Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Dziś nie umiera jutro, cz. 2

Dojechał do okazałej, ciężkiej bramy i zacisnął klamki. Klocki cicho syknęły i rower niemal bezszelestnie stanął w miejscu. Przejechał rękawiczką po czole. Pocił się nie ze zmęczenia, wysoka temperatura dawała o sobie znać. A może trochę i zdenerwowanie.

Wcisnął czerwony przycisk Polara, a zarchiwizowanie danych zostało zasygnalizowane krótkim piknięciem. Uruchomił mechanizm bramy i schował pilota do tylnej kieszeni koszulki. Śnieżnobiały szuter dawał miły dla oka kontrast z zielenią strzelistych drzew, którymi wysadzona była aleja. Jadąc zamknął na chwilę oczy i podniósł wysoko głowę. Słońce przebijające się przez korony topól, przyjemnie migotało pod powiekami.

-Już po? - przerwał ciszę ochroniarz

-Tak, dzisiaj tylko krótki checkout - rzucił odjeżdżając choć wiedział, że facet w mundurze i tak nie zrozumie. I rzeczywiście, gdy obejrzał się przez ramię dojrzał mężczyzną drapiącego się z głupią miną po głowie.

Wstawił rower do przestronnego garażu i zamknął bramę. Mieszkał wygodnie, miał duży dom. Zbyt wielki jak na jego potrzeby. A przynajmniej nie licząc podziemi. Zamiłowanie poprzednich właścicieli do wina i związane z nim olbrzymie piwnice idealnie nadawały się do jego celów. Posiadłość otaczał okazały las. Zimą wystarczyło założyć narty i można było biegać od samego podjazdu pod drzwi. Letnie singletracki (na każdy z nich miał osobny rower) tylko czekały, by nimi pojechać. Długo szukał odpowiedniego miejsca i często przyznawał sam sobie, że to jest idealne. 

Wciąż miał w pamięci "poprzednie życie". Pracę w korporacji, sztuczność uśmiechów i ciągły wyścig z czasem. Zarabiał lepiej niż przeciętnie. Za dużo na biedę, za mało na szczęście. Korporacja wymagała. Dawała tak dużo, by nie myśleć o ucieczce i na tyle mało, by ciągle żyć na kredyt. Kierownictwo doskonale znało realia korporacyjnego życia ponad stan. Nęciło nowych bez zobowiązań, a starym nie pozwalało odejść. Po spłacie ostatniej raty 30-letniego kredytu, opłaceniu rachunków i otwarciu średniopółkowego piwa z aluminiowej puszki, mając 60-tkę, mógł powiedzieć "wreszcie na swoim. Teraz czas spłodzić dzieci". Nigdy nie uważał, że zalicza się do tępej, szarej masy o bezładnym kształcie, jednak coraz częściej widział ów kolor przed oczami. Wieczorami łapał się na tym, że nie miał już czasu zastanawiać się, dlaczego świat wygląda tak a nie inaczej. Musiał pogrzebać ideały młodości. Korporacja dała łopatę, bank sypnął ziemią. 

Noce często były zbyt długie, bądź zbyt krótkie. Bał się świtu i tego, co musi przynieść nowy dzień. Kochał momenty, w których mógł poczuć się wolny. Z ręką na kierownicy i stopą na pedale gazu, jego myśli płynęły a fantazja zlewała się z rzeczywistością. Ile to razy był w Rio, szedł piaszczystą plażą Florydy, kiedy w radiu grali Miami Vice. Prowadził czerwone Ferrari bulwarem pod równiutko przyciętymi palmami, oglądając idealne tyłeczki dziewczyn, które znał tylko z amerykańskich filmów. Był surferem, pilotem, kobieciarzem i niepoprawnym optymistą. Był sobą przez kilkadziesiąt minut dziennie. Reszta zamykała się pod maskami uczuć, które trzymał na nocnej szafce. Jego wolność zamknięta w głowie, tak otwartej i bezgranicznej. Wolność, którą mógł niemal poczuć, wciągnąć ją nosem.

Na szczęście miał swoją pasję i dla niej żył, a ona często dawała mu cel. Kolarstwo było odskocznią od dnia codziennego i przynosiło ulgę. Równie dobrze mógłby naszprycować się koką od lokalnego dealera, a osiągnąłby ten sam stan.

Odstawił szklaneczkę soku na stół i wstał z fotela. Podszedł do nieprzyzwoicie dużego okna i wyjrzał na zewnątrz. Widok nie mógł się nie podobać, a jednak jego myśli często wracały do starych czasów. 

-Los bywa przewrotny - szepnął i zaczął pakować rowerowe ciuchy.

(...)

