Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
niedziela, 16 listopada 2014
www.punkxtr.pl - przenosimy się!

Przenosząc sporą część bloga zdałem sobie sprawę, że od 2009 roku włożyłem w niego kupę pracy i... całą masę serca ;-) Od miesiąca piszę, poprawiam, śmieję się. Świetnie było znów przeżyć te same przygody co kiedyś. Czuć to, co wówczas czułem. Dzisiejszy krótki wpis jest ostatnim na tym blogu. Przenoszę się na własną (oby lepszą) stronę i mam nadzieję, że Wy razem ze mną. Zapraszam Was na:

 

http://punkxtr.pl/

 

 

Zupełnie nowy projektem jest wortal o nieco przewrotnej nazwie NieOceniam.pl

Nie oceniam... po opakowaniu rzecz jasna. 

W założeniu będzie to interaktywna (mam nadzieję, że wkrótce największa w Polsce) baza wymiany danych n/t produktów rowerowych. Liczę na Waszą pomoc i zapraszam na:

 

http://nieoceniam.pl/

 

 

Dziękuję wszystkim za te kilka lat tutaj. Archiwum zostaje dla potomnych i do zobaczenia na nowych stronach.

 

piątek, 22 sierpnia 2014
Chain Juice; detronizacja niemieckiego kruka?

(...)

Zjeżdżali szybko (ale zachowawczo!) wyżłobioną strumieniami wody drogą. Teraz suchą jak pieprz, którego pieczenie czuli nie w ustach, ale na skórze od palącego, letniego słońca. Ich technika daleka była od ideału, ale tam wcale o to nie dbali. Częściej zamiast delikatnych muśnięć klamek, czy skoków przez przeszkody, dawali popis efektownych, ale mało efektywnych uślizgów tylnych kół, wzniecających tumany lepkiego kurzu. Zimny strumień szemrzącej wody oblał ich rowery, łydki, skropił brudne twarze. Twarze krzyczące: „Jeszcze!". Błyszczące rolki łańcucha krzyczące: „Oleju!". Nie byli ludźmi obojętnymi na takie wołania, o nie! Zaczęli grzebać w kieszeniach swych znoszonych, za dużych, kolarskich koszulek.

Odsuwali zamki poprzecieranych, tanich plecaków w poszukiwaniu życiodajnego płynu. W świetle słońca zabłyszczały pierwsze krople słomkowej barwy „oleju do maszyn do szycia i urządzeń precyzyjnych". Przelewał się ciemnozielony (skrzętnie oszczędzany tylko na wypady z kumplami), szpanerski Finish Line o zabójczo sexownej nazwie Cross Country.
Jeden z nich, wyciągnął wtedy charakterystyczną, słynną buteleczkę i zdjął zatyczkę. Gęste, bursztynowe krople leniwie spływały na rozochocony łańcuch. Równie gęste potoki śliny spływały z rozdziawionych paszcz pozostałych uczestników wypadu. Jeden chyba płakał, ale to były łzy szczęścia! Pierwszy raz w życiu widzieli Rohloff'a, czuli jego ciężki, zawiesisty zapach. Powiało zachodem, Pewexem, lepszym światem.

(...)

Od dawien dawna kolarska brać MTB uważa, iż olej niemieckiej manufaktury spod znaku czarnego kruka to Święty Graal. Co prawda nie idealny, ale (z grubsza!) najlepszy z wielu, bo ideału przecież nie ma. Powiedzcie, że jestem szalony, ale lubię zapach rowerowej chemii. Oleje ukochałem sobie szczególnie. Niezwykle cenię ostry, pobudzający (z teflonową nutą) Finish Line „Dry", ale za głęboką, dostojną wonią zielonego XC jestem w stanie skoczyć w ogień. Zawsze wąchałem książki, gazety, benzynę, więc dlaczego nie to. Rohloff jest pod tym względem subtelny i stonowany; przypomina mi dojrzałe zboże. Taki zwiewny zapach na co dzień. Od wielu lat używam właśnie tego specyfiku, a w domu stoi mi litrowy baniak, z którego będę korzystał chyba całe życie. Swego czasu nabyłem zapomniany, niechciany przez nikogo podajnik oleju „Lubmatic", który po dość długim okresie docierania dopasowałem idealnie do swoich (oraz roweru, rzecz jasna) potrzeb. Przestałem go już zdejmować z ramy i dzielnie służy mi tak, jakbym sobie tego życzył, oraz wzbudza żywe zainteresowanie chyba większości spotkanych rowerzystów, a także osób postronnych.

Rohloff Lubmatic:

Jestem tradycjonalistą, nie lubię zmian i kiedy coś działa dobrze, to nie szukam na siłę uszczęśliwiających mnie nowości. Dlatego, gdy odebrałem telefon od Piotra, który zapytał mnie: „Grzegorz, a może chciałbyś przetestować masz nowy olej?", stwierdziłem: „czemu nie?", ale i nic więcej.
Choć przyznam, iż przemyśleń miałem wiele. Wprowadzenie na specyficzny, polski rynek nowej linii chemii rowerowej, to pomysł dość karkołomny. U nas idealny olej do łańcucha winien kosztować nie więcej jak 2-3 złote za 100 ml., mieć możliwość dożywotniej, bezpłatnej dolewki jak Cola w jednej z sieciówek, posiadać kolorowe opakowanie i jakieś fajne, angielskie słówko w nazwie. W dodatku bez nachalnej, uporczywej, długotrwałej (i drogiej) reklamy się nie obejdzie. Wystarczy popatrzeć na Muc-Off. Ciekawe, czy cokolwiek się na tym zarabia.

Pewnego pięknego dnia wsiadłem na rower i bezpardonowo, ze swoim Lubmatic-iem pojechałem po olej. Juice Lubes to linia produktów od wyspiarzy. Całkiem świeża, bo firmę założono w 2009 roku, a pierwszym produktem był preparat do konserwacji lag amortyzatorów a'la słynny u nas Brunox. Marka powstała co prawda z inicjatywy ciężej jeżdżących rowerzystów, ale każdy powinien znaleźć tam coś dla siebie. Linia olejów obejmuje 5 produktów:
- Dry na suche warunki
- Wet na mokre
- Ceramic na suche, a także umiarkowanie mokre
- Wax na suche (wg producenta poradzi sobie również w mokrych)
- Viking, czyli olej uniwersalny.

 

 

Z pudełka:

Do testu otrzymałem wersję Ceramic. Dozownik jest dość duży (130 ml.); dla porównania Rohloff rozlewany jest do 50-cio ml. pojemniczków. U góry posiada nakrętkę, a na etykiecie można znaleźć informację, iż specyfik jest „Z dumą produkowany w Wielkiej Brytanii'. Sam olej jest rzadki, konsystencją przypomina nieco mleko. Szczerze mówiąc, dla mnie olej winien być olejem a nie zupą, przez co do tego typu wynalazków podchodzę bardzo nieufnie. Udałem więc zadowolenie i przy akompaniamencie skapującego Rohloffa na mój łańcuch, z marsową miną odjechałem w siną dal.

W domu zrobiłem szybkie porównanie ze wspomnianym niemieckim produktem, oraz czerwonym Finish Line z dodatkiem Teflonu. Wylałem po kropli każdego ze specyfików na kartkę papieru i... organoleptycznie Rohloff jest najbardziej śliski, oraz najgęstszy. Bardzo długo utrzymuje się w stanie skupionym. Będący przedmiotem tego testu Ceramic na palcach zostawia również śliską powłokę (choć w mniejszym stopniu, niż poprzednik), natomiast w papier wsiąka bardzo szybko. Pozostawia jednak na powierzchni sensowną warstwę smarującą. Finish Line Dry szybko wsiąka i odparowuje, zostawiając teflonową powłokę, która jednak w dotyku jest zaskakująco „szorstka". Sam zapach oleju Ceramic jest mało inwazyjny; najbardziej przypomina mi woń plastikowych okładek na książki, jakie xx lat temu kupowało się do szkoły.

Od lewej: Rohloff, Chain Juice Ceramic, Finish Line Dry

Olej miałem zaaplikować na łańcuch KMC X-10 SL, który pokryty jest śliskim azotkiem tytanu. Podobne pokrycia stosował kiedyś choćby Rock Shox na swoim słynnym (i kultowym!) SID-zie Race Titanium. Reszta mojego napędu to tytanowe koronki Carbon-Ti w korbie, oraz równie tytanowa kaseta, złożona z 2 pająków kasety XTR serii 970, oraz zębatek Recon (także pokrytych złotym azotkiem tytanu). Łańcuch wrzuciłem w maszynkę Finish Line i kilka razy potraktowałem odtłuszczaczem, aż do wywalenia wszelkiego brudu. Po kilku godzinach, gdy specyfik odparował, zaaplikowałem olej. Producent zaleca, aby używać go w niewielkiej ilości, dlatego na każde błyszczące ogniwo upuściłem po jednej, choć mimo wszystko obfitej kropli. Nazajutrz, kiedy olej zdążył już dokładnie spenetrować wnętrze rolek, pieczołowicie wytarłem łańcuch do sucha czystą szmatką.

Gotowy do jazdy: łańcuch po aplikacji oleju i usunięciu jego nadmiaru

 

W terenie:

Pierwszy test był krótki i dość łagodny, gdyż przejechałem tylko kilkanaście kilometrów szosą. Producent na naklejce „wali po oczach" komunikatami o cudownych właściwościach swojego oleju. Zastosowane składniki mają jakoby redukować tarcie i poprawiać jakość zmiany biegów, które stają się płynniejsze i bardziej ciche. Łańcuch rzeczywiście nie jest głośny i nie wydaje żadnych nieprzyjemnych dźwięków. Nie widzę jednak żadnej przewagi nad poprawnie (!) zaaplikowanym Rohloff-em, choć jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Preparat działa tak, jak powinien, czyli po prostu nie zwracam uwagi na łańcuch. W domu postanawiam przyjrzeć się swojemu KMC. Łańcuch złapał nieco brudu, rolki są czarne. Czerwony Finish Line po takiej jeździe zachowałby się inaczej, jednak w mojej opinii nadaje się on do smarowania przegubów przerzutek czy linek, bo z łańcucha (nawet na szosie) znika po kilkudziesięciu km. pozostawiając nieprzyjemne popiskiwania. Po Rohloff-ie z kolei, brud byłby bardziej zbity. Ceramic pozostawia rzadszą warstwę. Sam brud mnie nie dziwi, a nawet cieszy. To w końcu rower MTB (nawet, jeśli jadę szosą) a nie warunki laboratoryjne. Widać, że olej utrzymuje się na łańcuchu i działa. Dla mnie jest ok. choć wydaje mi się, że mogłem zaaplikować go znacznie mniej.

Łańcuch po kilkunastu kilometrach jazdy szosą:

Następnego dnia ruszam na kilkudziesięciokilometrowy wypad w piaszczysty teren. Na wszelki wypadek zabieram buteleczkę ze sobą gdyż wydaje mi się, że bądź co bądź, rzadki olej w takich warunkach szybko zakończy swój żywot. Opakowanie jest dość duże i ciężkie, zabiera sporo miejsca. Pod względem „wycieczkowym", bardziej poręczna (czyt. mniejsza) jest konkurencja.


