Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 21 listopada 2011
I nie będzie lepiej

Mam znajomego, starszy człowiek, który każdą rozmowę bez względu na to, o czym by nie była zaczyna od słów: i nie będzie lepiej, nie będzie lepiej. Faktycznie, może nie będzie. Ceny benzyny z upakowanym podatkiem i akcyzą, artykułów spożywczych (mieszaj głośniej, niech sąsiedzi wiedzą, że mamy cukier) czy energii elektrycznej każą zastanawiać się Polakom kiedy będzie lepiej.

Już było.

Kiedy młody człowiek odkrywa w sobie pasję-w naszym przypadku MTB, potrzebuje gotówki. Myślę, że większość z nas zaczynała gdzieś, plus minus, w okolicy liceum. Nietrudno zauważyć, iż licealista podobnie jak student, nie śmierdzi groszem. Do tego jeździ na starym rowerze, na którym dziadek kręcił za Niemców, a ojciec uciekał przed pałowaniem ZOMO. Bo brak kasy. Nagle, dostaje w swoje ręce gazetę rowerową lub, co gorsza, katalog z cenami. Nie wiem jak Wy, ale ja w początkowym etapie mej rowerowej ewolucji, gdy miałem już świadomość istnienia XT czy, o zgrozo, XTR, nie miałem pojęcia o tym, ile kosztują. Była to końcówka lat 90-tych, więc jeśli nie jeździcie żółtymi autobusami do szkoły i nie słuchacie Tokio Hotel pamiętacie, że ówcześnie ceny Pawlaka zabijały. Raziły piorunem, bądź w najlepszym razie niemiłosiernie gnębiły potencjalnego pretendenta do grup wyższych niż TY-40 smętnie dyndające w jego bike'u. 

Cóż, były to czasy, gdy z kasą nie było dobrze. Ba, momentami było tak źle, że mama rysowała mi na kartkach kanapki do szkoły. A jak podpadłem "starszakom", to skur... wycierały mi je gumką. Razu pewnego w ręce wpadł mi bikeBoard. Zasiadłem, jak to w 60-tysięcznych Starachowicach, na krawężniku pod drzewem i zabrałem się za lekturę testu kasety XT. Cena nie wpadła mi w oko, więc zacząłem zastanawiać się ile coś takiego może kosztować. Oczywiście mój przelicznik był nieco wypaczony, bo 50 zł. widziałem chyba raz w życiu a o banknocie 100 zł. słyszałem z opowiadań i był dla mnie czymś w rodzaju bajkowego smoka. Wiadomo, każdy o nim słyszał ale nikt go nie widział. No dobrze, ile ta kaseta... 50, 60 zł.? Tak, pewnie gdzieś tyle. Kuźwa, musiałbym przeznaczyć na nią półroczne kieszonkowe. Tzn. kieszonkowe w cudzysłowie, bo tak mówili na to w filmach. Nie znam nikogo, kto dostawałby kieszonkowe; po prostu kasa była, albo nie. Kończę czytać test; kaseta jest ok. Może kiedyś? Niestety rzut oka na cenę (300 zł.), która właśnie ukazała się mym oczom, wyzwolił  z mych zaciśniętych ust jedynie gardłowe, płaczliwe, "kurwa". 

Koniec końców człowiek miał na tyle zryty beret, że musiał zmienić nieco wyraz swoich marzeń. Obiektem westchnień stawała się Acera. Przecież jak dobrze się przypatrzeć, to nawet ładniejsza od XT. Pewnie te drogie części i tak zaraz się popsują. Był to etap pogardzania komponentami droższymi, niż 40 zł oraz ich użytkownikami. Co ciekawe patrząc na fora internetowe czy grupy dyskusyjne, niektórym zostało to do dziś. XTR przecież sam nie jeździ. Ilekroć to czytam, to mnie krew zalewa. Niemniej jednak taki stan rzeczy miał też swoje niezaprzeczalne zalety. Gdy po kilkumiesięcznym zbieraniu kasy człowiek szedł do sklepu po 2 booster'y Tektro za 50 zł., ich montowanie do roweru było ambrozją dla umysłu młodego człowieka. Sprzęt zyskiwał blasku i jeździł ze dwa razy szybciej. Nowa, druciana opona Dębica w rozmiarze 2.0 z terenowym bieżnikiem potrafiła dostarczyć więcej niekrępowanej radości, niż dzisiejsza kevlarowa Schwalbe na lśniącej, carbonowej obręczy DT. 

Dziś, kupując XTR-a z lat naszej młodości możemy jedynie zamontować go do roweru, przetrzeć szmatką i gnać z teczką do pracy z trwającym jedną chwilę błyskiem w oku na wspomnienie dawnych czasów naszych najlepszych lat. A stojąc w korku w naszym wypasionym Mustangu Shelby "pędząc" do domu wieczorową porą możemy przez moment pomyśleć, czy lepszy brak kasy i czas na jeżdżenie, czy vice versa. W końcu panta rhei...

piątek, 11 listopada 2011
~II~ ~II~ cz. 3

Mimo chłodu uporczywie starającego się wedrzeć pod starą, oldschool-ową na dzisiejsze standardy, polarową koszulkę Biemme, Piotrek skierował swój rower prosto na pobliską ścianę ciemnego lasu. Musiał wiele przemyśleć a nie dające mu spokoju dwa słowa "co dalej", skłaniały do dłuższego niż zamierzony pobytu na świeżym powietrzu. W domu jego prywatność istniała tak naprawdę tylko we własnej głowie, ograniczana rwącym potokiem słów Kaśki, w których mniej wprawny pływak od niego niechybnie mógłby się utopić. Myśląc o żonie zaczął zastanawiać się, co aż tak złego zrobił w życiu, że wygląda ono tak a nie inaczej. Nie wierzył oczywiście w przeznaczenie, ale czasami starał się bardziej lub mniej nieświadomie tłumaczyć w ten sposób błędy swoich decyzji, co nieraz chroniło go od obłędu. 

Obłęd-to dobre słowo, pomyślał. Kiedy jeszcze chodził do pracy, widział w niej swój azyl, ucieczkę od gównianego, codziennego życia. Od kiedy jednak zaczął spędzać gros swego czasu w domu, najgorsze były weekendy, kiedy budził się po 7:00 rano, wstawał i szedł do łazienki słysząc żonę, która od kilkudziesięciu minut wierci się w łóżku nie planując z niego wyjść choćby wrzucił tam granat. Po jakiejś godzinie wstawała tylko po to, aby wziąć w rękę którąś z tych durnych gazet, a następnie zagrzebywała się z powrotem pod kołdrą i potrafiła tak bezproduktywnie przeleżeć pół dnia. On w tym czasie usilnie starał się odpowiadać na kolejne anonsy w sprawie pracy, jednak siedząc w tym samym pokoju przez cały dzień, na kilkunastu metrach kwadratowych z Kaśką, zbyt często po prostu zbierało mu się na wymioty. Nie kończąca się egzystencja ukołysana w morzu chaosu i oparów własnej, bezsilnej wściekłości.

