Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Test tytanowej kasety Recon. 13 000 km. w polskim błocie.

Szanowni, podjąłem współpracę w nowo powstającym portalem: MTB.pl, który niedługo zostanie uruchomiony. Na razie istnieje na facebook-u. Jeśli ktoś używa, to zapraszam: https://www.facebook.com/MTBpl Moją rolą jest tam pisanie tekstów, jakże by inaczej, związanych z MTB. Także jeśli ktoś ma ochotę, zachęcam do zaglądania. Oczywiście blog dalej będzie żył swoim powolnym, ale wyważonym życiem. Jako, że dawno nie było o sprzęcie, wrzucam jeden z moich tekstów napisanych na w/w portal. Zapraszam do lektury i wyciągania wniosków :-)

(...)

     Tytanowe kasety były niegdyś domeną niewielkich, kilkanaście lat temu garażowych wręcz, manufaktur. IBS, Tune, Cycle King, Action Tec i wiele innych miały w swojej ofercie zębatki z mile łechczącego próżność rowerzystów szarego materiału. Japoński gigant wprowadzając po raz pierwszy w 1996 roku szarą kasetę CS-M950, zapobiegawczo wykonał jedynie trzy największe zębatki z tego pierwiastka. Krok ów tłumaczono szybszą od stali ścieralnością (pominąwszy zużycie, patrząc na ceny XTR-a w pełni tytanowa kaseta Shimano musiałaby kosztować krocie), a kontakt łańcucha z tytanowymi, o największej ilości zębów koronkami 24-28-32, lub 23-26-30 (w zależności od wersji) pozwalał spowolnić ten proces względem mniejszych, stalowych trybów. Do dziś najwięksi gracze liczący się na rowerowym rynku konsekwentnie unikają drogiego materiału stawiając na perfekcyjną obróbkę stali, vide SRAM XX bądź też jak Shimano, nieśmiało w kolejnych odsłonach topowej górskiej grupy dodają po jednej koronce z tytanu, dzięki czemu w najnowszej CS-M980 mamy ich już pięć. W poprzedniej serii 970 przy wykorzystaniu tuningowego pająka Yumeya, można było uzyskać kasetę z 6-cioma zębatkami wykonanymi z lekkiego metalu. Ostatnio jednak tytan przeżywa swój renesans, co zaowocowało choćby pojawieniem się kaset KCNC, czyli produktów dla, bądź co bądź, szerszego odbiorcy. I choć cena wciąż dla wielu może być barierą nie do przekroczenia, chciałbym bliżej przyjrzeć się tytanowym elementom napędu i odpowiedzieć na trywialne nieco pytanie: czy warto?

      Swego czasu postanowiłem skonfrontować wytrzymałość w pełni tytanowej kasety z naszym specyficznym, polskim podwórkiem. Przepis był prosty, a doskonale wypieczone ciasto składało się z maratonów, błotnistych wypraw, szczypty XC oraz trenażera do smaku. Dla uzyskania jednolitej konsystencji, napędowi w ramach testu nieobce były także warunki zimowe.

      Doświadczenie podpowiadało mi, że nie skorzystam ze gotowego produktu, a zbuduję go sam. Potrzebowałem relatywnie ciasno zestopniowanych biegów bez modnych ostatnio największych trybów, średnicą przypominających popularne hula-hop. Z tych powodów 3 największe koronki umiejscowione na pięcioramiennym aluminiowym pająku pochodziły z ostatniej, 9-cio biegowej serii Dura Ace. Z racji posiadania tytanowego bębenka nie musiałem się martwić o jego nacięcia podczas eksploatacji i z czystym sumieniem kupiłem pojedyncze zębatki. Mój wybór padł na tytanowego Recon-a. Piękna wycinanka CNC godna naszych rodzimych, XIX-wiecznych wyrobów z papieru + jedyny słuszny do takich rzeczy stop 6Al-4V pozwalały z ufnością patrzeć w przyszłość. Do kompletu plastikowe, tuningowe podkładki „SL”. Całość skręciłem nakrętką od rodzimego producenta, czyli Soul-Kozak w kruczoczarnym, matowym kolorze.

