Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
czwartek, 28 stycznia 2010
Light Bike

Ciepły, prawie letni już dzień. Otwieram furtkę i wychodzę przed dom. Wita mnie spęta łyda kolegi i jego lekka szosowa kaseta. Gość jest naprawdę twardy. Obok niego stoi drugi z taką miną, że zastanawiam się czy powiedzieć mu "dzień dobry".

Zaczynają snuć rowerowe opowieści a ja oczami wyobraźni widzę jak jadę po krętym, technicznym single tracku na moim nowym rowerze, który niestety jeszcze nie powstał. Mam wreszcie swoje 5 minut. Jaki amor kupujesz, pyta gość z ryjem terminatora? Suntour-a MG ULR2 z tytanową sprężyną, wyrzucam jednym tchem. Łyda kolegi robi się jeszcze bardziej spięta i facet patrzy gdzieś w dal mocno naciskając na pedał, który poprzez korbę i łańcuch lekko porusza szosową kasetą. Głośno przełykam ślinę i czuję, że pocą mi się dłonie, gdyż zaraz przemówi "Arnie".

-Kup lepiej Bombera; jest ciężki ale chodzi jak marzenie. A ja czuję, że mój tępy wyraz twarzy mówi wiele.

Później jeszcze zmuszony jestem pośmiać się z chłopaka o ziemniaczanej twarzy i dźwięcznej ksywce Goro, który ważył każdą ze swoich szprych. A wszystko to 11 lat temu w ciepły, prawie letni dzień.

 

Po co kupować tytanowe osie do pedałów, tytanowe zębatki do kasety od LuckyNino, tytanowe śrubki, tytanowe sprężyny do przerzutki i V'brake'ów? Czy 40, 30, 3g. mniej to dużo? Czy jeśli kupię ultralekkie tytanowe zaciski New Ultimate i zdejmę 100 g. względem XTR-a, to pozostanę jeszcze normalny? A co gdy zamówię tytanową sprężynę do tylnej przerzutki lżejszą od stalowego odpowiednika o 5 g.? Czy wsadzą mnie w kaftan?

Nie lepiej postawić kloca przed zawodami, bo będę przecież lżejszy? A może odchudzić siebie o 1 kg? To przecież tańsze i zdrowsze.

A co, gdy dwa powyższe założenia są już spełnione? Skąd bierze się rower o wadze 8 kg? Czy przylatuje z kosmosu?

Ile razy słyszysz, że nie odczujesz tych 20g. mniej. Czy ci rowerowi filozofowie myślą, że jak zmienię kierownicą to od razu zrzucę 1 kg. i waga pokaże 9 kg.? Ultralekki rower to suma małych kroczków i wielu wyrzeczeń. Odchudzam przerzutkę, korbę, wymieniam śrubki i spręzyny; robi się 500 g. mniej. I nie mów mi proszę, że wiesz lepiej. Że rower sam nie jeździ, że najważniejszy jest trening, że że blebleble. Wierzę, że rozumiesz.

