Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
sobota, 18 grudnia 2010

Mała wieś gdzieś w górach. Niektórzy mówili, że w samym ich sercu a inni byli skłonni twierdzić, że na obrzeżach. Ja myślę, że po prostu leżała w górach. Niewielki, zapomniany przez wszystkich skrawek ziemi, który przecinały dwie ulice na krzyż. Życie toczyło się tu tak samo jaki i w innych podobnych miejscach. Niewiele osób miało tam pracę. Część, nazywanych szczęśliwcami, lub przez innych wariatami, jeździła z samego rana do miasta położonego kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wcale nie łatwo było wychodzić z domu o piątej rano, szczególnie zimą. Gdyby komuś jednak chciało się wstać o tej porze i podejść do okna, zauważyłby szybko przemykające postacie, szczelnie osłaniające twarz chustami chroniąc je przez zacinającym śniegiem, który uporczywie chciał dostać się na każdy skrawek gołej skóry.

Inni wstawali później, ale z braku perspektyw na wypełnienie nadchodzącego dnia czymkolwiek sensownym, w przypadku mężczyzn spotykali się pod sklepem z butelką w ręku. Kobiety jak to na wsiach bywa próbowały wrzucić cokolwiek do pustego zwykle garnka przy czym nierzadko potrafiły dokonywać przy tym cudów. Oczywiście byli też tacy, którzy pracowali w pobliskim tartaku czy zakładzie kamieniarskim, ale tych było niewielu.

Wydawałoby się, że w tym zapomnianym przez Boga miejscu ciężko być młodym człowiekiem nie budząc się po kilkudziesięciu latach z pustą butelką w ręku i kilkudziesięcioma groszami w podartych spodniach z poczuciem, że nic dobrego cię już nie spotka. Życie toczyło się więc tam swoim leniwym rytmem wyznaczanym powolnym łykiem piwa oraz osnutym przez dym tanich papierosów.

Być może Michał żyłby podobnie, lecz przypadek (a może i nie) sprawił, że przynajmniej przez chwilę mógł oderwać się od spraw otaczającego go, przygnębiającego świata. Pewnego dnia zetknął się z grupką dziwnie wyglądających ludzi na rowerach z zawrotną prędkością zjeżdżających w dół góry. Na dodatek z kaskami na głowach. Michał uśmiechnął się bo wiedział, że gdyby on założył coś takiego na swoją łepetynę (nie mówiąc już o obcisłych ciuchach, na które nie omieszkał spojrzeć), to pomijając docinki, w jego kierunku często latałyby kamienie mające na celu sprawdzenie wytrzymałości "orzecha".

Nie minęło wcale dużo czasu gdy w pewne wakacje wiedziony impulsem postanowił sam zacząć jeździć. Pieniądze nie były dla niego czymś, co widział u siebie codziennie, więc nie bez problemów (za to z pomocą rodziców) kupił swój pierwszy rower górski. Historia ta wydarzyła się dawno... nie pamiętam więc już na czym jeździł. Wiem jednak, że swój sprzęt zbudował w oparciu o kultową dla wielu wówczas ramę Author Vision, a w kwestii napędu i hamulców postawił na Sachs-a i Sram-a. Tak, to były czasy, gdy w Polsce panowała moda na rowery non-Shimano. Jako, że Michał mieszkał w górach, jeżdżąc codziennie na coraz to trudniejsze szlaki, w szybkim tempie opanował technikę jazdy "góralem". Wśród okolicznych bikerów stał się znaną postacią a niewielu było takich, którzy mogli dogonić go na podjazdach. Michał był wówczas dla mnie kwintesencją prawdziwego mountainbikera późnych lat 90-tych. Takiego, który z jednym działającym V'brake'm potrafi wyprzedzić cię na najbardziej stromym zjeździe, a przy awarii przedniej przerzutki, która uniemożliwia stosowanie blatu i tak objedzie cię na płaskim.

Rower był dla Michała odskocznią od codziennego, szarego życia. Wkrótce stał się rodzajem enklawy umożliwiającej otwarcie drzwi do kolorowego świata, który był na wyciągnięcie ręki. Kiedy jednak zsiadał ze swojego bika często myślał, że nie spotka go chyba już nic pozytywnego. Nie miał nawet dziewczyny. Być może nie uważał się za szczególnego nieudacznika w tym temacie, ale wiedział, że prawda jest raczej inna. W pewnym momencie wyrobił sobie nawet swój własny światopogląd o płci pięknej, który niejako usprawiedliwiał mu ten stan rzeczy. Czy był szczególnie wybredny? Chyba nie. Szukał po prostu normalnej kobiety, z którą będzie mógł szczerze porozmawiać na wiele tematów. To chyba nie tak dużo. Oczywiście zdarzało mu się marzyć o długonogiej bikerce ale wiedział, że na to raczej nie ma co liczyć.

Życie pisze jednak swoje własne scenariusze i Michał poznał w pewnym momencie swego życia dziewczynę idealną. Tak, jeździła też na rowerze. I to nie na byle jakim a co najważniejsze nie przerażały jej trudne górskie szlaki, na które lubił zapuszczać się Michał.