Mimo utopienia roweru w rzece i traktowania napędu dużą ilością suchego piasku, łańcuch nie wymagał dosmarowania. Zmiana biegów przebiegała cicho i sprawnie, buteleczka okazała się być zbędnym balastem. Choć być może nie do końca, bo przydała się do łańcucha mojej Dziewczyny. Która jednak zaaplikowała znaczną ilość specyfiku, przez co cały łańcuch był czarny, w rzadkiej mazi. Należy więc uważać, aby dozować olej bardzo oszczędnie, co ma również swoje znaczenie ekonomiczne. Po ok. 80 km. łańcuch był brudny, jednak w znacznej ilości był to kurz a nie piasek, który lubi łapać gęsty Rohloff. W kwestii częstotliwości aplikacji, Chain Juice zachowuje się podobnie, jak niemiecki odpowiednik. Olej naprawdę dobrze osadza się wewnątrz rolek, tworząc mocno przylegającą powłokę smarującą. Cóż, muszę przyznać, że pod tym względem byłem zaskoczony. Kałuże, czy niewielki deszcz nie robią na oleju większego wrażenia; dość ciężko jest go wypłukać. Nie jest to więc preparat wyłącznie na suche warunki; mokre nie spowodują śmierci napędu. Producent całkiem trafnie umieścił go w hierarchii swojej linii. Na ultra-błotniste wyrypy mamy jeszcze oleje Viking, oraz Wet.
Jeszcze rzut oka na cenę: 49,90 zł. wydaje się być wygórowaną wartością, ale należy pamiętać, iż otrzymujemy opakowanie o pojemności 130 ml. Cena 50 ml. Rohloff-a to ok. 19.90 zł. (na Allegro) za oryginał; ew. 13,99 za olej rozlewany do opakowań zastępczych. Daje nam to praktycznie tę samą kwotę.

Chain Lube Ceramic po ok. 80 km.:

 Rohloff po podobnym przebiegu:

Podsumowanie:

Powiem Wam szczerze, że mam u siebie w domu wiele okołorowerowych produktów, które dostałem do testów i sobie leżą. Bo test skończony, a obiekt nijaki. Tak więc stoją, leżą i wiszą a ja nie za bardzo wiem, co z nimi zrobić. Używać ich nie chcę, wywalić jednak szkoda. Może sprzedać? Tylko czy napisać, że są do kitu? Swego czasu jeździłem na pedałach Ritchey WCS Paradigm. Ścierwo najgorszego sortu, nie boję się tego mówić. Ze złości napisałem artykuł, zamieściłem na jednym z portali, kwitując go mniej więcej tymi słowami: „Pedały winny nazywać się Ritchey WTF, wtedy miałbym dla nich więcej zrozumienia". Przeprosiłem się z XTR, produkt od wąsatego Tom'a został wystawiony na aukcji. W opisie dałem link do mojego artykułu. Tego samego dnia kupił je facet, który mimo szczerego odradzania WCS-ów, twardo mówił, że po prostu chce te i żadne inne. Tak więc być może każdemu wg potrzeb.


Tak czy owak, olej Ceramic stoi u mnie na półce. Nie będę ściemniał, że zdemontuję smarowniczkę, a baniaczek Rohloff'a z szafki pójdzie w odstawkę. Dalej będę jeździł z buteleczką z zieloną zakrętką. Z Chain Juice będę jednak korzystał, aż się zużyje. Ten olej naprawdę jest tego wart i ciężko nawet na siłę znaleźć jego minusy. Trudno mówić, że jest alternatywą. Wg mnie stoi dokładnie na tej samej pozycji, co nasz Święty Graal. Którego użyjecie, zależy od Waszych przyzwyczajeń, wyznań, uwarunkowań historycznych, czy po prostu tego, co aktualnie znajdziecie na półce w sklepie. Rohloff to klasa sama w sobie. Marketingowo jest produktem, który de facto nie potrzebuje reklamy, bo sprzedaje się sam. Z Juice Lubes w naszym kraju jest inaczej i tak naprawdę dla sprzedawcy, jak i nas, użytkowników, to jego jedyna wada.

 

Werdykt:

+ bardzo oszczędny i wydajny
+ łatwe, szybkie dozowanie
+ świetne, długotrwałe działanie
+ duże opakowanie do domowego serwisu
+ kryje rolki szybciej, niż gęstsze odpowiedniki

- wysoka cena przy jednorazowym zakupie (choć finalnie jest niemal identyczna, jak konkurencja)
- mało poręczne opakowanie na trasie, gdy nie używamy plecaka
- łapie brud podobnie jak oleje typu „wet" (ale w mniejszym stopniu i przez to działa!) 

Ocena: 5++/6 pkt.

wtorek, 03 czerwca 2014
Projekt Bitul. Dobre, bo polskie?

Rowerzyści dzielą się na 3 grupy. Tych, którzy wszelkie naprawy sprzętu zlecają serwisom, tych, którzy próbują coś zrobić, ale im nie wychodzi (psują) oraz tych, którzy wszystko bądź większość robią sami. W każdej z tych grup występują jeszcze określone podgrupy. To np. rowerzyści świadomi i nieświadomi. Czyli tacy, którzy wiedzą co im się mogło zepsuć, jakich narzędzi szukać oraz ci, którzy używają „rowera” z 30-stoma przerzutkami i nie potrzebują się babrać w smarze, by rozkręcić „pedałka”. Bywają także bikerzy próbujący upchnąć klucz do wolnobiegu w miejsce kasety, odkręcić suport żabką, a linki obcinają młotem i przecinakiem, bo wiedzą lepiej.

Ja sam byłem kiedyś takim „psujkiem”. Przykładami mógłbym sypać z rękawa. Choćby wtedy, gdy nagle zapałałem olbrzymią chęcią odkręcenia korby w swoim rowerze. Gdy półgodzinne walenie w zębatki młotem nie pomogło, kupiłem w sklepie stosowny klucz. Nie mając pojęcia jak go używać, starałem się wykoncypować najlepszą opcję, po czym… wyrwałem gwint z korby, oraz z klucza. Centrowanie, (do dziś nie wiem dlaczego), nie poszło mi lepiej. Co prawda pojęcie o tej sztuce miałem takie samo, jak o pilotowaniu wahadłowca Discovery, jednak kto nie próbuje, ten nie zyskuje, nie? Pot rosił me czoło tak samo od piekącego słońca, jak i widoku coraz ciężej obracającego się w widełkach koła. Tuż przed zachodem dokonałem dzieła, tj. koła nie dało się już obrócić. Oddać go do fachowca również nie bryklo sensu, po poukręcałem większość nypli.

Tak czy owak były jednak dwa klucze, które naprawdę kochałem, a one odwzajemniały tę miłość. To młotek i kombinerki, nieodzowne przy operacjach mego Granda.

 

Czasy się zmieniały, uczyłem się na błędach i zniszczonych częściach. Tak, nie urodziłem się z fachem w ręku. Niestety. Dziś mogę powiedzieć, że jestem narzędziowym fetyszystą. Lubię mieć doskonale wyposażony warsztat i być samowystarczalnym. Klucze Park Tool, skuwacz Rohloff Revolver, narzędzia Chris King… Głupio się przyznać, ale podniecają mnie otworki w łańcuchu CN-7901, który zaaplikowałem do bacika, krągłości Pedros’a, czy sztywność Double Header od Morcing Star Tools. Hmm… Czuję się, jakbym miał własny harem kobiet. Każda inna, piękna na swój sposób i do mej dyspozycji przez wiele lat. Co ciekawe, nie zawsze marka jest wyznacznikiem sukcesu w zakupie. Do dziś leżą mi w szafce imbusy Bondhus (ci Jankesi tłuką klucze dla Park Tool’a) chyba z odrzutu, który zawędrował do krajów trzeciego świata. Po tym, jak obrobiłem sobie tytanową śrubę, czekają na chwilę wolnego czasu, kiedy przetestuję ich słynną wieczystą gwarancję. Narzędzia Park Tool wyprodukowane u naszych chińskich braci potrzaskały mi w rękach. Od tamtej pory staram się uważnie wybierać, przebierać, wybrzydzać i szukać tego, co najlepsze.

 

Zresztą, na pewno to znacie. Każdy kupił kiedyś narzędzie, które po prostu nie działało. Na takich skuwaczach za 12 zł., powinien być obowiązek umieszczania nast. klauzuli: „ producent NIE zaleca skuwać”. Albo: „który głupi skuwacz kupi?”. W mojej osobistej ocenie, im bardziej wytwórca stara się podkreślić branżowe pochodzenie marki (np. dodając słowo „bike” w nazwie”), tym większy chłam wytwarza.

 

Tymczasem na rodzimym podwórku posucha. Ale czy opłaca się robić narzędzia w kraju, który importuje do siebie wszystko, co najtańsze? Zresztą przykład powinien iść z góry, a tam wcale nie lepiej. Swego czasu byłem świadkiem rozmowy w jednym ze znanych serwisów rowerowych. Przedstawiciel jednej z firm narzędziowych oferował serwisantom brzeszczot do karbonu, w całkiem znośnej cenie. Ich odpowiedź mnie zaskoczyła. Nie ma bowiem sensu kupować takich rzeczy, bo zwykłą piłką też się „ujebie”. Cóż, ryba psuje się od głowy.

 

Czy jednak sam kupiłbym narzędzia made in Poland? Ilekroć załatwiam coś u naszych fachowców, wychodzi do mnie gruby pan w nieświeżych, niebieskich ogrodniczkach z kiepem w ustach i suwmiarką w dłoni. Coś mierzy, rzuci mięsem, a na drugi dzień bez względu na to, ile bym nie tłumaczył, całość jest i tak zrobiona źle. Przy czym cena nigdy nie jest taka, na jaką się umawiasz.

Dlatego gdy na jednym z for rowerowych poproszono mnie o pomoc w wykonaniu zamiennika do drogiego, shimanowskiego TL-FC35 pomyślałem sobie, że tak to właśnie będzie wyglądało. Zgodziłem się jednak, a po pewnym czasie Michał, bo tak miał na imię ów osobnik, zaskoczył mnie otwarciem własnego biznesu. Zaczął produkować narzędzia do, a jakże by inaczej, rowerów.

 

W zalewie taniej chińszczyzny, wydawało mi się to być karkołomnym posunięciem. Wszedłem jednak na stronę www, obejrzałem zdjęcia. Szczerze? Nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Słabo skadrowane, ciemne, wyolbrzymiające wady wizualne produktów. Właściciel firmy Bitul, bo taką nazwę sobie wybrał, postawił jednak na coś, czego brakuje innym. Wyszedł na wprost rowerzystów pytając ich, czego tak naprawdę oczekują od dobrych narzędzi. Paleta produktów zaczęła się rozrastać. Michał zajął się projektowaniem i testami, natomiast jego brat technologią. Cały proces od A do Z przebiega w kraju nad Wisłą. Osobiście do dziś jeżdżę z korkami kierownicy od Soul Kozak, bo są „nasze”. Ot, taki lokalny patriotyzm. Postanowiłem sprawdzić, na jakim etapie znajduje się Bitul.

