Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
sobota, 15 stycznia 2011
bikeBoard

Czy zastanawialiście się kiedyś co kształtuje człowieka? W jaki sposób powstają jego zainteresowania, skąd biorą się pasje i marzenia? Czy to, kim jesteśmy jest już gdzieś zapisane i tak naprawdę żyjemy jakbyśmy byli ciągnięci po niewidocznym, ale namacalnym niekiedy sznurku? Może to, co robimy nie jest konsekwencją niczego, na co mielibyśmy jakikolwiek wpływ?

Co jednak gdyby człowiek mógł w 100% sam decydować o swoim życiu, o tym kim jest, kim będzie i jaki się stanie? Czy decyduje o sobie, czy też jedynie chciałby mieć taką moc bądź złudnie wydaje mu się, że ją ma? Albo kiedykolwiek będzie miał.

A przypadek? Może wszystko jest właśnie jego kwestią? Myślimy, że coś planujemy, kształtujemy swój charakter a naprawdę efekt motyla burzy lub waha tą pewnością?

W 1999 roku byłem jeszcze dość sympatycznym grubciem, który ledwo mógł przebiec 100 metrów bo słaniał się na nogach. Niezbyt pamiętam, co robiłem wówczas w wolnym czasie a jeśli nawet, to na pewno nie było to nic związanego z ruchem oprócz roweru (no, może nie do końca ;-) ). Tego właśnie roku kupiłem sobie sławetnego fulla rodzimej produkcji: Grand-a G-300 i popierdzielałem po okolicznych lasach na tyle, na ile pozwalała mi kondycja i "sprzęt".

Był sierpień; ciepły i przyjemny. Pewnego dnia wybrałem się z rodziną i znajomymi, w tym kumplem, do Sandomierza. Wycieczka niby zaplanowana ale bądźmy szczerzy. To, że się tam znalazłem było w gruncie rzeczy kwestią przypadku. Przypadkiem było również to, że razem ze wspomnianym kumplem znaleźliśmy się przy pewnym kiosku. Pamiętam, że w kieszeni mieliśmy jakąś gotówkę, z którą nie mieliśmy już za bardzo co zrobić i zupełnym przypadkiem mój wzrok spoczął na gazecie rowerowej tuż za szybą. Dlaczego postanowiliśmy ją kupić, pozostanie dla mnie tajemnicą. Może i lubiłem jeździć na swoim Grandzie, ale kolarstwo jako takie było mi zupełnie obce.

Wracając pociągiem zamiast gapić się przez okno jak to zwykłem robić, czytałem czasopismo od deski do deski i z powrotem. Choćby test hamulców V'brake, dzięki którym mogłem zaszpanować w rowerowym, że przyszedłem po "klamki" a nie "te łapki do hamowania" wystawiający przy tym zdumionemu sprzedawcy obie ręce przed nos i złączonymi palcami wskazującymi i środkowymi markując hamowanie. Niestety połowy zwrotów wówczas nie rozumiałem (jaki "camel" do cholery), ale za to odkrywając znaczenie każdego z nich byłem coraz bardziej dumny.

Swój drugi numer w życiu kupiłem totalnym przypadkiem pod koniec zimy 2000 roku w Starachowicach. Olbrzymi napis na okładce "jak serwisować Bombera" otworzył mi oczy na problem przeglądów rowerowych widelców. Skąd jednak miałem wiedzieć, że nie każdy jest w środku taki sam a do mojego Top Gun-a w kolorze ferrari lepiej się nie zabierać?

W moim mieście księgarnia była jedynym miejscem, gdzie można było nabyć bikeBoard. Zawsze zamawiali tylko po jednym numerze więc gdy nadchodził czas na nowy numer, należało codziennie tamtędy przechodzić aby go nie przegapić. Po pewnym czasie miesięcznik zaczął przychodzić do jednego ze sklepów rowerowych, w którym w owym czasie byłem dość częstym gościem. Jeździłem więc z kumplem rowerem bo bB a potem czytaliśmy go na schodach przed witryną.

Sklep ów był centrum życia rowerowego w Starachowicach. Często siedzieliśmy tam i patrzyliśmy na kilkuosobową grupkę starachowickich pro-bikerów, z którymi bardzo chcieliśmy jeździć. Ale my mieliśmy wówczas rowery za niecały 1000 zł., a oni śmigali na Deore, LX, czasem XT. Ktoś miał nawet Judy XC. Dla nas był to totalny odlot. Jeden jedyny gość miał w rowerze przerzutkę XTR i kiedy przyjeżdżał, mogliśmy patrzeć na jego rower non stop.

