Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
środa, 23 stycznia 2013
Czysty jak amator?

Chyba wszyscy słyszeli już o tym, co nawyprawiał Lance. Informacja jest tak medialna (ma nawet powstać film reżyserowany przez J.J. Abrams'a), że szczerze mówiąc, chyba już nigdy nie pozbędziemy się łatki koksiarzy. Być może niedługo w ogóle wstyd będzie jeździć na rowerze. Bo co, gdy kolega - grubas z pracy z kpiącym tonem będzie Cię pytał za każdym razem, gdy przypomni sobie o Twoim hobby: "no, jak tam, EPO już wziąłeś? Chrum, chrum, chrum".

Zdecydowana większość z nas jeździ jednak amatorsko. Trenujemy nocą, po przyjściu z pracy. Ja przed sezonem często mam już dość, gdy o 18:00 wychodzę na rower i kręcę n-ty raz z rzędu nie widząc dziennego światła, bądź biegając lasami przy nikłej poświacie czołówki. Osobiście nazwałbym nas pół-amatorami. Co najmniej. 

Wielu myśli, że zmagania te wolne są od zabronionych środków. Inni jeszcze się nad tym zastanawiają, kolejni oszukują. Nie jesteśmy wcale tacy krystaliczni, jakby mogło się wydawać. Skoro kolarz potrafi sikać stojąc w sektorze na drugi rower, skracać trasę, pobić rywala, zamieniać się sprzętem z drugim zawodnikiem, aby być szybszym na mecie, to dlaczego u licha nie miałby sięgnąć po zabronione środki? Nie mówię tu o niemal sztampowym EPO. Wiele substancji jest niemal na wyciągnięcie ręki i czasem nawet można nie zdawać sobie sprawy z tego, że właśnie się dopingujesz. 

Tekst, który linkuję poniżej miał powstać na potrzeby bloga. Spodobał się jednak chłopakom z portalu i wylądował właśnie tam: http://mtb.pl/mtb-pro/maraton-mx/432,1,czysty-jak-amator.html

Z własnego doświadczenia wiem, że są tacy, którzy biorą. Czyści wygrywają lub przegrywają, robią to jednak z honorem. Przez heroiczną pracę są w czubie peletonu. Na resztę można nie zwracać uwagi, odgrodzić barierą od wyższych uczuć łączących się z kolarstwem, ale nie zapomnieć. 

A Wy, jak myślicie?

czwartek, 03 stycznia 2013
Raramuri

Choć historia, o której za chwilę przeczytacie dla wielu wyda się nieprawdopodobna, wydarzyła się naprawdę. Gdy otwierała swoje karty, miała zmienić życie zaledwie kilkorga ludzi. Zmieniła, jak sądzę, tysięcy. Parę osób na zadupiu współczesnego świata zdołało pośrednio wpłynąć nawet na czarny charakter owej opowieści; giganta światowego przemysłu - korporację Nike. A ja? Ja jestem twardy, hehehe. Nie poddaję się manipulacji słownej. To moja inicjatywa, tłumaczyłem sobie dzień po usłyszeniu całej historii, gdy postanowiłem zrobić coś, czego nie doświadczyłem nigdy wcześniej. O, chyba właśnie tutaj tkwi haczyk! Doświadczyłem, Wy zresztą też. Ale wszyscy zdążyliśmy o tym zapomnieć.

Wcale nie tak dawno temu, pewien 40-sto latek zaczął biegać. Zaczęło go jednak trapić to, co zdecydowaną większość biegaczy na świecie: kontuzje. I choć facet ze sportem miał naprawdę wiele wspólnego, najzwyklejsze bieganie przerodziło się w wejście na Everest zimową porą. Przypadkiem usłyszał on o pewnym plemieniu z Meksyku, które choć nie posiada wypasionych Acics-ów z wymyślnymi systemami amortyzacji, trenera ani żadnej specjalnej diety, biega od zawsze. Tarahumara, bo o nich mowa, po prostu wstają i chcą pobiegać. Biegają sporo. Ile to dużo? Półmaraton? Maraton to już chyba wypas. A kilkaset kilometrów po górach? Bo właśnie o takich dystansach mowa, a ci niezwykli "Indianie" pokonują je we własnoręcznie wyciętych sandałach ze starych opon. Z uśmiechem na twarzy. Naprawdę. Jak polują? Otóż upatrują sobie sympatyczną, tłustą antylopę i zaczynają za nią biec. Antylopa jest niezwykle szybka i jeszcze szybciej znika nam z oczu. Tarahumara nie posiadają strzelb czy strzał, oni po prostu konsekwentnie biegną za zwierzęciem. Po kilku godzinach antylopa pada z wycieńczenia, a Indianie wracają ze zdobyczą do wioski.