Miguel Martinez był najlepiej jeżdżącym technicznie kolarzem XC na planecie Ziemia. Niepozorny, niski chłopak zjeżdżał szybciej, płynniej i lepiej niż reszta stawki. Od lat toczył walkę o podium, ale najbardziej nie lubił Cadel'a. Jego trudny do wytłumaczenia spór z Evans-em często zataczał duże kręgi i odbijał się echem w kolarskim światku. Francuz miał świadomość swych umiejętności i stał się nieco zbyt zarozumiały. Wiedział o tym, ale nie potrafił powstrzymać się przed dorzuceniem oliwy do ognia szczególnie w przypadku Cadel'a. Cały swój image, cantilevery zamiast V-ek miały służyć podniesieniu jego własnego ego i upadek morale rywali. 

Chciał dokładnie objechać trasę, zapamiętać każdy jej szczegół i wiedzieć, gdzie zaatakować. Na kamienistej sekcji wstał w siodła i delikatnie wcisnął szare klamki, a polerowane szczęki pierwszego wcielenia grupy XTR nawet nie pisnęły. Zjechał niemal na przednim kole, prawie nie wytracając prędkości. Kilkanaście lat później śmiałby się z samego siebie, ale dziś był człowiekiem bez strachu. Sztywna rama Full Dynamix podbiła koło na ostatnim głazie, ale z niemal cyrkową ekwilibrystyką znalazł się na dole w jednym kawałku. 

Dojechał do młodego Green'a na nowym Treku. Elite 9.9 w zawodniczej konfiguracji musiał budzić zachwyt.  Mignął mu Rasmussen, Marco Bui a nawet Bart Brentjens, ale wciąż wypatrywał Cadela i jego wściekle niebieskiego Cannondale'a. 

(...)

Yoshizo siedział w swym klimatyzowanym biurze. Nawet i tu dochodziły przytłumione dźwięki z głównej hali. Trzymał w dłoniach przerzutkę z carbonowym wózkiem. Miał w sejfie patent na 14-rzędową kasetę (nawet niezbyt tajny), ludzie ze Skunk Development Team testowali w najlepsze powietrzną grupę Airlines, a pierwsze prototypy serii 960 były dopiero wyprodukowane i miały wejść na rynek dopiero za 4 lata. Ale węgiel i system ciągu linki 1:1, jak skrupulatnie obliczyli jego technicy? Po odkupieniu patentu Sachs, zabierali się za to ci dranie ze SRAM-a. To, o czym pomyślał było wręcz niemożliwe. 

Ciche pukanie do drzwi sprawiło, że prezes drgnął. 

-Wejść!

Główny technolog wyglądał na roztrzęsionego. Skłonił się głęboko i patrząc nisko w podłogę, wyrzucił za jednym zamachem:

-Panie Yoshizo, sprawdziliśmy korby. To właściwie nasza technologia tyle, że... lepsza. I ta zintegrowana oś. Na dzień dzisiejszy nie jesteśmy w stanie tego wyprodukować. 

-A prototyp naszej 960?

-Cóż, zrobiliśmy go w oparciu o serię 952, bez zintegrowanej osi i zewnętrznego suportu. Proszę mi wybaczyć ale... nie wiem, jak zareagowałoby na to środowisko. No i sprawy patentowe, choćby amerykańska Coda...

Na dźwięk tych słów, prezes wzdrygnął się.

-Dziękuję, to wszystko. Poproście do mnie Yozo.

Gdy tylko drzwi się zamknęły, podszedł do okna. Bił się z myślami, co nieczęsto zdarzało się w zaprawionej w bojach głowie. Są tylko dwa wyjścia...

-Panie Yoshizo!

Odwrócił się i zobaczył młodego Yozo. Lustrował go przez chwilę bacznym wzrokiem, po czym wskazał na fotel i nalał sake. 

-To, co ci powiem zostanie w ścianach tego pokoju. Posłuchaj mnie uważnie, Yozo...

(...)

Dzień był słoneczny, wręcz parny. Tak, jak lubił. Kibice niemal oblepili całą trasę, a najwięcej kłębiło się ich wokół miasteczka namiotowego, gdzie rozgrzewali się kolarze. Szedł w wielką, czarną walizką Scott z usuniętym logotypem do swojego boksu, gdzie mógł się przygotować. Skręcił rower i rozstawił trenażer. Wiedział, że tak to będzie wyglądało, ale szybciej niż się spodziewał zobaczył wokół siebie grupkę osób komentujących między sobą jego sprzęt w niezrozumiałych językach. Miał już wpiąć się w pedały, gdy zobaczył przed sobą niskiego człowieka w nieco zbyt obszernym garniturze. 

-Dzień dobry, mam na imię Yozo i chciałbym zamienić z panem kilka słów...

 

C.D.N.