 

Do testu otrzymałem kilkanaście narzędzi, bez żadnych umów „sponsorskich” i dziwnych klauzul. Pracując kiedyś w jednym z największych polskich sklepów rowerowych doskonale pamiętam, jak odbywały się takie testy w gazetach rowerowych. Wysyłając kaski dobrze było zaznaczyć, że testerzy mogą je sobie zostawić. Artykuł był wówczas świetny. Tutaj powiedziałem wóz, albo przewóz. Postawiłem sprawę jasno: testuję klucze, później je odsyłam i opisuję wrażenia na blogu. Co ciekawe, Michał od razu się zgodził.

 

Test

W ocenie przyjąłem 6-co stopniową skalę ocen, uwzględniając potrzeby mechanika, czy rowerzysty z krwi i kości (z naleciałościami narzędziowego purysty), patrząc na stosunek ceny do jakości. Zapraszam do testu.

 

Klucz do suportu HTII (3 w 1)

Cena: 26 zł.

Werdykt: 5-


Klucz umożliwia demontaż zewn. misek suportu dedykowanych korbom w syst. Hollowtech II. Na końcu rękojeści mamy przynitowaną „gwiazdkę” – odpowiednik japońskiego TL-FC16 do kasowania luzów. Tuż pod wielowypustem na miskę, wycięto jeszcze bliźniaka TL-PD40, czyli narzędzia umożliwiającego odkręcenie plastikowej kontry w pedałach Shimano (m.in. PD-M520), którą w serwisie prawie zawsze widziałem obrobioną najróżniejszymi „żabami”.

Design klucza wyraźnie wzorowany jest na Park Tool-u. Komponent umożliwia objęcie całej miski, wybaczając wiele mniej wprawnym rowerzystom.

Narzędzie sparowałem ze swoim starym suportem XTR, SM-BB90. Miski wchodzą dość ciasno, klucz jest pasowny. Dobrze, że zdecydowano się na technologię CNC. Osobiście w swoim serwisie używam odpowiednika od marki Shimano – Pro, który umożliwia dużo głębsze osadzenie miski, mniej ją przy tym kalecząc. Narzędzie Bitul ma nieco większy luz, ale wynika to z tego, iż klucz miał być w założeniu dopasowany do wielu różnych producentów, więc tolerancja musiała być nieco większa. Doskonałym kontr przykładem jest mój suport Chris King, do którego narzędzie tej samej marki wchodzi prawie na „wpych”. Krzysiek może sobie jednak na to pozwolić.

Polski Bitul bez problemu radzi sobie z odkręcaniem i dokręcaniem wkładów, jest dobrze wykonany i nie ślizga się w spoconej dłoni dzięki gumowej nasadce (choć dla mnie mogłaby być ona nieco grubsza). Dla pedantów chcących mieć miski jak z katalogu, polecam głębokie klucze i właściwą technikę montażu.

 

Jeśli chodzi o samą „gwiazdkę” do kasowania luzu, to plastik od Shimano wchodzi nieco ciaśniej. Osobiście łatwiej mi operować zdejmowanym kluczem zwłaszcza, przy znikomych zalecanych momentach dokręcania. Tutaj ramię daje większą dźwignię i mniej wprawni mechanicy mogą zbyt mocno traktować nakrętkę.

Dlatego też ja polecałbym konkurencyjny produkt, ale wciąż z tej samej stajni: http://www.bitul.pl/Sklep/Produkty/20-Klucz-do-sruby-lewego-ramienia-Hollowtech-II-Shimano

A jak wypada porównanie ze wspomnianym Park Tool-em? Cóż, pasowność jest właściwie taka sama; różnica jest dla zboczeńców. Produkt z USA ma ładniejsze wykończenie powierzchni, ale gdy spojrzymy na ceny oraz funkcjonalności, szala z PT leci w niebo prosto za ocean.

 

Bacik

Cena:18 zł.

Werdykt: 5-


Narzędzie tak proste, że ciężko je zepsuć, czy do czegoś się przyczepić. Wykonanie standardowe w przypadku Bitula: wycinanka CNC, rękojeść zabezpieczona miłym w dotyku tworzywem. Uwagi mam dwie. Osobiście zastosowałbym odrobinę dłuższy odcinek łańcucha opasającego kasetę, oraz zmniejszył wycięte pod krótszym odcinkiem. Podczas mocnego zapierania się, łańcuch w tym miejscu potrafił się nieco podnieść, przez co trzeba było uważać.

Mogę to jednak zwalić na karb specyficznej, tytanowej kasety Recon. W swojej stajni używam nieco przerobionego bacika BBB. Produkt od Michała jest ładnie wykonany, działa jak należy, a do osiągnięcia stanu zen brakuje mu niewiele. Czy jeszcze jacyś zboczeńcy zwracają uwagę na takie detale?

 

Klucz do prostowania tarcz

Cena: 18 zł.

Werdykt: 5


Kolejny, bardzo prosty produkt, a jednak w świetnej cenie. Sprawdźcie koszt często kilkakrotnie (sic!) droższej konkurencji. Co ciekawe projektant nie wyciął bezmyślnie otworów, tylko pomyślał o ergonomii pracy, przez co prostowanie jest po prostu wygodne. Mamy do dyspozycji aż trzy opcje podejścia i po prostu nie ma się tu do czego przyczepić.

 

Komplet kluczy do konusów 12/13/14/15/16/17 mm.

Cena: 30 zł.

Werdykt: 4+


Pierwsze, co rzuca się w oczy po spojrzeniu na zdjęcia, to niedoróbki w wykończeniu. Zdecydowany strzał w kolano producenta, bo… w rzeczywistości klucze wyglądają bardzo ładnie. Niestety aparat mocno przekłamuje i choć starałem się oddać faktyczną fakturę narzędzi, to jednak poległem w tym miejscu. Komplet za 30 zł. (można również kupić pojedyncze sztuki w cenie 11 zł.) to nie byle jaki wynik. No dobrze, ale jak z jakością? Porównując je do tzw. wzorca z Sèvres, czyli Park Tool-a, którego używam osobiście, widać kilka różnic.

Szkoda, że w Bitulu nie znajdziemy nasadki ochronnej na rękojeści, która usprawniłaby pracę. Osobiście wolę pojedyncze klucze, którymi łatwiej się pracuje (także dzięki długości). Zmierzyłem pasowność narzędzia i na przykładzie klucza 15 mm. pojawił się wynik 15,37 mm. vs 15,28 mm. Czyli prowadzą Jankesi.

Mimo wszystko narzędzie nie pozostawia wyraźnych śladów nawet na dość miękkich nakrętkach piasty XTR serii 960. Wg mnie doskonale sprawdzi się w warsztacie początkującego rowerzysty, którego rower wyposażony jest w komponenty ze średniej półki.

 

Komplet pojedynczych kluczy do konusów 12/13/14/15/16/17 mm.

Cena: 50 zł.

Werdykt: 6-


Druga, rozwojowa wersja poprzedników. Nie będę trzymał Was w niepewności, bo pewnie i tak entuzjazm będzie dało się odczuć. Te klucze to mój typ. Dokopaliśmy chłopakom zza wielkiej wody, bo mój test pasowności pokazał wynik 15,28 mm. vs 15,23 mm. dla Polaków!

Rękojeść posiada nasadkę ochronną, klucz jest pojedynczy. To naprawdę kapitalny produkt. Do czego mógłbym się doczepić? Hmm…, na siłę poprosiłbym o ciut dłuższą rękojeść. Klucz perfekcyjnie obejmuje konusy, naprawdę trzeba by było mocno się postarać, aby je uszkodzić. Poza tym trzymając je w dłoni był ten właściwy „feeling” choć muszę szczerze dodać, że osłona od Park Tool jest grubsza i mnie bardziej pasuje. Komponent na szóstkę z malutkim minusem!

 

Klucz do śrub zębatek

Cena: 10 zł.

Werdykt: 6-


Chyba większość z nas zna ten ból, gdy przyszło nam wymienić zębatki w korbie przy zapieczonych śrubac, bez dedykowanego klucza. Kancerowanie tzw. kominów (i najczęściej palców również) płaskim śrubokrętem to udręka. W mojej skrzynce narzędziowej znajduje się narzędzie Park Tool, które znów postawiłem jako wyznacznik w tym porównaniu. Werdykt? Kolejny gol dla naszych. Produkt z U.S.A ma bardziej ergonomiczną rękojeść, ale przez brak nasadki ochronnej nieprzyjemnie wbija się krawędziami w dłonie.

Bitul jest szeroki, daje pewny chwyt. Park Tool z kolei oferuje możliwość odkręcenia dwóch rodzajów kominów, ale konia z rzędem temu, kto używa drugiej, mało popularnej wersji. Niestety tuż po zakupie, Park Tool-a musiałem potraktować pilnikiem gdyż… nie pasował do kominów (sic!).

Podpiłowany Park Tool:

Do dziś jak na to patrzę, robi mi się słabo. Bitul wchodzi bardzo pewnie, jest dobrze spasowany. 10 zł. za klucz? You made my day!

 

Klucz do rozpychania tłoczków

Cena: 49 zł.

Werdykt: 5


Pamiętacie, jak podczas serwisu w domu wyjęliście koło i przypadkiem (he, he) nacisnęliście na klamkę i trzeba było rozepchać tłoczki? Ja wciąż jeżdżę na V’brake-ach i nie mam tego problemu, ale podczas serwisu zdarzenie takie miało miejsce J Człowiek szuka wówczas w popłochu czegoś, czym można je rozepchać. Śrubokręt, klucz płaski… pół biedy, gdy nie są w smarze. Remedium jest proste w pomyśle narzędzie, dzięki któremu zaoszczędzimy sobie czasu i nerwów. Klucz działa świetnie, rękojeść jest ergonomiczna, gięcie wykonano pod optymalnym kątem. Cena co prawda rośnie, ale wciąż jest to taniej niż u konkurencji. Doczepić jednak muszę się do wykonania, a właściwie samego gięcia. W tym miejscu widać drobne pęknięcia materiału, które niszczą moje poczucie estetyki.

Co prawda nie wpływają na trwałość czy działanie narzędzia, ale są i mi się nie podobają. Michał obiecał, że kolejna seria będzie pod tym względem lepsza, esteci muszą więc poczekać. Ci, którzy pracują a nie patrzą, nie mają się jednak czego obawiać.

 

Brelok do trzymania łańcucha

Cena: 10 zł.

Werdykt: 5


Podczas kucia zerwanego łańcucha, często wyraźnie brakuje trzeciej ręki. Można sobie z tym radzić zdejmując go z zębatki korby zyskując przez to luz, jednak łatwo wówczas porysować ramę w okolicy suportu. Rozwiązaniem jest banalny w pomyśle chwytak, który umożliwia wygodne połączenie obu ogniw. Brelok wykonany przez Bitul jest bardzo pasowny; świetnie chwyta łańcuch i można go sobie przypiąć do kluczy J Bardzo fajny gadżet, jednak gadżet wciąż przydatny dla każdego bikera.

 

Prasa do łożysk suportów w syst. HTII

Cena: 49 zł.

