Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
niedziela, 16 grudnia 2012
Jesień na szlaku

Po wielu trudach, udało mi się wreszcie zmontować filmik z ostatniego wypadu w słoneczne i jesienne Góry Świętokrzyskie. Razem z Danielem i Przemkiem objechaliśmy m.in. najpiękniejsze na taki dzień Pasmo Klonowskie, w którym przeważają drzewa liściaste. 

Nie wiem jak Wy, ale ja zimą zawsze lubię usiąść sobie przed monitorem i z kubkiem gorącej, zielonej herbaty popatrzeć sobie na zdjęcia, czy filmy z sezonu. Migawki z zaśnieżonych pól i lasów lubię jeszcze bardziej, ale o takie jest niestety ciężej. Bo nie wiem czy macie podobnie, ale ja uwielbiam, jak w domu mam ciepło i oglądam, jak ktoś przecierał szlak w zaspach przy -10 stopniach.

Musicie mi wybaczyć trzęsący się obraz; filmowanie starym aparatem z ręki w terenie nie jest najlepszym pomysłem. Następnym razem zainwestuję w coś pokroju GoPro. Ale my tu gadu-gadu, a zaraz trzeba zabrać się za trening. Dziś 2 godziny marszobiegu. Jeśli leży u Was śnieg, warto z niego skorzystać, bo pogoda niedługo może nie być taka łaskawa. Podobno w Święta ma być deszcz. A więc na twarz tłuste kremy, na głowę czapka i biegiem do lasu marsz ;-) Najgorzej jest siedzieć przed oknem i czekać. Że mgła opadnie, że się podniesie, że za godzinę, a może będzie padać, trzeba odkurzyć, zrobię sobie jeszcze kanapkę. Ile czasu tracimy na takie pierdoły? Nie jesteśmy piłkarzami, tylko kolarzami, więc weźmy się wreszcie w garść i idźmy na dwór :-)



piątek, 14 grudnia 2012
Umrzyj dziś, żyj jutro

Będąc poza granicami kraju, wykonując pracę, którą otrzymałem, miałem wiele czasu na zajrzenie w głąb mej głowy. Wielokrotnie byłem w najróżniejszych miejscach, wygrywałem maratony. Początek tego wpisu układałem sobie w myślach niezliczoną ilość razy. Na sam koniec mej bytności w Niemczech postanowiłem go zmienić. Wydał mi się wtedy nieco zbyt pretensjonalny, być może nie taki, jak powinien być. Jednak finalnie stwierdziłem, że pozostawię wszystko tak, jak miało wyglądać najpierw. Dlaczego? Bo początków nie można już zmienić. Wpływ mamy jedynie na koniec historii... ale czy na pewno?

(...)

Najlepsze lato mojego życia zdarzyło się jakieś 10-12 lat temu. Raczej więcej, jak mniej, ale nie o to tu przecież chodzi. Oprócz zapachu traw i ziół niesionych przez wiatr znad okolicznych łąk, szumu wody i dotyku gorącego piasku, pamiętam jeszcze, albo przede wszystkim Ją. Była opalona, miała długie, pachnące włosy, a jej nieziemska uroda ściągała na siebie samcze spojrzenia. Kobiece zresztą też, co oczywiście nie umknęło mej uwadze. Szczenięcą miłość na ogół się bagatelizuje, traktuje z góry, czasem z niesmakiem, często starając się ją upchnąć na siłę gdzieś pomiędzy pierwszym pocałunkiem w przedszkolu a nieudaną randką z wielkim pryszczem na czole. A to wszystko tylko dlatego, że boimy się prawdy. Czy prawdziwą jest szczenięca miłość, której wystarczy wspólne siedzenie pod drzewem na skraju słonecznego lasu, czy ta dojrzała, skonsumowana trzaskiem drzwi w samochodzie klasy premium, wysokością konta w banku i podpisaniem intercyzy u notariusza? Gdy wyjeżdżała, miałem nieodparte, ściskające za gardło wrażenie, że cały świat płacze. Do dziś mam jej listy, ona trzyma moje. Tak, mimo faktu istnienia Internetu, pielęgnowaliśmy tradycję. Młodszym śpieszę wyjaśnić, że starożytne ludy tak ongiś przekazywały sobie wiadomości bez literki "e" na jej początku. Dziś "e" są nawet papierosy. My też jesteśmy już "e".