Miał świadomość tego, że podoba mu się ona coraz bardziej. Chyba nawet się zakochał, ale nie potrafił przezwyciężyć swojej chorobliwej czasem nieśmiałości. Któregoś razu jak zawsze wybrali się na rower. Gdy zatrzymali się na wyjątkowo ładnej polanie, a ona zdjęła kask rozsypując przy tym burzę włosów, Michałowi szybciej zabiło serce. Nie wiedział jak to się stało, ale zanim otrząsnął się z marzeń, które zdążył zwizualizować już w swoich myślach, ona stała przed nim. Tak blisko, że czuł jej zapach. Patrzyła na niego w ten wyjątkowy sposób, a jej źrenice biegły szybko od jednej do drugiej strony.

Kiedy wracał rowerem do domu, myśli podsuwały mu najrozmaitsze zakończenia tej sytuacji. Przeklinał się jednak i to, że jak zawsze zawalił sprawę. Wszystko przez to, że nie potrafiłem zrobić tego kroku, myślał. Był wściekły.

Jakiś czas później jak część osób z początku tej historii, Michał przeniósł się do miasta. Znalazł pracę jako monter kablówki. Na pewno nie było to spełnienie jego marzeń, ale mógł chociaż w części je zrealizować kupując używanego co prawda, ale jednak XTR-a na tył. Praca zaczęła mu jednak wypełniać coraz więcej czasu i nie miał go już tyle, co kiedyś. Mniej jeździł na rowerze i często mogłem dogonić go tak na podjazdach, jak i jadąc w dół.

Którejś zimy Michał postanowił zadzwonić do swoich znajomych i spotkać się z nimi po kolei. Jak sam mówił, było to dla niego bardzo ważne.

Tej samej zimy Michał będąc w swojej rodzinnej wsi założył na siebie najlepszą bluzę Rock Skox-a i wyszedł późnym wieczorem na rower. Przy tej ilości śniegu i tak nie miał co pchać się na szlak, po którym nie chodzili nawet piesi, ale nie miał tego na myśli. Jechał asfaltem przez las myśląc o tym wszystkim co miał a czego nie. Co mógł mieć.

Gdy zauważył światła nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu zwrócił uwagę, jak wspaniale wygląda ośnieżony las a spadające płatki mienią się w świetle.

(***)

W tej samej wiosce, w której wychował się Michał i spędził dużą część swego życia jest niewielka góra. Szumią na niej lipy i dęby. Życie toczy się tam tak samo, jak zwykle. Niektórzy wstają rano i jadą do pracy, innych można spotkać pod sklepem z butelką w ręku.

Krzyże na tej górze są czyste i zadbane, ale ludzie raczej rzadko je odwiedzają. Mają przecież ważniejsze, życiowe sprawy. Patrząc przez drzewa można zobaczyć najpiękniejszy widok na świecie-góry. Lubię myśleć, że i Michał się wówczas uśmiecha.

czwartek, 09 grudnia 2010
Dowcipnisie

Intro

Dzisiejszy dzień był wyjątkowo męczący. Non stop wkurwiali cię upierdliwi klienci, tfu, klienciki. Dodatkowo pogoda się pogorszyła a ciebie czeka jeszcze powrót do domu na rowerze. No dobra, uwielbiasz swój rower i jazdę na nim ale są takie dni jak dziś, kiedy najchętniej nie robiłbyś niczego, bo czego się nie dotkniesz doprowadza cię do wściekłości.

Jeszcze to idiotyczne czekanie do pełnej godziny, abyś wreszcie mógł wyjść z tej cholernej pracy. Ja pierdolę, kto ustala tak bzdurne reguły? Przecież i tak wszystko już zrobiłeś i głupkowato musisz odstać te 15 minut, aby wreszcie wyjść przez te pieprzone drzwi.

Jezu, nareszcie. Chłopaki opuszczają żaluzje a ty wkładasz przeciwdeszczową kurtkę i idziesz do magazynu po rower. Przez chwilę nawet na twojej twarzy pojawia się uśmiech, w końcu masz teraz czas tylko dla siebie. Może to nie był taki zły dzień? Tak, nie ma co się denerwować. Nawet na niego nie patrząc, machinalnie chwytasz rower. Kurwa, coś tu nie gra. Wyprowadzasz swój bolid z magazynu do światła i ze zgrozą na niego patrzysz. Na każdym centymetrze wolnej przestrzeni (rama, szprychy, sztyca, mostek, kierownica, klamki, etc., etc.) koledzy przykręcili ci odblaski. Ja pierdolę, jest ich przynajmniej kilkaset. Patrz, nawet zostawili ci śrubokręt. Czasu masz dużo, przecież dziś ty zamykasz firmę.

(...)

Tak właśnie musiał się czuć nasz kolega ze sklepu rowerowego, kiedy korzystając z luźniejszego dnia cały dzień przykręcaliśmy mu do roweru odblaski. Nie wiem, jak długo je zdejmował ale my będąc wprawionymi w fachu mechanikami montowaliśmy je przez dobre kilka godzin. Dzisiejszy wpis będzie o rowerowych (i nie tylko) żartach w sklepie (nie inaczej) rowerowym.