      Koronki wymagały delikatnej ingerencji drobnoziarnistego pilnika, tj. zeszlifowane zostały najgrubsze wypusty umożliwiając mi dowolne obracanie ich na bębenku względem szosowego Dura Ace. Operacja ta była niezbędna aby zachować liniową płynność wycięć dających nienaganną zmianę biegów. Rzut oka na wagę i już wiem, że powstał wyzuty z ostatnich gramów tłuszczu potwór: 126 g. wraz z nakrętką to wyśmienity wynik. To, wespół z uzyskanym przeze mnie zestopniowaniem: 11-12-13-14-16-18-21-24-27 powoduje szybsze bicie serca.

      Kaseta sparowana została z łańcuchem Yumeya CN-YM81, a za bezpośrednią zmianę biegów odpowiadają cynglowe manetki XTR serii 970, mocno tuningowana przerzutka tylna XTR RD-M951 (czyli Rapid Rise o odwrotnym działaniu sprężyny), oraz linki i pancerze Nokon. Przerzutka oprócz odchudzenia jej tytanowymi śrubami otrzymała tuningową sprężynę brytyjskiej, nieistniejącej już mikromanufaktury Crumpet o mniejszej ilości zwojów niż oryginalna, dającą twardszą i nieco progresywną charakterystykę zmiany biegów. Górne kółko z fabrycznym luzem zostało wymienione na napinające pochodzące z szarej grupy XTR aby wyeliminować wszelkie możliwe opóźnienia zmiany biegów. Każda z zastosowanych części była fabrycznie nowa; bowiem jedynie w ten sposób można mówić o prawidłowości testu. Na koniec tylko dokładna regulacja i uwydatniająca się szerokim uśmiechem radość wynikająca z nowych części w rowerze. Zaczynamy.

0 km –  pierwszy wypad na szosę. Całość działa poprawnie i niestety tylko poprawnie, mieszcząc się w dolnej granicy   mych oczekiwań. Zauważalne są opóźnienia zmiany biegów względem kasety XTR. Łańcuch pracuje minimalnie głośniej niż z komponentami Shimano.

100 km - napęd wreszcie się dotarł. Biegi wchodzą płynniej, ale do perfekcji wciąż sporo brakuje. Łańcuch jest w końcu cichy.

500 km - regularnie czyszcząc napęd przyglądam się tytanowym zębatkom szukając oznak zużycia, które na chwilę obecną na szczęście nie występują. Zdecydowanie dobry prognostyk na przyszłość.

1000 km - łańcuch Yumeya zgodnie ze wskazaniami miernika Shimano dokonał swego żywota. Postanawiam wypróbować znacznie lżejszy, 10-tkowy model CN-7901 czyli kierunkowy Dura Ace.

1500 km - wybór łańcucha okazał się strzałem w, nomen omen, 10-tkę. Biegi wskakują tak, jakbym sobie tego życzył.

5000 km - 14, 16 i 18T jako najczęściej przeze mnie użytkowane wykazują największe zużycie względem pozostałych koronek. Oprócz zadziorów zęby zaczynają być coraz mocniej nagniatane przez łańcuch. W międzyczasie kaseta przeżyła kilka ciężkich maratonów ŚLR i parę łańcuchów. Cały czas użytkuję modeli CN-7901. Gdy zakładam kolejny, a poprzednik ląduje w śmietniku, zauważam przeskakiwanie na dwóch zębatkach: 13 i 14T. Z racji rzadkiego ich użytkowania, postanawiam dać im jeszcze jedną szansę i czekam ok. 200 km na odpowiednie rozciągnięcie się łańcucha.

6000 km - prosto ze Szwajcarii przyjeżdżają do mnie nowe koronki: wspomniana 13 i 14-stka. Niestety 13T to inny sort. Jest błyszcząca zamiast szlachetnego matu, a na jej powierzchni można zauważyć kilka skaz. Co prawda nie wpływających na działanie, ale nie przystających do wysokiej ceny produktu.