W Sigmie Piotrka właśnie zapaliła się czerwona dioda sygnalizująca niski poziom naładowania przedpotowego akumulatora trzęsącego się w koszyku na bidon. 

-Zajebiście! -mruknął pod nosem. 

W przygasającym świetle jego 5W halogenu migały mu kolejno szybko mijane drzewa. Jak to w nocy bywa, wydawało mu się, że jedzie znacznie szybciej niż w rzeczywistości a niekiedy wyglądające wręcz na dwuwymiarowe otoczenie dawało niezwykły efekt. Wyjeżdżając na słabo oświetloną, prowadzącą przez łąki drogę do miasta stwierdził, że albo coś się zmieni o 180 stopni, albo do końca życia będzie niewolnikiem swych własnych tragedii. Tak rozmyślając, niemal w zupełnej ciszy przerywanej z rzadka przez miarowo cykającą SRAM-owską Plasmę, ruszył w kierunku domu.

(...)

Od samego rana chodził podekscytowany czekającym go wieczorem zastanawiając się co chwilę, czy aby nie wzbudzi to podejrzeń Kaśki, ale ta wyjątkowo wydawała się być dziś zajęta jedynie swoimi sprawami. 

-Kasiu, dziś wieczorem wychodzę. Idę na spotkanie ze starym kumplem, spotkałem go wczoraj na rowerze. Obiecał, że może pomóc mi w znalezieniu pracy.

-Byle byś nie siedział za długo. Ostatnio częściej jesteś tu gościem niż mieszkańcem - odparła nadzwyczaj spokojnie.

Spojrzał na nią dłużej niż zwykle, nieco zaskoczony, przez ułamek sekundy chcąc nawet pocałować wychodząc ale szybko uznał, że mogłoby to wyglądać zbyt podejrzanie. Tak dawno tego nie robił. Wszedł do łazienki i z czeluści szafki wygrzebał niebieskawe perfumy Calvin Klein, których w swojej obecnej sytuacji używał tylko na wyjątkowo specjalne okazje. Psiknął się jedynie 3 razy odstawiając na miejsce prawie pusty już flakonik a kiedy zamykał drzwi zdążył jeszcze złapać spojrzenie Kaśki, którym go właśnie zmierzyła.

(...)

Pod domem Izy był prawie punktualnie, tzn. 10 min. przed czasem bo nienawidził się spóźniać. Tak samo nie lubił przychodzić za wcześnie, więc krążył jeszcze przez długą chwilę po okolicy łapiąc się na tym, że czasem sam boi się swoich głupich nawyków. Stojąc o 18:00 pod domofonem poczuł paraliżujące, mrowiące uczucie biegnące przez całą klatkę piersiową. Trzymając palec tuż przed guzikiem musiał wyglądać jak kukła, bo właściwie przestał nawet oddychać. Zamiast Izy w seksownej, czarnej bieliźnie (a właściwie to już bez niej), miał teraz przed oczami Kaśkę i swoich chłopaków. Chwilę później, słysząc kilkusekundowe "bzzzzzt" domofonu jego myślami targały na przemian uczucie ulgi i drugie, którego nawet nie chciał nazywać. 

-To ja, Piotrek -prawie wyrzucił z siebie niczym skazaniec mówiący swe ostatnie słowa zdając sobie właśnie sprawę, że żadnego ułaskawienia nie będzie.

-Wejdź proszę - usłyszał dźwięczny, spokojny kobiecy głos, po czym furtka stanęła przed nim otworem. 

-Gdy otworzyła mu drzwi, nie oparł się przed szybkim otaksowaniem jej wzrokiem, czego tak mocno nie lubią kobiety. Obcisła, czarna bluzka i najzwyklejsze, aż za bardzo dopasowane jak na jego możliwości bycia wiernym jeansy odebrały mu na chwilę możliwość normalnego wysławiania się. 

-Ttto dla ciebie -z zająknięciem ale i wymownym uśmiechem wręczył jej butelkę wytrawnego wina. 

-Wejdź proszę - miękko odpowiedziała Iza, po czym jej zapach na chwilę zawrócił mu w głowie. 

Ciekawie, ale dyskretnie rozejrzał się po mieszkaniu. Honorowe miejsce w przedpokoju zajmował karbonowy Cannondale z jedynym w swoim rodzaju widelcem Lefty. 

-Jeszcze je produkują? - rzucił z uśmiechem przypominając sobie, jak dawno, zbyt dawno temu miał okazję jeździć na węglowym Raven-ie.

-Co więcej, wychodzi im to całkiem dobrze -odpowiadając ze szczerym uśmiechem powiedziała Iza.

Spojrzał na nią, patrzył dość długo, po czym będąc pewnym swoich słów z poczuciem "weź się chłopie w garść", zaczął trochę zbyt ciężko:

-Posłuchaj, powiem Ci...

Niemal w tej samej chwili z dalszej części domu usłyszał odgłos otwieranych drzwi, po czym do pomieszczenia wbiegła 8-śmio letnia na oko, dziewczynka.

-Dobry wieczór! -powiedziała, po czym stanęła na środku i z dziecięcą ciekawością zaczęła przyglądać się nieznajomej jej osobie.

Piotrek był drugi już tego dnia zamurowany i całkiem szybko jak na galopadę myśli, którą miał właśnie w głowie zapytał Izy:

-To twoja... córka?

-Tak Piotrek, to moja córka-Ania. -Aniu mówiłam ci, żebyś poczekała na mnie w pokoju.

-Przepraszam i do zobaczenia - nadzwyczaj posłusznie odpowiedziało dziecko, po czym ociągając się poszło do siebie.

-Piotrek, posłuchaj. Mam teraz swoje własne życie; może nie idealne ale nie zniszczę go. Chciałam ci o tym powiedzieć zanim nie będziemy mogli już zawrócić i ze względu na to, co kiedyś na łączyło.

-Może nadal łączy? Cicho, jakby do siebie powiedział on.

-Piotrek...

-Przepraszam, nie będę cię już niepokoił - powiedział na wydechu - po czym wziął płaszcz i odwrócił się do wyjścia, gdy wiedziony impulsem zawrócił, wziął jej twarz w swoje ręce i pocałował a ona, chyba zbyt oszołomiona nie próbowała go odpychać. Po dłuższej chwili otworzył oczy, spojrzał na nią i powiedział:

-Nie pamiętaj mnie źle.