Niemniej jednak takie widoki do częstych nie należały, więc człowiek przeglądał codziennie bikeBoard, żeby naoglądać się rowerowej biżuterii choćby na papierze. Niestety wtedy absolutnym maksem było dla nas Alivio, a i na nie trzeba było ciułać kasę nieraz przez kilka miesięcy. Patrząc na ceny z tamtych lat: kaseta XT: 300 zł., przerzutka tylna XT: 320 zł. często zastanawialiśmy się, czy kiedykolwiek dane nam będzie przejechać się choćby na mitycznym Deore. Człowiek mógł jedynie wziąć katalog, papier i ołówek a następnie składać sobie wirtualny rower z najlepszych komponentów pod słońcem.

Jedna rzecz jest jednak niezaprzeczalna. Mieliśmy czas na wszystko. Zawsze można było wsiąść na rower i gdzieś pojechać, a jedynym problemem było pytanie "gdzie?". Niejako przypadek sprawił, że jestem tym, kim teraz i robię to, co aktualnie. Bikeboard zawsze będzie kojarzył mi się z tamtymi latami, kiedy byliśmy nastolatkami bez żadnych zmartwień. Przeglądając tą gazetę zawsze czuję ten sam zapach lata w Sandomierzu, a na karku ciepły powiew wiatru. Dziś kupiłem ostatni numer, którego mi brakowało do kompletu: 3/1996. I to nie od byle kogo, bo od jednej z najlepszych polskich zawodniczek MTB. Już nie mogę się doczekać, kiedy go otworzę i poczuję się jak 11 lat temu.

niedziela, 09 stycznia 2011
Trening

Zima trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na to, aby taki stan rzeczy w najbliższym czasie miał się zmienić. Wg prognoz ICM od jutra znów będzie chłodniej. Dlatego też razem z kolegą patrząc na wczorajszą, dość przyjemną, pogodę w Warszawie postanowiliśmy odpocząć od trenażera i wybrać się na szosę.

"Do jutra asfalt przeschnie", mówiliśmy jeszcze wczoraj.

Rano patrząc za okno postanowiłem jednak zachowawczo wpakować rower do samochodu i dojechać nim do Konstancina, pod ichniejszy stadion. Niestety po dotarciu na miejsce gdy wysiadłem z auta byłem niebezpiecznie bliski rozpłakania się. Powiedzenie mojego kolegi: "syf, malaria i korniki" doskonale obrazowało sytuację. Masa wody, soli i piachu plus miejscami śnieg z lodem to prawdziwe clou zimowego kolarstwa.

Dlatego też dzielnie stwierdziłem, że jak już tam przyjechałem to wsiądę na ten rower. Po chwili dołączył kumpel i już razem śmigaliśmy okolicznymi szosami. Mgła była taka, że dało się ją kroić nożem. na domiar złego miejscami wiał silny wiatr. Także z każdym obrotem korby wzrastał mój zachwyt nad aurą i z całego serca cieszyłem się, że wyszedłem na dwór.

Jadąc nie odczuwałem chłodu, a nawet było mi ciepło (śr. temp. ok. 2C). Niestety po dojechaniu na parking, zanim włożyłem rower do samochodu, zdążyłem porządnie zmarznąć. Na domiar złego cały byłem brudny, więc przekomicznie musiałem wyglądać w czapce, z rozkręconym na full ogrzewaniem i siedzący na foliowej torebce.

A na dobry koniec dnia, żebym dobrze zapamiętał tą wyjątkową jazdę, została mi sterta prania i kompleksowe czyszczenie roweru.

Są jednak i plusy :-)

Dziś mija 13-sty tydzień moich "profesjonalnych" treningów. Od pewnego czasu wrzucam sobie screen'y z Polara tutaj: http://picasaweb.google.com/grzegorzpiatkowski1/Treningi#

Dzisiejszy wyglądał następująco:

http://picasaweb.google.com/grzegorzpiatkowski1/Treningi#5560192807017668786

Wyraźnie dało się zauważyć, że forma jest lepsza. Jazda pod wiatr nie powoduje tak dużego zmęczenia jak dotąd, a nogi kręcą korbą z dużo wyższą kadencją. Na podjazdach z kolei (dziś były raptem dwa i to niewielkie) tętno jest zdecydowanie niższe niż kiedyś. Czyli jakiś progres jest :-) Sam się sobie dziwię, że wytrzymałem już tyle w takim reżimie ale był to zdecydowanie dobry krok. Idzie ku lepszemu :-)

piątek, 07 stycznia 2011
Szklarska Poręba-maj 2010

Króciutki filmik, który swego czasu naprędce zmontowałem ze zdjęć zrobionych podczas zeszłorocznego, majowego wypadu do Szklarskiej:

Uff, działa :-)

Szklarska Poręba-maj 2010 from Punkxtr on Vimeo.