7000 km – zauważam opóźnienie działania podczas redukcji biegów. Tym razem winą jest brud, który zebrał się w pancerzu. Wyciągam linkę, a wnętrze linera traktuję specjalnym, silikonowym smarem Shimano: SP41, który fabrycznie można znaleźć w przerzutkowym XTR. Po tej operacji kultura pracy znów wraca na najwyższy poziom.

9000 km – podczas czyszczenia zauważam pęknięcie jednego z zębów 14-stki; tuż przy otworze ulżeniowym.

9100 km – po maratonie w Kielcach wyruszam na trening regeneracyjny. Podczas pracy łańcucha na 14 zębowej koronce, moją uwagę zwraca niepokojące przeskakiwanie i zaciąganie. Po powrocie do domu okazuje się, że wspomniany ząbek został ułamany gdzieś na świętokrzyskich trasach. Zębatka nie nadaje się do dalszego użytku; z racji chwilowego braku oryginalnego zamiennika wstawiam koronkę od 9-cio biegowej kasety Deore XT (CS-M770).

10 000 km – konieczna jest wymiana łańcucha i kolejnych części składowych kasety. Tym razem pora na 16 i 18T. Z racji tego, iż zębatki korby (ceramiczny Stronglight oraz XTR 970) nie przyjmą już nowego łańcucha, postanawiam jeździć do końca na obecnym.

13 000 km – zęby 16 oraz 18-stki coraz bardziej chylą się ku prawej stronie. Biorę się za podpiłowanie koronek. Cierpi na tym kultura zmiany biegów, ale na ostatni maraton Mazovii wystarczy. Niestety, na XC w Champery bym się z tym nie pchał. Również lockring Soul-Kozak daje wyraźne znaki, że jest w stanie przedzawałowym a wszczepienie by pass-ów jest niemożliwe. Pik, pik, pik, piiiiiiiii. Koniec testu.

 

      Kaseta przeżyła 1 sezon naprawdę bezkompromisowej jazdy, w tym kilkanaście maratonów w cięższym i lżejszym terenie. Z racji wrodzonej dbałości o sprzęt, koronki były regularnie czyszczone, a łańcuch gdy tego wymagał, traktowałem odtłuszczaczem Finish Line. Jako wzór precyzji działania oraz trwałości sprzętu do ścigania postawiłem kasetę XTR. Czy król jest nagi?

      Nie, zapewne Japończycy po przeczytaniu mojego testu odetchną z ulgą, a prezes nieskazitelnym, białym mankietem otrze spocone czoło. Wciąż mogą produkować swoje cacka. Komitiatsu aogitanara!

Tytanowy Recon zapewnia działanie na naprawdę niewiele gorszym poziomie niż klasyk wychodzący spod maszyn Shimano. Zmiany biegów są pewne, szybkie i niezawodne. Różnice są, ale przy kompromisowym usposobieniu naprawdę można przymknąć na nie oko. Trwałość jest zaskakująco dobra, aczkolwiek stal wytrzyma więcej. Warto zauważyć, że zadziory powstające w miarę zużycia zębów są mniejsze, niż w cięższych odpowiednikach. Biorę to na karb specyficznych właściwości szarego materiału. Dużym plusem jest możliwość wymiany pojedynczych koronek, z czym u Japończyków różnie się sprawy mają. Produkt wiecznie niedostępny lub w cenie równowartości dwóch nowych kaset. Koszt jednej koronki Recon, to 15 Euro za sprzęt z przedziału 12-20T oraz 20 Euro za przepięknie wycinaną CNC, najmniejszą 11-stkę. Wystarczy kwoty te zestawić choćby z tytanowymi zamiennikami do Tune Rasselbande i wniosek nasunie się sam: to rozsądna cena.

      Zatem Szanowni, jeśli walczycie o każdy gram swojego roweru, tytanowa kaseta może być interesującym zakupem. Warto wówczas wybrać produkt zapewniający łatwo dostępne części zamienne; w końcu mówimy o składowej napędu. Recon spełnia te założenia i przy odpowiedniej eksploatacji oferuje dobry stosunek cena/masa/jakość. Dzięki temu wiem już jaki będzie kolor mojej kolejnej kasety.