"No i masz swój zwrot o 180 stopni", powiedział ciężko sam do siebie zamykając furtkę i zanurzając się w ciemną, zimną noc.

(...)

Dwa tygodnie później, siedząc przed komputerem odebrał telefon od rekruterki zapraszającej go na spotkanie. 

-Teraz lub nigdy, mruknął do siebie. Albo to ten zły sen się skończy, albo chyba zwariuję - dokończył patrząc z okna na jesienną, przygnębiająco szarą ulicę jego miasta i jadącego nią, szybko kręcącego korbą, rowerzystę.

-Powtarzasz się - dodał po chwili.

poniedziałek, 07 listopada 2011
~II~ ~II~ cz. 2

-Ty wciąż jeździsz? - wyrwało im się obojgu niemal w tym samym czasie.

Piotrek stał uśmiechnięty z szeroko otwartymi ustami ze zdziwienia, więc to ona jako pierwsza rzuciła:

-Chyba sprzęt nie działa ci tak dobrze, jak kiedyś.

-Nn... nieee, wymaga tylko wprawnych rąk - palnął, po czym zrozumiał dwuznaczność czerwieniąc się pod kaskiem, co nie uszło jej bacznej uwadze i roześmiała się promiennie. Sam się sobie dziwił, że zapomniał jak rozmawiać z kobietami, a przecież kiedyś nie miał z tym najmniejszych problemów. Chyba jestem bliżej 40-stki, niż 30-stki, po raz pierwszy w życiu przyznał się przed samym sobą. 

-Po prostu zbyt długo był nieużywany - jęknął, a ona spojrzała na niego swymi ciemnymi oczami w ten sam sposób co kiedyś i poczuł przyjemny dreszcz na plecach. Doskonale pamiętał Izę ze studiów. On właśnie je kończył, ona zaczynała, ale łączyła ich wspólna pasja do rowerów i oboje jeździli w raczkującej wówczas sekcji MTB na AZS-ie. 

-Świetnie wyglądasz - powiedział szczerze i tym razem pewnie, odzyskując wiarę w swoje dawne siły a ona uśmiechnęła się delikatnie z tym samym błyskiem w oku, który ujrzał na początku. Co więcej wydawało mu się nawet, że tym razem to jej twarz objął delikatny rumieniec, ale skrzętnie ukrywała ją w burzy swych długich włosów, więc nie był tego pewien. 

Piotrek przedłużył swój rowerowy wypad o dobre kilkadziesiąt minut wracając z Izą nieśpiesznym tempem do miasta, chcąc jak gdyby niemym słowem opóźnić nieubłagany moment rozstania. Znów czuł się jak za najlepszych lat swojego życia mogąc z nią prowadzić nieskończone rozmowy o wyższości Joyce'a nad J.D. Salinger's, lub po prostu patrzeć na nią przeczesując jej włosy. Nigdy nie uważał się za romantyka i nigdy nim nie był, ale dziś zdał sobie sprawę z tego, że człowiek dojrzewa lub dziecinnieje, ale nic nie trwa wiecznie stojąc w miejscu. Z nastroju otrząsnęły go zapalone już latarnie przy jego osiedlu. 

-Cholera, chyba się "zasiedziałem" - przeklął w myślach spoglądając ukradkiem na zegarek.

-Spotkajmy się w sobotę, pokażę ci, jak się jeździ - rzucił uśmiechając się kątem ust, po czym czekał na jej słowa jak na wyrok, lub ułaskawienie zachowując kamienną twarz pokerzysty. Spojrzała na niego przeciągle, ułamek sekundy dłużej niż wymagała by tego odpowiedź, po czym z równie zamaskowanymi uczuciami, których sens na siłę starał się odgadnąć, rzekła zawadiacko mrużąc oczy: 

-Tylko przyjedź na działającym sprzęcie, żebym nie musiała ci pomagać - po czym miękko kręcąc odjechała dalej, a światła latarni w jakiś niesamowity sposób oplatały jej nogi w czarnej lycrze. 

Wstawiając swego Marin-a do piwnicy Piotrek wiedział, że przesadził. Nawet widział już minę Kaśki witającą go w domu. Nie mógł jednak pozbyć się pozytywnego uczucia, że życie potrafi czasem zaskoczyć. Nawet takiego człowieka, jak on a uważał się za faceta, którego niewiele rzeczy jest w stanie zdziwić. Raz jeszcze spojrzał na Marin-a, po czym wychodząc klepnął go w kierownicę.

-Jak za dawnych czasów, co, stary? - powiedział patrząc na rower i zaśmiał się głośno, co nie uszło oczom i uszom wścibskiej, grubej baby-jego sąsiadki, która miała nieopisaną właściwość pojawiania się znikąd. Jako cyrkowy magik musiałaby zrobić furorę.

-Dobry wieczór! - rzucił szybko, po czym nie czekając na odpowiedź niemal wbiegł do góry po schodach. Drzwi otworzył zdecydowanie ciszej, niż robił to zwykle.

-Jakie to głupie - pomyślał, po czym wszedł do domu.

-Co, fajnie było na rowerku? Na powitanie rzuciła mu Kaśka a jemu przeszła ochota do czegokolwiek. 

-Wybacz, złapałem gumę - odpowiedział naprędce.

-Szkoda, że nie złapałeś jej parę lat temu! - syknęła złośliwie a on stanął jak wryty. Patrzył na nią siedzącą w fotelu i oglądającą setną powtórkę tego samego, durnego serialu, po czym z dziwnym, trudnym do opisania uczuciem podchodzącym pod samo gardło, jak gdyby chcącym wyrwać się na zewnątrz, powlókł się pod prysznic.

(...)

W czwartek dokładnie przeserwisował swój rower ciężką ręką wydając kilkadziesiąt złotych na nowe linki zastanawiając się, kiedy wreszcie ten koszmar się skończy i będzie mógł być normalnym, nie gorszym od innych klientem wybranych przez siebie, a nie szczuplutką zawartość portfela, sklepów. W piątkowy wieczór, siedząc z gazetą popatrzył krótko na żonę i szybko, chyba zbyt szybko, wyrzucił z siebie nie chcące od dłuższej chwili przejść mu przez gardło, słowa: 

-Umówiłem się na jutro z chłopakami na rower; chcemy wybrać się na wypad jak za dawnych lat.