Tarahumara to Raramuri, czyli biegający ludzie.

Jak tylko 40-letni Chris usłyszał o tym plemieniu, postanowił je odnaleźć z niecnym planem "podkradnięcia" tajemnicy nieśmiałych tubylców. Dlaczego oni mogą, a on nie? Znaleźć ich nie było łatwo, gdyż Raramuri wybrali sobie dość niezwykłe miejsce na swój dom: Miedziany Kanion. Miejsce okryte wyjątkowo złą sławą. I to nie tylko ze względu na kartele handlujące marihuaną, z siecią snajperów broniących dostępu do swych włości. Kanion znany był z tzw. "gorączki kanionu", która jawi się omamami wywołanymi przez niezwykłą atmosferę owego miejsca. Ściany kanionu zdawały się bowiem zamykać za wędrowcem i ciągle do niego zbliżać. Na skałach pojawiały się cienie, a wiatr i echo niosły szepczące głosy duchów. Ludzie z zewnątrz z reguły nie opuszczali kanionu. Podrzynali sobie gardła, skakali ze skał lub ginęli z pragnienia, karmiąc coraz bardziej zachłanne miejsce.

W tym samym czasie Scott Jurek, jeden z największych ultramaratończyków wszechczasów, wygrywał praktycznie wszystko, co tylko mógł. Spartathlon (bieg na 246 km.), Western States na 100 mil... Dla wielu był bogiem współczesnego biegania długodystansowego (choć to może nieco ujmujące mu dokonań określenie). Biegał właściwie tak... jak Raramuri.

Tarahumara byli duchami dzisiejszego świata. Niezauważalni, z dala od wszystkiego i wszystkich. Nadzwyczaj skromni. Choć nigdy nie zabiegali o naszą ciekawość, ludzie sami - mniej, lub bardziej nachalnie, nalegali na ów kontakt. Koniec końców, dzięki zapewnieniu dostawy kukurydzy do wioski, Indianie zgodzili się pobiec w ultramaratonie Leadville Trail, po czym biegnąc w swoich sandałach, "kapitan drużyny", nikomu nie znany 55-letni "dziadek" rozniósł najlepszych długodystansowców świata. A świat zażądał krwi.

Kto jest w stanie pokonać zwykłych wieśniaków? Czy jest ktoś, kto uratuje honor zachodniego świata? Chcąc, nie chcąc, plemię zostało niemal uwikłane w wojnę płci, gdy jedyną osobą, która wydawała się móc pokonać "biegających ludzi", okazała się filigranowa, niepozorna Ann Trason. Ta nauczycielka przedmiotów ścisłych wybrała sobie ultramaraton jako koronną dyscyplinę, bijąc rekord za rekordem. Podziemny światek sportowców wstrzymał oddech.

Na tą niezwykłą okazję Tarahumara otrzymali nawet sponsora; firmę produkującą buty do biegania. Wreszcie mogli zamienić swe sandały na wypasione, żółte Rockport'y. Nadszedł dzień wyścigu. Ann jak zawsze skoncentrowana wiedziała, że walczy o wszystko. Od początku narzuciła mordercze tempo, biegnąc po rekord. Indianie zostali w tyle. Na pierwszym punkcie pomocy zrzucili ze stóp sponsorskie podarki i... założyli sandały. Ann jednak była nie do pokonania. Jej tempa nie mógł wytrzymać tego dnia nikt. Dziewczyna była ponadto sprytna. Wymyśliła sobie, że wygra wyścig taktyką. To ona miała być zwierzyną; Indianie myśliwymi. Bo przecież kto powinien być bardziej zmotywowany? Na domiar złego jednego Indianina dopadła chyba po raz pierwszy w życiu kontuzja. Zwycięstwo cywilizowanego świata było oczywiste... a przynajmniej do momentu, gdy meta znajdowała się w promieniu 15-tu kilometrów. Nagle zza wycieńczonej Ann pojawił się uśmiechnięty Tarahumara po czym zniknął tak szybko, że do zszokowanej dziewczyny dobiegł tylko furkot jego ludowej peleryny łopoczącej na wietrze, oraz odgłos odbijających się od ziemi sandałów wyciętych ze starej opony samochodowej. "On pojawił się jak zjawa. jego bieg był lekki, oddech równy, a na twarzy świecił błogi uśmiech. Wrażenie było, że w momencie, kiedy u mnie już nie zostało sił, on dopiero zaczynał biec". I znów nikomu nie znany wieśniak zwyciężył w jednym z najtrudniejszych ultramaratonów na naszym globie, przy czym nie omieszkał ustanowić nowego rekordu trasy. Na mecie, Ann, która przybiegła pół godziny później, zdobyła się na uszczypliwą uwagę: "Czasem potrzeba kobiety, by mężczyzna pokazał, na co go stać".

