Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
wtorek, 24 stycznia 2012
Szpaner, czy gadżeciarz?

"Gdy wkładasz nowe spodnie i jakiś piękny strój,

Kiedy chcesz wyglądać modnie, a wyglądasz jak chuj

I wydaje ci się wtedy, że jesteś wielki pan

Ale ja ci wytłumaczę, że to tylko chamski szpan

Nam szpanerów nie potrzeba

Szpaner niech spierdala stąd

On nie myśli tak jak trzeba

I dlatego poszedł won"

 

Tak właśnie kilkadziesiąt lat temu w chmurze pyłu wznieconego przez pogujących punkowców, z desek jarocińskiej sceny darł ryja "Skandal" z mojego ulubionego Dezertera. Chłopaki z Psów Wojny również mieli kawałek pt. "Szpaner". Czy rowerzyści to szpanerzy?

Gdy sięgnę pamięcią wstecz, coś jest na rzeczy. Wszystko zaczęło się, o ironio, przed komunią. Wtedy każdy komunista dostawał zegarek i rower, a ja nie mogłem być gorszy. Gdy wujek postawił delikatnie na oponach Stomil (swoją drogą w Reksiu też miałem te opony żyjąc w przekonaniu, że da się na nich przejechać ni mniej, ni więcej niż sto mil) nowiutkiego składaka Romet w kolorze kanarkowym, byłem w siódmym niebie. Rower bowiem miał bagażnik. Tak, najprawdziwszy bagażnik, na którym mogłem wreszcie wozić kolegów z podwórka i co najważniejsze, dziewczyny. Niestety w owych pięknych czasach bez bagażnika w rowerze byłeś nikim. Ubrany w komunijny garniturek wziąłem przyduży rower i pojechałem w teren. Zawracając na żużlowej drodze wziąłem i się zwyczajnie wypierdzieliłem przecierając co gorsza garniak i zalewając krwią białą koszulę. Lekka kicha, bo przez to na studniówkę trzeba było kupić nowy; na szczęście nie dostałem pasem. To było jednak nie ważne, bo na wiosnę i w lato mogłem podjechać seledynowym Rometem do koleżanek i zadać magiczne pytanie: przewieźć cię na bagażniku? Archetyp dzisiejszych blachar? Nie, to były szanujące się koleżanki a ja mogłem je wozić szpanując przed oszalałymi z zazdrości kolegami. Nie żebym był żigolakiem; myślę, że robiły to z litości lub chciały po prostu szybko i wygodnie podjechać do sklepu.

Nieługo później przyszła moda na rowery górskie. Brat dostał taki na komunię (jeden z pierwszych tego typu rowerów w mieście) i chyba z rok przejeździł na blacie orientując się później, że ta wajcha na kierownicy służy do zmiany biegów z przodu. Nie wiem jak on to zrobił, ale kiedyś wstał o pierwszej w nocy do szkoły bo budząc się spojrzał na zegarek do góry nogami i pomylił ją z siódmą. Gdy pożyczałem od niego bike'a, znów królowałem na dzielni, bo kto wtedy chciałby jeździć na bagażniku jakiegoś tam składaka. Grand G-300 to oczywiście osobna hist(e)oria gdyż były czasy, że zanim budził litość, wzniecał i podziw. Najpierw wśród kolegów, później dziewcząt, następnie pod podstawówką a na końcu u opóźnionych umysłowo. Wtedy w głowie zakiełkowała myśl złożenia prawdziwego roweru górskiego, najlepiej od razu na XTR-ze. Pierwsze katalogi rowerowe brutalnie wyrwały mnie ze snu i marzeń o przyszpanowaniu szarą anodą z tyłu. Ale był LX, XT... i gorycz odkrywania nowej rzeczywistości. Człowiek składał rower do kupy rok albo i dłużej, następnie ze 2 lata cyzelował detale a i tak sporo było jeszcze do zrobienia. A następnie przychodził (czy przyjeżdżał Grand Cherokee ściślej rzecz ujmując) kolega z ojcem, w sklepie pokazywał: ten i już miał sprzęt daleko lepszy od naszego wychuchanego roweru. Szpaner, czy koneser sprzętu?

Ale co, bić bogatych? A jak się bić nie potrafi to można przecież powiedzieć, że XTR i tak sam nie jeździ. Te dwa fronty zawsze się ścierają, ale zetrzeć na proch nie mogą. A szkoda. Jedni nie lubią drugich, drudzy nie lubią jednych. Czy jakoś tak. Pomijając sutuacje skrajne, dziś nie wkurza mnie już widok dziadka na tytanowym rowerze z platformami. Bo jeśli go na to stać, to dlaczego nie? Są też tacy, co składają, chuchają i wieszają, ale nie jeżdżą. A jeśli jeżdżą, bywa jeszcze gorzej. Pamiętam jak 13 lat temu do bikeBoard-u przyszedł bulwersujący list o szpanerstwie i pozerstwie wśród rowerowej braci. Bo ktoś przejechał zjazdowym fullem, bądź na ultralekkim sztywniaku na XTR po brukowanym rynku. Zamiast po górach. To właśnie na początku nowego Millenium toczyły się najbardziej zażarte dyskusje na temat wyższości jednych grup nad drugimi, na czym da się jeździć a na czym nie, oraz, że jak coś droższe o lepsze. Później temat ucichł bo chyba ludzie zajęli się wreszcie jazdą. Szpanerzy wydorośleli i jeżdżą błyszczącymi samochodami. A jak jest u Was? Czy dziś prawdziwych szpanerów już nie ma?

