Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Mój ojciec, kolarz

Jakiś czas temu, przy jednej z okołorowerowych, a jakże, rozmów, zastanawialiśmy się, czy rowerzyści są normalni, czy może ich styl życia powoduje jakieś zmiany w mózgu. Jeden z dyskutantów podrzucił mi pewien tekst ze światka wędkarskiego, który czytałem, jakby był pisany o kolarzach. 

Oto moja wersja i głos w dyskusji, do której, mam nadzieję, licznie się włączycie :-)

 

Mój stary to fanatyk kolarstwa. Pół domu zaj***ne częściami rowerowymi. Ojciec wszystkie prace przy sprzęcie wykonuje w domu, bo nie będzie przecież swojej lali w piwnicy trzymał. Tak na nią mówi. Znaczy na rower. Średnio raz czy dwa razy w roku ktoś z rodziny ląduje na chirurgii, bo jak ojciec linki wymienia, to oczywiście tnie je na dywanie i później te małe druciki wbijają się w stopy pod skórę. Ostatnio jak brat poszedł na badania do pracy, to mu lekarka kazała od razu but ściągać bo myślała, że znowu drut w nodze. Druga połowa domu zaj***na gazetami rowerowymi. Co miesiąc ojciec rusza w miasto, kompletując wszystkie czasopisma kolarskie. Zawsze wybiera je spod spodu, żeby czasem ktoś ich czasem wcześniej nie przeglądał i żeby pozaginane nie były. W domu siada w fotelu i zaczyna czytać.

-Oooooo w mordę. Chodź Mariusz, zobaczysz jakie hamulce są teraz w rowerach. Ten twój samochód byś tym zatrzymał!

Później ojciec każe nam je czytać. Gazety przegląda matka, ja i brat, a stary siedzi z bananem na twarzy i komentuje każdą nowość.

Co rano ojciec jeździ rowerem do pracy bo by się chyba porzygał, gdyby miał kupić bilet na autobus. I zaczyna się cały rytuał. Wszyscy jeszcze śpią, a ten psika na łańcuch jakimś aerozolem tak, że w całym domu wytrzymać się nie da i musimy wstać, żeby okna pootwierać. Później przy śniadaniu stary non stop nawija o rowerach i o tym, że rowerzyści powinni mieć więcej praw. W końcu sam się nakręca i gada o tym, że to wszystko przez PZKOL, robi się czerwony na twarzy, po czym odchodzi od stołu klnąc na czym świat stoi i idzie czytać jego ulubiony „Katalog rowerowy 1999”, żeby się uspokoić.

Kiedyś próbował nawet mnie zarazić „miłością do dwóch kółek”. To było chyba w liceum, całe wakacje zapier***łem w sadzie po to, żeby mieć kasę na wyjazd w zimę z dziewczyną a ten przyszedł, i kazał mi za to rower kupić. Że nie będę cały dzień jak ciota przy samochodzie siedział, tylko mam na rowerze jeździć. Potem Anka, czyli moja dziewczyna do nas przyszła i staremu było trochę głupio, to mnie szturchnął i powiedział: „no Mariusz, rower przynajmniej nie będzie miał co miesiąc wycieków”.

Jak kupiłem ten rower, to ojciec od razu chciał jeździć na wycieczki. Musiałem z nim kręcić co niedzielę, nawet w zimie i całą drogę słuchać tego, jakie to zdrowe. Jak dostałem się na studia to ojciec dobry tydzień pie***lił, że to na pewno dzięki rowerowi i że dotleniłem mózg. Nasze wypady skończyły się, jak któregoś dnia dojeżdżaliśmy do świateł na skrzyżowaniu, stary wjechał na pasy i strąbił go jakiś gość w dostawczaku, na co ojciec przejechał mu butem po drzwiach. Gość nie odpuścił i musieliśmy między bloki spier***ać, a stary na krawężniku zaliczył glebę i złamał wtedy rękę. Później siedział na forach rowerowych i miesiąc pier***ił o tym, jakich mamy poj***w na drogach.