Tarahumara zabrali swą kukurydzę i zniknęli w Miedzianym Kanionie niczym duchy, za które ich do tej pory uważano. Była jednak jeszcze jedna sprawa, którą należało wyjaśnić. Scott Jurek, niekwestionowany król ultramaratonu, który podobnie jak Raramuri był niezwykle skromny i... zawsze uśmiechnięty. Po prostu kochał bieganie. Bóg zachodniego świata, kontra wieśniacy z zapomnianego przez wszystkich zadupia, dzierżący jednak jakąś pradawną, jak się wydawało, tajemnicę na temat ich niezwykłego sukcesu. Oto szykował się największy wyścig w dziejach ludzkości.

 

Gdy w Święta kończyłem czytać książkę tak barwnie relacjonującą powyższe zdarzenia, pomyślałem sobie natychmiast: kurwa, jestem jak Scott Jurek i Tarahumara razem wzięci. Idę biegać. Krew zaczęła buzować, nozdrza chciwie łapały olbrzymie hausty powietrza. Nakręciłem się niesamowicie. Tak się stało, że czekała mnie świąteczna wizyta u rodziny. Jako rodowity Raramuri stwierdziłem, że założę ciuchy do biegania, w drodze powrotnej wysiądę przed Starachowicami i po prostu dobiegnę do domu. Żegnany przez cioteczną rodzinę: "A może pobiegniesz za samochodem, AAAAAAAHAHAHAHAHAHA!!!), wysiadłem w Iłży, w aucie trzasnęły drzwi, po czym Honda mojego brata zniknęła na horyzoncie. Będzie fajnie, dopingowałem sam siebie patrząc na niesamowicie zdziwionych mym widokiem pijanych autochtonów pobliskiej wioski, którzy akurat okupowali jedyny w tym miejscu, przystanek. Łyknąłem sobie carbo i ruszyłem w drogę. Najpierw miękkimi, trawiastymi poboczami w kierunku Jasieńca. Następnie clou programu, czyli leśny odcinek przez Lipie do samych Starachowic. Między drzewami kupa lodu, ale trzymam się dzielnie. Biegnie mi się... świetnie (proszę państwa, Scott Jurek ma się doskonale mimo 40-sto stopniowego upału i 120-ego kilometra trasy. Zwycięstwo wydaje się aż nazbyt oczywiste!). 

Godzina robi się jednak późna, a ja wciąż w lesie. Chcąc ominąć lodowy odcinek skręcam w boczną ścieżkę i gubię utarty szlak. Biegnę na azymut, co chwila potykając się o rozmaite rzeczy. Bardzo mocno brakuje mi czołówki, czy choćby zapałki, która jak mi się wtedy wydawało mogłaby wspaniale rozjaśnić te egipskie ciemności. Między drzewami panuje półmrok, a niesamowity klimat tego miejsca potęgują wyciągnięte w moim kierunku konary na wpół uschniętych jodeł. Nagle, na ścieżce przed sobą widzę sarnę. Hehe, głupia, w ogóle nie ucieka. Jeszcze mnie nie widzi. Ale zaraz będzie spierdalać! Jestem już bardzo blisko sarny, a ta stoi jak wypchana. Coś mi tu... Dobra, klasnę w dłonie. Klaszczę już któryś raz z rzędu, aż wreszcie sarna odwraca leniwie łeb w moją stronę i okazuje się być dzikim psem; czymś, w rodzaju bernardyna. O o o kkkk k k KURWA! Właściciela psa nawet nie szukam (prawie noc, środek lasu, drugi dzień Świąt), przy czym jego wygląd wskazuje na to, że jeśli nawet kiedyś miał właściciela, to już go dawno zjadł i teraz oto czas na mnie. O ja pierdolę, na drzewa nie ucieknę, wszędzie widać tylko strzeliste iglaki bez ani jednej gałązki na dole. Ostrożnie obchodzę zmorę bokiem, wychodząc na tory nieczynnej wąskotorówki. Robi się nieco jaśniej i wypatruję ślepiów bestii ukrytej w krzakach. A ona gdzieś tam jest i warczy. W końcu zaczynam bieg i do samego Lipia, niewielkiej wsi w środku lasu, docieram w ekspresowym tempie. Pozostaje jeszcze tylko ostatni odcinek do Starachowic, który biegnę lasem w całkowitym mroku. Są tylko posępne drzewa, toczące swe nieme opowieści, cisza i ja. Nagle przez gałęzie widzę jakieś światełko, po chwili drugie. O kurwa, coś na mnie PATRZY! Trochę za dużo tych atrakcji, a ja nie jestem już Scottem, jeno Grzesiem w środku lasu! Światełka dziwnie tańczą, jest ich coraz więcej, a ja nagle wypadam w sam środek ogniska i grupki bliżej nieokreślonych ludzi. Szybkie sorry i spierdalam w las. Mrok mym sprzymierzeńcem. Kto normalny pali na jakimś zadupiu ognisko w Święta? A kto biega?

