Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
niedziela, 22 listopada 2009
Mamo, będę za cztery godziny, czyli pierwszy wypad na rower.

Wakacje 2001. Gorące, słoneczne dni wypełnione zapachem lip oraz ciepłym wiatrem  wiejącym znad okolicznych łąk. Dni obfite w szum letniej wody i dotyk piasku spalonego przyjemnie grzejącym słońcem. No i zapach gór. Ten doskonale znany; eteryczny, każący zapominać o wszystkim innym. Tak właśnie pachną sosny i świerki w Górach Świętokrzyskich.

To lato było szczególne. Miałem już gotowy rower i po rocznej przerwie mogłem wreszcie jeżdzić. Przez całe dwa miesiące. Mimo, iż bardzo lubię samotną jazdę, to postanowiłem wybrać się z dwoma kumplami. Jeden z mojego rodzinnego miasta, a drugi z małej wioski u podnóża Łysej Góry. Rzeczą wartą odnotowania jest fakt, iż obydwaj jeździli przynajmniej KWINTYLION razy lepiej ode mnie. Ale co tam. Na pewno dam radę.
Tak więc zaproponowałem im wypad w góry. Dobrze, że nie wiedziałem co mnie czeka, bo inaczej powiesiłbym się na pierwszej napotkanej sośnie.

Razem z Łukaszem wyruszyliśmy dość wczesnie, bo o 8:00 rano. Mieliśmy dojechać do Nowej Słupi, gdzie czekał na nas Michał. Pierwsze kilometry jazdy po asfalcie utwierdzały mnie w przekonaniu, że niezły ze mnie mocarz, skoro utrzymuję tempo kumpla. Z wielkim uśmiechem dojechałem do samej Słupi ( tylko dlaczego non stop "na kole" ? ) .
- To jak jedziemy chłopaki?
- No wjedziemy na górę, a potem się pomyśli.
O.K. pomyslałem i zacząłem się pakować na znany mi niebieski szlak.
- Nie, pojedziemy innym szlakiem!

Że co? To jest tu inny szlak?