Sprawa wyglądała tak, że w owym sklepie był frakcja sprzedawców i frakcja mechaników. Oba ugrupowania bardzo dobrze się uzupełniały, ale z racji naszego wesołego usposobienia często dochodziło do zamieszek, które tłumił nasz szef lub szefowa.

Oto kilka przykładów rowerowych żarcików, dzięki którym i tu możesz stać się prawdziwym Houdini'm:

1) Kulka

Do wykonania tego żartu potrzebna jest mała kulka od łożyska i odrobina smaru. Smarujemy kulkę, zdejmujemy gripy i przyklejamy ją do wewn. ścianki kierownicy, po czym jak gdyby nigdy nic się nie stało z powrotem zakładamy chwyty. W wersji extreme kulkę można wrzucić do ramy. Początkowo (dzięki zastosowaniu smaru) nieszczęsny właściciel roweru niczego się nie spodziewa. Niestety po pewnym czasie kulka odkleja się od ścianki i zaczyna upierdliwie brzęczeć "tzzzzzzyttt", "tzzzzzzyttt". Pacjent może jeździć tak dobrych kilka tygodni zanim zlokalizuje przyczynę

2) Banan

Ten "znakomity" żart najlepiej wykonywać w lato. Banana ładujemy między dętkę a oponę i pompujemy koło. Przy dużej temperaturze owoc zmienia swą konsystencję i zapach. Biker jeździ tak do momentu, gdy odkryje przyczynę dziwnego podbijania opony, lub do pierwszej wymiany dętki

3) Woda

Wszystko, czego nam potrzeba w tym przypadku to nieco wody, pacjent z dętką z wentylem samochodowym i przyrządzik do wykręcania wentylka. Wyjmujemy wentyl, wlewamy do środka wodę, skręcamy całość do kupy i pompujemy. Wbrew pozorom ciężko jest odkryć, dlaczego koło jest non stop podbijane, co zapewni wam sporo "dobrej" zabawy

4) Śrubka

Wystarczy poluzować nieco śrubkę od koszyka bidonu, przy czym zacznie ona wpadać w rezonans podobnie jak w wersji "kulka"

Rzecz jasna wszystko to przetestowaliśmy między sobą a kiedy nasze rowery były najpilniej strzeżonymi obiektami w firmie, musieliśmy wymyślać inne rzeczy.

Oczywiście czymś niegodnym wzmianki było psikanie kompresorem w ciastko z cukrem pudrem podczas jego konsumpcji przez nieświadomą ofiarę, ale z kronikarskiego obowiązku chciałbym wspomnieć o tym fakcie.

Warto jednak nadmienić o naszym koledze, nazwijmy go Michał. Michał był najspokojniejszym człowiekiem na świecie, ale nie tolerował jednej rzeczy-żartów z jego jedzeniem. Gość w gruncie rzeczy przez swój wzrost i siłę był dość groźny, więc siłą rzeczy psikusy z tym związane nie były normą. Dodatkowo sądzę, że dobrze wycelowana pięść Michała w mój nos mogłaby go po dobrym uderzeniu umieścić z tyłu głowy a mogę przypuszczać, że oddychanie byłoby wówczas nieco utrudnione.

Niemniej jednak pewnego razu Michał kupił sobie pierogi. Był to majowy dzień, więc pracy było po prostu multum, przez co facet nie mógł ich zjeść. Kiedy siadał do nich z widelcem i nożem u nas w serwisie, za każdym razem przychodził ktoś ze sklepu i prosił go do jakiegoś klienta. Michał znosił to ze stoickim spokojem ale widać było, że w głębi ducha jest wściekły, bo od rana nic nie jadł. Kiedy tak po raz kolejny rozmawiał z kimś w sklepie, do serwisu przyszedł nasz sprzedawca, nazwijmy go Kamil. Spojrzał na napoczęte pierogi a jako, że sam był potwornie głodny spytał nas, czyje one są i czy może je zjeść. Przygryzając wargi ze śmiechu odparłem, iż są moje i niech się śmiało częstuje. Razem z pozostałymi serwisantami skręcając rowery z niecierpliwością wyczekiwaliśmy powrotu Michała.

Aż wreszcie przyszedł. Wyobraźcie sobie tego wielkoluda kiedy wchodzi do serwisu i widzi Kamila jedzącego jego pierogi. Michała na chwilę zamurowało. Kiedy jednak ocknął się z pierwszego szoku, podszedł do stołu i z niedowierzaniem pomieszanym ze wściekłością zaczął patrzeć na jedzącego Kamila. No więc gość nieświadomy zagrożenia je te pierogi, po czym odwraca się do nas, patrzy na Michała i mówi: -Jakieś chujowe te pierogi. Pozwólcie, że pominę zakończenie tej historii.