W końcu widzę pierwsze latarnie Starachowic. Dobiegam na miejsce w 2 godziny. To było niesamowite.

 

Do wyścigu ze Scottem Jurkiem stanęli najlepsi Tarahumara, jacy byli. Ten niesamowity wyścig nowego ze starym, zakończył się zwycięstwem Raramuri. Jurek przegrał i dobiegł jako drugi, meldując się na mecie 160-cio km. dystansu tuż za zwycięzcą, rozbijając szyk "biegających ludzi". 

Wszystkie te historie miały dużo wspólnego z badaniami, które przeprowadzili szanowani naukowcy. Jesteśmy stworzeni do biegania, jesteśmy urodzonymi ultramaratończykami. I choć być może w tym momencie ciastko wypadło Ci z ust a fotel zaskrzypiał pod kilkoma, nadmiarowymi kilogramami, uwierz mi, tak jest. Większość zwierząt jest od nas szybsza, ale to my możemy zagonić je na śmierć. One robią tylko jeden oddech na jeden skok. My-znacznie więcej. Przybraliśmy pozycję stojącą, aby nie dać się palącemu słońcu, mamy mięśnie utrzymujące nas w tej pozycji, posiadamy nieruchomą w czasie biegu głowę. Popatrz jak nieporadnie kiwa swą mordką biegnąca świnka. Jesteśmy urodzonymi biegaczami. Przynajmniej tak twierdzą naukowcy. Niestety zrobiono nam krzywdę w postaci amortyzowanych butów, które stały się przyczyną wielu kontuzji we współczesnym sporcie. Co dziś oczywiste, firma Nike mimo świadomości istnienia badań o braku jakiegokolwiek pozytywnego wpływu takiego obuwia na nasze stopy, w najlepsze wmawiała nam co innego. Po oddaniu do druku książki opisującej wspomniane historie, nastąpiła konsternacja. Nike, Acics i inni pośrednio przyznali się do błędu projektując buty minimalistyczne, wspomagające nas a nie szkodzące. Bieganie bowiem towarzyszyło nam od zawsze. Pamiętacie, jak będąc dziećmi biegaliście za piłką, za rowerem, do lasu? Czy mama kiedykolwiek mówiła Ci: "Kamilku, nie biegaj, bo kontuzjujesz sobie Achillesa?". "Nie biegaj za długo, bo będą bolały Cię kolana?". Ale wtedy nie biegaliśmy w typowych, sportowych butach. Mieliśmy zwykłe, dziadowskie tenisówki. 

40-sto latek z początku owej historii po przestawieniu się na minimalistyczne buty Nike (jak to szybko zapomina się o tym, co było złe), wyleczył się ze swych kontuzji. Dziś biega o kilka godzin dłużej, niż kiedyś. Raramuri dalej żyją w swoim Miedzianym Kanionie i wciąż gdy biegną, są uśmiechnięci. 

Dzisiejszy wpis tak naprawdę miał być o tym, co nas motywuje do treningu. Czytając książkę, biegnąć lasem do Starachowic i spierdalając przed leśną bestią zdałem sobie sprawę, że cały czas mam uśmiech na ustach. Nie jest motywacją to, gdy robisz trening na siłę w imię jakiejś wyższej idei, czyli formy w sezonie. Motywacją jest czysta przyjemność, gdy wychodzisz na trening i zapominasz o wszystkim innym. Dla mnie taką motywacją powoli staje się bieganie, choć do tego jeszcze długa droga. Teraz, jak co roku zaczynam przygotowania roweru do sezonu. Nowy napęd, nowe piasty, nowe tytanowe pierdółki. Zawsze mam z tego niesamowitą radość i... olbrzymi uśmiech na twarzy. Każdy z nas może być Raramuri, tylko oni po prostu o tym nie zapomnieli.