sobota, 16 stycznia 2010
Wrong turn aka Droga bez powrotu.
Będąc w liceum postanowiłem kupić sobie pierwszy „prawdziwy” rower górski. Oczywiście na tą decyzję złożyło się kilka sprzyjających warunków; choćby rzecz tak zdawało by się prozaiczna jak zastrzyk gotówki, który to niespodziewanie otrzymałem. A tak w ogóle była wiosna pełną parą i wypadało mieć jakiś pojazd, którym można by porządnie pojeździć i przyszpanować przed coraz to skąpiej ubranymi obiektami płci przeciwnej. Jak uradziłem tak zrobiłem i w tym samym dniu stałem się szczęśliwym posiadaczem full’a Grand G 300. Był jeszcze G 100 z przednim amortyzatorem, G 200 z tylko tylnym, oraz mityczny już G 400, który względem mojego wzbogacony był o zawodniczą jak mi się zdawało, tylną przerzutkę Altus. Niestety świnka- skarbonka nie miała litości i pozwoliła tylko na G 300. Rower miał wszystko co potrzeba. Najważniejsze było to, że posiadał dwa amortyzatory. Musicie wiedzieć, że były to czasy, kiedy na jego widok starachowiczanie mówili ooooooooo….!!! Grand jedzie !! Mojego zachwytu nad nową maszyną nie osłabiła nawet wiadomość, że hydrauliczne jak mi się wtedy wydawało hamulce są najzwyklejszymi uruchamianymi linką V’ brake’ami (w moim mieście była wtedy era cantilever’ów) . Kupiłem nawet kask, dzięki któremu jeździłem naprawdę dzybko. Działo się tak, ponieważ gdy przejeżdżałem okoliczne wioski, to często leciały za mną kamienie. Ciekawscy tubylcy chcieli sprawdzić wytrzymałość mojego orzecha. Po zamontowaniu błotników, które nota bene wkrótce ułamałem wyruszyłem na dziewiczą przejażdżkę.
Jezuniu, co to była za jazda! Mogłem wreszcie hamować tylko jednym palcem, a rower stawał dęba. Szybko ustawiłem klamki tak, aby miały jakieś 5 mm „skoku” i zacząłem śmigać po okolicy. Przed bramą wjazdową na moją posesję ułożona była nowa kostka Bauma, na której świetnie piszczały nowe opony. Tak sobie jeździłem po okolicznych lasach, wioskach, polach i łąkach, aż niespodziewanie zrobiło się lato. Stwierdziłem, że pora na pierwszą poważną wyprawę. Umówiłem się z dwoma kumplami, że nazajutrz pojedziemy na Wykus. Jest to to miejsce, w którym podczas II wojny światowej zaciekle stawiali opór partyzanci, sławni zresztą na cały kraj. Znajduje się w samym sercu olbrzymiej niegdyś puszczy, która i dziś robi odpowiednie wrażenie. Tak więc cały dzień mieliśmy zaplanowany. Dobranoc.
Po otwarciu sennych jeszcze powiek z nieukrywaną radością stwierdziłem, że pogoda jest idealna. Tak jak lubię, czyli upalnie i bezchmurnie. Razem z bratem wzięliśmy butelkę wody, kilo śliwek i parę złotych do kieszeni. Kiedy dołączyli do nas koledzy, była nas czwórka. Leniwie, bardzo przyjemnym tempem pokręciliśmy asfaltami na skraj miasta, by zagłębić się w jodłowy i dość ponury, ciemny las. Godzina była wczesna, ale słońce grzało już dość mocno, także ucieszyliśmy się z przyjemnego półmroku i chłodu tutaj panującego. Trasę znaliśmy dobrze, w końcu nie raz byliśmy na Wykusie. Raz jechaliśmy dość szeroką ścieżką, a za chwilę wąskim single- trackiem. Droga była urozmaicona i nie pozwalała się nudzić. Następujące po sobie częste szybkie zjazdy i krótkie, ale mozolne podjazdy dawały nam wiele radości. Przez chwilę poruszaliśmy się po suchym igliwiu słuchając podskakujących szyszek, a potem kawałek błota. No i przejazd przez dwa leśne strumyczki z krystalicznie czystą wodą. Bardzo je lubię. I tak w świetnej atmosferze dojechaliśmy na docelową polanę.