W sezonie w magazynie składowane były u nas rowery do składania w kartonach. Kartony były ustawione jeden na drugim i momentami było ich kilkadziesiąt. Ulubioną naszą rozrywką było wyciąganie takiego kartonu (najlepiej z samego końca), wyjmowanie roweru do złożenia, a do środka wrzucenie bicykla sprzedawcy i wsunięcie kartonu na swoje pierwotne miejsce. Żart był naprawdę niezły, bo rzecz jasna swojego roweru można było szukać wszędzie, ale do cholery kto mógł przypuszczać, że będzie w jakimś kartonie? Oczywiście na zakończenie dnia szliśmy do delikwenta informując go o tym, gdzie jest jego bike. Facet musiał przerzucać czasem 80 kartonów, aby móc pojechać do domu własnym środkiem transportu.

A co z odblaskami z początku opowieści? Zawsze mieliśmy ich w serwisie przynajmniej kilkaset. Nasz kolega sprzedawca-Kamil miał tą wadę, że zawsze gdy gdzieś wyjeżdżał, brał ze sobą wielką walizkę na kółkach. Nawet gdy jechał na swoją działkę oddaloną o jakieś 15 km. od Warszawy. Przy tym jeździł tylko pierwszą klasą PKP. Cóż było robić. Pewnego razu wzięliśmy tą walizkę i wsypaliśmy do środka wszystkie odblaski, jakie tylko mieliśmy w serwisie. Do miana legendy urosła opowieść Kamila o tym, jak jechał z nią w tej swojej pierwszej klasie z dwoma facetami w garniturach. Chcąc przeczytać gazetę, którą miał oczywiście w walizce, zdjął ją z półki po czym rozsypał kilkaset odblasków po wszystkim w przedziale łącznie w podróżnymi.

Śmieszne czasy :-)

niedziela, 05 grudnia 2010
Rock Shox SID 1998

WSTĘP

Opowieść tą należy rozpocząć od przeniesienia się 11 lat wstecz, kiedy to kupiłem pierwszego "górala", Granda G-300. "Rower" ów miał na pokładzie "amortyzator" "firmy" Top Gun. Kiedyś nawet będąc pod wpływem lektury bikeBoard'u poddałem go tuningowi wlewając do środka olej Bartek i umieszczając uszczelki-samoróbki pod śruby u dołu lag. Widelec wydawał wtedy przedziwne dźwięki ale mimo wszystko działał odrobinę lepiej, co wprowadziło mnie w euforyczny stan.

Rok milenijny był dla mnie czasem, gdy w wakacje jedynym problemem było pytanie gdzie dziś pojechać na rowerze. A może posiedzieć na podwórku i wyczyścić sprzęt? Ewentualnie brałem do ręki bikeBoard i czytałem go po raz setny od deski do deski zachwycając się tym, co tam widziałem. Doskonale pamiętam Treka 9.9, rower marzeń czytelników bB. Mogłem godzinami wpatrywać się w zdjęcie GT Avalanche z nr 1/2000, bo taki sam jeździł u mnie w Starachowicach. Miałem tego farta, że w lato facet często jeździł koło mojego domu w drodze nad zalew i razem z sąsiadem, który również wpadł w sidła cyklotycznej choroby opracowaliśmy system wczesnego ostrzegania. Kiedy któryś z nas zauważył ów rower, z daleka wydawał z siebie wrzask: GT JEDZIE!!! Biegliśmy wtedy co sił w nogach, by choć przez chwilę nacieszyć nim oczy.

Całymi dniami siedziałem wtedy z katalogiem i wybierałem dla siebie amortyzator. Niestety patrząc na ówczesne ceny choćby Rock Shox'a (2700 zł. za SID'a Race) wiedziałem, że nigdy nie kupię takiego widelca co strasznie mnie demotywowało. Aby uzbierać 400 zł. na RST 381 musiałbym ciułać kasę chyba przez rok, więc wesoło nie było. Zresztą w tamtych czasach RST był dla mnie jedną z najlepszych firm świata. Pamiętam kolegę ze sklepu rowerowego, który miał rower złożony na ramie Tranz-X, komponentach Deore i amortyzatorze RST Delta TL. Sprzęt ten wydawał mi się być czymś kosmicznym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika.

Wkrótce jednak pojawił się zastrzyk gotówki i składając swój pierwszy prawdziwy rower MTB mogłem wybrać coś całkiem dobrego. Najpierw chciałem RST XMO O2 (nie wyobrażałem sobie kupowania ciężkich części), ale okazał się za drogi. W końcu stanęło na najwyższym ówczesnym modelu Suntour'a - MG ULR 2 w kolorze czerwonym. Tytanowa sprężyna, masa 1500g. i tłumienie olejowe. Skok: 80 mm. Muszę kiedyś jeszcze wrócić do tej historii, bo przywołuje nostalgiczne wspomnienia.