-Chcesz to jedź, ale ja mam dość tego, że wszystko jest na mojej głowie. Może znajdziesz garnek złota w lesie? - odpowiedziała ze złością, po czym wyłączyła telewizor i mocno cisnęła pilota na regał idąc do kuchni. 

(...)

Tego słonecznego dnia, którego w najskrytszych myślach Piotrek nie mógł wyobrażać sobie lepiej, Iza wyglądała jeszcze lepiej, niż ostatnio.

-Cześć! - rzuciła dźwięcznie błyskając białymi zębami w uśmiechu. 

-Gotowa na dobrą zabawę? Odpowiedział tym, co mu ślina przyniosła na język zapominając o wszystkim, co przygotował sobie w myślach parę chwil wcześniej.

-O to samo mogłabym zapytać ciebie, odparła jak gdyby zbyt domyślnie, na co nie omieszkał zwrócić uwagi. 

-A więc na koń! Uśmiechnął się do niej i wystartował do przodu. Na dzisiejszy wypad wybrał najlepszą trasę, jaką pamiętał z niegdysiejszych treningów. Dającą z siebie wszystko to, czego mógł oczekiwać prawdziwy mountainbiker. I mountainbikerka, rzecz jasna. Przesmarowane elastomery jego żółtego Indy'ego jak gdyby zaczynały budzić się do życia. Zacisnął nieco mocniej palce na polerowanych klamkach hamulcowych Avid-a, a stare, ale jedyne w swoim rodzaju V'brake-i Ultimate przyblokowały tylne koło, po czym szybkim ślizgiem od lewej do prawej strony bardziej efektownie niż efektywnie (co dziś było jego priorytetem), pokonał śliską, korzenistą ściankę. Jednak i Iza na swoich tarczówkach nie była wcale gorsza. Wyginając się w taki łuk, że z zachwytu mało nie spadł z roweru, bezbłędnie zjechała na dół. 

(...)

Tak jak wszystko ma swój początek, ma i koniec. Kilka rowerowych i jedno przy winie spotkań później Piotrek doskonale wiedział, że w końcu musi przejść do punktu B, bo faceci stojący w miejscu takich kobiet jak Iza nie pociągają. 

-Masz kogoś? Wypalił prosto z mostu niemal dusząc się nadmiernie na tą chwilę dawkowanym izotonikiem i wgłębi serca ciesząc, że szerokich na 3 centymetry źrenic jego oczu nie zdradzają ciemne okulary Rudy Project'a, jednego z ostatnich znaków dawnych dobrych czasów.

-Zależy, co przez to rozumiesz, uśmiechnęła się po raz pierwszy smutno skrzętnie starając się, aby umknęło to jego uwadze. 

-Przepraszam, nie chciałem być zbyt nachalny.

-Nie jesteś. Po prostu moje życie nie jest już takie, jak kilka lat temu - odpowiedziała cicho.

-Robi się ciemno i zimno, przeziębisz mi się jeszcze - z łagodnym, czułym uśmiechem odparował Piotr. Mam propozycję, spotkajmy się w lepszych okolicznościach i pogadajmy jak za dawnych lat.

-Spojrzała na niego przeciągle, po czym wpięła się blokami w pedały i okryta zmrokiem tak, że z jej twarzy nie mógł niczego wyczytać, szepnęła: -Wpadnij do mnie jutro wieczorem, adres chyba pamiętasz, po czym usłyszał miękki odgłos opon jej roweru na szutrze.

-Weź się w garść, Piotrek - powiedział sam do siebie, po czym włączył przymocowaną na kierownicy, staruteńką halogenową Sigmę i zasuwając się pod szyję, z zimnym dreszczem, który właśnie nie wiadomo skąd pojawił się na jego ciele, ruszył do domu.

 

Trzecia, ostatnia część w opracowaniu.

niedziela, 06 listopada 2011
~II~ ~II~

Piotrek, jak od dłuższego już czasu niemal codziennie, siedział przed telewizorem trzymając w ręce gazetę. Brał ją właściwie tylko jako dosadną wymówkę, aby nie rozmawiać z żoną siedzącą obok. A przynajmniej rozmawiać najmniej jak to tylko będzie koniecznie. Trzymał ją więc prawie na wysokości oczu, choć od 30 minut nie przeczytał ani jednego zdania bezmyślnie wpatrując się w ostatnie słowo, którego znaczenie zarejestrował jego mózg: "otwarcie". Od 5-ciu miesięcy był bezrobotny (tak naprawdę od 6-ciu, jednak sam przed sobą skrzętnie ukrywał prawdziwą datę), ale wolał mówić "poszukujący pracy". 

Piotrek był mocno po 30-stce i zaczynał się właśnie zastanawiać, co mu w życiu wyszło, a co nie. Powoli, od kilku lat jakby obawiając się nagłego przejrzenia na oczy dochodził do wniosku, że "zdroworozsądkowe" małżeństwo jak mówiła matka jego żony (teściową, lub co gorsza mamą nie nazywał ją nigdy) skierowało wszystkie jego marzenia i wyobrażenia o swoim życiu na boczny, gorszy tor. Co gorsza ślepy, a jadący pociąg nieuchronnie zbliżał się do momentu wykolejenia.

-Gdybym wówczas, na tej imprezie nie... -zaczął w myślach nie kończąc. Nagłe pojawienie się dwójki dzieci przeważyło szalę z jego dotychczasowymi wyobrażeniami na temat czekającej go przyszłości.

Kiedyś, mieszkając ze swoją dawną dziewczyną był szczęśliwy. Zarabiał nieźle, ona zresztą też i razem mogli czerpać z życia może nie garściami, ale powodów do narzekania zdecydowanie nie posiadał. Miał nawet swoją pasję-jeździł na rowerze. Nie była to jazda po bułki do sklepu; Piotrek mocno przykładał się do treningów w prawdziwym tego słowa znaczeniu, dzięki czemu na pierwszych w Polsce maratonach był znaną postacią. Bezwiednie uśmiechnął się nad gazetą, gdy zaczął myśleć o tych czasach. Mógł sobie pozwolić wówczas na rower, który dla przeciętnego Kowalskiego był odległy niczym piesza podróż na Księżyc i z powrotem w 24 godziny. Pełen szary XTR, oraz sprowadzone z zagranicy bajecznie kolorowe na tamte czasy części Chris King, Kooka czy Paul. Dziś w myślach wciąż potrafił dokładnie odtworzyć każdą linię tych komponentów jak i całego roweru. 