Długo zastanawiałem się wówczas, dlaczego dobre momenty tak szybko się kończą. Odpowiedź znalazłem dopiero niedawno. Tam, gdzie nigdy bym jej nie szukał.

 

"Umrzyj dziś, żyj jutro".

Żyj dziś, umrzyj jutro, czy umrzyj dziś, żyj jutro? Co jest Wam bliższe, ile jesteście w stanie poświęcić, co o sobie wiecie?

Od dłuższego czasu należałem do tzw. "białych kołnierzyków". Na szczęście w swej najłagodniejszej odmianie, bez korporacyjnego sznytu, ale i bezpłciowości. Jakiś czas temu otrzymałem możliwość wyjazdu do Niemiec w wiadomym celu. Dlaczego nie? Znajomi już tam byli. Plusy przeważały minusy, tylko jedno nie dawało mi spokoju: "Języka nie musisz znać, a po angielsku nikt tam nie mówi".

Nieistotne jest, gdzie byłem i co robiłem. Dociekliwi i tak sobie poradzą. Spakowałem buty i ciuchy do biegania, rower z bólem serca zostawiłem w domu. Gdy dojeżdżałem na miejsce, zdenerwowanie coraz bardziej dawało o sobie znać. Świat straszliwych roboli znad produkcyjnej taśmy wydawał mi się być bardziej przerażający, niż kiedykolwiek indziej.

Dzień, a raczej środek cholernej nocy, zwiastował dźwięk budzika o nieubłaganej 5:15. Za każdym razem budząc się wcześniej nasłuchiwałem go z niepokojem. Może własnie to tym razem nie zadzwoni? W jakiś magiczny sposób wszystkie zegary świata cofną się choć o godzinę? Później szybki prysznic i o godz. 6:00 startujemy na hali. Idę do Majstra, który jako jedyny mówi w języku Szekspira. Kolega przekazuje, że jestem tu nowy i idzie do swoich obowiązków. Majster, na oko 60-cio letni Niemiec mierzy mnie wzrokiem i każe iść za sobą. Każdy porusza się tu inaczej, niż wszędzie. "Pamiętaj, masz chodzić szybko, z wypiętą piersią, aby widzieli, że idzie Polak".

Anormalny ten nasz świat

Noga lewa, noga prawa

Lewa ręka, ręka prawa

Do góry, w dół i jeszcze raz

Powtórz, powtórz, powtórz ten ruch

Do góry, w dół

Przychodzimy do Rosjan, do których jestem "uprzedzony historycznie". Poza tym to dzikusy, ma się tego Youtube'a w domu. Majster podchodzi do dużego, złego ruskiego i mówi mi "You work with him", po czym zakręca się na pięcie i odchodzi. Zostaję sam, a napięcie sięga zenitu. Jestem pewien, że Rosjanin gdyby tylko chciał, mógłby odgryźć mi głowę wraz z korpusem. "Gawarisz pa ruski?" - pyta groźnie, a ja opowiadam, że nie i czuję, że zaraz zacznie drżeć mi podbródek i będę bliski popłakania się. Zostaję rzucony na cięcie wełny mineralnej, po czym przychodzi ruski i coś do mnie mówi. Po trudach i znoju okazuje się, że mam jechać z tą wełną do malarni. Mój rozmówca znika na horyzoncie a ja odkopuję głęboko schowane zapasy języka niemieckiego. "Ich brauche", ja potrzebuję. Ok., podchodzę do pierwszego Niemca, wypowiadam zaklęcie i pokazuję na wełnę. Gość nic nie rozumie, więc próbuję dalej. Historia powtarza się, ale do 3 razy sztuka. Zrezygnowany klecę coś w dziwnych językach, aż słyszę kwieciste słowa: "No mów kurwa po polsku!". Było to moje pierwsze spotkanie z pomocnym krajanem, dzięki czemu załatwiłem wszystko, co potrzeba i wróciłem na stanowisko pracy. Tym razem otrzymałem skrajnie niebezpieczne przedmioty: paleciaka i karton sznurów, które miałem wyładować na półkę. Podjechałem pod regał, chwyciłem pierwszą belę, po czym schylając się łupnąłem w metalowy kant półki rozcinając łuk brwiowy i zalewając się krwią.