Następnym moim widelcem był już Rock Shox - model Duke Race o skoku 100 mm. z blokadą. Niestety klocek niemiłosierny, ale wówczas masa miała dla mnie odrobinę mniejsze znaczenie niż kiedyś. Kolejnym zakupem stał się SID Race 2005 i powrót do skoku 80 mm. Z ulgą kupowałem go na przekór tym wszystkim, którzy twierdzili, że jak raz przejadę się na "setce", to nigdy nie wrócę do "osiemdziesiątki". To był prawdziwy przełom. System Pure deLite pozwalał ustawić amortyzator wprost idealnie, a  płynność działania była powalająca. Niestety po pewnym czasie okazało się, że górne golenie są wadliwe i trzeba je wymienić. Skorzystałem w okazji i w Harfie kupiłem golenie od SID-a World Cup, który od momentu jego pojawienia się w katalogu chodził mi po głowie. Przełożyłem więc bebechy z modelu Race i dzięki carbonowi zszedłem z masy o ok. 50g.

Wkrótce jednak historia zatoczyła koło, bo postanowiłem sprawdzić co czuli zawodnicy z najlepszych lat XC. Chyba każdy pamięta takie nazwiska, jak Pezzo, Frishknecht, Furtado czy Herbold. Pewnego dnia trafiła mi się niewiarygodna okazja kupienia pierwszego SID-a z roku 1998. Od dłuższego czasu chodził mi on po głowie ze względu na powalająco niską masę. Przeszedłem więc na skok 63 mm.

TEST

Pierwsze co zrobiłem po wyjęciu sztućca z pudełka, to położenie go na wagę: 1140g. Jesteśmy w domu :-) Jeszcze tylko rzut oka na przepiękną polerowaną i pustą w środku koronę wykonaną z kultowych niegdyś rur Easton, oraz nawiercane i drążone tytanowe śruby mocujące szafty. Czy wspominałem o tytanowych piwotach?

Amortyzatora używam już na tyle długo, aby napisać jego porządny test. Zacznijmy więc od początku.

Rut oka

Widelec na pierwszy rzut oka ujmuje jakością wykonania i użytych materiałów. Magnez, tytan, aluminium. Stali tu nie znajdziesz. Nawet dwie ultra-małe śrubki na śrubokręt krzyżakowy przykrywające górne kołpaki wykonane są z metalu lekkiego. A pod nimi dwa, równie małe gumowe o-ringi. W dzisiejszych czasach taka "rozrzutność" byłaby nie do pomyślenia. Dla niektórych szata graficzna może być archaiczna, ale dla mnie jest to akurat zaleta. Nie lubię wodotrysków.

Po rozebraniu amortyzatora okazuje się, że w środku jest on bardzo prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. W prawej goleni mamy zamknięty, nieregulowany cartridge tłumiący C3 (jest to lżejszy odpowiednik tego z serii Judy), oraz stalową (niestety) sprężynę negatywną, którą możemy regulować. Całość przykrywa korek. Wnętrzności goleni lewej uproszczono do granic możliwości. Znajdziemy w niej jedynie aluminiowy tłok, elastomerowy odbojnik i identyczny jak w drugiej goleni korek wieńczący całość. I to wszystko. Warto wspomnieć, że w goleniach dolnych znajdują się stalowe ślizgi, które w odróżnieniu od dzisiejszych aluminiowych zapewniają dużo dłuższą bezawaryjną pracę.

Na koniec dodam, że golenie dolne występowały w dwóch wersjach: z mocowaniem pod tarczę jak i bez niego. Ja mam lżejsze golenie dla rowerowych ortodoksów.

Regulacje

Patrząc na amortyzator z zewnątrz wydaje się, że jedyną regulacją jest możliwość zmiany ciśnienia. I jest to prawda, bo innych ustawień można dokonać dopiero po rozebraniu widelca.

Na początek tłumik. Jak wspomniałem jest to zamknięta i nieregulowana całość. Rock Shox zapewniał jednak cartridge jako części zamienne. Oryginalnie mamy w środku wersję "medium" w kolorze czarnym. Oprócz niej dokupić można było niebieską wersję "soft" o niewielkim tłumieniu dla najlżejszych bikerów, a także "firm" (kolor czerwony) tłumiącą najmocniej dla osób, które jeździły na najwyższych zalecanych ciśnieniach. Ja dokupiłem nowy tłumik soft z zapasów kolegi serwisanta, ale pomimo długich poszukiwań nie mogę znaleźć już dwóch pozostałych. Jedyną więc możliwością regulacji umienia była wymiana całego tłumika.

Kolejna jest sprężyna negatywna umieszczona nad cartdrigem. Odpowiada ona za ugięcie amortyzatora na małych nierównościach. Im twardsza sprężyna tym amortyzator płynniej filtruje niewielkie "drgania" i vice versa. Sprężynę można regulować poprzez jej kompresję lub rozprężanie dzięki małemu klipsowi mocującemu. Możliwe jest też jej całkowite usunięcie, jak wspomina instrukcja, w celu maksymalnego usztywnienia sztućca. Tak właśnie robili zawodowcy w końca lat 90-tych. W sprzedaży była jeszcze sprężyna w wersji "firm" czyli sztywna, która umożliwiała płynne działanie SID-a dla najlżejszych bikerów.