Wszystko to prysło kiedy poznał (choć to zdecydowanie nie było dobre słowo) Kaśkę. Jego ówczesny "wybryk" był oczywistym przyczynkiem dla końca starego życia i początkiem nowego. Nawet nie próbował się oszukiwać, że lepszego. Westchnął głośno, chyba zbyt głośno jak na czytanie gazety, bo oczy jego żony przez ułamek sekundy spoczęły na miejscu, w którym powinna znajdować się głowa Piotrka. W tym momencie jeszcze szczelniej okryta gazetą.

-Otwierają Mc Donald's-a -rzekła chrypliwie pomiędzy przełykaniem jednego, a drugiego solonego orzeszka, a może tylko tak mu się wydawało. 

-Uhm, wybierzmy się tam w weekend z dziećmi, odrzekł naprędce z nutą zgryźliwości, której ona oczywiście nie zauważyła.

Paleta zainteresowań Kaśki nigdy nie była zbyt obszerna, ale po ślubie stopniała jedynie do zakupów i jedzenia. No i oglądania telewizji, bez której nie mogła wytrzymać dłużej niż 10 minut. Piotrek kiedyś próbował nawet z zegarkiem w ręku zmierzyć jej czas bez patrzenia w to pudło, ale mu się nie udało. Niegdyś do powyższych można było dołożyć jeszcze sex, ale dziś? Ukradkiem zerknął na żonę spod gazety i cicho chrząknął przełykając ślinę. Od dawna wiedział, że nic do niej czuje i czuł nie będzie ale teraz nawet przestawała mu się podobać. A nawet zaczynała go brzydzić. Na szczęście dla Piotra, brzydzić sam sobą jeszcze się nie zaczął, choć momentami droga do takiego stanu wcale nie wydawała mu się być zbytnio odległa. Po ślubie Kaśka stwierdziła, że do pracy się nie nadaje a jest za klasycznym i tradycyjnym, jak to ujęła (choć nigdy nie podejrzewał jej o znajomość takich słów) modelem rodziny i zajmie się domem. Piotrek wciąż zarabiał dobrze, tu na szczęście nic się nie zmieniło. Kiedy na świat przyszedł jednak Fabian i Cezary (choć żona wolała mówić na niego Cezar, prawie jak na psa)-wynik procesów myślowych jego żony, pieniędzy było zdecydowanie za mało. Po pewnym czasie musiał sprzedać swój rower zostawiając sobie tylko treningówkę, ale i na niedawną pasję nie miał już czasu. Kiedy wieczorem wracał do kupionego na kredyt z pomocą swoich rodziców, 2-pokojowego mieszkania w bloku, jego psychika wystawiana była na niezwykłą próbę. Za każdym razem wiedział, czego się podziewać po otwarciu drzwi. Kaśka, oczywiście w fotelu przed telewizorem, a nieopodal niej Fabian i Cezary, krzykliwie bawiący się właśnie zdalnie sterowanym samochodem. Dla Piotra lubiącego ciszę i harmonię był to obrazek urzeczywistniający jego najgorsze sny ze studenckich jeszcze lat o tym, jak może wyglądać koszmar niewłaściwych decyzji. 

Na rowerze nie siedział od paru lat, ale pogoda w ten weekend nastroiła go wyjątkowo optymistycznie. Oczywiście Kaśka najchętniej sprzedałaby jego Marin-a ale on i tak za bardzo wyrzucał sobie, że jest pod jej pantoflem. A może tylko pod przytłaczającym płaszczem codziennej rzeczywistości. 

-Mieliśmy iść dziś do MC Donald's-a, usłyszał niemal kwiknięcie z okolic fotela.

-Pójdziemy jutro, będzie jeszcze lepsza pogoda, odrzekł szybko walcząc z rzepami dawno nie zakładanych butów chcąc jak najszybciej znaleźć się na klatce zatrzaskując za sobą drzwi.

-Wziąłbyś się wreszcie za zarabianie pieniędzy! - zdążyła jeszcze rzucić zgryźliwie, po czym usłyszała jedynie głuchy trzask.

Z namaszczeniem wyciągnął rower z piwnicy zabezpieczonej podwójnymi drzwiami. Swoją niegdysiejszą zimówkę traktował jak najlepszego przyjaciela, ale żona za nic na świecie nie pozwoliłaby wstawić "kupy złomu" do i tak niewielkiego mieszkania. Jadąc krętą ścieżką w pagórkowatym lesie szybko przypomniał sobie technikę jazdy, którą miał kiedyś doskonałą. Marin cierpliwie znosił każdy skok oszalałego ze szczęścia bikera z licznie występujących tam progów, a leciwy, pamiętający czasy młodości Piotrka, Indy SL może nie wybierał wszystkiego jak masło, ale działał i to wystarczało. W końcu stał bezczynnie ładnych parę lat w piwnicy. 

-Trzeba coś zrobić z tym życiem - pomyślał Piotr, a wizja powrotu do domu wydała mu się nieco lżejsza, choć nie napawająca optymizmem. Optymizmu zresztą od dawno już w sobie nie posiadał; był on luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić.

Już dawno złapał się na tym, ze ogląda się za innymi kobietami, ale tą idealną miał jedynie w swojej głowie. 

-Musi być piękna, musi i już! - myślał patrząc oczami wyobraźni na długonogą, fantastycznie zmysłową... no właśnie. Nie mógł sobie przypomnieć czy gdzieś już ją spotkał, czy były to tylko majaki nieszczęśliwego człowieka. Do pubów właściwie nie chodził, ale często jadąc samochodem, ostatnim azylem jego wolności łowił spojrzenia samotnych, jak mu się wydawało panienek. Jak sam uważał był już za stary na "romantyczne trzeszczenie o gwiazdach", ale w głębi serca wiedział, że czegoś mu brakuje. 

-Jeśli człowiek uczy się na błędach, to mógłbym służyć ludzkości jako encyklopedia, pomyślał kierując swój rower na drogę do domu. 

Wracając tą samą ścieżką zauważył rowerzystę, który mignął mu między drzewami. Jeszcze kilka lat wcześniej, mając świadomość swojej formy nikomu nie odpuszczał. Zawsze doganiał taki "target", a kiedy ten podejmował wyzwanie, gnębił go przeokrutnie z reguły wykańczając interwałami. Wiadomo, dziś siedział na rowerze po raz pierwszy od niepamiętnych czasów i długo nie wytrzymałby mocnego tempa, ale podstaw się nie zapomina a charakter zostaje przecież w nogach. Dokręcił nieco szybciej na tym samym biegu, bo zastałe w pancerzach linki uniemożliwiały poprawną ich zmianę a tym, czego najbardziej nie lubił był choćby najmniejszy zgrzyt w jego maszynie. Świetnym technicznie ślizgiem wszedł w zakręt i kolarz znalazł się tuż przed jego nosem.