19:10, punkxtr , Filmy
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 stycznia 2011
Krótki test gumy do czyszczenia obręczy Mavic

Mówi się, że jak czegoś nie ma w Google to nie istnieje. Mimo niezaprzeczalnego faktu istnienia gumy Mavic, próżno szukać jej jakiegokolwiek testu w Internecie. Z drugiej jednak strony może to i dobrze, bo czytając "testy" umieszczone w sieci, ten mógłby brzmieć mniej więcej tak:

Uszyfałem przes tydzień. Działa ok!!!!!!

W zw. z powyższym postanowiłem sam przekonać się, jak ów produkt działa.

Moment na to najlepszy, bo za chwilę ludzie jeżdżący na V'kach, szczękowych Magurach czy poczciwych "kantach" (tak, tak, są jeszcze tacy!) wymrą bądź staną się ortodoksami, dla których nikt nie będzie produkował już fajnych szpejów. Z drugiej strony sami użytkownicy rowerowego sprzętu są dziś tacy, że nie warto dla ogółu produkować czegoś takiego jak guma z nagłówka bo po prostu ogół tego nie kupi. Dziś ogół chce działania na lata bez jakiejkolwiek konserwacji, naprawy, ingerencji. Kto brudziłby sobie przecież ręce. Czy naród odzwyczajony od myślenia zainteresuje się gumą Mavic-a?

;-)

Produkt jest niepozorny i wygląda następująco:

Niewielka kostka szarej "gumy" o wymiarach ca. 8cm x 5 cm. z różnorakimi domieszkami mającymi ułatwić czyszczenie obręczy. Całość "owinięta" w zółto-białą tekturkę kosztuje ok. 60 zł., czyli w gruncie rzeczy-drożyzna.

Dlaczego więc ją nabyłem? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze, ze zwykłej ludzkiej ciekawości. Po drugie, standardowe aluminiowe obręcze można dość łatwo wyczyścić. Niestety gorzej sprawa ma się z tzw. "ceramikami". W miarę użytkowania pokrywają się one nalotem z gumy klocków, który staje się śliski i domowymi sposobami właściwie nie da się go usunąć. W pewnym stopniu pogarsza się przez to jakość hamowania. Obręcz taka wygląda następująco:

Byłem niezmiernie ciekaw, czy guma sobie z tym poradzi. Pierwsze testy na sucho nie były obiecujące-produkt szybko się kruszy, zostawiając na podłodze całą masę pyłu. Aby użyć go jednak zgodnie z zaleceniem producenta, należy zamoczyć gumę w wodzie, lub dodać "mydła, rozpuszczalników i innych płynów o podobnym działaniu". Ja pozostałem przy opcji pierwszej, czyli H2O

Aby obręcz była czysta, należy naprawdę się przyłożyć. Udało mi się jednak doczyścić leciwą (6-ścio letnią) ceramiczną X-517, którą mam z tyłu. Przednia XC-717 po wszystkim wyglądała tak:

Jak widać guma działa i usunęła nalot, który wcześniej wydawał mi się być nizniszczalny. Niestety aby dojść do tego efektu potrzeba dobrych kilkunastu minut na całą obręcz. Nie wystarczy przetrzeć jej raz-należy mocno dociskając gumę do powierzchni roboczej felgi mozolnie trzeć. Po skończonej pracy bolały mnie ręce a i tak w niektórych miejscach można by było jeszcze trochę popracować.

Jedna z wad francuskiego produktu jest taka, że jak wspominałem na początku pozostawia on po sobie potworny bałagan i wcześniej należy odpowiednio przygotować sobie stanowisko pracy.

Patrząc na zużycie gumy po wyczyszczeniu obu obręczy można stwierdzić, że powinna wytrzymać kilkanaście (może kilkadziesiąt, lecz w to wątpię) takich czyszczeń. Sądzę jednak, iż w przypadku regularnego kontrolowania powierzchni roboczych felgi, gdy nie dopuścimy do jej nadmiernego zabrudzenia, życie gumy będzie trochę dłuższe.

Produkt jest drogi, ale bądźmy szczerzy-zdecydowanie poprawia nasze bezpieczeństwo. Osobiście uważam, że każdy fan V-brake-ów i ich doskonałego działania powinien mieć coś takiego w swoim warsztacie szczególnie w przypadku, gdy użytkuje obręcze ceramiczne.