Werdykt: 5+


To narzędzie zostawiłem sobie na koniec, bo bardzo chciałem je przetestować. Gdyby ktoś zarzucał polskiej firmie brak innowacyjności, mamy gotowe argumenty do odparcia ataku. Korby z zewn. miskami suportu to świetne rozwiązanie, ale jak wiemy łożyska potrafią paść w nich kilka razy w roku. Jedną sensowną opcją jest pakiet Chris King, jednak ze względu na cenę raczej nie spotyka się go na polskich szlakach. Jako naród jesteśmy bardzo pomysłowi, więc często sami wymieniamy łożyska mimo wielkiego napisu „do not disassemble” i wybitnej ich niestandardowości. Nie jest to jednak łatwa operacja. Najczęściej stosuje się metodę młotka i przecinaka, kancerując przy tym wnętrze misek, lub rozcinając łapę. Sam pomysł prasy nie jest odkrywczy. Tego typu narzędzie (w horrendalnej cenie) robi np. Enduro.

Klucz od Bitul jest przemyślany i bardzo ładnie wykonany. Wyjęcie i montaż łożysk to sama przyjemność. Minusem jest to, iż narzędzie nie pasuje do wszystkich suportów. Przykładowo z XTR SM-BB90 nie zadziała, gdyż łożysko zasłonięte jest od wewnątrz prze „fazkę”.

Michał obiecuje jednak, że powstanie druga wersja, przystosowana i do tych części. Ta prasa to naprawdę udany, innowacyjny produkt za niewielką kasę. Ciężko o zamiennik więc radzę się spieszyć, zanim producent pójdzie po rozum do głowy i… podniesie jego cenę J

 

Podsumowanie

 

Szczerze mówiąc, Bitul w wielu aspektach pozytywnie mnie zaskoczył, w niewielu rozczarował. Najlepsze jest to, że przekazałem część swoich uwag Michałowi oczekując odpowiedzi w stylu „Co Ty mi tu pierdolisz, ja jestem konstruktorem i wiem lepiej. Jesteś gópi”. A on już po chwili przesłał mi całą litanię pomysłów na to, co usprawnić, żeby narzędzia były jeszcze lepsze. Co ciekawe, ma również wiele pomysłów na rozwój. W planach są już bardziej skomplikowane przyrządy, jak centrownice, czy przyrząd do prostowania haka przerzutki. Mam wrażenie, że jego głowa pracuje na wysokich obrotach i nieźle na tym wychodzi. Co interesujące, projekt Bitul to dla niego nie sposób na zarabianie, ale wyrażenie swojej pasji. Test mógłbym zakończyć kilkoma słowami, które mi napisał: „Jakie plany na przyszłość? Rozwijać się. Wprowadzać nowe produkty. Udoskonalać starsze, czynić je trwalszymi, bardziej ergonomicznymi, wygodniejszymi, po prostu lepszymi”.

Wyraźnie mam wrażenie, że trafił w gusta swoich odbiorców. Stary slogan „Teraz Polska” przestaje być dla mnie wyświechtany.

niedziela, 27 kwietnia 2014
Just do your job - Daleszyce

Pierwszy maraton w sezonie zawsze budzi emocje. A przynajmniej powinien. Bo jeśli nie, to po co w nim uczestniczyć? Zawsze czekałem na kwietniowe ściganie. Pamiętam starty w upale, w deszczu, a nawet w śnieżnej zadymce. Trasa wokół Daleszyc spodobała mi się już za pierwszym razem. Ot, taka nieco inna forma miłości. Ciekawe, czy dwustronnej?

Jak mówią doświadczeni, żeby jeździć, trzeba jeździć, więc jak co roku, solidnie przygotowywałem się do sezonu. Biegając po ciemku w pełnym błota lesie, często czułem się jak szczur. Brak słońca, wielokrotnie chęci. Ale robiłem swoje i wiedziałem, że będzie dobrze. W przeddzień maratonu, usiadłem sobie na trawie i zacząłem przygotowywać rower. To dla mnie swoisty rytuał, bez którego chyba bym nie wystartował. Brunox na golenie SID-a, następnie cienki filtr smarujący z Finish Line Stanchion Lube. Po kropli teflonowego oleju na każdy ze sworzni obu przerzutek. Delikatna warstwa silikonowego smaru Shimano SIS SP41 na linki. Troszkę Rohloff’a na wszystkie, błyszczące ogniwka seksownie nawiercanego łańcucha. Nieco seledynowego Dura Ace na sprężyny pedałów. Chwytam za klamki, zmieniam biegi. Echh, jak to pięknie działa. Ocieram łzę szczęścia spływającą po policzku. Ferment zasiewa tylko przednia XTR FD-M952, która z racji swojego wieku nie działa już tak, jakbym sobie tego życzył. Nowa XTR z serii 980 niestety nie dotarła na czas. Zawsze ciężko mi pozbywać się sprzętu, którego używałem. Patrzę na „szaraka” i widzę te wszystkie maratony. O, na wózku ma nawet ślad od patyka, który zaklinował się kiedyś między zębatką a wodzikiem, robiąc mi singla z roweru. Pamiętam każdy jeden wypad, na którym mi towarzyszyła. Dziwnie jest tak po prostu ją wykręcić i sprzedać. Ściemnia się, czas uciekać do domu. Brr…, łapie mnie dreszcz.

Przed startem trzeba się dobrze wyspać. Zakładam na nogi skarpetki kompresyjne i piję ostatnią porcję carbo. Lecz zanim zgaszę światło, muszę zrobić coś jeszcze. Odpalam fejsa i wyzywam swoich jutrzejszych oponentów od lamusów. Że ten wyścig oddzieli chłopców od mężczyzn. Że ich dojadę. No, dobra robota. Zamykam komputer i idę spać.

 

W nocy budzą mnie dreszcze. Koszulkę mam całą mokrą, jest mi zimno. Po plecach przebiega mi dreszcz, ale tym razem chyba ze strachu. Odkręcam kaloryfer ma maksa i staram się zasnąć…

 

Rano jest źle. Czuję się fatalnie. Dobrze, że pogoda jest przynajmniej znośna. Nie czuję się na siłach, żeby cokolwiek zjeść. Dzwonię do kumpla.

- Maciek, ja raczej odpuszczam ten wyścig. Chory jestem.

- Co ty pierdolisz. Jesteś lamusem, masz jechać. Zniszczę Cię.

- Ok., może pojadę.

 

Cóż, przekonał mnie. Wsiadam w samochód. Gdy mijam Świętą Katarzyną, mam przed sobą spektakularny widok na Góry Świętokrzyskie. Jeden z moich ulubionych. Chmurzy się. Gdzieniegdzie być może nawet pada. Przed Samymi Daleszycami wychodzi słońce. Robi się naprawdę przyjemnie.

W biurze odbieram pakiet startowy i idę się przebrać. Rynek jest w całości zaanektowany przez kolarzy. Pamiętam jak, kilka lat temu widziałem tu jeszcze rowery na V’kach, starych, sprężynowych Judy i niezapomnianych ramach od Authora. Dziś ciężko o taki widok. Słyszę terkot piast DT, brzdękanie łańcuchów po tytanowych koronkach XTR-a, chlupot oleju w Lefty’m. Cóż, ta choroba dawno dosięgła i mnie. Daleszyce będą poligonem dla zestawu hamulcowego od Extralite i piast od Krzyśka ze Stanów.

 

Po rozgrzewce czuję się trochę lepiej. Powiedziałbym, że nawet nieźle. Wchodzę do sektora. Dookoła te same, stare dobre twarze. Na kilka sekund przed startem tętno skacze z 62 na 120 uderzeń. Ruszamy.

Tempo jest dziwnie niskie. Pamiętam, jak ścigaliśmy się tu z Rutkiewiczem. Hr poniżej 180 nie schodziło. A teraz maksymalnie 160 - kilka. Wjeżdżamy do lasu, trzymam się w ścisłej czołówce, ale zaczyna mi się jechać ciężko. Koła grzęzną mi w piasku, trudno manewrować mi rowerem. Mija mnie pierwszy z wyzywanych wczoraj kolegów. Łapię przez to wiat w skrzydła i gonię. Cały czas mam go w zasięgu wzroku. Niestety nie mam siły, żeby go dojść. Cóż, przynajmniej Maciej jest gdzieś z tyłu. Chwilę później wyprzedza mnie na zakręcie.

- Co tam, ziom?

- Spieprzaj, lamusie, chciałbym rzec. Ale nie. – Aaa, słabo jest.

Jedziemy razem, koło łapie nam trzeci gość. Wyraźnie odstaje na zjazdach, gdzie puszczam klamki i daje się ponieść krętej ścieżce w wąwozie. Słyszę za sobą tylko terkot piasty Maćka. Nasz cień został w tyle, ale dogania nas na szutrowej prostej. Prowadzę nasz peleton, wjeżdżamy na kamienisty singiel, akcentujący się sztywnym podjazdem. Cisnę ze środka i wydaje mi się, że jest mocno. Jednak prawą z łatwością mija mnie Maciek. Nie powiem, jestem zły, ale staram się trzymać koło. Idzie mi to jednak coraz gorzej. Chłopaki uciekają mi na jednym ze zjazdów. Coraz mocniej ściskam klamki, czuję się niepewnie na prostym odcinku. Wyraźnie widzę, że jest coraz gorzej.

 

Wjeżdżam w nieodkryty dotąd singiel. Cóż, Maziemu udało się mnie zaskoczyć. Pięknie tu. Nagle mam przed sobą ściankę po trawie. Widzę Maćka na samym szczycie. Mam dość. Redukuję na 22T, ale łańcuch tylko charczy. XTR nie radzi już sobie ze zrzucaniem pod takim obciążeniem. Na górze jestem ugotowany. Przypomina mi się mój pierwszy start w Daleszycach i walka z myślami. Tym razem jest jednak gorzej. Nie widzę żadnego punktu zaczepienia. Na 30-tym kilometrze decyduję się wycofać z dalszej „walki”. Mijają mnie coraz dziwniejsi ludzie.

 

Ale uwierzcie mi, że wycofać się wcale nie jest łatwo. Najchętniej zrobiłbym to wtedy, gdy nikogo nie będzie widać. Czmychnę sobie szybko cichaczem do lasu i rozłożę się na trawie. Jak na złość, ciągle mam kogoś w zasięgu wzroku. W końcu mówię pass. Dojeżdżam do asfaltu i pytam strażaka o drogę. Facet nie umie mi pomóc, jest z Kielc. Zrezygnowany siadam na asfalcie, wyciągam klucze i dokręcam tytanową śrubkę od koszyka, który dzwoni mi od kilkudziesięciu km. doprowadzając do szału. Podchodzi do mnie jakiś dzieciak.

- Co się Panu zepsuło?

- Nogi mi się zepsuły.

- A ja widziałem, że jednemu Panu zepsuł się amortyzator, bo jechał z jedną częścią!

- To był Lefty, chłopcze.

 

Wstaję i zmuszam się do wejścia na rower. Po krótkim podjeździe, koło wieży obserwacyjnej stoi jakiś autochton.

- Czy dojadę tędy do Daleszyc?

- Tak!

 

O dżizas, co za ulga. Odbijam sobie w leśny asfalcik, mam cały czas w dół. Jak wspaniale! Dojadę sobie niedostrzeżony do samych Daleszyc, a tam już jakąś okrężną drogą dotrę cichaczem do samochodu. Jak to dobrze, że nikt mnie nie widzi… i już po chwili słyszę wściekły warkot motoru, po czym cała czołówka wyjeżdża własnie na mój asfalcik. Głupio na nich patrzę i niemal pogwizdując szuram butem po piasku.

- Co jest, punk?