Te dwie operacje można wykonać po całkowitym rozebraniu amortyzatora i wysunięciu tłumika. Mamy jednak jeszcze dwie regulacje, które są dostępne po odkręceniu górnych kołpaków kluczem nasadowym 24 mm.

Pierwsza z nich, to zmiana objętości komór powietrznych (dla obu lag). Górny korek zarówno w jednej jak i drugiej golenie wygląda identycznie. Kluczem imbusowym 8 mm. możemy go wkręcić zwiększając objętość komory, lub wykręcić (jest na to 5 obrotów klucza) przez co komora się zmniejsza, a charakterystyka ugięcia staje się progresywna. Jednym słowem mówiąc widelec utwardza się pod koniec skoku. Gdy korek jest wkręcony a komora ma większą objętość, praca SID-a jest liniowa.

Do drugiej regulacji potrzebujemy klucza imbusowego 2 mm. Po środku obu korków znajdują się dwa malutkie stalowe wkręty (kombinuję już tytanowe). Gdy są one wkręcone, blokują przepływ powietrza między komorami. Widelec jest wówczas sztywniejszy w swojej pracy. Kiedy je jednak wykręcimy, powietrze zacznie przepływać, przez co praca amortyzatora będzie płynniejsza podczas wybierania małych nierówności.

Ostatnią możliwą regulacją jest oczywiście zmiana ciśnienia. Dokonujemy jej pompką z igłą (taką, jak do pompowania piłki). Widelec jest niskociśnieniowy i każdą z lag możemy maksymalnie napompować na 80 PSI.

Test wstępny i jazda

Na początku wspomnę, że jedyną modyfikacją jaką zastosowałem w moim SID-zie była wymiana oryginalnych uszczelek na nowszy model. Reszta części jest w 100% oryginalna. Oczywiście pierwsze co robimy po zamontowaniu sztućca do roweru, to jego ugięcie. I milion wątpliwości-jak działa nieregulowany kartusz, czy amortyzator w ogóle się ugnie i co da te 63 mm skoku? Ugięcie sygnalizowane jest przyjemnym dla ucha mlaśnięciem cartridge'a. Daje się jednak zauważyć, że nowe SID-y działają nieco płynniej (a przynajmniej model Race z roku 2005 z systemem Pure deLite). Jak dla moich 65-70 kg. tłumienie czarnego kartusza jest wystarczające. Czy widelec się ugina?

Oczywiście! Co więcej można go wyregulować tak, że jest niewiarygodnie wręcz płynny. Jedynym ograniczeniem jest niewielki skok i obawa przed dobiciem. Jednak pierwszy mit zero-jedynkowego widelca został obalony. Oczywiście pomijam kwestię dostępności do regulatorów; w nowszych modelach są one na wyciągnięcie ręki. W roku 1998 najlepsi zawodnicy mieli swojego mechanika, który wprowadzał ustawienia pod każdą z tras.

Pompuję swój amortyzator tak, aby nie bujał i ruszam na pierwszą przejażdżkę. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to korona widziana z góry. Jest nieprawdopodobnie minimalistyczna i wygląda, jakby była za mała. Doskonale pamiętam swoje pierwsze słowa, gdy śmigałem z SID-em na krętych, ubitych single-trackach: "ależ on zapierdala!".

Amortyzator jest bardzo sztywny (ale nie zapominajmy, że to wciąż ultralekki sztuciec o goleniach 28 mm.), sztywniejszy od swoich następców. Jest to zasługa goleni górnych i korony, która na nie zachodzi. Zauważcie, że w nowych widelcach golenie są robione tak, aby zapas skoku był i na 100 mm. (zapewne oszczędności finansowe i czasowe w ustawieniach maszyn w fabryce). Golenie przez to są zbyt długie i mało sztywne. Nie bez znaczenia jest też fakt, że po prostu wozimy ze sobą zbędny balast. W SID-zie A.D. 1998, długość goleni wewnętrznych jest idealnie spasowana pod skok 63 mm. Sztuciec jest bardziej zwarty i przez to sztywniejszy.

Pierwszym sensownym testem dla amortyzatora był maraton w Szydłowcu, czyli przedsionek Gór Świętokrzyskich. Chcąc poczuć się jak gwiazda późnych lat 90-tych, wpompowałem po 80 PSI do komór, a sprężynę negatywną ustawiłem na najbardziej miękkim położeniu (pamiętajmy, że zawodowcy często usuwali sprężynę). Na asfalcie i szutrze-poezja. Czułem się jak na sztywnym widelcu, który nie kradnie energii. Świetne były momenty, gdy zjeżdżałem po krętych i najeżonych ostrymi kamieniami single trackach. Czyli coś, na czym wychowałem się w Górach Świętokrzyskich. W takich miejscach często nie ma co bawić się w finezję i pokazy techniki jazdy. Wzorem mistrzów przełomu wieków kamienie należy przejechać na prawie pełnej prędkości wychylając nieco tyłek za siodło i trzymając palce na klamkach. A co wtedy robi SID? Otóż wydawać by się mogło, że jest uśpiony ale on pozostaje w gotowości bojowej. Gdy przy blisko 38 km/h wpadam w poprzeczny rów, którego nie udało mi się zauważyć, widelec na sekundy budzi się do życia. Przelatuję przez rów o czym sygnalizuje niby od niechcenia mlaśnięcie amortyzatora i tępe uderzenie w dłonie. Przy takim ustawieniu jakie zastosowałem, sztuciec jest ostateczną fazą obrony gdy zawiedzie naturalna amortyzacja dłońmi i nogami. Obawiam się, że przy ustawieniach, na jakich jeżdżą dzisiejsze francuskie pieski zostałbym katapultowany i rozjechany przez osoby pędzące za mną.

