Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
piątek, 01 lutego 2013
Wiklinowy łoś

Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do lasu. Może dlatego, że od urodzenia mieszkałem w jego sąsiedztwie. Zapewne gdybym urodził się gdzieś w centrum dużej aglomeracji, dziś nad przyrodę przedkładałbym prawdopodobnie galerie (co za idiotyczny wybór słowa) handlowe. Moje rowery zawsze były sprzętami "górskimi"; nad szosą nigdy się nie zastanawiałem. Wiele lat temu, gdy pracowałem w sklepie rowerowym, lubiłem wakacyjną porą jeździć ze stolicy do rodzinnego miasta. Na tą okazję kupiłem nawet slicki Vredestein w rozmiarze 1,3". I szczerze mówiąc zawsze, kiedy zsiadałem z tak przygotowanego roweru, miałem dość asfaltu przynajmniej na kilka miesięcy. 

Dziś zdecydowaną większość swoich treningów przeprowadzam właśnie na szosach. Nie sprawiłem sobie jednak dedykowanego roweru; nie zakładam już nawet specjalnych opon. Po prostu wsiadam na swojego hardtail'a z czymś w rodzaju semi-slick'ów (ale dalej MTB) i wtedy mogę jeździć asfaltami do woli.

Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się wtedy, gdy wjeżdżam w teren. W Warszawie moim ulubionym miejscem jest wydmowy, piaszczysty i sosnowy Mazowiecki Park Krajobrazowy. W Starachowicach mógłbym wymieniać w nieskończoność. Nie tak dawno temu, znalazłem tam zupełnie nową trasę. Prostą, bez żadnych technicznych sekcji. Idealną na równy, mocny trening. Zaczyna się ona niepozorną szosą, ginącą w gąszczu strzelistych drzew.

Jest to droga właściwie wyłączona z ruchu. Raz na jakiś czas przejedzie nią leśniczy, lub mieszkaniec okolicznej osady, o której za chwilę. Szosa jest niesamowita, obfituje w liczne interwały, a nieobecność samochodów pozwala wsłuchać się w głosy Puszczy Iłżeckiej. Najpierw mijam samotną wieżę przeciwpożarową:

Zawsze mnie ona fascynuje. U jej stóp notorycznie stoi flagowy wytwór minionej epoki, Fiat 126. Dziś ciężko go spotkać na ulicy, ale w okolicznych zadupiach to wciąż popularny środek lokomocji. Na szczycie wieży zlokalizowany jest punkt obserwatorski, skąd wypatruje się m.in. pożarów. A dookoła tylko las. To musi być niesamowite. Pozorna samotność, ubogość towarzystwa a jednak w lesie zawsze coś się dzieje. Trzeba tylko umieć i chcieć to dostrzec. 

Dalej szosa wiedzie do wspomnianej osady. To tylko kilka domów w środku lasu, więc wsią nazwać jej nie sposób. Ludzie zdani jedynie na siebie, dookoła nieprzenikniona głusza drzew. Dla normalnego człowieka nieprzyjazne miejsce do zamieszkania, a jednak oni tam żyją. Dlaczego?

W tym miejscu zawsze odbijam w szutrową drogę, których w okolicy jest multum. Za każdym razem mógłbym jechać nową. W pewnym momencie dojeżdżam do niewielkiej polany, w sercu której stoi zabytkowa leśniczówka, wciąż zamieszkała. Nie jakaś dziwna namiastka, ulokowana w mieście, ale najprawdziwsza, w sercu lasu. Nieopodal wybieg dla koni, a na samym środku piaszczystej drogi wyleguje się w słońcu pies. Widać, że życie toczy się tu swoim własnym, niepowtarzalnym rytmem:

Już dawno temu złapałem się na tym, że sam mógłbym mieszkać w takim miejscu. Takie życie to nieustanna przygoda.

"Noc była ciemna i mglista, co prawda na niebie były gwiazdy ale nic to nie zmieniało – ciemno że oko wykol. Opróżniałem pułapkę z nieproszonego gościa i usłyszałem nowy dźwięk, ale jakoś go zignorowałem. Dźwięk jednak powtórzył się jeszcze raz i jeszcze – było to wycie wilków w lesie dookoła domu. Najwyraźniej nad czymś się naradzały. Co ciekawe, w tym czasie nie było słychać nic innego – ani dalekiego szczekania psa ani innych zwykłych leśnych szurów i trzasków. Kompletna cisza i tylko wilcze gadanie. Najpierw odzywał się jeden, potem z innego miejsca drugi, potem dołączały kolejne. Wataha, którą można spotkać w okolicy liczy co najmniej cztery sztuki. W związku z tym koncert był na wiele głosów i raczej udany. Muszę przyznać, że gdyby przysłuchując się tym melodiom nie hamować wyobraźni i pozwolić jej na odtworzenie wszystkich opowieści z wilkami w roli głównej, to ciarki chodzą po plecach. Po raz kolejny pomyślałem o moich konnych wycieczkach po lesie. Jestem ciekawy ile razy byłem obserwowany przez bystre brązowe oko."*

"Opowiadał, że jak chodził z bratem do szkoły w pobliskiej miejscowości (cztery kilometry na piechotę) to często wilki ich „odprowadzały”. Chodziły z nimi w pewnej odległości, bez zamiarów atakowania, w celu im tylko znanym, ale raczej dla towarzystwa. (...) pamiętał, też, że dziadek-leśniczy hodował tu owce, no i właśnie z tego powodu toczył z wilkami zacięty spór."