- Aaa, nic. Jeździe, jedźcie…

 

Nagle, słyszę donośny, kobiecy głos:

- Grzeeeeeesiuuu! GRZEEEESIUUUU! Aaaaaaaahahahahahihihihihi!

To Agatka, dziewczyna Maćka. Cóż za niebywałe zrządzenie losu.

- A co się stało?

- Nic, nie dojadę chyba do mety.

- Wsiadaj, podwiozę Cię.

- Nie, aż tak źle nie jest – mówię ledwie żywy.

Okazuje się, że Maciek zaliczył glebę i zniszczył koło. Nigdzie już nie pojedzie. Jestem szczęśliwy i uśmiech wraca na mą twarz. Pakuję rower do Audi Agatki i jedziemy po chłopaka. Chowam się na siedzeniu i wyskakuję z głośnym „Taadaaaaam!!!”

Śmiejemy się, jak nigdy. Dwóch lamusów wraca autem na daleszycki rynek. Jak nas znam, to do końca życia będziemy sobie to wypominać.

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze, chciałoby się rzec. Gdy w domu zerknąłem na wykres tętna z Polara, włosy stanęły mi dęba. Równia pochyła. Co było przyczyną? Jednodniowa grypa żołądkowa?

 

Chyba wydziaram sobie na mostku moje nowe motto od Marka Galińskiego. Just do your job. Proste i celne. Tylko dlaczego tak trudne do zrealizowania? Ale właśnie dlatego jeździmy. Jest ciężko, źle, nie jeden i nie dwa razy mamy ochotę to rzucić w diabły. A dusza nie znałaby tęczy, gdyby oczy nie znały łez. 

niedziela, 06 kwietnia 2014
Dobry znaczy martwy

Siemka, co u Was? Pewnie korzystacie z weekendu i dymacie sobie po górach. Jak zwał, tak zwał. Tym razem nie miałem być Kolumbem i odkrywać nowych, lepszych możliwości. Po prostu zapakowałem rower do samochodu i wyrwałem się w świętokrzyskie. Zanim to jednak nastało, sprawdziłem prognozę. Pogoda jak drut. Słońce, a w niedzielę 15 stopni. Nic, tylko kuźwa jeździć. Przekręciłem kluczyk, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki jednego z kawałków Red Hot Chili Peppers. I wiecie co? Coś mnie tknęło. Wróciłem się na 10-te piętro mojego drapacza chmur i od niechcenia zabrałem zimową czapkę pod kask.

Na wsi w sobotę świeciło jeszcze słońce, ale chmury na horyzoncie w żaden sposób nie pasowały mi to idylli zaserwowanej przez portal meteo. W dodatku wiało i zastanawiałem się, czy przed wyjściem nie zsypać chodnika solą. Pojechałem do Nowej Słupii, wskoczyłem w cienkie, rowerowe ciuchy i ruszyłem na szlak. W terenie całkiem fajnie, hamulce Extralite działają lepiej, niż XTR! W całości zjechałem nawet ściankę, której dotąd pokonać mi się nie udało. Dotarłem do końca szlaku, skąd musiałem przedostać się do asfaltu. Ścieżek brak, więc postanowiłem trawersować szczyt na przełaj. Trochę na kołach, nieco z buta i już gnam na złamanie karku leśną drogą w dół. Pokonuję niewielki mostek zawieszony nad rzeczką i czuję, że coś jest nie tak. Echh... tak. Złapałem gumę.

Ok. Rozkładam się tuż przy drodze i wyciągam wszystkie potrzebne rzeczy. Przy okazji przetestuję sobie łyżkę w moim nowym "multitool'u" od Topeak'a. Pierwsza próba i refleksja: co za debil ustawił łyżkę w ten sposób, że podczas ściągania opony, przybornik o nią haczy? W porządku, w domu go sobie rozkręcę i poprawię to, co spartaczyli na deskach kreślarskich. W tylnej oponie siedzą 2 kolce o długości dobrych 6 cm. Pierwszy raz takie widzę. Zakładam nową dętkę i zabieram się za pompowanie. Kątek oka dostrzegam, jak na podwórko wychodzi okoliczny rolas i niby zamiata, ale bacznie mi się przygląda. Czyli, że do Bielin cyrk przyjechał. Odwracam się do niego tyłkiem i pompuję. Kutwa, coś nie idzie. Pompka dziwnie syczy przy odciąganiu tłoka przy czym... wypuszcza powietrze. Szlag jasny mnie trafi. Mam wrażenie, że jestem w centrum uwagi całej wsi.

Zbieram wszystkie graty z ziemi i wracam do lasu, rzucając gniewne spojrzenie ciekawskiemu autochtonowi. Kurcze, zimno. Ale przynajmniej mam spokój. Zasuwam się pod samą szyję i próbuję reanimować pompkę. Uszczelniam tłok kawałkiem gumy, w geście rozpaczy fiołkowymi liśćmi. Nie działa. Groźnie marszczę brwi i oczami wyobraźni widzę, jak rozpieprzam rzeczoną pompkę o drzewo. Powtrzymuję pierwotne rządze i zrezygnowany dzwonię do kumpla. Na szczęście Daniel zgadza się mnie sholować z trasy. Wychodzę z zacisznego lasu do cywilizacji i łapie mnie delirka. Rzut okaz na zegarek i wszystko jasne: siedzę tu od 1,5h. Gdy na horyzoncie pojawia się czerwona "polówka", szczęściu nie ma końca. Wrzucam pompkę do kosza żałując, że kolega patrzy i nie mogę jej tak po prostu w drobny mak ROZJEBAĆ.

Powiem Wam, że mój stosunek do materii nieozywionej jest dość specyficzny. Większość przedmiotów traktuję niemal jak autonomiczne, żywe byty. Pamiętam, jak zaczął mi się zawieszać mój pecet. Nie wytrzymałem długo i za którymś razem poczęstowałem go solidnym prostym. Pękła wówczas płyta główna i musiałem zmienić procesor, ale nastrój miałem przedni. Szczególnym sentymentem darzę myszkę. Kursor reagował z opóźnieniem, czym doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Na szczęście w domu miałem drugą, więc złapałem za kabel i roztrzaskałem ją o drzwi. Do dziś znajduję w pokoju jakieś jej części.

Pamiętam przednią przerzutkę LX-a, która z racji wieku przestała redukować. Ileż to radości dało mi wkręcenie jej w imadło i przerobienie na niewielką kostkę. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego sprzęt psuje się właśnie wtedy, kiedy jesteśmy daleko na szlaku, nie mamy dętki, albo telefonu? Kutwa, nie jest to normalne. Doszedłem do wniosku, że części, o które się nie dba, robią nam na złość. Mają w sobie takiego małego Manitou. Możecie się śmiać, ale swego czasu jeden z rosyjskich naukowców dowodził słuszności podobnej tezy. I przypominam sobie teraz, że woziłem tę cholerną pompkę w uchwycie na ramie. Bez względu na deszcz czy błoto. I w końcu powiedziała dość. Przed śmiercią postanowiła się jednak na mnie zemścić.

Gdybym miał do Bieln bliżej, wsiadłbym w samochód, wyjął ją z tego kosza i przeprojektował w imadle. A może wyczyścił, nasmarował i zakopał w ładnym pudełku pod ziemią. Hmmm...

poniedziałek, 17 marca 2014
Numer jeden

Uchhh... wydaje mi się, że było to za czasów liceum, kiedy kupiłem swój pierwszy rower "górski". W TVP1 trwała krótka, ale interesująca transmisja z zawodów Skoda Auto Grand Prix MTB. Wyścig Elity, to było przeżycie. Najlepszy sprzęt, wyżyłowane łydki i ta jazda...

Jedną z tras poprowadzono przez skocznię narciarską. Zawodnikowi z czuba podcięło koło i zaliczył groźny w skutkach upadek. Minęła dłuższa chwila, zanim podniósł się z ziemi i ciężko próbował wskoczyć na rower. Widać było walkę z samym sobą, grymas bólu. Kilka obrotów korbą i to wszystko. Spiker grzmiał, że dla niego to koniec wyścigu i prowadzenia. A ja patrzyłem, jak ten drobny kolarz, z góry skazany na porażkę, po raz drugi i trzeci niezłomnie próbuje ruszyć, aż w końcu musi dać za wygraną i schodzi z trasy. Tak właśnie poznałem Marka Galińskiego.

Później były gazety rowerowe, niezliczone wygrane i piewcy jego zwycięstw. Widywałem go kilkakrotnie na wyścigach, miałem okazję trzymać mu koło. Dwa lata temu z uśmiechem ściskałem swojemu idolowi rękę, gdy wręczał mi puchar na jednym z jego maratonów. 

Marek wcale nie był facetem, który świetnie znał się na rowerach. On po prostu doskonale jeździł i wg mnie lubił to, co robił. Mimo paru słabszych startów za granicą, Galiński zawsze był dla mnie numerem 1. Kilka lat temu oglądałem go na żywo podczas mistrzostw Polski w XC, gdy walczył o tytuł razem z Markiem Konwą. Patrzyłem na wielu kibiców, którzy niegdyś go kochali, a tam, na Telegrafie, życzyli zwycięstwa jego rywalowi. Całym sercem byłem za Markiem i wierzyłem, że wygra. Niedaleko przed metą, Konwa mocno zaatakował. 

 

Kiedy dziś dostałem sms-a, że Marek nie żyje, chciałem myśleć, że to żart. Dobrze wiedziałem, że w grę mógł wejść tylko wypadek. Nie chciałbym pisać, kogo i czego już nie będzie. Ten człowiek osiągnął wiele, żył intensywnie i sądzę, że nie miał czego żałować. To właśnie jest piękne. Dla mnie był kimś, kogo warto jest naśladować wierząc, że jeździ się choć w ułamku tak dobrze, jak on. Ponoć kochał trasy wokół Opoczna. Byłem tam, te ścieżki mają coś w sobie. Myślę, że wiem, co czuł, kiedy nimi jeździł. Zginął tak blisko tych miejsc.

Chciałbym wierzyć, że jest teraz na najpiękniejszej górskiej ścieżce, drzewa delikatnie falują, a promienie słońca leniwie przebijają się przez liście. Jedzie krętym singlem; pewnie i szybko. Szczupły, niepozorny, z żelazną łydką. Tylko teraz nieco wolniej i dostojniej. Nie potrzebuje już się ścigać; na szczycie położy się na trawie, przymknie oczy i posłucha wiatru.

 

A tamtego dnia, Marek nie przespał ataku. W pięknym stylu odjechał Konwie, zamykając usta niedowiarkom. Tam, na Telegrafie, skakałem ze szczęścia. Widzę go do dziś, jak podnosi ręce w geście zwycięstwa. Specjalnie nie wybrałem czarno-białego zdjęcia, bo nie tak go zapamiętam. Marek był człowiekiem o niezwykle barwnym życiu, który pokolorował również i moje.

niedziela, 16 marca 2014
Sens życia wg samego siebie

Jesteśmy w Kalifornii. Oragne County, Huntington Beach. Ciepełko, gorący piasek, palmy i tafla błękitnego oceanu. Dookoła tłum skąpo odzianych lasek na rolkach. Dziewczyny, dla Was są napakowani surferzy. To nie sen, przestań się szczypać.