Uff..., to dziewczyna! -wykrztusił w myślach patrząc na niesamowicie zgrabne nogi okryte czarną lycrą i kasztanowe włosy wyglądające spod kasku. O dziwo, chyba po raz pierwszy w życiu najpierw spojrzał na właścicielkę, zanim jego wzrok spoczął na sprzęcie. Zbyt długo nie siedział w temacie, żeby rozpoznać poszczególne części ale poznał klasę roweru. Ten-był na pełnym wypasie, jak to szybko określił, co u dziewczyn było czymś raczej niespotykanym. 

Ona-kątem oka widząc, że ma towarzystwo, przyspieszyła i nagle znalazła się dobre kilkanaście metrów przed nim zanim zdążył ochłonąć ze zdumienia. 

-Źle ze mną, pomyślał i ruszył w pogoń.

Dziewczyna jechała niesamowicie dobrze technicznie, a takie opanowanie tej umiejętności u rowerzystów zawsze budziło jego uznanie. Ścieżka zbliżała się ku końcowi i wiedział, że albo teraz ją dogoni albo chyba odbije w jakąś boczną drogę, bo do takich porażek nie był przyzwyczajony. Rowerzystka zbliżała się właśnie do zdradliwego, korzenistego uskoku wysuwając obłędny tyłek za siodło, za którym Piotr mógłby ślepo jechać na koniec świata, do czego zresztą zdążył się już przed sobą przyznać. Wyczuwając ostatnią szansę, wykorzystując swe umiejętności ale i nie bez pomocy farta zeskoczył z progu jako pierwszy meldując się na nieformalnej mecie. Czekał teraz na nią pragnąc podziękować za dobrą zabawę. Spojrzał na twarz ukrytą wśród kasztanowych włosów i... oniemiał. 

-Iza? - zdołał tylko wykrztusić.

-Pete? - jak za studenckich czasów, zawadiacko uśmiechnięta odparła z błyskiem w oku dziewczyna oparta o karbonowego Cannondale'a. 

 

C.D.N.

piątek, 04 listopada 2011
Świętokrzyskie, profilaktyczne oberwanie chmury


Świętokrzyskie... jak śpiewali Floyd-zi:

"The grass was greener,

the light was brighter,

the taste was sweeter,

the dawn mist glowing,

the water flowing,

the endless river"

Tak właśnie odczuwam to miejsce. Przemierzając palcem papierową mapę, żadna poziomica nie jest bezduszna a każdy odcień zieleni powoduje przyspieszone bicie serca. Gdy dwa lata temu, jeszcze jako team Profilactica mieliśmy wybrać się na jedno ze zgrupowań wiedziałem, że musimy trafić właśnie tam. W miejsce, które za kotarą nieprzeniknionego lasu urzeczywistnia najbardziej skryte sny każdego twardego mountainbikera. Za bazę wypadową obrałem pewien pensjonat pamiętający chyba czasy PRL-u, (co na promujących go zdjęciach zostało doskonale ukryte) nieopodal samego serca rytmicznie bijącej Puszczy Jodłowej. Co gorsza jedzenie również pamiętało PRL, co boleśnie odczułem drugiej nocy rzygając dalej niż widziałem. Przy czym oczy chciały wyskoczyć z głowy z powodu narastającego w niej ciśnienia. Ale zanim do tego doszło, mieliśmy właśnie piękny poranek a słońce ciekawsko zaglądało do pokoi przez szpary w oknach. Zadowolenie musiało wyraźnie malować się na mojej twarzy bo oto wiedziałem, że nic nie stanie na przeszkodzie, aby zrealizować mój diaboliczny plan przejechania jednego z najciekawszych szlaków Gór Świętokrzyskich. Start i meta w Rudkach, a clou programu Łysica wespół z Radostową. O ile oczywiście wszyscy tam dojadą, zdawał się podszeptywać mi w głowie jakiś diabelski głosik, po czym zawadiacko uśmiechnąłem się sam do siebie.

Kilkuosobowa grupka prezentowała wówczas różnorodny poziom sportowy. Wiecie jak to jest, ogolona łydka natarta rozgrzewającym kremem mogąca z powodzeniem służyć jako żywy rekwizyt uczący rozmieszczenia żył w tej części ciała dla studentów medycyny skonfrontowana z otłuszczonym, zarośniętym giczołem z reguły nie wróżą niczego dobrego. Oczywiście nikt nie wyrażał obaw co do czekającej nas trasy, bo i ja skrzętnie unikałem wszelkich zaczepek z pytaniami o to, gdzie dzisiaj jedziemy nie chcąc wywoływać niepotrzebnej paniki.

Zaczęliśmy skromnie, asfaltami. Jednak już na pierwszym, nieco błotnistym podjeździe pod Kobylą Górę na niektórych twarzach zaczęły uwydatniać się wiele mówiące grymasy. "Gdzie ten wariat na sprowadzi?", zdawała się krzyczeć mimika twarzy Marka. Koła buksują zamiatając niekiedy całą szerokość ścieżki, łańcuchy strzelają niczym poczciwe "Kałachy", ale tak samo jak i on nic się nie zacina. Pot zaczyna zalewać oczy, a okulary wędrują na kask. Następnie pokonujemy ekstatyczny sinle-track i zaczynami krótki, ale szybki, miejscami techniczny zjazd, który jest niemą muzyką dla moich uszu.

Chłopakom poprawiają się nastroje a i słońce zaczyna grzać coraz mocniej. Gdy dojeżdżamy do Dużej Skały i krótkiego, acz treściwego zjazdu godnego maratonów Grzesia Golonko, przypominam sobie mój pierwszy występ na tych włościach. Z dreszczem biegnącym przez wszystkie partie ciała myślę o tym, jak na śliskim korzeniu uciekło mi koło, po czym wpadając w dziurę podbiło je w górę, fundując strzał siodłem prosto w orzechy, a potem drugi i trzeci. Anatomicznym produktem Body Geometry od Speca, żeby nie było. Gdy kilka sekund później leżałem gdzieś w krzaczorach nieopodal szlaku nie mogąc przez dłuższą chwilę ciągnącą się niczym wieczność wykrztusić słowa wiedziałem, że następnym razem przyda się nieco więcej ostrożności. Dlatego też dziś wysunąłem tyłek daleko za siodło opierając na nim klatkę piersiową i zaciskając po jednym palcu na każdej z klamek. Osobiście nie widzę żadnej wirtuozerii w szybkim zjechaniu od punktu A do Z, uwielbiam za to powolne balansowanie na granicy "stójki" z prawie zablokowanym tylnym kołem. I udało się, jestem na dole, nie bez cienia emocji.