Po zjechaniu z asfaltu zaczęliśmy wspinać się niebotycznie stromą, dobrą dla jakichś pieprzonych górskich kozic a na pewno nie dla mnie, ścieżką. Ale cóż, trzeba było trzymać fason i jakoś jechać. Niestety bardziej miękkich biegów zabrakło mi po ujechaniu jakichś 150 metrów. Na szczęście kumple odjechali mi bardzo szybko i z wielką ulgą mogłem zsiąść z roweru i pchać go w wielkim mozole i trudzie na samiuśki szczyt. Kiedy tak prowadziłem moją furę, wreszcie miałem chwilę na przemyślenie mojego szaleństwa. Wiedziałem, że nie jest dobrze. Było wręcz tragicznie.
Dopiero przed szczytem wsiadłem na rower, bo czekali tam kumple i wypadało by chociaż udawać, że podjechałem całość. Na szczęście podjazd się skończył i mogłem wyciągnąć się na trawie. Byłem w sumie zadowolony, bo do podjechania zostały może jeszcze ze dwie góry, a potem już tylko asfalt do Starachowic. I pewnie dalej leżałbym tak sobie i błogo liczył przepływające obłoczki, gdyby nie trzy słowa, które w ten upalny dzień zmroziły moją krew...
-To co robimy?
Jezu jak to co, wracamy do domu, chciałem powiedzieć.
-Może pojedziemy do Kielc?
W tym właśnie momencie całe życie przeleciało mi przed oczami. Do Kielc? Ja pier***ę, umrę tu w tych cholernych górach i do wiosny mnie nie znajdą!
Musicie wiedzieć, że Kielce leżą ok. 60 km. od Starachowic. Mój otępiały umysł wiedział, ze przyjdzie nam przejechać grubo ponad 100 km.
-Nnnnoo... dobbraa... wymamrotałem po chwili zastanowienia, bo nie wypadało powiedzieć nic innego.
Do dzisiaj pamiętam, jak podjeżdżałem pod Łysicę nie wpinając się w pedały, bo były to moje pierwsze jazdy na nich. Po prostu po kilku glebach stwierdziłem, że lepiej jak nie będę jechał "wpięty" . Po chwili odpoczynku na górze zjechaliśmy do źródełka u jej podnórza. Były to jeszcze te dobre czasy, kiedy można było jeździć tam na rowerze. Tak więc cieszyłem się z pełnych podziwu spojrzeń turystów, że właśnie zjechaliśmy z kamienistej Łysicy.
Szczęście mnie nie upuściło, bo Łukasz opił się źródlanej wody i miał małe... problemy żołądkowe. Jednym słowem dostał mega srania i dzięki temu mogłem często odpoczywać przy trasie.
Po Łysicy przyszła pora na szlak, którym nigdy przedtem nie jechałem i był dla mnie jedną wielką niewiadomą. Biegł przez Radostowę i Dąbrówkę do samych przedmieść Kielc. Okazał się być bardzo wymagający, ale trudną trasę zrekompensowały mi fantastyczne widoki i genialna trasa. Pamiętam, jak podprowadzałem rower pod Radostowę, na szczycie której czekali koledzy. Po prawej stronie miałem las, a przed sobą i po lewej łąki z widokiem na Łysicę. Pamiętam jak przejeżdżaliśmy przez niewielką rzeczkę, oliwiliśmy łańcuchy, a następnie wspinaliśmy się na szczyt o największym nachyleniu w całych Górach Świętokrzyskich. Pamiętam łąkę z krzewami aronii, przy których się zatrzymaliśmy, by zjeść trochę tych owoców, a Łukasz na sranie. Pamiętam też Domianiówkę, wąską a zarazem fantastyczną ścieżkę koło Diabelskiego Kamienia i platformę widokową na szczycie. No i zmianę dętki na samej górze oraz śmiech, co by było gdyby tak koło stoczylo się na sam dół...
Dzisiaj uważam, że jest to najciekawszy i najładniejszy szlak w Górach Świętokrzyskich, ba... jak dla mnie to nawet w Polsce. Zresztą, już wtedy tak uważałem.
Po drodze do centrum Kielc pościgaliśmy się jeszcze chwilę ze spotkanymi szosowcami, po czym dojechalismy do spożywczaka. Mimo tego, iż sporo zjadłem sił nie miałem wcale. Do domu zostało nam jakieś 60 km. Mocno interwałowymi asfaltami. Pod sam koniec wlokłem się straszliwie. Chciałem podprowadzać pod każdą górkę, ale jakimś cudem jeszcze jechałem. Łukasz musiał mieć sporo cierpliwości ciągle na mnie czekając.
Całe szczęście, że ją miał.

niedziela, 15 listopada 2009

Po trudach i znoju spowodowanych nieprawidłowością działania playera FLV, raz jeszcze wrzucam filmik z teamowego wypadu na Jurę. Filmik jest w całości moją "produkcją"; zdjęcia wykonane były aparatem Fuji Finepix ;-), a za statyw służyła moja ręka.

MTB Jura 2009 from Punkxtr on Vimeo.

 

niedziela, 08 listopada 2009
Marazm

Ostatnio nic mi się nie chce. "Ostatnio" to bardzo długi okres czasu, który trwa powiedzmy od początku października. Po przeprowadzce do pracy daleko, więc rower zamieniłem na metro i tramwaj. Jednak chrząkające morświny i krztuszące się wieprze to za dużo jak na moją wytrzymałość. Ostatnio dopadła mnie nawet starsza babinka na przystanku. Wyskoczyła tuż z za mnie i ciągnionym przez siebie wózkiem przejechała mi po stopie. Nawet nie zauważyła podbicia; poszła dalej.