Mimo gęstych koron drzew, słońce i tak usilnie się przez nie przeciskało, na co wskazywała opróżniona butelka po wodzie. W mgnieniu oka wsunęliśmy zabrane śliwki i po mniej więcej godzinnym leżeniu do góry brzuchem postanowiliśmy wracać. Byliśmy już nieco zmęczeni, także perspektywa ponownego pokonywania podjazdów nie wydawała się być zachęcająca. Na szczęście kolega znał dobry skrót, który miał nam zaoszczędzić ładnych parę kilometrów, a kończył się nad zalewem, w którym dodatkowo mogliśmy się wykąpać. Perspektywa ciepłego, żółtego piasku i chłodnej wody była niezwykle kusząca, więc ochoczo postanowiliśmy wracać owym skrótem. Droga okazała się bardzo ciekawa i wiodła w dużej mierze ubitymi leśnymi ścieżkami. Jechaliśmy i jechaliśmy, aż odkryliśmy, że ścieżka gdzieś znikła i znajdujemy się w środku lasu. Miny nam nieco zrzedły, ale nie chcieliśmy wracać, bo nadłożylibyśmy kawał drogi. Toteż postanowiliśmy brnąć na przełaj przez las. Niestety robiło się coraz bardziej gorąco, a my nie mieliśmy już ani wody, ani jedzenia. W sumie trochę się baliśmy, bo puszcza była spora i tak klucząc mogliśmy z niej nie wyjść do wieczora. Na domiar złego byliśmy już tak zmęczeni, że pod najmniejsze wzniesienie niechlubnie podprowadzaliśmy nasze bryki. Koniec końców nie mieliśmy ani ochoty, ani siły by jechać, więc zaczęliśmy po prostu iść. Po bliżej nieokreślonym czasie wyszliśmy na sporą polanę. Znajdujący się na niej piasek i trawa sprawiły, że rzuciliśmy rowery wyciągając się na ziemi nie mając już na nic siły. Przeleżeliśmy tak w czwórkę długą chwilę niepewnie oceniając naszą sytuację, która była jasna. Po prostu się zgubiliśmy nie mając zielonego pojęcia, w którą stronę iść. Głód i pragnienie zaczęły nam coraz bardziej doskwierać. Nagle leżąc zauważyliśmy jadący nieopodal samochód. Tam musi być jakaś droga! Zwlekliśmy się z ziemi idąc w tamtym kierunku. Faktycznie, była tam szeroka, leśna droga. Na chybił trafił obraliśmy kierunek i zaczęliśmy powoli jechać. Po jakiejś godzinie zamajaczyły przed nami pierwsze budynki. I przydrożna jabłoń. A na niej masa jabłek. Jak wściekli rzuciliśmy się na nią strącając owoce i napychając się do nieprzytomności. Po chwili ujrzeliśmy coś znacznie lepszego. Sklep. Najprawdziwszy, wiejski spożywczak!
-Dzień dobry, ma pan coś do jedzenia za 20 groszy???
-Hmmm, mogę wam pasztetówki zważyc!
Ludzie, facet zważył nam za 20 groszy kawał najlepszej pasztetowej, jaką w życiu jadłem. Oczywistym było, że jego 90% dał nam za darmo. Po chwili ktoś z nas wysupłał z kieszeni 10 zł. Kupiliśmy cały chleb i wodę. Nie macie pojęcia, jakie to było uczucie. Siedzieliśmy w przydrożnym sklepiku zagryzając swieżutką pasztetówkę chrupiącym chlebem i popijając najlepszą wodą pod słońcem. Każdy z nas uśmiechał się sam do siebie patrząc na jabłonkę. Po chwili rozparliśmy się najwygodniej jak mogliśmy na krzesłach i po prostu gapiliśmy przed siebie. Wokół nas tylko szum drzew, zapach traw i piękne, błękitne niebo. Tak mijały nam wakacje.

Dziś, 10 lat później (ale ten czas zap$%#ala) twierdzę, że gdyby nie takie przygody i Grand G-300, jeździłbym rozparty w wygodnym samochodzie i niezdrowo obżerał. Echh, to chyba łzy wzruszenia. Dziękuję. Było warto.
niedziela, 03 stycznia 2010
Uczmy się kochać rowery...

Znalezione na YouTube...

Historia roweru, który nie mógł poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością...

Dramat właściciela...

[*]