Nieco później jesteśmy już na czerwonym, głównym szlaku Gór Świętokrzyskich i wtarabaniamy się na Łysicę. Zabawne ile to wspomnień może łączyć się z jednym miejscem. Wręcz słyszę śmiech trójki bikerów, którzy dziś, jako duchy 9-cio letniego upływu czasu wspinają się na swych rowerach pod górę. Namacalnie czuję tamte emocje, gdy po raz pierwszy znalazłem się w takim terenie. Później czeka nas ukoronowanie trudów, czyli zjazd do Świętej Katarzyny najeżoną ostrymi jak brzytwa kamieniami ścieżką.

Na półmetku zjazdu, na ławeczkach, siedzi spora grupka młodzieży i ludzi, jak zwykł mawiać Kononowicz. Gdy cała nasza ekipa w czerwono-czarnych trykotach bezbłędnie pokonuje trudny zjazd, widzę w ich oczach ciekawość pomieszaną z podziwem i nieskromnie muszę przyznać, że wzrasta moje ego. Gdy chwilę później ostatni z nas wylatuje przez kierownicę prosto na spotkanie z Matką Ziemią, z wcześniejszych pozostaje tylko ciekawość. Czas zmykać.

Na niebie pojawiają się pierwsze chmury. Doskonale wiem, czego można spodziewać się po pogodzie w tych okolicach. Ze względu na najwyższe pasmo, często ścierają się tam ze sobą dwa fronty powietrza wynikiem czego burze tylko dla prawdziwych gór zarezerwowane. Już jako berbeć gdy słyszałem od dorosłych "od Świętego Krzyża idzie" wiedziałem, że należy oczekiwać wybitnego spektaklu światła i dźwięku. Z lekkim niepokojem patrzyłem więc w niebo, bo dla reszty chmury były tylko chmurami. Ot, takie urozmaicenie słonecznego dotąd dnia. Mruknąłem coś pod nosem i zaczęliśmy długi podjazd pod moją ulubioną Radostowę. Tzn. podjazd ów dla niektórych na tym etapie był już podejściem, a późniejszy zjazd zejściem co nie pozwalało sądzić, że zdążymy dojechać do domu z suchym grzbietem. Gdy niebo przybrało stalowo-szarą barwę zdążyłem już się domyślić, że raczej marnie zginiemy a i nie dałbym głowy, że nasze ciała spoczną w rodzinnym katafalku. 

Reszta dzielnej drużyny spodziewała się co najwyżej zwykłej burzy, co znów momentami wzbudzało w mojej głowie ten sam diaboliczny chichot, co na początku wyprawy. O naiwności.

Gdy opony naszych rowerów skalane zostały asfaltem między Radostową a Dąbrówką przeszło mi przez myśl, żeby nagiąć nieco rzeczywistość i nie wspominać o dogodnym skrócie do Rudek, a zahaczyć jeszcze o dwie następne, jedne z moich ulubionych zresztą, gór. Gdy tak biłem się ze swoimi myślami, dołączył do nas Marek, który całą Radostowę pokonał na piechotę. Widząc ten obrazek pękłem i ujawniłem skrót myśląc, że skręt w prawo już przesądzony. Chłopakom chyba jednak zagrała ambicja, bo demokratycznie przegłosowaliśmy wizytę na Paśmie Masłowskim. Hihihi, szeptały myśli.

Gdy dotarliśmy na szczyt Dąbrówki w międzyczasie pokonując pionowe prawie podejście i znajdując coraz to nowsze, zaskakujące nazwy dla naszych rowerów i kolarstwa, poczułem stuknięcie na moim kasku. Pierwsza kropla deszczu. Po niej można wiedzieć, czego zaraz się spodziewać. Chwilę później grube, upasione wręcz krople bębniły już w najlepsze a ja właśnie zdałem sobie sprawę, jak nierealnie wręcz daleko na obecną chwilę mamy jeszcze do Rudek. W przeciągu kilku minut z jasnego dnia zrobiła się szarówka, a każdy z nas miał już na sobie przezornie zapakowane wcześniej do plecaków wiatrówki. Chwilę później ciemny już las rozżarzyła pierwsza, ponuro grzmiąca błyskawica. Zjeżdżając z Klonówki przy kakofonii chyba wszystkich możliwych złowrogich dźwięków rozwścieczonej przyrody zastanawiałem się, czy wszyscy jadą bo nie widziałem dalej jak na 2 metry. Szeroka szutrówka w mgnieniu oka zamieniła się w rwący potok spychając słabszych technicznie w sobie tylko znane miejsca. 

Nieco później, stojąc pod wiatą cudownie postawionego chyba w tym miejscu przystanku każdy z nas bił się z myślami i na swój sposób starał przygotować do przejechania kilkudziesięciu kilometrów przy temperaturze może 10-ciu stopni. Obmierzłych popłuczyn wcześniejszych 26-ciu. Przestało być śmiesznie, gdy z zimna zaczęło trząść mi się całe ciało, a niedawne "hihihi" w mojej głowie wstydliwie podkuliło ogon i zamilkło na dobre. Koniec końców zarządziliśmy odwrót, bo deszcz zamiast ustawać, zaczął przybierać na sile wbrew wszelkiej logice. Pierwsze metry były katorgą z racji tego, że drżące ręce nie były w stanie prosto i pewnie trzymać kierownicy. Każdy skrawek mojego ciała pokrywała gęsia skórka spowodowana przenikliwym zimnem i wszędobylską wodą. Nie wiedziałem, co dzieje się w głowach chłopaków, ale nie wyglądało to dobrze. W złowrogiej ciszy jechaliśmy przed siebie a ja nie miałem nawet zamiaru informować ich, ile jeszcze do mety. Czy wiecie jak to jest ocierać oczy przemoczoną do granic możliwości rękawiczką dodatkowo je zalewając? Koniec końców opracowałem autorską technikę jazdy z, na przemian, otwartym raz jednym, raz drugim okiem. Zabawne jednak jak wydawałoby się, ekstremalne przeżycia, dodatkowo cementują człowieka z rowerem-swoistym narzędziem dobrowolnych tortur i całym tym kolarstwem. Po pewnym czasie wszyscy jak jeden mąż wypatrywaliśmy dużych ciężarówek, które mijając nas wylewały na wszystkich hektolitry wody spod kół, która to zdążyła się nagrzać od ciepłego jeszcze asfaltu.

A w Rudkach, pod naszym pensjonatem pamiętającym czasy PRL-u szczęściu nie było końca. 