A Internet to osobna historia. Jak ojciec ogarnął, co do czego służy to znalazł jakąś stronę, na której tacy jak on wrzucali zdjęcia swoich rowerów i je komentowali. Stary do bogatych nie należy, sprzęt ma średniej klasy. Ale uważa, że jest zaje***sty. Zalogowałem się nawet na tej stronie, żeby ojca powk***iać i pisałem jakieś hejterskie komentarze. Stary dostał piany i zaczął trollować, czyli pozakładał kilka innych kont i sam sobie pisał komentarze.

marek64 (liczba postów: 1): - uważam, że masz świetny rower i na pewno jeździsz lepiej, niż inni, którzy tu komentują

rowerowy (liczba postów: 2): - drogi sprzęt jest dobry na ścianę. Widać, że to rower prawdziwego kolarza!!!!!!!!

rowerowy (liczba postów: 2): - ode mnie „6” za ten sprzęt!!!!!!!

Później stary potrafił nieraz do 2 w nocy siedzieć, drzeć ryja (dosłownie) do monitora i wklepywać najwyższą ocenę „6” dla swojego roweru, a rano kazał robić to samo mnie i bratu. Zanim administracja forum założyła mu blokadę IP, miał już na forum rangę „Pinarello” za naj***nie 5 tys. postów.

Ojciec ma jedynego kumpla, Karola, z którym zawsze jeździ rowerem. W sezonie co weekend wstaje o 4 w nocy, przyjeżdża Karol, robią kanapki i jadą pociągiem na maraton. Najgorzej jest zimą, bo ojciec odkrył, że są też wyścigi na śniegu. Któregoś razu kazał nam z matką pójść i kibicować. Staliśmy chyba ze 3 godziny na mrozie, matka dostała zapalenia oskrzeli i zagroziła, że odejdzie, bo ma tego dość. Ojciec się trochę wystraszył i przez dobre 2 dni się nie odzywał, oglądają katalogi z rowerami.

Któregoś razu Karol objechał go na wyścigu etapowym i ojciec dostał piany. Wk***ił się niemiłosiernie, obudził mnie o 5 rano i kazał wsiąść na rower. Pojechaliśmy do lasu i stary kazał mi przewieszać jakieś strzałki, klnąc przy tym na PZKOL i Karola. Po chwili usłyszeliśmy warkot silnika, wyjechał jakiś gość na quadzie (jak się okazało od organizatora wyścigu) i wykluczyli starego z wyścigu.

Najlepsze historie dzieją się w Święta. Kiedyś nawet lubiłem całą tę otoczkę związaną z prezentami, ale od kiedy ojciec wkręcił się w rowery, od lat jest tak samo. Ostatniego roku ojciec kupił sobie pod choinkę strój kolarski. Wciąż uważał, że jest trochę pedalski i aby się z nim oswoić, założył go już w Święta i całą Wigilię siedział w nim przy stole. Od rodziny dostał kilka części rowerowych, po czym zrobił przeszkloną, zamykaną półkę i co tydzień wyjmuje jakieś przerzutki, czyści je i ogląda.

Mówiłem już o największym wrogu starego, czyli PZKOL-u. Co wieczór, gdy oglądamy wieczorem dziennik, ojciec robi się czerwony i krzyczy, że mogliby wreszcie powiedzieć coś o tych skurw****ach z zarządu i wałach, jakie wg niego tam robią. Gazet nie branżowych ojciec już nawet ni przegląda, bo „za mało piszą tam o PZKOL-u”.

Najgorzej jest, gdy przychodzi sobota. Stary zabiera się wówczas za serwis. Rozstawia na środku pokoju stojak i coś tam grzebie przy rowerze wołając nas i każąc patrzyć, jak się sprzęt konserwuje. Pół dywanu jest później w smarach, matka nie wyrabia z czyszczeniem. Pół biedy, jak na dworze jest sucho. Jeśli pada, to musimy brać kąpiel do 16:00, bo później wraca ojciec i razem z rowerem wchodzi do wanny mówiąc, że tam się go najlepiej myje. Ostatnio wyszedłem z kąpieli z całą dupą w jakimś oleju, bo stary zapomniał wanny umyć po wszystkim.