Zdecydowanie gorzej jest, gdy wjeżdżamy na łąkę z kretowiskami, gdzie co chwila podbija mi przednie koło. Po wyjechaniu na asfalt nie czuję rąk. Co ciekawe nie mam siły kciukiem lewej ręki zmienić biegu. Przypominają mi się czasy, gdy na Suntourze MG ULR-2 zjeżdżałem z Łysicy. Na dole po zdjęciu rąk z kierownicy musiałem odginać palce drugą ręką, bo inaczej nie mogłem ich wyprostować. Cóż, takie były początki.

Podobnie wyregulowany amortyzator niewiele później testuję w Górach Świętokrzyskich. Zjeżdżam z Łysicy, góry najeżonej głazami wielkości telewizorów. Obok mnie jedzie kolega na starszym bracie mojego widelca: SID-zie World Cup 2009 wyglądającym jak Reba i ustawionym na "masełko". Na dole gość nie czuje rąk. Ja zjeżdżając na ultrasztywnym sztućcu nie mam powodów do narzekań. Sądzę, że jazda na takim sprzęcie wyrabia większą tolerancję na głupoty typu wstrząsy. Czy wspomniałem, że na podjazdach jest bajecznie i niepowodzenie ucieczki w takim momencie możesz zrzucić tylko na karb swojej niedyspozycji a nie sprzętu?

Gdy zmienimy ustawienia z ukierunkowaniem na komfort, amortyzator o 180 stopni zmienia swe oblicze. Wybiera najmniejsze nierówności a wspomniany komfort jest niesamowity. Ciężko uwierzyć w to, że ta konstrukcja ma 12 lat! Niestety tak wyregulowany SID buja, przy czym zmniejsza się efektywny skok i tak niewielkiego zapasu 63 mm. Blokady skoku wtedy nie było, a nie jest to przecież jednak sprzęt dla turystów.

PODSUMOWANIE

Dla kogo jest SID 1998? Zdecydowanie dla zawodnika bądź ambitnego maratończyka, względnie turysty. Amortyzator zapewnia szerokie spektrum regulacji ale wymaga przy tym wiedzy, odpowiednich kluczy i chęci. Ze względu na prostotę konstrukcji serwis można przeprowadzić samemu, ale dobrze jest przeczytać oryginalną instrukcję aby w przypływie adrenaliny czegoś nie zepsuć.

Skok 63 mm. uważam za absolutnie wystarczający do przejechania wszystkiego, na co można porwać się mając rower do XC. Toporna praca i konieczność serwisu "co wyścig" to mity, które powtarzają osoby najczęściej widzące SID-a jedynie w katalogu. Jakość wykonania i zastosowane materiały pokazują, co tak naprawdę powinien posiadać działający widelec Cross Country.

Dziś aby ustawić widelec wystarczy pompka, którą napompujemy zarówno komorę pozytywną, jak i negatywną. Jeśli ktoś chce, może pokręcić pokrętłem od regulacji tłumienia, a na trasie zablokować skok manetką. To takie proste. Żeby ustawić SID-a 1998, musisz się trochę namęczyć. W dzisiejszych czasach ludzie nie są przyzwyczajeni ani do myślenia, ani do męczenia się. Wszystko jest podane na tacy, ma być bezobsługowe bo i po co się brudzić. Zalety starych, mistrzowskich widelców zostały stłumione przez konformistyczne spojrzenie na świat. Inni mają lekko więc dlaczego ja mam nie mieć?

Czy miejsce pierwszego SID-a jest w gablocie po to, aby dzisiejsi maratończycy spoglądając na niego uśmiechnęli się z politowaniem patrząc na brak mocowania do tarcz i skok 63 mm.?

Czy teraz wszyscy muszą być na siłę uszczęśliwieni masą 1500 g., goleniami 32 mm. i zbędnymi regulacjami o których odpowiednim wykorzystaniu i tak najczęściej nie mają pojęcia?

Na to pytanie najlepiej odpowiedzieć sobie samemu.

sobota, 04 grudnia 2010
Tram tatatam tatatatatataaaaaaam!!!

Oto zabrzmiały famfary, bo prawie po roku zawieszenia bloga w odchłani Internetu postanowiłem wrócić do pisania. Pozwólcie, że zacznę zdjęciem:

Pomyślicie sobie "Ale dlaczego już na starcie mamy być uraczeni jego krzywą mordą?"