"The grass was greener..."



czwartek, 03 listopada 2011
Naokołorowerowo

Dzisiejszy wpis będzie mało rowerowy. Ba, nawet niewiele mający wspólnego ze sportem. Postanowiłem sobie ponarzekać na naszych rodaków, bo w końcu narzekanie jest nam wszystkim bardzo bliskie. Mnie również. 

Jesień w pełni, ale pogoda ostatnich dni kurczowo chwyciła się sukni lata. Ciepło, momentami słonecznie i po prostu przyjemnie. Nie wiem, czy u Was jest podobnie ale w moich lasach pastelowe, często kontrastujące z zagubioną zielenią sosen barwy jesieni są w tym roku wyjątkowe. Gdy przemieszamy je z wyjątkowym zapachem liści otrzymamy nadzwyczaj sugestywny i intensywnie oddziałujący na wszystkie zmysły koktajl prawdziwej polskiej jesieni. Takiej, jakiej nie pamiętam od dawna. A skoro mamy tą porę roku to i listopad; mnie nieodwołalnie kojarzący się z dniem Wszystkich Świętych. W Starachowicach na cmentarz mam niedaleko. Gdy byłem mały, uwielbiałem wieczorny spacer w to miejsce, bo nastrój budowany przez pogodę, tysiące nastrojowych ogników zniczy wespół z tańcem najróżniejszych cieni i krzątaniną przy grobach tworzą niesamowitą atmosferę. Po powrocie do domu zawsze biegłem do babci na górę, skąd patrząc przez okno, nad zasnutymi barwą nocy łąkami unosił się spektakl światła i zapachu.

Jadąc do Starachowic nie wziąłem roweru, bo postanowiłem postawić na bieganie. A właściwie marszobiegi, na chwilę obecną robione w systemie 10x3 z tętnem około 150 ud./min. Najważniejsze, to nie wystrzelać amunicji zanim jeszcze wojna się zacznie. Ale przed bieganiem wybrałem się ze zniczami na cmentarz. Sam do kościoła nie chodzę, ale babcia jak co roku chciała wybrać się na mszę więc znalazłem się tam i ja. Stoję więc przy grobie i rozmyślam o różnorakich bzdurach. Kątem oka widzę jednak grubą babę - borostwora, która nie spuszcza ze mnie wzroku. Kuźwa, czy jeśli nie mamroczę na głos jak ona modlitwy pod nosem to jest w tym coś dziwnego? Uciekam myślami od baby, a mój wzrok wędruje na, na oko, 20-letnią dziewoję dwa groby dalej. Nawet ładną, z tyłkiem z gruszkę a nie śliwkę jak to mówił Kondrat. Wtem ciszę rozrywa dźwięk dzwonka telefonu. Z gównianego głośniczka pierdzi na głos jakaś melodyjka dla kretynów ustawiona na cały regulator nie dlatego, że tępa pizda - właścicielka cierpi na niedosłuch ale po to, żeby wszyscy wiedzieli, że mimo 3 kredytów, 20-letniego męża tłukącego ją dla zabawy do obiadu butelką po piwie, dwójki zapyziałych bękartów drących ryja do wieczornego oglądania telewizji (czy tępego gapienia się w ekran, ściśle rzecz ujmując) oraz pasztetów Indykpol z mechanicznie oddzielonego "mięsa" branych co dzień na krechę w osiedlowym sklepie, w rodzinie jest telefon. Oczywiście na wypasie, z dotykowym ekranem. Dżizas. Spokojnie, nie denerwuj się. Niedługo odetchniesz sobie w lesie. Cicho zgrzytam zębami, a mój wzrok pada na amanta owej lolity. Skóra, 3 paskowy dres Sadida czy inny Adidos i buty Nike, których w żadnych katalogach nie znajdziesz. Na czubku ryja wyżelowane włosy dające kretyński efekt przypominający mi moje licealne czasy, gdy przy -20 stopniach nie zakładało się czapki, żeby nie zniszczyć "fryzury". Dlaczego wtedy nikt nie dał mi w mordę? Dziś sam bym sobie przyłożył. Po chwili amigo wyciąga centrum dowodzenia samym sobą i przesuwa obgryzionym paluchem po ekranie.

W oczekiwaniu na sławetne słowa "przekażcie sobie znak pokoju", oglądam jeszcze cmentarną rewię mody skretyniałych dziwek w kabaretkach, z gołymi dupami i czerwonymi kozakami dla dodatkowego sznytu. No żesz kurwa. Czy tak źle już w naszym narodzie? O uczuciach wyższych w myślach nawet nie wspominam bo na głos to i szeptać nie ma po co. Co za pojebane czasy. Natłok myśli burzy wspomniane przesłanie pokoju, na co tylko czekam. Oglądam te wykrzywione mordy, wściekle wysłuchując bezmyślnie klepanych "pokój nam wszystkim" tylko po to, aby za cmentarną bramą zajebać mnie dla 40 złotych, zarysować samochód albo porzucać między sobą kurwami stojąc w korku. Na odchodne żegna mnie wielka, czerwona tablica z równie olbrzymim napisem "kredyty chwilówki", a koło niej, tuż przy cmentarnym murze stolik miłego pana z ulotkami jebanych lichwiarzy. Za rok oczekuję, kurwa, czerwonego Mikołaja. 

2,5 godziny później leśną ciszę przerywa jedynie rytmiczny odgłos mych butów na szutrowej nawierzchni. Nie ma to jak obiadki u babci. Na pełnym wypasie; pierwsze, drugie + deser. Na początku próbowałem jeszcze odmawiać i sam się oszukiwałem, że nie będę się obżerał. Oczywiście popołudniowe bieganie w lesie wyjątkowo szybko i dosadnie zweryfikowało te idiotyzmy. Biegnę z gracją walca kłapiąc wściekle butami o ziemię. Dyszę niczym parowóz...

Idzie wyjątkowo ciężko ale aura lasu i łąk wynagradza mi to z nawiązką. Dobiegam do fantastycznego miejsca. Trójbarwne trawy skrzą się w popołudniowym słońcu, a jesienny dąb opleciony jego promieniami każe się zatrzymać i rozdziawić ryj w niemym zachwycie. Oczywiście najlepsze zdjęcia wychodzą wtedy, gdy nie masz aparatu. A ja już któryś raz z rzędu kadruję w myślach obraz widząc go na swoim pulpicie. Za każdym razem obiecuję sobie wziąć aparat ze sobą i cyknąć tą fotę. A gdy wreszcie mam na to czas, pogoda się psuje i chcąc nie chcąc trzeba powiedzieć sobie "za rok..."

A parę dni później, w Warszawie, nigdy nie powiedziałbym, że jazda na trenażerze może przynieść tyle radości!