Drugim, największym po PZKOL-u wrogiem ojca jest nasz sąsiad z dołu, Michał. To zatwardziały piłkarz i ojciec go szczerze nienawidzi. Kiedyś stary go zaczepił i zaczął gadać o tym, że piłkarze to pedały, bo udają na boisku a kolarze są twardzi. Pech chciał, że ojciec miał nogi wygolone przed wyścigiem i sąsiad wyjechał mu od ciot. No i się zaczęło. Stary zaczął szkalować Michała z trollkont na osiedlowym forum w Internecie. Że widział, jak Michał potrącił rowerzystę, że sprzedaje mecze i jeździ po pijaku. Sąsiad się wkur***ł, bo oczywiście podejrzewał ojca i założył sprawę w sądzie. Dotarli do niego po IP i stary musiał mu zapłacić 1500 zł. Ile się później nasłuchaliśmy z matką w domu, że za tę kasę miałby oleju do roweru na całe życie. 

Zawsze, jak jeździmy na maratony, musimy być na miejscu minimum 5 godzin przed startem. Stary zajmuje miejsce w ostatnim sektorze w pierwszej linii i podczas gdy inni się rozgrzewają, on już tam stoi, bo „to mu się należy”. Raz jakiś gość ustawił się przed nim, to ojciec wydarł się przy wszystkich, że ma wypier***ać bo on tu zawsze stoi. Później się okazało, że to jakiś zaprzyjaźniony wójt mający startować jako VIP, który po tej historii strasznie się obraził na organizatora. 

Ostatnio jest jakby ciszej, bo stary od historii z wójtem ma zakaz uczestniczenia w prawie wszystkich amatorskich zawodach w kraju. Raz na jakiś czas przychodzi do niego Karol i obaj knują plan zemsty. Wieczorem ojciec włącza telewizor i mamrocze pod nosem, że te skur****ny z PZKOL-u mają długie łapska, bo sięgają nawet amatorskich imprez i że to przez nich go wykluczono ze startów. Ale on im jeszcze wszystkim pokaże.

niedziela, 26 stycznia 2014
Test butów zimowych Shimano SH-MW81

 

Od kilku dni na dworze leży cała masa miękkiego jeszcze, gdzieniegdzie nieubitego śniegu. Stoisz w oknie, bębniąc palcami po ciepłym kaloryferze i myślami cofasz się w czasie. Masz 10 lat, właśnie wstałeś z łóżka i biegniesz sprawdzić, czy już jest. Śmiejesz się, bo na zewnątrz jest śnieżnobiało. Szybko połykasz kolejne kęsy śniadaniowej bułki, po czym pędzisz wyciągnąć sanki, słyszysz matkę wołającą za Tobą "Weź czapkę!" i biegniesz na spotkanie z kolegami. Uśmiech rysuje się na Twoich ustach również teraz, kiedy spod przymkniętych powiek wracasz do teraźniejszości. Kątem oka zerkasz na rower wpięty w trenażer. Kiedyś byłeś twardszy; chyba właśnie przyznałeś się do tego po raz pierwszy w życiu. Wracałeś ze szkoły, zakładałeś grube, zupełnie nie rowerowe ciuchy i przynajmniej na godzinę znikałeś w śnieżnej zadymce. Cała reszta odpływała wówczas szybko niczym okręt na ocenie od małej, ale całkiem przytulnej szalupy zanurzonej w kreowanej przez Ciebie alternatywnej rzeczywistości. Dziś by Ci się nie chciało. W końcu dotykasz czołem do zimnej szyby i podejmujesz szybką decyzję, jak kilka lat temu.