Ruscy załamali ręce, dali apteczkę i wysłali do toalety. Plaster był tak duży, że zakrył mi pół twarzy, przez co wyglądałem na przerysowaną postać z kreskówki. Idąc halą zauważyłem, że każdy, kto na mnie patrzy pęka ze śmiechu, co miało i swoje dobre strony, bo nawiązałem pierwsze znajomości. O godz. 9:00 dosłownie biegliśmy do domu zjeść obiad; była to pierwsza, 30-sto minutowa przerwa. Długo nie mogłem przyzwyczaić się do tego zwierzęcego rytuału i czułem się jak robot. Po tygodniu zapierdalałem szybciej niż wszyscy inni, tracąc wszelkie pierwotne uprzedzenia.

Musisz zapomnieć, że jesteś człowiekiem

Musisz zapomnieć o swoich snach

Musisz zapomnieć o swoich marzeniach

Bo jesteś narzędziem w cudzych rękach

Po powrocie na halę przyszedł do mnie Niemiec, dał paleciaka z towarem i zaczął mówić coś w tym swoim dziwnym języku. "Alles klar?" rzucone na koniec, nie przeszło bez mojej odpowiedzi: Jaaaaaaa...

Co było robić. Doszedłem do słusznego wniosku, że mam z tym gdzieś pojechać. Zdążyłem już zauważyć, że trzeba liczyć tu na swoją inwencję, więc obrałem dogodny dla siebie kierunek i ruszyłem. Za sobą słyszę miękkie, niemieckie "zurück!". Diabli wiedzą, co to znaczy więc odwracam się, uśmiecham do Niemca i zaczynam szybciej przebierać nogami. "Zurück!!!" przechodzi w wycie i gardłowe ryczenie na przemian, więc odwracam się, uśmiecham z zakłopotaniem i mówię dla dodania animuszu: "Ja, ja". "Oh mein Gott", macha ręką czerwony ze złości Niemiec i idzie w swoją stronę. Jadę z paleciakiem, gdzieś, na halę. Zurück znaczy wracaj.

O godz. 12:30 wściekły warkot syreny zwiastował kolejną, pół godzinną przerwę. Następna porcja obiadu i powrót na halę, gdzie czekają już na mnie Rosjanie. Praca z nimi była o tyle ciekawa, że codziennie wystawiali wielkiego boombox'a centralnie przed moją głowę i włączali ruskie przeboje. Głośniki walące po twarzy dawały efekt tornada; coś jak zjazd rowerem przy 80 km/h. Początkowo bacznie się im przyglądałem myśląc, że robią sobie ze mnie jaja. Bowiem ich muzyka była skrzyżowaniem "Lubelskiego full'a" z czymś tak złym, że nie potrafię tego nawet określić. Była to jakaś szalona psychodela, podobająca się chyba tylko pijanemu pasterzowi spod Uralu, który siedząc w mroźną, śnieżną noc w lesie przy ognisku, jest otaczany przez niedźwiedzie i wilki. Co więcej, moje stanowisko pracy mieściło się w dość newralgicznym miejscu, bowiem z tyłu stał Niemiec ze swoim radiem, a z drugiej hali dochodziły głosy nut z Polski. Rosjanie po włączeniu swych melodii robili się bardzo weseli, tańczyli i krzyczeli opa!, opa!. Normalnie jak na filmach. Co ciekawe, raz na moją halę przyszedł do pracy pewien młody Niemiec, który włączył swoją muzykę. Z głośników popłynęły dźwięki spokojnej ballady Metallica "Nothing else matters". Rosjanie zgłupieli, a uśmiechy znikły im z twarzy. Zaczęli krzyczeć gardłowym głosem, parodiując deathmetalowe zespoły, po czym kazali to wyłączyć. Po chwili znów radośnie rozbrzmiewało ruskie disco-polo, a Rosjanie byli uśmiechnięci i krzyczeli "opa!", "opa!" 

O godz. 15:00 pracę kończyli praktycznie wszyscy na hali. Ja ze znajomymi byłem tam do godz. 19:00. Praktycznie codziennie przyjeżdżał do mnie Majster pytając, czy mam wystarczający dużo do zrobienia. Jednym z jego ulubionych żartów (na których wówczas jeszcze się nie poznałem), było wmawianie Ci, że za wolno pracujesz.

-Grzegorz, czy masz wystarczająco pracy na dziś?