To co, w mieście niesłychane, tutaj nie jest niczym niezwykłym:

"Już od maja u mojego sąsiada leśniczego mieszka warchlak. Małego dzika zauważył ktoś przy drodze i przywiózł do leśniczówki. Dzisiaj pasiak jest wielką „świnią”, waży ponad 80 kilogramów i terroryzuje okolicę. Terroryzuje już może nie dosłownie, ale robił tak dopóki nie został zamknięty na specjalnym wybiegu – potrafił zabierać dzieciom kanapki, a ponieważ wychował się w domu, to gdy urósł i zrobił się silny, bez pardonu zaczął panoszyć się w kuchni." 

Tak sobie rozmyślając, znów wyjeżdżam na leśne asfalty i jadę nimi aż do bram lasu:

Dziś dla wielu osób wyjście do lasu jest czymś niezwykłym. Niektórzy znają go tylko z filmów (sic!) i tworzą sobie w głowie swoje własne obrazy. Najczęściej mijające się z prawdą, bo jak tu posiedzieć z dziewczyną na polanie, kiedy w naszej głowie nie było mrówek, meszek i tysiąca hałasów dobiegających zewsząd? Dlatego też najlepiej wyrzucić torebkę po chipsach pod drzewo i wrócić samochodem do miasta:

"Przyjechali znajomi. Jak zawsze przy takiej okazji, zamieniam się w weekendowego przewodnika wycieczek krajoznawczych i obwożę po najbliższej okolicy tych, którzy mają na to chęć. Jechaliśmy na poligon, a potem prostą drogą nad jezioro.

Po drodze ktoś powiedział: „Zobaczcie, wiklinowy koń!”. Siedziałem za kierownicą, i na początku te słowa do mnie nie dotarły w pełni, ale po kilku sekundach zapytałem: „Jak to – wiklinowy koń?”. „No normalnie, wiklinowy” – padła odpowiedź. Zahamowałem dość gwałtownie.

Próbowano mi wmówić, że na środku poligonu stoi wiklinowy koń, taki jakich w okolicach świąt sporo w dużych centrach handlowych! Tylko, pytam, komu by się go tu chciało ustawiać – i po co???!!!

Cofnąłem samochód. We wskazanym miejscu stał oczywiście najprawdziwszy łoś, i przyglądał nam się z umiarkowanym zainteresowaniem. Kiedy jednak cała wycieczka wyległa z samochodu, oddalił się niespiesznym krokiem w spokojniejszą okolicę… Trochę to dziwne, że ludzie z „dużego miasta” uznawali za bardziej oczywiste, że w zaroślach stoi koń z wikliny, a nie prawdziwe zwierzę…"

Ale dość rozmyślań. Nie wiem jak u Was, ale u mnie pogoda okropna. Od kilku dni leje, ale przynajmniej jest upał - 3 stopnie powyżej zera. Pisząc te słowa wciąż wzdragam się na myśl o ostatnich treningach przy - 15 stopniach (+wiatr), kiedy to z czeluści szafy wyciągnąłem nawet zapomnianą maskę na twarz Rudy Project z początków mojej przygody z kolarstwem. 

Mamy już luty, a więc czas przygotowań do sezonu. Także sprzętowych. Zawsze lubiłem ten moment, kiedy przychodziły do mnie nowe części, bo wtedy czuję się znów jak 18-sto letni chłopak składający swojego pierwszego "górala". W 2001 roku jeździłem na komponentach Ritchey WCS. Od Tom'a miałem mostek, sztycę i siodło. Później było wiele zmian, a dziś historia zatoczyła koło. Postanowiłem wypróbować pedały WCS Paradigm:

Świetne uczucie rozpakowywać takie samo pudełko, jak kilkanaście lat temu :-)

Jeszcze tylko chwila i będziemy mogli ruszyć w teren. Zawsze z utęsknieniem czekam na to, gdy przeschnie w lesie. Wczesną wiosną na szosach zawsze wieje i jest mało przyjemnie. Jednak gdy pojawi się pierwsze, jeszcze niezbyt ciepłe słońce a w terenie sucho, jest niesamowicie. Z reguły na Wielkanoc wreszcie mogę wybrać się w pierwszą przejażdżkę w górach, sam na sam ze swoimi myślami:

Trasa przez Chełmową Górę ma w sobie jakiś magnetyzm, a słowo "uroczysko" wyjątkowo dobitnie do mnie przemawia :-)

Na koniec niepowtarzalne szutry w kierunku Starachowic:

Boję się tylko, że któregoś razu zastanę je wyasfaltowane. Ludzie są jednak wygodniccy, a co roku kamienistej nawierzchni ubywa. Kiedyś jechałem nimi prawie do końca. Dziś, mógłbym w tą trasę wybrać się na szosówce...

Trenujcie więc i nie załamujcie się pogodą, bo pierwsze maratony już wkrótce. Nie wiem jak Wam, ale mnie ta zima wyjątkowo szybko płynie. Jednak nie mogę doczekać się, kiedy powyższe zdjęcia staną się rzeczywistością, a ja po powrocie będę mógł rozpalić sobie ognisko i wsłuchać w odgłosy lasu, oraz łąk. Bo skoro leśniczy pisze tak: "W niedzielne słoneczne popołudnie wybrałem się z rodziną do lasu (ha,ha)", to jednak w tym pozornie zwykłym skupisku drzew jest jakiś magnetyzm.

 

*Cytaty pochodzą z doskonałego bloga prowadzonego przez leśniczego, którego czytanie jest jedną wielką przygodą: http://bloglesniczego.erys.pl Szczerze polecam i kończę dzisiejszy wpis jego słowami: "Obserwuj las, bo las obserwuje Ciebie".