Kolce zimowych opon o wartości Twojego pierwszego „górala” stukają po asfalcie, zanim wjedziesz w wąską ścieżkę prowadzącą do lasu. W terenie mocno balansujesz ciałem; dziś liczy się tylko dobra zabawa. Plan treningowy został zamknięty w Excel-owym pliku na pulpicie Twojego komputera, tuż pod ikoną Diablo 3. Jest tak przyjemnie, że skręcasz w dawno nieodwiedzany szlak wiodący okrężną drogą. Robi się ciężko, bo trakt jest nieprzetarty. Jesteś cały mokry, koła buksują a zamarznięta przerzutka wcale nie chce zredukować biegu na najmniejszą koronkę korby, o czym informuje Cię smętnie terkoczący łańcuch. Brniesz po kostki w śniegu; cienkie ocieplacze dawno podwinęły się z czubków letniego obuwia i całe stopy masz mokre, choć jeszcze tego nie czujesz. Palce mocno ściśnięte w supersztywnych sabotach o wąskim kroju pozbawione są ruchu i czujesz, że ich nie czujesz. Biegów nie zmieniasz od dobrych 30-stu minut. O ścianki bidonu obija się lód. Zamiast palców w letnich, przewiewnych rękawiczkach równie dobrze mógłbyś mieć przywiązanych do zaciśniętej pięści po pięć kabanosów; działałyby teraz dokładnie tak samo. Raz jedną, raz drugą ręką zatykasz uszy, które o dziwo niezbyt dobrze radzą sobie niczym nieosłonięte na siarczystym mrozie. Wydawało Ci się przecież, że kask całkiem dobrze ochroni je od zimnych podmuchów wiatru.

Robisz się dziwnie zobojętniały; rusza Cię dopiero przenikliwy dreszcz od zimnego potu na plecach, którym jeszcze niedawno oblewałeś się podczas podjazdu w kopnym śniegu. Czy to wyją wilki? Nie, to Ty z rozpaczy. Po pewnym czasie palce i uszy zaczynają boleć. Mocno, bólu nie da się już ignorować. Trasa, którą w lecie pokonujesz w 1,5h, wydaje Ci się być wejściem na Mount Everest. Szybko się odwadniasz choć masz wrażenie, że nie chce Ci się pić. Zresztą nawet nie patrzysz już na bryłę lodu, którą już dawno stał się Twój „termiczny”, plastikowy bidon…

 

Właśnie w takim położeniu znalazłem się 10 lat temu, kiedy to zachciało mi się zimowych wojaży, będąc zupełnie do tego nieprzygotowanym. Niestety, same chęci często nie wystarczą. Największy problem podczas tego typu wypadów mam zawsze z palcami, które mój organizm uznaje za zbyteczne, odłączając im zasilanie. Jeśli u Was jest podobnie, świadczy to o Waszej wysokiej inteligencji. Otóż Twój mózg, drogi Czytelniku jest tak cenny, iż Twoje ciało broni go już od pierwszych minut, konsekwentnie wyłączając prąd dla kolejnych, najdalej odsuniętych od niego organów. Żarty kończą się jednak wobec 10-cio stopniowego mrozu i perspektywy przynajmniej godzinnego pozostania na dworze. W swej kolarskiej karierze, długo jeździłem w letnich butach sparowanych z rozmaitej maści ocieplaczami. I szczerze mówiąc, nigdy nie czułem w nich zadowalającego komfortu. Dlatego też w pewnym momencie bardziej przychylnym okiem spojrzałem na zimowe buty, mimo ich horrendalnej ceny. Zdążyłem przetestować pokaźną ilość rozmaitych modeli, a tym razem na celownik wziąłem japońskie SH-MW81. Czy wydatek sporej sumy pieniędzy skutkuje uśmiechem na spękanych od lodowatego zimna, ustach? Przeczytajcie…

Z pudełka: obuwie wydaje się być przemyślane w kroju i bardzo dobrze wykonane, choć w Chinach. Szerokie w kroju, zapewnia dużo miejsca na palce i grubą skarpetę. Buty ocieplono 3 mm. warstwą włókniny Thinsulate. Osobiście widziałbym tu Primaloft, który stosują choćby takie marki, jak Gore Bike Wear choć uczciwie trzeba przyznać, iż konkurencja nie jest na tym polu lepsza, a często gorsza. Zastosowano oddychający i wodoodporny Gore-Tex. Standard wśród najlepszych produktów, ale z doświadczenia wiem, że odzież z tą membraną z reguły ciepła wcale nie jest (a przynajmniej wówczas, gdy zachowany ma być wysoki poziom oddychalności).

Wkładki posiadają cienką warstwę przyjemnego w dotyku „meszku”, przy czym nie różnią się wiele od swoich letnich odpowiedników.