-Tak sądzę (do zrobienie tyle, że na oko mógłbym spędzić przy tym 2 dni).

-A może za wolno pracujesz? Wg mnie powinieneś zrobić to wszystko do 17:00.

-(What the fuck???) Dobrze, zrobię co w mojej mocy.

-Mam nadzieję, bo inaczej pojadę do szefa i powiem mu, żeby obciął Ci premię.

Po czym Majster widząc moją minę uśmiechał się od ucha do ucha, mówił, że żartował i jechał rowerem na drugą halę, skąd długo dochodził do mnie jeszcze jego donośny śmiech z tego niesamowitego dowcipu. Dlatego też i my nie pozostawaliśmy mu dłużni. Gdy do Niemiec przyjechał nasz kolega, Timon, powiedzieliśmy mu, że nowi muszą pracować w kasku. Oczywiście nikt nie chodzi tam w kasku ale uzasadniliśmy to tym, że starzy pracownicy mają podpisane szkolenie BHP, a nowi do czasu złożenia sygnatury, muszą posiadać ochronę głowy. Timon założył więc wielki, czerwony kask i przyszedł do pracy. Majster, ten sam żartowniś, na jego widok zapomniał przysłowiowego języka w gębie. Dlaczego? Ano dlatego, że Timon w kasku był mniej więcej tym, czym u nas w Polsce mechanik rowerowy z tym samym nakryciem głowy w serwisie. Majster nie wiedział, co powiedzieć, więc po prostu wrzucił naszego kolegę na halę. Timon skręcał jakieś śruby w kasku do momentu, aż przyszła pewna "szycha" z biura z wymownym pytaniem: "Co za chuj kazał Ci chodzić w kasku?"

Po kilku dniach pracy, człowiek wpadał w rutynę i to, co dziwiło go, lub denerwowało wcześniej, przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Niemniej jednak nie nad wszystkim dało się przejść do porządku dziennego. Dla przykładu robiąc wciąż te same, wręcz bezmyślne czynności, brakowało mi czegoś, co pobudzi do życia moje szare komórki. Zostawiałem wtedy swoje ramki, brałem paleciaka i robiłem nim kurs dookoła hal. Polacy patrzyli na mnie spode łba i pytali: "Co Ty kurwa robisz?" "Nic", odpowiadałem, robiłem kolejny kurs i wracałem do tych samych ruchów, które znałem na pamięć.

Noga lewa, noga prawa

Lewa ręka, ręka prawa

Toczysz swe życie na tokarce,

Obrabiasz je na obrabiarce

Jeszcze tylko parę lat

I! odpoczniesz

Po kilku dniach do mojego pokoju dostałem współlokatora - Wiesława, któremu ciężko było odnaleźć się w tamtej, jakże specyficznej rzeczywistości. Wiesław miał koło 60-tki i do końca pobytu mówiliśmy na niego Czesław, bo wstydził się nam zwrócić uwagę, że przekręcamy jego imię. Najpoważniejszym grzechem owego jegomościa było to, że chrapał, przez co ja nie mogłem zmrużyć oka. Myślałem, że zwariuję, bo budzenie Wiesława pomagało na parę minut. Pod koniec mego pobytu, ze złości budziłem Wiesława nawet wtedy, gdy nie chrapał, co dawało mi niesamowitą satysfakcję.

-Wiesław, chrapiesz!

Wiesław budził się zły, a ja leżałem w mroku z niewidocznym dla ludzkiego oka uśmiechem szatana.

Po pewnym czasie otrzymałem własne, pół-autonomiczne stanowisko tyrki. Praca była przyjemna oprócz tego, co nawet Rosjanie wypowiadali ze strachem w głowie: dichtung! Dichtung ów był sznurem, który pocierając należało wcisnąć w stalową ramę. Pylił przy tym okropnie, na co przez pierwsze kilka dni nie zwracałem w ogóle uwagi. Jednak po tym czasie odkryłem, że wieczorem nie mogę zmyć z siebie tego dziadostwa, które chyba mam pod skórą. Stałem więc pod prysznicem szorując przez 5 min. sam kark. Noc była męką, nieustanne drapanie nie dawało spać. Za dnia to samo. Kiedy człowiek się spocił, od razu można było sobie strzelić w głowę. Dichtung był naprawdę olbrzymią próbą dla siły charakteru. Po pewnym czasie, pozostałości sznura były bowiem na wszystkim: ubraniach, butach, pościeli. Najlepsze było to, że pewnego dnia zobaczyłem dobre kilka metrów zwiniętego dichtungu w szafie mojego pokoju. Jakiś debil, nie wiadomo po co, przytargał to dziadostwo do domu. Do dziś zagadka pozostaje niewyjaśniona.