Czwórka młodych chłopaków wiedzie tam mniej, lub bardziej zwyczajny żywot. Przekrój tej paczki może być zaskakujący. Jeden jest woźnym w szkole, drugi to nieźle zapowiadający się naukowiec, trzeci skończył szkołę i szuka roboty. Łączy ich wspólny mianownik: kochają rocka i w wolnym czasie starają się podrabiać kawałki NOFX i Dead Kennedys. Gorzej, lub lepiej, lepiej, lub gorzej.

Kończysz liceum i życie wydaje Ci się być bardzo proste. Lekcje, wagary, trochę zgranych kumpli i kupa wolnego czasu. Nie wiesz co to fejsbuk, nie słyszałeś o Google, nie masz komórki. Rodzice uciułali nieco grosza i na bazarze kupujesz swój pierwszy rower prosto z kolebki MTB, Chin. 

Chłopaki mieli trochę szczęścia i wydali swą pierwszą płytę, sprzedaną w 3000 sztuk. Kim byliby bez pasji; wydają drugi krążek. Na promocyjny koncert przychodzi setka fanów i ludzie z rodziny. Ostre dźwięki gitar zagłuszają natrętne myśli. Ostatecznie album kupuje 100 000 osób.

Jesteś na studiach. Właśnie odkryłeś, że przyjaźnie z liceum wcale nie były trwałe, a patrząc na grupową fotkę z pierwszej klasy za cholerę nie jesteś w stanie sobie przypomnieć, jak nazywa się ta dziewczyna z drugiego rzędu. W sumie ta z pierwszego też. Jesteś niczym Pizarro i odkrywasz białe plamy na mapie. Poza Twoją mieściną istnieją również inne, bardziej zaawansowane cywilizacje. Studiujesz, więc otwierasz kolejną butelkę piwa. 

Smakuje świetnie. Browar na plaży Huntington Beach nie może być zły. Chłopaki mimo wszystko postanawiają nagrać trzeci krążek. Być może ostatni. W końcu trzeba robić coś w życiu. Nawet, jeśli jest się woźnym, lub kończy doktorat, jak Dex. Jest 8 kwietnia 1994 roku, a światu ukazuje się Smash. Prawdziwe grzmotnięcie, jak w tytule. Rozgłośnie nakręcają jeden hit za drugim. Album sprzedaje się w milionach kopii i do dziś pozostaje niepobitym rekordem wśród niezależnych wytwórni. Teledyski non stop lecą w największych stacjach telewizyjnych. Noodles wciąż jest woźnym w szkole. Na przerwach kiedy sprząta rzygowiny, dzieciaki podchodzą do niego i wołają: "Hej, panie Noodles, widzieliśmy pana dziś rano w MTV!".

Na nowo poznałeś rower. Dowiedziałeś się też, czym jest dorosłość, choć wciąż zachowujesz się jak gówniarz. Kręcisz sobie na bajku, jest przezajebiście. Wyróżnia Cię to spośród innych pijaczyn. Co prawda nie śmiejesz się już, kiedy widzisz nagą dziewczynę, ale gumy wciąż kojarzą Ci się tylko z Continentalem w wersji Supersonic. Będziesz taki sam, jak reszta z Twej wioski. Dziecioróbca bez perspektyw. Na szczęście alarm zostaje odwołany, ale nie jesteście już razem. Idziesz na rower i masz poczucie, że robisz coś wyjątkowego.

(...)

Czytałem ostatnio artykuł o The Offspring. Chłopaki w wieku 20-stu kilku lat znaleźli się na szczycie. Mieli swą pasję, ale i upór oraz determinację. Noodles od dawna nie jest już woźnym, Dexter nie ukończył pracy doktorskiej. Oprócz tego, że dziś są milionerami, łączy ich jeszcze jedno. Konsekwentność działania. Nie ma nic gorszego, niż człowiek bez pasji. Albo taki, który ma ich dziesięć, ale tak naprawdę to tylko zainteresowania, dzięki którym chciałby się wyróżniać. Bo w głębi serca wie, że jest dokładnie taki sam, jak milion osób mu podobnych. Uwierzcie mi, prawdziwa pasja to coś pięknego. I znam takich ludzi. Jest ich aż dwoje.

Zacząłem się zastanawiać, co ja robiłem w ich wieku. Czy było to coś równie znaczącego? Czy samo jeżdżenie rowerem daje Ci poczucie, że robisz coś ważnego?

Byłem na TransCarpatii...

Przeżyłem BikeChallenge:

Wygrałem maraton u Galińskiego...

Jeździłem we mgle:

I w palącym słońcu:

Szosą:

I w terenie:

Sam:

I w grupie: 

 

To całkiem fajne życie. Jeśli wciąż zastanawiasz się nad wartością swojego, przestań. Rób dalej to, co kochasz. Przed nami jeszcze długa droga.

 

Wyglądam przez okno, zza chmur przebija się słońce. Z głośników płynie hymn mojej młodości, Smash. Wyłączam komputer.

Idę na rower.



niedziela, 09 marca 2014
Świętokrzyska "etapówka"

Co tu dużo mówić, uwielbiam Góry Świętokrzyskie. Co jakiś czas, staram się Wam przemycić kilka lepszych lub gorszych zdjęć licząc na to, że spotkamy się na szlaku. I dni, kiedy znajduję w Internecie czyjąś fotkę z Chełmowej Góry, a obok stoją wypieszczone dwa kółka, są niezapomniane. W ub. roku miałem przyjemność wystartować w pierwszej odsłonie Świętokrzyskiego Maratonu Etapowego. Udało mi się zająć wówczas drugie miejsce. Przyjedźcie koniecznie, nie będzie łatwo. Dla Was jako pierwszych publikuję krótką informację na temat tego, co nas czeka.

 

 

Kochamy góry. Uwielbiamy gubić się w gąszczu drzew, trawersować szczyty, odnajdywać tak bliskie, a nie odkryte wciąż ścieżki. Lubimy rywalizację. Dobrze jest robić to, za czym szalejesz. W ubiegłe wakacje postanowiliśmy zebrać najciekawsze ścieżki Gór Świętokrzyskich i zamknąć je w niewielkiej pigułce. Na opakowaniu kazano nam umieścić wyraźny znak: „Uwaga, uzależnia!”.

 

Już po raz drugi, MTBCrossMaraton otwiera wrota prastarej puszczy i zaprasza do krainy przygody, średniowiecznych zamków, interwałowych, ubitych szutrów oraz doskonale przygotowanych single-tracków. A także… wilków, które ostatnimi laty odnalazły spokój w gęstych, jodłowych lasach naszych gór.

 

W dniach 14-17 sierpnia, zapraszamy Was do kameralnego, lecz tętniącego życiem Łagowa, gdzie krzyżują się najwspanialsze świętokrzyskie szlaki. Czterodniowa rywalizacja bez konieczności codziennej zmiany miejsca pobytu to dobry pomysł na rodzinny urlop.

Pierwszego dnia, zaczynamy startem w sprawdzonej formule. Indywidualna jazda na czas w gęsto porośniętym lasem Paśmie Bielińskim to wyzwanie, które warto podjąć choć raz. Bez jazdy „na kole”, gdzie bilet na kolarski „pociąg” jest nieważny; po to, aby poczuć swobodę i ból łydek w trakcie słynnego podjazdu w Paprocicach na Kobylą Górę. Trzymaj mocno kierownicę podczas przejazdu kamienistym dnem strumienia, delektuj się pędem wiatru na singlu niebieskiego szlaku. Ten dzień to tylko Ty, rower i uciekający czas...

Następnego ranka ruszamy razem z przestronnego rynku, przy aplauzie miejscowych kibiców. Tym razem przyjdzie się nam zmierzyć z Pasmem Cisowsko – Orłowińskim i tym, co oferuje najlepszego. Dobry balans ciałem pozwoli na bezproblemowe przejechanie kamiennego wału na szczycie Góry Zamczysko, skąd jeśli tylko będziesz miał odwagę, spójrz koniecznie w dół na otoczone przez las malownicze wioski. Wisienką na torcie będzie słynny już kręty zjazd, na którym niejedno drzewo zostało odarte z kory. Koniecznie zostawcie sobie trochę sił na ostatni, asfaltowy podjazd pod Łagów, na którym rozgrywają się najbardziej widowiskowe finisze.

Trzeciego dnia odwiedzimy najbardziej malownicze zakątki gór wraz z miejscem kulminacyjnym, czyli przejazdem tuż obok murów potężnego zamku Krzyżtopór. Krótkie, strome i intensywne podjazdy, pejzaże różnokolorowych łąk poprzecinane szybkimi szutrami, urokliwe leśne wąwozy czy kopalnia u przedsionka Łagowa to główne atrakcje tego etapu.

Klamrą spinającą całe wydarzenie będzie ostatni wyścig, połączony z maratonem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej, podczas którego odkryjemy doskonale widoczne z rynku, najwyższe pasmo Gór Świętokrzyskich. Góra Jeleniewska i Szczytniak zadbają, aby łańcuchy zostały na najmniejszej tarczy korby, a wyschnięte koryta górskich strumieni zapewnią wzrost sprzedaży w segmencie klocków hamulcowych. Do tego miejsca takie, jak urokliwa, dawna drewniana świątynia pośrodku lasu, czy orzeźwiający zapach ziół niesiony znad łąk przez sierpniowe wiatry, nie dadzą Wam zapomnieć o tym miejscu.

Dawnymi czasy, gdy w burzowe noce wiatr kładł drzewa na Łysej Górze, przesądna ludność bała się spojrzeć ponad las, by nie ściągnąć na siebie gniewu czarownic. Dziś nie boimy się przyznać, że starzy ludzie mieli rację. Góry Świętokrzyskie czarują, a gdy raz rzucą urok, nie wychodzi się już spod jego wpływu.

piątek, 07 marca 2014
Carpe diem

 

Znacie ten dzień, kiedy przychodzi wiosna? Wiem, że znacie. Oto wracasz do domu ze szkoły, z pracy, od kochanki i po prostu czujesz ją w powietrzu. Oddychasz. Jak dawno tego nie robiłeś. Słońce świeci jakoś inaczej, jaśniej. Pośniegowe kałuże mienią się w jego promieniach, płuca pracują głębiej, chciwiej. Delektujesz się nią; jej smakiem i zapachem. Świat nagle wygląda inaczej, lepiej. I choć Twoje życie wcale nie maluje się w samych jaskrawych barwach, dziś się to nie liczy. Zapominasz o całym gównie tego świata i czujesz, że warto żyć dla takich chwil. To dobrze, że są tak krótkie. Inaczej nie byłyby cenne, nie mieszałyby w głowie, nie dawały siły na kolejne dni. Warto je docenić.

Właśnie tak czułem się pewnego marcowego dnia, wracając do domu. Chodziłem wówczas do liceum, a ów dzień, czy właściwie chwilę, pamiętam do dziś. Może dlatego nie warto żyć wszystkim, co nas otacza a czerpać z tego, co tak piękne, choć ulotne? Tego właśnie dnia, powietrze pachniało inaczej, świeżej. Chciało się żyć. W uszach brzmiały gorące riffy „Gone away” Offspring’a. Nagle, tuż przed oczami przemknął mi biker. Jeśli mieszkasz w dużym mieście, pewnie miałbyś to gdzieś. Ale w Starachowicach, to było wydarzenie. Moje miasto jest specyficzne. Mamy prezydenta w więzieniu, który wciąż rządzi zza krat. Długie lata truliśmy Was starym mięsem w kiełbasach z Constaru, nasz nauczyciel od historii molestuje seksualnie uczennice, nasi politycy ostrzegają bandytów, a my, Starachowiczanie, mamy dość kumoterstwa, nepotyzmu i burdelu nie tylko przy Ostrowieckiej.