Stopa opinana jest aż czterema, asymetrycznymi (technologia Off Set) i szerokimi rzepami, co w założeniu nie powinno powodować jej nadmiernego ucisku. Kostkę chroni gruby, neoprenowy kołnierz. Podgumowany od frontu, co ma zapewnić wodoodporność tej części. Podeszwa jest wyraźnie sztywniejsza, niż w poprzednich modelach, oraz umożliwia montaż kolców (brak w komplecie). Przyjemnym dodatkiem są elementy odblaskowe. Buty sprawiają wrażenie masywnych (ale nie za ciężkich), dobrze chroniących stopy. Po ustawieniu bloków, zalewam otwory silikonem – do środka nie dostanie się śnieg ani woda.

Masa obu butów w rozm. 43: 904g.

0-100 km.: (wczesna jesień) obuwie doskonale leży na stopie, zapewniając swobodę palcom. Początkowo wydaje mi się, że nawet zbyt dużą względem starszych modeli o bardziej klasycznym, włoskim kroju. Duża ilość rzepów pozwala jednak idealnie dopasować but do stopy, nie powodując przy tym żadnego ucisku. Podeszwa ma wyrazisty bieżnik z miękkiego tworzywa, zapewniający optymalną przyczepność. Zachowano godny podziwu kompromis między jej sztywnością, a giętkością. Stopa nie męczy mi się jak w niektórych modelach. W okolicy 7/10-ciu stopni wewnątrz butów jest przyjemnie i cieplutko. Czasem aż za bardzo. W letnim obuwiu podczas wiatru odczuwałbym jednak delikatny dyskomfort. Po skończonej jeździe spodnie, oraz skarpeta aż do pięty są mokre od neoprenowego kołnierza. Nie odczuwam tego na rowerze, ale w domu tego typu rzeczy denerwują. Co prawda neopren grzeje dzięki warstwie wody, ale co będzie w zimie?

100-1500 km.: (środek jesieni) o 17:00 robi się już ciemno i często wychodzę na rower po zmroku. Na łąkach utrzymują się mgły, temperatura spada do kilku stopni. W testowanych butach czuję się w pełni komfortowo. Podeszwa na środku posiada ciekawy patent, mianowicie wstawkę z żółtego, elastycznego tworzywa, mającą pomagać wpiąć się w pedał. Często w ferworze walki, czy po prostu w pośpiechu nie trafiamy blokiem w zatrzask i stopa ześlizguje się. W Shimano wspomniany element pomaga w takiej sytuacji nakierować blok we właściwe miejsce. Początkowo byłem do tego rozwiązania nastawiony sceptycznie; jak się okazuje - niesłusznie.

Pewnego razu gubiąc szlak, brnę w wysokiej trawie z rowerem na plecach. Nagle, do pokonania mam błotnisty strumyk. Postanawiam przetestować wodoodporność obuwia i po prostu wchodzę do wody aż do wysokości neoprenowego kołnierza. Gore Tex oczywiście działa i o suchej stopie pojawiam się na drugim brzegu.

Innym razem, w drodze powrotnej łapie mnie ulewa. Jestem spokojny, bo mam membranę. Niestety woda dostaje się do środka od góry przez neopren. Po kilkunastu minutach czuję, że stopy dosłownie pływają. Gore Tex uniemożliwia odpływ cieczy. W domu skórę mam pomarszczoną, jak po wędrówce w deszczowych lasach Amazonii. Poczytajcie książki Pałkiewicza. Buty wysychają po 6-ciu (sic!) dniach stania pod kaloryferem.

1500-2000 km.: (przełom jesieni i zimy) od górnego rzepu o bardzo ostrych krawędziach przetarły mi się neoprenowe kołnierze, na szczęście jeszcze nie na wylot. Identyczny problem dotyczył wcześniejszego modelu, SH-MW80. Pozostała część buta (łącznie z podeszwą) jest nienaruszona i wygląda prawie tak samo, jak w dniu zakupu. Obuwie wciąż zapewnia świetny komfort termiczny i wygodę, choć w temperaturach w okolicy zera czasem mrowieją mi palce. Neoprenowy kołnierz dobrze opina nogę i nie przepuszcza śniegu do środka. W domu zauważam, że cienkie skarpety mam wilgotne w okolicy małego palca zarówno w jednym, jak i w drugim bucie. Nie wiem, co jest przyczyną. Być może stopa się poci, a ocieplona membrana nie nadąża w tym miejscu z odprowadzaniem pary wodnej?