Wypadałoby więc znów wsiąść na rower i przed 7:00 rano gnać przed siebie odłamując sople lodu spod nosa. Niestety z Bielan na Okęcie nie ma dobrej drogi, albo ja takiej nie znalazłem. Tak właściwie są dwie opcje-przejazd przez miasto ze skrzyżowaniem co 500 metrów, bądź nieco bardziej wyrafinowana trasa wiodąca nad Wisłą. Obawiam się jednak, że jak coś sobie ubzduram, to później ciężko to wyprostować. Od samego początku nie podobała mi się jazda nadwiślańskim bulwarem. Po prostu skręca mnie, gdy jadę po betonie i widzę przed sobą jakieś  2 km. prostej, po której jeszcze przyjdzie mi jechać. Droga ta wybitnie mi się nie podoba i jazda po niej jest dla mnie swoistą torturą. Mogę jednak odbić w kierunku Łazienek, wjechać na Agrykolę i zjechać Belwederską w dół. Niestety później ruch jak na Krupówkach, ale przynajmniej na całej długości jest ścieżka rowerowa.

Ale dlaczego o tym piszę...

Dziś po dłuuugiej rowerowej abstynencji postanowiłem znów dosiąść Van Nicholasa. Nawet się chyba ucieszył, bo klamki chodziły bardzo płynnie, a skok manetek był wyjątkowo czuły i sygnalizowany przyjemnym trzaskiem. Pogoda nie nastrajała optymistycznie (mgła, zimno i mokro), więc postanowiłem wybrać się z KubąO na szosę. Mam taki sprawdzony odcinek wokół Konstancina, a powrót przez Obory. Zresztą nie tylko ja; w taką pogodę to swoista mekka dla różnej maści rowerzystów. Nie nawidzę szosy, ale lubię tamtędy jeździć. Ruch jest minimalny, a widoki... No dobra, rozmarzyłem się. Widoków nie ma, ale ruch jest naprawdę niewielki.

Jako, iż zima to czas na budowanie bazy a nie wyścigi, zrobiłem 76 km. ze średnią 22,33 km/h. Uwierzcie, że z Wilanowa wracałem na oparach sił. Zrobiło się bardzo zimno, więc zasunąłem się pod samą szyję (test kurtki Gore Bike Wear Cosmo już wkrótce), ale palce u rąk pomimo Windstopper'a w rękawiczkach Ziener dawały mi odczuć temperaturę.

W ogóle pace u rąk i stóp to moja pięta Achillesowa (o ile palce mogą być piętą) w jesienne i zimowe dni. Momentalnie robi mi się w nie zimno, co odbiera całą przyjemność jazdy. Chłód wdarł sie nawet do zimowych butów Shimano.

Wyjeżdżając z Wilanowa wsunąłem batonik Athletic Body schowany w kieszeni na naprawdę czarną godzinę. Jako jedyny nie powoduje uczucia zmulenia i ma przyjemny, cytrynowy smak. Energii dostarczył bardzo szybko, ale i tak czułem, że jedzie mi się wyjątkowo fatalnie. Ostatnie kilometry to po prostu mordęga. Na końcu czekał na mnie jeszcze jeden podjazd w okolicy Lasku Bielańskiego. Niewielki, praktycznie niezauważalny, ale powodujący moją niechęć. Gdy więc wdrapałem się na niego niczym na K2, czułem się jak prawdziwy zdobywca Himalajów. No po prostu tragedia.

Wracając do meritum...

Postanowiłem przeprosić się z rowerem i póki pogoda pozwoli, znów jeździć do i z pracy. Trzeba odbudować formę i zająć się bazą kilometrową. Maratony już za pasem (listopad, grudzień, styczeń i luty-bo właściwie w marcu wszystko się zaczyna). 4 miesiące to niewiele czasu. A w przyszłym sezonie chciałbym posmakować Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej.

Czas wyjść z tego marazmu, czego i Wam moi drodzy życzę.