To naprawdę piękne, że w tak udupionej mieścinie ktoś chciał jeździć. To przecież banalne. Tylko dlaczego 90% z nas, dzwi na dwór otwiera jedynie wtedy, gdy przychodzi listonosz? To buduje. Tego dnia wiedziałem, że i ja po zimie wreszcie ruszę w teren.

 

O tym właśnie dniu myślałem marcowego poranka, rozpoczętego bułką z dżemem i kubkiem mleka. Mgła na zewnątrz była tej samej barwy, co mój napój, który smętnie mieszałem łyżką to w jedną, to w drugą stronę. 2 stopnie na plusie i wiatr urywający głowy. Niemal widziałem, jak turlają się po chodnikach. Głowy starachowiczan wyrwane przez mroźny wiatr tego marcowego, niedzielnego poranka.

Głupio mi było udawać, że nie wiem, iż głęboko w czeluściach dysku mojego komputera, w Excelu zapisana jest cyfra „3”. 3h treningu. Minimum, ściślej rzecz ujmując. Za nic w świecie nie będę biegał, po ostatnim treningu wciąż wchodzę po schodach niczym rubaszny pirat o dwóch drewnianych nogach. Zerkam na nowe klamki Extralite. Wolno piję łyk mleka, zagryzam bułkę. Nawet niezłą. Dżem jest doskonały, śliwkowo - jabłkowy. Domowy. Klamki pozwalają mi doszukać się pozytywów. Zawsze lubiłem ten stan. Choćby łańcuch, czy nowe linki. Pamiętam, jak dostałem awizo z poczty, że klamki czekają. Ok, pójdę po nie z rana, następnego dnia. Nie jestem już tak szalony jak kiedyś, żeby jeszcze dziś po nie dymać. Hehehe.

Jakąś godzinę później, raźno zapierdzielałem w deszczu do pocztowców klnąc, na czym świat stoi. Wcale nie jestem uzdrowiony. Choroba mnie zżera żywcem. A może podświadomie się z tego cieszę? Wiedz, że dobrze być wariatem. Nie czujesz pustki.

Zakładam na siebie dodatkową warstwę odzieży. Dobrze, że zabrałem ze sobą zimowe buty. Mam ochotę całować Gore-Tex’ową membranę, a o ocieplinie Thinsulate pisać wiersze, układać piosenki.

 

W prorządku, ruszam. Jeszcze tylko jeden kęs bułki. No, może przejrzę jeszcze „Gazetę Starachowicką”. Ha, ha!. Teraz już ruszam. Może poczekam tylko do pełnej godziny, będzie trochę cieplej. Ok, jest pełna. Te pół godziny jakoś za szybko zleciały. Czuję, jakby ktoś mnie obserwował i jak nie patrzyłem, przestawiał wskazówki. Tak? To i ja nie będę dłużny. Wyjadę 10 minut później. Ale może 11:10 to za wcześnie i ruszę o 12:00? 11:10 sama w sobie jest jakaś dziwna, nie podoba mi się. W południe będzie raźniej. W ogóle w południe najlepiej jest ruszać. Wtedy na pewno wyjadę.

 

Jadę. Jest spoko. Ram pam bum, bębnię sobie dla dodania animuszu palcami po kierownicy. Wiatr smaga mi twarz, skórę mam całą sino – czerwoną. Mijają mnie kolejne samochody, a ja z tęsknotą odprowadzam wzrokiem ich ciepłe, przytulne wnętrza. Rozgrzewam się na podjazdach i doskonale schładzam na zjazdach. Zauważam, że piasta Chris King denerwuje wioskowe burki. Gonią mnie dosłownie wszystkie, a te uwiązane wściekle szczekają. Ot, taka wartość dodana. Mojego psa piasta nie denerwuje. On jak ją słyszy, po prostu ucieka, jakbym chwilę wcześniej przyłożył mu półtora metrowym kijem po grzbiecie.

Mgła gęsta jak mleko, szczelnie pokrywa moje okulary. Widzę tylko do połowy szkieł, reszty się domyślam. Widoczność na kilkanaście metrów i samotność pariasa.

Wreszcie, hura!, wjeżdżam w teren. W lesie czuć klimat. TEN klimat. Mgły snują się gęsto, przywołując na myśl szkockie wrzosowiska.

Na tzw. “Święty Krzyż” wjeżdżam bocznym, czerwonym szlakiem. Na szczycie okulary parują, nic nie widzę. Później pamiętam single w kierunku Łysicy. Jazda daje mi niesamowity ubaw. Skaczę przez korzenie, ślizgam się w zakrętach i słyszę tylko dźwięk podskakującego na wybojach łańcucha. Zupełnie, jak na starych relacjach TVP ze Skoda Auto Grand Prix MTB. Zabawne, że pamięta się takie rzeczy.

W połowie szlaku spotykam dwóch gości na fullach, ale tylko spinam łydki i atakuję Łysicę. Raz pokonują mnie śliskie kamienie, drugi raz błoto. W najbardziej stromym momencie czuję, jak Race King’i grzęzną w śliskiej mazi.

A mnie odcina prąd. Elektryk bawi się ze mną, raz po raz wyciągając wtyczkę. Robi się zimno, czuję się zmęczony. Góra rozkłada mnie na łopatki. Jestem tylko frajerem na rowerze, który coś sobie ubzdurał.


Nie poddaję się bez walki. Zjeżdżam ją po raz pierwszy prawie w całości. Kiedyś się uda. Musi. Inaczej pomyślę, że się starzeję, a części kupuję dla podbudowania upadłego ego.

Na dole nie czuję rąk. Widzę siebie sprzed 14-stu lat w tym samym miejscu. Stoję na moim Giancie i masuję palce. Czasem chciałbym, żeby moje wcześniejsze ja, mogło zobaczyć późniejsze. Który punkt widzenia byłby jaśniejszy?

 

Na dole jest źle. Staram się zasunąć suwak wyżej, niż jest wszyty. Uderza mnie ogrom wszechobecnej wilgoci, mgła staje się coraz bardziej gęsta. Są takie trasy, które mają bardzo lepkie macki. Chwytają człowieka za gardło i duszą, oplatają umysł. To właśnie taka droga. Na niej przeżyłem największe kolarskie kryzysy. Ring powoli zalewa się krwią, to mój rozcięty łuk brwiowy. Słyszę gong, sędziowie nie są mi przychylni.

W myślach zaczynam liczyć podjazdy. Ile jeszcze przede mną. Najgorszy będzie czwarty, czy może piąty. Czyli byle do piątego. Do drugiej rundy wchodzę podbudowany, staram sie oddawać ciosy. Raz nawet trafiam. Całkiem sprawnie wjeżdżam na górę i… uderze we mnie taka siła wiatru, że prawie ląduję na deskach. Jestem na wypłaszczeniu, drzew brak. Powoli mam dość choć rezerwa, na której jadę o dziwo się nie wyczerpuje. Na pierwszym, czy drugim biegu samochodem do setki się nie rozpędzisz, ale od biedy dotrzesz do celu. Wśród okolicznej ludności na pewno mam status kretyna na rowerze. Wokół żywej duszy, tylko wiatr, mgły, rower i ja. A w niedzielę ogląda się serial, pije wódkę, albo je rosół. Przepraszam, nie wiedziałem.

Myślę o ciastkach, które zostały w domu. Wzgardziłem nimi, a teraz mi odpłacają. “Babcia, ja nie jem już ciastek!”.

Dużo bym teraz za takie dał. Chrupiące, z cukrem. Najchętniej usiadłbym sobie na jakimś zadaszonym przystanku i po prostu posiedział. Tak ze dwa dni.

Wreszcie jest, czekałem na nią. Tablica “Starachowice”. Zostały ostatnie dwa podjazdy. Wchodzę do domu, dalej nic i oto siedzę przy stole, zjadam podwójną porcję obiadu. Potem znowu nic i siedzę w wannie. Jak przez mgłę (sic!) słyszę babcię. Pyta, czy sie nie utopiłem, bo coś za cicho siedzę. Ja pierdolę.

Później dłuuugie nic i leżę w łożku jak kłoda. Budzi mnie głos babci z dołu. Pyta, czy żyję, bo na górze światło zgaszone i jakoś tak cicho.

 

Po powrocie do Warszawy jestem chory. Znów. Nawrót wirusa. Od 3-ech tygodni żyłem na pół gwizdka, byłem osłabiony. Kolejny atak grypy kładzie moje morale na łopatki. Teraz, to już na pewno sezon stracony. Każdy będzie mocniejszy ode mnie. A może dać sobie z tym wszystkim spokój? Siedzę w domu i patrzę przez okno. Dzieciaki grają w piłkę, jedzie samochód, ktoś nawet na rowerze.

Przecież to dno nie mające sensu. Weź się w garść. Trenuj, jeździj, choruj, leż. Baw się, ucz, pracuj, odpoczywaj. Rób coś, miej swoją zajawkę, nie użalaj się. Stać Cię na to, nie straciłeś niczego.

Dobrze jest szukać pozytywów. W sobotę jechałem moim ulubionym wąwozem, by po chwili brnąć po kolana w śniegu. Smierć sprawia, że tak docenia się życie. Dobrze czasem umrzeć, by nie żyć w miałkiej codzienności. Dwa słowa, carpe diem. Banalne, trudne, awykonalne? Chwytaj dzień, bo i tak nie będzie inny, niż teraz.

 

 

Czy drogę przez mgłę pamięta się dłużej, niż cztery treningi na trenażerze?

 



piątek, 14 lutego 2014
Shimano XC-90, test długodystansowy. Część 1.



Zgubiłem się kiedyś w lesie. Nie raz zresztą, zdarzało mi się dość często. Raz zapodziałem się nawet w jednym z warszawskich parków, ale chyba nie chcę o tym opowiadać. Tym razem sytuacja była inna, bo byliśmy w trójkę. Ja i dwóch rowerowych kumpli. Jechaliśmy wg GPS-a, las zaszedł mgłą, byliśmy wysoko w górach i sytuacja stawała się nieciekawa, ściemniało się. Przypominałem sobie właśnie opowieści kolegi o spotkaniu z niedźwiedziem pewnej zimowej nocy, kiedy przez mgłę zobaczyliśmy nikłe, migoczące światło. Wydawało się być ciepłe, przyzywające. Nie mając nic do stracenia, ruszyliśmy w jego kierunku. Odsuwając mokre gałęzie kolejnych drzew, wyjechaliśmy na niewielką polanę, gdzie przy ognisku siedziała równie niewielka grupka mężczyzn. Drwale z gór, czyli kłusownicy, mordercy i ludożercy. Diabli wiedzą, w jakiej kolejności.