poniedziałek, 23 stycznia 2012
Test Rorschacha

 

Oto jest plama. Czy też ściślej rzecz ujmując kleks. Swoją drogą ileż to prościej było w dzieciństwie, gdy kleks kojarzył się tylko z plamą atramentu, a czołówka popularnych kiedyś "zakazanych reklam" z gotowaniem obiadu. A niby to dzieci mają bujną wyobraźnię. Tak więc patrzysz Drogi Czytelniku w ową plamę, masz jakieś skojarzenie a lekarz coś tam pozapisuje, pokreśli, przygryzie ołówek i opowie Ci o cechach Twej osobowości. Tzw. test Rorschacha. Ci, którzy oglądali Batmana Burtona pewnie wiedzą o co chodzi. Bruce widział tam rzecz jasna nietoperza. Proste i skuteczne. Z drugiej strony test powstał w roku 1921 a lobotomię, czyli wbijanie szpikulca do lodu przez oczodół szczęśliwego kuracjusza mającą na celu przecięcie włókien nerwowych mózgu przeprowadzono dopiero kilkanaście lat później. Czy możemy więc mówić o jego rzetelności? 

Ja nie widzę w tym kleksie gołej baby (szkoda), ani elementów fallicznych (tym lepiej). Nie wiem, może dwie głowy kaczek? Albo jakąś postać po środku z wzniesionymi ramionami. Jezus? Nie, chyba nie. Dziś Jezusy modne są raczej na grzankach i żelazkach.

A co, jeśli tam widzi się po prostu plamę? Zwykłego, niczego nie przypominającego kleksa? Pewnie i na to jest odpowiednia nazwa. Czy sami określamy w trzech czasach nasze ja? Czy robi to za nas plama atramentu?

Ostatnio przy przeglądaniu zdjęć znajomych z dawnych lat-podstawówka, liceum, studia, rzuciło mi się w oczy jedno. Patrząc na 90% fotografii, brwi powoli zawędrowały mi aż na tył głowy. Dżizas, jak oni się spaśli. Anka? Nieee, przecież jak wracaliśmy do domu to podczas mocniejszego wiatru przywiązywałem ją do swojego plecaka. Dobra, Arek jeździł na rowerze, pewnie dalej to robi. Klik, klik i co? Wrzucona jakaś fota ze Stanów, Arek tak gruby, że gdy przechodzi koło telewizora, oglądającemu ucieka odcinek ulubionego serialu. Gdzieś tam w tle 18 kg full bez rysy, a w profilu Arek jest CEO (tak modnie nawet). Co ta dorosłość robi z ludźmi.

Pewnie wyłania się Wam teraz mój obraz-troll internetowy. Nie, po prostu w Święta się rozłożyłem i trochę czasu spędziłem w domu. A ileż można serwisować V-brake XTR. Wpadłem w sidła wirusa. Co ciekawe była to jakaś większa epidemia, bo przeprowadziłem mały wywiad i kilku moich znajomych również niemoc dopadła równiutko w Wigilię. Swoją drogą wirusy to ciekawa sprawa. Niby nie zaliczają się do organizmów żywych, ale swoim "zachowaniem" dają do myślenia. Nikt tak naprawdę nie wie dlaczego nagle się budzą i skąd wiedzą, kiedy mają znów przejść w stan uśpienia. Ot taka hiszpanka, która zabijała w najlepsze a gdy żywicieli było coraz mniej-znikła tak nagle, jak się pojawiła. Polecam świetną książkę Bill-a Bryson-a. A wiadomo, jak człowiek siedzi w domu i nie realizuje planu treningowego, najczarniejsze myśli przychodzą mu do głowy. Gdy na jedzeniu zleciał mi 4-ty dzień byłem już przekonany, że oto moje przygotowania do sezonu szlag jasny trafił. Wszystko na marne. Później człowiek wsiada na trenażer i podświadomie stara się odrobić to, co stracił. Czyli najprostsza droga do destrukcji. Przepraszam, autodestrukcji. Ciężko się przed tym powstrzymać ale przecież i zawodowcy chorują. Może więc nie będzie tak źle.  

No dobrze, więc jak to jest z tym naszym jestestwem? Czy sami je tworzymy, czy możemy wyczytać je w plamie atramentu? A może obie te rzeczy są z natury sprzeczne? To tak jak z Pinokiem, kłamią nawet bajki. Nie może przecież istnieć chłopiec, któremu rośnie kinol. Co bowiem się stanie, gdy powie: za chwilę wydłuży mi się nos? Skłamie, czy powie prawdę? Dramat. Echh, chyba nie oglądając się na nikogo trzeba po prostu robić swoje. Do sezonu już naprawdę blisko. Właściwie to tylko 2 miesiące i mamy kwiecień. Znów zaszumią sosny, a kilkusetosobowy peleton będzie niósł po lesie zapach żywicy. Czy tylko ja nie mogę się doczekać?