środa, 07 grudnia 2011
Gdy się nie chce

Ja pierdolę-te słowa często cisną się na usta, gdy trzeba zabrać się za zaplanowany trening.

Mnie też. Szczególnie w taką pogodę, jaką mamy teraz i która będzie nam towarzyszyła, plus/minus, do końca marca. 5 miesięcy, 122 dni. Siedzę w pracy, a nade mną okno, przez które spoglądam na chmury o barwie brudnego śniegu po zimie w mieście. Co chwilę słyszę krople deszczu bębniące w dach. Ram-pam-bum, łup, łup, pac. A najgorsza z tego wszystkiego jest zgniatająca umysł człowieka niewidzialna pięść; zwiastun czekającego mnie wieczorem treningu. Dziś półtorej godziny biegania, myślę, a dreszcz przebiega mi po plecach. Ja pierdolę. To ciąży nade mną od samego rana. Nie, nie. To zaczyna się wieczorem dzień przed, wwierca w głowę niczym stara wiertarka na korbkę. Powoli i nieubłaganie staje mi przed oczami obraz jutrzejszego treningu. A za oknem hula zimny, przenikliwy wiatr.

Gdy człowiek wraca do domu znajduje tysiąc wymówek, żeby opóźnić moment opuszczenia ciepłego domu. To tak, jak z nauką za licealnych, czy studenckich lat. Czeka na Ciebie kolokwium, jest weekend. W piątek zaklinasz rzeczywistość, że będziesz się uczył całą sobotę i niedzielę. Potem sobota zostaje spożytkowana na odpoczynek przed ciężką nauką, żeby zregenerować i odpowiednio przygotować do niej nasz umysł. W niedzielę za to będziesz uczył się od rana. O 16:00, gdy sprzątnąłeś już cały dom, zasiadasz na chwilę do komputera, żeby odsapnąć. 0 18:00, po obejrzeniu niezłego filmu wiesz, że teraz to już naprawdę trzeba się pouczyć. 2 godziny później, o 20:00 gdy właśnie oczyszczasz pulpit i kursorem rysujesz kwadraty na monitorze wiesz, że to już najwyższy czas na naukę. Zacznę o 21:00, o pełnej godzinie, mówisz do siebie. O 22:00 zrezygnowany wypowiadasz tylko krókie: pierdolę, nic nie umiem, idę spać i znikasz pod kołdrą. 

Z treningiem w dni takie, jak teraz często jest podobnie. W końcu jednak wychodzę z domu i idę do samochodu. Tuż po wyjściu na zewnątrz temperatura i dreszcz na całym ciele pokazują, że to będzie długa noc. Nagle, nie wiadomo skąd, kumuluję w sobie całą energię, zaciskam dłoń na kluczykach i ruszam do samochodu miarowym krokiem. Raz, dwa, raz dwa. Tak, jest dobrze, byle tylko dostać się do środka i ustawić klimę na 28 stopni oraz prawie maksymalny nawiew na wszystkie części ciała. Włączam nawet podgrzewanie lusterek bo wtedy wydaje mi się, że jest cieplej. Odpalam dobrą, punkową płytę i jadę do lasu. Gdy jestem w połowie drogi, zaczyna padać śnieg z deszczem. W gruncie rzeczy często jest tak, że cały dzien nie pada, ale gdy wychodzę na trening, zaczyna się orkan. Kiedyś się denerwowałem; teraz traktuję to jak coś normalnego. Dojazd do lasu zajmuje mi jakieś pół godziny. Gdybym mógł, to jeździłbym tam okrężnymi drogami byle tylko opóźnić moment wyjścia z samochodu. Aż wreszcie dojeżdżam. Stoję na parkingu i czekam na coś, co pozwoli mi nie robić dziś treningu. Nie wiem, kometa, lądujący kosmici, biegnący w świetle reflektorów przed maską mamut. Cokolwiek! Ja pierdolę.