Odpowiedź jest prosta: bo jak widać urodziłem się z takim durnym wyrazem twarzy, a po drugie wyglądam jeszcze gorzej, kiedy idę rano pobiegać. I tu właśnie zastaliście mnie w takiej sytuacji. Krzywizna mej twarzy i głupkowata "podkówka" wyraźnie sygnalizują problem. Na dworze zimno a ja właśnie wytoczyłem się z domu na 1,5h przebieżkę.

Oczywiście nie jest tak, że wkładam żółtą kurtałkę, obcisłe gacie i z torbą krówek biegam po okolicy. Nie jest też tak, że pomykam sobie po lesie i cykam słitaśne fotki w przerwie między pisaniem esemesów. To zdjęcie powstało zupełnie przypadkiem, kiedy szedłem na moją "pętelkę", na której od pewnego czasu biegam. Ale pozwólcie, że zacznę od początku.

W zeszłym roku przyszedł kryzys. Po raz pierwszy w mojej rowerowej karierze odechciało mi się jeździć. Po części dlatego, że zima była sroga i wolałem wpieprzać ciastka w zaciszu domowego ogniska. A im więcej tego lenistwa było, tym mniej chciało mi się wyjść na rower. Bo brzuch rośnie i przecież będzie jeździło mi się gorzej. Masakra, człowiek boi się sam siebie. Na szczęście na załagodzenie stresu miałem ciastka i strzelenie do Niemców w Call of Duty. Powoli i majestatycznie dochodziłem do momentu, w którym niechybnie zacząłbym zakładać pasek do spodni bumerangiem.

A potem przyszła wiosna. I pierwszy maraton. Już przed startem wiedziałem, że będzie tragedia. Mam nawet taką fotkę z sektora, gdzie stoję razem z kumplem, który miał podobne obawy co ja. Cały czas narzekaliśmy absolutnie na wszystko. Spójrzcie tylko na te twarze dookoła. Wszyscy są spragnieni rywalizacji; adrenalina buzuje w powietrzu. Ludzie śmieją się i dowcipkują. A teraz popatrzcie na dwie zakreślone twarze. Nasze miny nie wymagają chyba komentarza. Hahaha, do dzisiaj ja to widzę, to zanoszę się od kwiku:

O Jezu Świebodziński wybaczcie, muszę otrzeć łzy ze śmiechu.

Jednak zupełnie nie było mi do śmiechu, gdy zobaczyłem swój wynik. Miejsce 61 na 802 startujących na dystansie Mega. I to na Mazovii. I to w Zgierzu. Wtedy właśnie postanowiłem, że wrócę do formy. Wiedziałem, że nie pozwolę więcej na to, aby na pierwszej prostej po starcie czuć palący ból w płucach, gdy nieporadnie próbowałem złapać jak najwięcej tlenu. Że nie dopuszczę do tego, aby wstydzić się przed samym sobą. Wiedziałem jednak, że w tym sezonie już nie powalczę. I faktycznie tak było, bo najlepsze miejsce (27 w Open) udało mi się wykręcić w prawie rodzinnym Skarżysku. Przez cały okres startowy walczyłem z przeróżnymi ludźmi. Pamiętam, jak na Gwieździe Mazurskiej 6 km. do mety a ja postanowiłem zrobić szaleńczą ucieczkę. Przed (na oko) pięćdziesięciolatkiem :-/ Innym razem tuż po starcie minął mnie jakiś facet i, uwaga, zadzwonił dzwonkiem, żebym zjechał mu na prawą stronę. Nie kłamię, tak właśnie było. Pamiętając, jak rok wcześniej przyjeżdżałem w pierwszej 10-tce rosła we mnie co raz większa wściekłość.

Resztę sezonu przejeździłem w coraz lepszej dyspozycji myśląc o tym, jak przygotować się do startów w przyszłym roku. Przez własne zimowe lenistwo zawaliłem też starty w Świętokrzyskiej Lidze Rowerowej, którą bardzo chciałem przejechać. Jak to mówią Francuzi, c'est la vie.

Pod koniec sezonu nawiązałem współpracę z profesjonalnym trenerem kolarstwa górskiego. Mając jednak na uwadze to, że mój najdłuższy w życiu trening wg ścisłego planu trwał 3 dni, byłem pełen obaw. Jednak cały czas miałem w pamięci tegoroczne porażki. Kupiłem więc trenażer, Polara i postanowiłem zaryzykować. Na początku było kiepsko, bo właściwie wszystko robiłem źle. Nie biegałem, jeździłem z bardzo niską kadencją. Ale po 7 tygodniach prawdziwych treningów wiem, że jest coraz lepiej. Wszystkie te czynności, które kiedyś były dla mnie idiotyzmem, teraz stały się częścią codziennego życia. I wiem coś jeszcze. To była najlepsza decyzja z moim krótkim życiu.

P.S. Zapomniałbym, następnym wpisem będzie gruntowny test SID'a A.D. 1998. Ultralekki widelec do XC z czasów, gdy na trasach zawodów królował szary XTR, bikeBoardowcy robili magazyn, który czytało się od deski do deski, kobiety były gorące a życie bez zmartwień.