie…

 

Nagle, słyszę donośny, kobiecy głos:

- Grzeeeeeesiuuu! GRZEEEESIUUUU! Aaaaaaaahahahahahihihihihi!

To Agatka, dziewczyna Maćka. Cóż za niebywałe zrządzenie losu.

- A co się stało?

- Nic, nie dojadę chyba do mety.

- Wsiadaj, podwiozę Cię.

- Nie, aż tak źle nie jest – mówię ledwie żywy.

Okazuje się, że Maciek zaliczył glebę i zniszczył koło. Nigdzie już nie pojedzie. Jestem szczęśliwy i uśmiech wraca na mą twarz. Pakuję rower do Audi Agatki i jedziemy po chłopaka. Chowam się na siedzeniu i wyskakuję z głośnym „Taadaaaaam!!!”

Śmiejemy się, jak nigdy. Dwóch lamusów wraca autem na daleszycki rynek. Jak nas znam, to do końca życia będziemy sobie to wypominać.

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze, chciałoby się rzec. Gdy w domu zerknąłem na wykres tętna z Polara, włosy stanęły mi dęba. Równia pochyła. Co było przyczyną? Jednodniowa grypa żołądkowa?

 

Chyba wydziaram sobie na mostku moje nowe motto od Marka Galińskiego. Just do your job. Proste i celne. Tylko dlaczego tak trudne do zrealizowania? Ale właśnie dlatego jeździmy. Jest ciężko, źle, nie jeden i nie dwa razy mamy ochotę to rzucić w diabły. A dusza nie znałaby tęczy, gdyby oczy nie znały łez. 

niedziela, 27 kwietnia 2014, punkxtr

Polecane wpisy

  • Glebogryzarka, czyli relacja z maratonu ŚLR w Zagnańsku (22.07.2012)

    Co by tu... Tak, zdecydowanie tak. Dawno nie było na blogu relacji z maratonu ;-) Racja, ileż można, ale ostatni wyścig obfitował w zdarzenia na tyle ciekawe, ż

  • Przygody pilota Pirx-a, czyli XC w Pińczowie

    Cześć! Muszę się Wam przyznać, że ostatnio dopadło mnie zmęczenie. Na pewno wiecie o co chodzi; człowiek widzi nagle 100 wymówek dobrych do tego, aby ni

  • Jeziorka

    Jeziorka to taka mała mazowiecka rzeczka, która urzekła mnie 4 lata temu, kiedy to pierwszy raz wjechałem na niebieski szlak. Typowo mazowiecki jesienny krajobr

Komentarze
Gość: skydancer, *.warszawa.vectranet.pl
2014/04/27 19:39:08
Zastanawiałem się czy brak aktywności na blogu spowodowany jest tym, że jeszcze kończysz trasę w Daleszycach ;) Tekst o amortyzatorze neizły, ale nie dziwię się temu chłopcu, bo sam dobre lata temu jak zobaczyłem po raz pierwszy zdjęcie roweru z Leftym, to mocno się zastanawiałem co jest nie tak z tym rowerem...
-
Gość: Punkxtr, *.dynamic.chello.pl
2014/04/27 20:08:11
Wczoraj wieczorem dojechałem do mety, ale nie załapałem się już na bufet. Wszyscy się jakoś szybko zawinęli tym razem. Wrażenia spisane więc na świeżo ;-)