2000-2300 km.: (zima) 2 lub 3 razy wychodzę na rower w temperaturze -5 stopni, lub niższej. W takich warunkach trening jako taki nie ma większego sensu, więc jadę dla czystej przyjemności i poćwiczenia techniki. Niestety marzną mi palce u stóp. Nie jest to duży, ale jednak dyskomfort. Bądź co bądź, w grubych, neoprenowych ocieplaczach było znacznie gorzej. Po przetarciu szmatką, buty wciąż wyglądają jak nowe.

2300-2600 km.: Oba kołnierze poprzecierały mi się na wylot. Reklamuję buty w Shimano Polska. Chwilę później mam już u siebie nowe kapcie. Podobno do 3-ech razy sztuka, tak samo "załatwiłem" wcześniejszy model SH-MW80. Postanawiam temu zaradzić i kupuję najtańszą osłonę neoprenową pod łańcuch. Wycinam z niej i szyję ochraniacze, które odizolują ostrą krawędź rzepu od kołnierza. Patent działa doskonale, przy czym nic mnie nie uciska. 

Podsumowanie: czy król jest nagi? Nie, koronę wciąż ma na głowie, ale berło musiał oddać. Japońskie SH-MW81 są wzorcowo wykonane (co nie zawsze można powiedzieć o lubiącym się rozklejać, letnim obuwiu), zapewniają optymalny transfer energii, oraz giętkość podeszwy. Bieżnik zapewnia optymalną przyczepność na śliskim śniegu, oraz w błocie, przy czym wciążwygląda jak w dniu zakupu. Świetnie sprawdzą się w warunkach przejściowych i niezbyt długich (do 1,5h) przejażdżkach w ujemnych temperaturach. W mojej opinii, na prawdziwą, polską zimę potrzeba czegoś cieplejszego. Warto jednak dodać, że jestem osobą o dość kiepskim krążeniu i Wy możecie mieć zupełnie inne odczucia. Niemniej jednak po ich zakupie będziecie zdziwieni, jak mogliście dotąd jeździć w ocieplaczach.

But idealny? Może gdyby Shimano było rosyjskie, chociaż wtedy jeździlibyśmy zapewne w walonkach z blokami. Można się śmiać, ale Rosjanie sporo wiedzą o zimie. I niestety nie jeżdżą w Shimano. U nich prym wiodą skórzane Lake. Bez membrany, przemakające, za to usztywnione ponad kostkę i wg Rosjan najcieplejsze. Wypadałoby więc posiadać buty letnie, na jesień i lekką zimę, oraz „armatę” na prawdziwe mrozy. Dla Sybiraków jest taki jeden model. Nazywa się Wolvhammer, jest najcieplejszym zimowym butem świata i kosztuje ~1500 zł. Produkuje go firma 45nrth. Kojarzy mi się to jednak trochę z zakupem kolcowanych opon, których użyjesz może kilka razy w roku. Z drugiej strony, warto chyba odżałować zakup czegoś, co przetrwa lata i zapewnia fakt przetrwania zimy w jednym, funkcjonującym kawałku? Uwierzcie lub nie, ale kosztujące także fortunę anodowane kółka do przerzutki z ceramicznymi łożyskami nam w tym nie pomogą.

Plusy:

+ świetne wykonanie i trwałość

+ wygoda

+ wzorcowy jak na buty zimowe transfer energii vs komfort chodzenia

+ możliwość montażu kolców

+ możliwość pokonywania zimowych tras, choć niezbyt długich

+ czy kupiłbym raz jeszcze te buty? Tak

Minusy:

- niewystarczająca izolacja na temperatury poniżej zera stopni podczas przejażdżek dłuższych, niż godzina

- przecierający się neoprenowy kołnierz

- częściowo mokre skarpety (choć nie przeszkadza to w trakcie jazdy)

- bezużyteczne w czasie dużego deszczu (bez spodni z Gore-Tex’u)