W końcu zdaję sobie sprawę z tego, że nie mogę siedzieć tak w nieskończoność. Tłumaczę sobie spokojnie, że muszę wyjść; już pora. Zakładam na głowę czapkę, naciągam czołówkę i podpinam ją do akumulatorka schowanego w kieszeni koszulki. Bidon z moim ulubionym, jabłkowym carbo chowam do drugiej i włączam sensor biegowy Polar-a. O Boże, o mój Boże, muszę wyjść. W końcu wychodzę. Śnieg z deszczem chłoszczą mnie po twarzy, a wiatr wnika pod szczelnie zasuniętą kurtkę. Zapalam Sigmę i wbiegam w ciemną czeluść lasu. Podobno do zimna można się przyzwyczaić; tak mówią ludzie zamieszkujący Syberię. Jak pisał Jacek Hugo Bader, u nas zamykają szkoły przy -20, w Rosji przy minus 50. Gdy temperatura na Syberii rośnie do minus kilkunastu stopni, w domach przestaje się palić w piecach a matki wystawiają dzieci w wózkach na dwór, żeby się przewietrzyły. Podobno życie zamiera tam przy -40, gdy rzęsy przyklejają się do skóry, a wąsy do brody. Włosy stają się twarde, a nieosłonięta skóra momentalnie przymarza do metalowych rzeczy. Więc chyba rzeczywiście można się przyzwyczaić. Najgorsze są pierwsze minuty; czasem pół godziny a niekiedy rozkręcam się dopiero po godzinie. Na początku jest za ciepło, gdy stanę momentalnie robi się zimno i niepotrzebnie powoduje rozdrażnienie. Biegnę w świetle czołówki i co chwila wpadam w miękkie błoto, a woda z kałuż wlewa mi się do butów. Ja pierdolę. Patrzę na płatki śniegu i krople deszczu błyszczące w świetle diody i z nudów chucham w promień światła, co daje bardzo fajny efekt. Wreszcie wchodzę na swoje obroty. Nudzić nie dają się zwierzęta. Swego czasu biegłem nocą, bez Sigmy gdy z prawej strony szturm przypuścił na mnie dzik. Słyszę tylko jak coś biegnie na mnie przez krzaki i zaraz przetnie moją ścieżkę. A ten tylko wypadł z lasu, coś tam chrząknął i znikł w gęstwinie po lewej stronie. Co chwila biegają także sarny błyskając oczami i tyle je widać. Czasem pojawiają się także ludzie. Oczywiście bardzo mocno dbam o to, bym żadnego nie spotkał i biegam po takich lasach, gdzie nikt normalny nocą nie chodzi. Najgorzej jest za dnia, gdy zdarzy mi się trening w Kabatach. Biegaczy jest tam od groma i każdy chce machać na powitanie. Oczywiście nie ma w tym nic złego, ale koniec końców trzeba cały czas biec z łapą uniesioną w górę. Tam machają nawet ludzie, którzy przychodzą tylko posiedzieć na ławce.

Niekiedy zdarza mi się biegać w Lesie Kabackim również nocą; wtedy nikogo tam nie ma. Nie dalej jak wczoraj biegnę jakąś ścieżyną i w słabym świetle czołówki widzę ludzki kształt przed sobą. Oczywiście takich kształtów widuje się nocą setki, więc biegnę dalej a tu jak spod ziemi wyrasta mi jakiś nieruszający się dziadek stojący na baczność. Noc, środek lasu. Czyli są dziwniejsi ode mnie. W końcu biegnie mi się dobrze, mam swój rytm i całe ciało staje się maszyną do idealnego prowadzenia wolą umysłu. Każdy mięsień pracuje na zwycięstwo. Gdy dobiegam do samochodu, szczęściu nie ma końca. Znów mogę rozkręcić klimę na maksa i przez długą chwilę śmieję się sam do siebie nie mogąc uwierzyć, że to już koniec. Chciałoby się krzyczeć, śpiewać, tańczyć. Ja pierdolę, przed nami 122 dni drogi przez mękę. Zobaczymy kto wytrwa, a kto się podda. Podnoszę głowę i patrzę na chmury w kolorze brudnego śniegu, a w dach bębnią złowrogo ciężkie krople deszczu.