Przed oczami od razu miałem „Drogę bez powrotu” i inne tego typu obrazki. Wydawało się wręcz, że wieje lekki wiatr, a po drodze przewalają się te kuliste krzaczki, jak w amerykańskich filmach o różnorakich zwyrolach. Stałem spokojnie, patrząc w dół i szurając butem w piasku. Na odwrót było za późno, bo oto herszt bandy o aparycji gwałciciela kur i łamacza kozich serc zaczął się zbliżać. Miałem wrażenie, że zaraz splunie, jak te zwariowane dziadki ze starych stacji benzynowych na zadupiach, które w wolnym czasie pałają się zarzynaniem młodych, miastowych dziewcząt.

Zapytaliśmy cicho o drogę. Miałem wrażenie, że facet ma wzwód patrząc na kumpla, lub jego rower (sam nie wiem, co gorsze), więc robiło się nieciekawie. Gość wskazał nam szlak, po czym otworzył lekko usta, przekrzywił głowę i patrzył na nas z tym tępym wyrazem twarzy jak bohaterowie amerykańskich thrillerów. Grzecznie podziękowaliśmy i zarządziliśmy odwrót. Wbiłem się na ścieżkę jako pierwszy bo oczekiwałem, że ostatni z nas zaraz padnie ze strzałą w plecach. Oczywiście ani myśleliśmy jechać trasą wskazaną przez drwala bo było jasne, że zastawią tam na nas zasadzkę. Zawróciliśmy więc i… wyjechaliśmy znów na polanę. Upiorna banda popatrzyła na nas spode łba, wykrzywiliśmy twarze w grymasie, mającym przypominać uśmiech i zniknęliśmy w gęstwinie. To nie była jednak dobra droga, wracamy. Mijamy polanę po raz trzeci. Teraz na pewno dobrze. Ale nie. To nie tędy. Wracamy po raz czwarty, nawet nie patrzę na drwali i oto jest. Nasz szlak. Kurcze, pokazywali dobrze. Nie wierzę. Pojechałbym ich nawet przeprosić, ale dobrze mi z obiema nerkami.

 

(…)

 

Wiecie, co najszybciej zmienia się w rowerach? Design. Wzornictwo przemysłowe chodzi w siedmiomilowych butach. Był rok 1997, kiedy w katalogach pojawił się nowy, topowy but Shimano. SH-M300. Brzmi znajomo? Wiele lat później, Japończycy powrócą do tego nazewnictwa w zupełnie nowej odsłonie. Na dzień dzisiejszy obuwie to wygląda wręcz śmiesznie, ale miało kilka ciekawych patentów. Klamra sprzęgnięta z elastycznym paskiem, czy zalaminowana w podeszwie specjalna płytka, mająca ją usztywniać. Dwa lata później, w roku 1999, powstaje protoplasta dzisiejszych rozwiązań, czyli SH-M320 z klamrą i dwoma rzepami, czego to Shimano trzyma się po dziś dzień. Najciekawsze nastąpiło jednak w nowym millenium. Niebieski but SH-M220 i wielki napis „Carbon” rozpoczął erę, która trwa po dziś dzień.

Moimi pierwszymi butami MTB, były Shimano SH-M221. 784g. (w rozm. 40), dwa rzepy i klamra, karbonowa podeszwa. Do dziś jeździ w nich mój brat. Ile to już będzie, 13 lat? Co zmieniło się przez ten czas, jak dziś wygląda topowe obuwie japońskiej marki? O tym poniżej.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcie nowych XC-90 wiedziałem, że muszę je mieć. To buty o kolorystyce i wzornictwie, które się kocha, albo nienawidzi. Na szczęście barwa pasowała do mojego widelca z przełomu wieków, również w kolorze „Racing blue”. Tym samym rozpoczynam test długodystansowy mający szczegółowo odpowiedzieć na wszystkie pytania, które chcielibyście zadać.

 


Z pudełka:

 

 

Buty robią piorunujące wrażenie. Niebieski kolor lekko opalizuje i wpada w różne odcienie. Lekko się błyszczy.

Cholewkę wykonano z syntetycznej skóry. Czubek schowany jest pod plastikową osłoną, mającą chronić palce (oraz samo obuwie), przed kamieniami.

Także zapiętek posiada plastikową nadlewkę.

Zwracają uwagę otwory wentylacyjne z siatki, umieszczone w różnych częściach cholewki. Buty zapina się na dwa asymetryczne rzepy z systemem „off set” (rzepy są przesunięte wzgl. siebie, co nie pozwala na ściskanie stopy w jednym miejscu), oraz klamrę. Język posiada minimalistyczny, neoprenowy kołnierz, dopasowujący się do podbicia stopy, który nie pozwala na dostawanie się do środka małych kamyczków, czy piasku.

Wnętrze wykonano z antybakteryjnego, nie absorbującego niechcianych zapachów materiału. Zapiętek obszyto tzw. metalową nicią, która nie pozwala pięcie na podnoszenie się podczas jazdy. Co ciekawe, w starszych modelach ów materiał znajdował się także po bokach i pewnie trzymał stopę.

Nie ma tam jednak dodatkowej wkładki, jak w starszych modelach. XC-90 wypruto ze wszystkich zbędnych rzeczy. Podobnie, jak 13 lat temu w SH-M221 wkładamy bezpośrednio na carbon metalową blaszkę z otworami na blok i zaklejamy ją wodoodporną (hehehe) naklejką.


Cóż, przynajmniej wnętrze będzie szybciej schło po ulewach. A tak wyglądały stare SH-M310:

Wewnątrz znajdujemy zupełnie nową, termoformowalną wkładkę.

Zapewnia ona regulowane podparcie części wzdłużnej stopy (dopasowuje się je za pomocą dwóch poduszek o różnej grubości), oraz śródstopia (jedna dodatkowa poduszka).

Chyba największe wrażenie, robi jednak podeszwa.

Shimano od nowa zaprojektowało tę część, wzorując się na butach piłkarskich. Całość jest oczywiście karbonowa, jednak włókno jest widoczne tylko w okolicy bloku. W tylnej części znajduje się relatywnie niski, ale agresywny protektor, wykonany z niezwykle miękkiej mieszanki. Najciekawiej robi się w części przedniej. Protektor wykonany jest z dość twardej gumy, wokół niego znajdują się trzy wymienne kolce zrobione z miękkiego kauczuku. Tuż pod czubkiem buta, mamy dwa dodatkowe kolce (także wymienne), wykonane ze stali. Są zauważalnie mniejsze, niż w starszych wersjach, jednak powinny zdecydowanie lepiej wgryzać się w błoto. Na środku podeszwy znajdziemy jeszcze gumową, antypoślizgową wkładkę. Wprawne oko może znaleźć kilka niewielkich elementów odblaskowych.

Widać postęp?


Kompletny zestaw w rozm. 41, waży 706,9g.


Uff, to chyba wszystko.

 

 

Dopasowanie butów

 

Byty wykonane są oczywiście w topowej technologii Shimano, umożliwiającej tzw. termoforming. Odwiedzam zaprzyjaźniony punkt Shimano Service Center i zaczynamy zabawę. Buty lądują w piekarniku, po czym zakładam je na stopy, a serwisant wsuwa je do worka i kompresorem odsysa powietrze. Świetne uczucie, doskonały masaż stóp. Pan ugniata buty rękoma, dodatkowo dopasowując je do kształtu ciała. Następnie podgrzewamy wkładki, po czym należy chodzić przez kilka minut, aby je odpowiednio ukształtować. Technologia działa, po wszystkim wyraźnie wydać odgniecione palce.

Operację możemy przeprowadzać dowolną ilość razy. Nie robimy tego raz na całe życie. Zawodowcy bardzo często formują swoje buty. Błoto, wilgoć, przemnożone przez ilość przejechanych kilometrów sprawiają, że termoforming dobrze wykonać ponownie.

W domu naklejam pod przednią część wkładki małą poduszeczkę, oraz zmieniam wkładkę dopasowującą łuk stopy na grubszą.

Świetne uczucie, wkładka niemal masuje wspomniane miejsce i nie pozwala na zbędny ruch męczący nasze nogi.


 

 

Pierwsze wrażenie

 

Zakładam buty. Rzepy są niezwykle cienkie, w ogóle ich nie czuć. Mogę zapiąć je znacznie mocniej, niż dotąd. Patent „cross x-strap” (naprzeciwległe rzepy) również działa. Niestety górny rzep jest przeszyty w taki sposób, że zaciągając go, haczymy o szlufkę w języku. Niby głupota, a jednak denerwuje.

Klamra „chodzi” niezwykle płynnie, bardzo mocno opina nogę. Mocniej, niż w poprzednich modelach. Nie ma sensu dociągać jej o dodatkowy „klik”.

But w tym samym rozmiarze jest szerszy, niż poprzednik. Szczerze mówiąc strasznie mnie to denerwuje. Rok rocznie, Japończycy zmieniają kształt cholewki i te same rozmiary należy dobierać od nowa. W XC-90 palce mają sporo luzu; but wydaje się być nieco dłuższy, niż SH-M315. Moje niegdysiejsze SH-M310, które mam do dziś, miały wąskie czuby i idealnie opinały stopy. Jednak przy dłuższych wypadach czuć było drętwienie palców. Ok., nie odsyłam ich, zostaję przy tym, co mam.

Po założeniu butów, czuję się co najmniej dziwnie. Jakbym stał gołą piętą na ziemi. Podeszwa jest niesamowicie cienka. Wyraźnie to widać, gdy zestawi się stary i nowy model ze sobą:

Robię krok, dwa i całość się gnie, chodzi mi się miękko. Dziwne. Carbon, topowe lakierki i takie cuda?

Sprawdzam giętkość podeszwy organoleptycznie, w dłoniach. Prawie nie drgnie. Biorę swoje kilkuletnie 310-tki. To samo. Mam jednak wrażenie, że podeszwa w XC-90 jest jakieś 2% bardziej plastyczna, niż w starych wersjach. Natomiast wrażenie sprężystości podczas chodzenia, nadaje niesamowicie miękki protektor. Świetny patent, ale po przesiadce z innych butów, trzeba się do niego przyzwyczaić.

Stare SH-M310 ciut lepiej trzymały piętę, dzięki wspomnianej wcześniej metalowej nici, oraz węższemu krojowi. Czas na jazdę.

 

 

Ok., ale jak to działa?, czyli 0-100 km.

 

Wsiadam na trenażer. Wpinam się w pedały XTR serii 980. Fajnie, dzięki nowemu protektorowi jest łatwiej, niż w starym obuwiu. Trzymam płynny obrót, nic mnie nie pije, nic mnie nie uciska. Nie czuję podnoszenia się pięty. Mogę poruszać palcami, nie są skrępowane. Transfer energii jest wzorcowy. Mam jednak wrażenie, że Japończycy zmniejszyli nieco twardość podeszwy, dla większego komfortu. To buty zaprojektowane we współpracy z zawodowcami, trudno tu dyskutować.

Po 1,5h. schodzę z roweru. Stopy mam świeże, niemal wypoczęte. Buty są bardzo lekkie, prawie ich nie czuć. Nie mam mokrych skarpetek, stopy się nie pocą. Kilka godzin to zdecydowanie za mało, aby wydać obiektywny werdykt. Dlatego test trwa dalej i będzie podzielony na kilka części. Na chwilę obecną wciąż trenażeruję; na zewnątrz byłoby brak innej, tak pożądanej przez rowerzystów rzeczy.

Gore-Tex'u.

19:25, punkxtr
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11