Najgorsze było to, że po pewnym czasie brakowało kultury. Nie mówię o kinie, teatrze czy operze, ale o zwykłej rozmowie z kimś inteligentnym. Z kimś, dla kogo wyjątkowo nie będzie najważniejsze to, czym się wieczorem najebać. Bowiem niektórzy, byli tam najzwyczajniej w świecie głupi. Mało jest osób, o których mogę powiedzieć "głupi" w dosłownym znaczeniu. W Niemczech zetknąłem się z tym zjawiskiem pierwszy raz. Narośl na szyi, którą szumnie nazywali głową, służyła im wyłącznie za ochronę ważnych dla organizmu organów przed deszczem, czy śniegiem:

Godzina 2:00 w nocy, budzi mnie szturchanie. 

-Dzwoń do szefa, niech powyłącza alarmy w firmie, bo muszę iść się odlać! Toalety znajdowały się i u nas, ale on chciał koniecznie iść do firmy.

 Na szczęście nie wszyscy byli tacy. Najsympatyczniejszy był pewien Kazach, który wyraźnie żył w swoim świecie. Podejrzewam, że dokładnie wiedząc, w jak podłym miejscu się znajduje, myślami przebywał np. na Wyspach Wielkanocnych. 

Nie mów dzień dobry, nie mów do widzenia

Dzień w fabryce trwa non stop

Nie mów dzień dobry, nie mów do widzenia

Dzień w fabryce trwa non stop, non stop

Tak naprawdę często najprzyjemniejszą częścią dnia (tfu, nocy), był trening. Na powierzchnię wychodziłem ok. 20:30; włączałem czołówkę i biegłem na wzgórza ponuro majaczące na horyzoncie. W jodłowym, gęstym lesie często zastawałem duszącą wręcz mgłę, która zdawała się oplatać mnie swoimi mackami chcąc wciągnąć głębiej w gąszcz drzew. Dawało to niesamowity efekt, przez co na moich plecach częstym gościem był wyjątkowo wyraźny dreszcz. Mgła ustępowała na szczycie gór, z których rozpościerał się niesamowity widok na gąszcz migoczących światełek w dolinie. Do kogo należy które światełko? Co robią teraz jego właściciele? Siedzą przy stole, oglądają telewizję? Myśląc o wszystkim i o niczym zbiegałem w dół, wpadając w śliskie objęcia nieprzyjaznej mgły. Za każdym razem, kiedy opuszczałem ścianę lasu i widziałem pierwsze światła domów odwracałem się za siebie, jakby jeszcze chciwe ręce kniei miały jeszcze wyciągnąć po mnie swoje palce. Tak, horrory oglądane w wieku 6 lat, mocno zryły mi dekiel.

Aż przyszedł taki dzień, kiedy należało wracać. I wiecie co? Szkoda było mi tej mgły, widoku z góry, ludzi, których poznałem. Zacząłem się zastanawiać tak jak kilkanaście lat wstecz, dlaczego dobre rzeczy kończą się w najlepszym momencie. Odpowiedź wydała mi się wtedy prosta. Nic się nie kończy, a otwiera nowe możliwości. Kim bylibyśmy bez ciągłych zaskoczeń i nowych doświadczeń?

(...)

Nie wyobrażacie sobie, jakie to uczucie dotknąć szlachetnego tytanu po długiej przerwie. Jezu, jakie to lekkie. Muskam szare klamki, słyszę trzask manetek, czuję zapach smarów i gumy. Pompuję opony i ruszamy w zaśnieżony, polski las. Najpiękniejszy ze wszystkich.

 

---------------------------------------------------------------------

O wszystkim napisać nie można, bo blog to nie książka. Wysoko cenię sobie także wszystkie sprawne 10 palców w dłoniach i nieprzetrącone nogi. W przygotowaniu obiecany filmik z Gór Świętokrzyskich, a także coś fajnego na MTB.pl Stay tuned, bo dobrze jest wrócić :-)