Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
niedziela, 27 marca 2011
Gringo wśród dzikich plemion

INTRO

Jestem z bratem w Starachowicach. Popołudnie mamy wyjątkowo piękne ale i leniwe. Aby zabić marazm reszty dnia, dzwonimy do starego, dobrego kolegi. Szybka decyzja i postanawiamy jak za dawnych lat pojechać na boisko pod las i pograć trochę w piłkę. Ów znajomy ma firmę budowlaną, więc bierze starego, zdezelowanego gruchota do przewozu cegieł, piachu i tym podobnych, a wszyscy przebieramy się w dziurawe ciuchy i wysłużone buty. Wiadomo, jak to do pokopania w "gałę".

(...)

Wracamy z powrotem. Było świetnie. Niestety nie zostałem królem strzelców, ale co tam. Słońce powoli zachodzi na horyzoncie zalewając miasto spektaklem barw. Jedziemy powoli miastem i widzimy, że chodnikiem idą trzy niezwykle zwiewne istoty. Dwoma słowami: piękne kobiety. Każdy uśmiecha się pod nosem, a kolega jak za szczeniackich lat postanawia przypieczętować stan, w którym się znajduje trzema dźwiękami klasonu swojego zdezelowanego wehikułu (który absolutnie jak klakson nie brzmiał), a na naszych twarzach pojawiają się uśmiechy od ucha do ucha. Ech, faceci, jak zawsze dzieci :-)

W dobrych humorach zjeżdżamy sobie powoli z górki i w tym momencie przed nami zamyka się szlaban przejazdu kolejowego. Miny nam nieco rzedną, bo dziewczyny są niedaleko. Spoko, objedziemy wiaduktem. Już mamy cofać, ale właśnie zostaliśmy zastawieni przez samochód za nami. Nerwowo rozglądamy się wokól-pociągu nawet nie widać. Uśmiechy powoli przeradzają się w panikę. Kolega co chwilę zerka w lusterko: dziewczęta są tuż za nami i nawet jak gdyby przyspieszyły. Jezus, Maria, co robić, co robić? Boże, zaraz zrównają się z samochodem; każdy z nas mimowolnie kuli się w środku i jak najdalej odsuwa od szyb. No i oczywiście wszyscy jak jeden mąż patrzymy w lewo, bo z prawej nadchodzą ONE i są już coraz bliżej. Kyrie Eleison, Chryste Eleison...

Pociąg jak na złość jedzie w tempie poleconego listu priorytetowego ciągnięty przez wysłużonego Diesla czyli nie wiadomo, czy w ogóle opuści dziś przejazd. W końcu rogatki prawie się podnoszą, ale dziewczyny są już koło auta i uśmiechają się spoglądając w szyby. A tam trzy trolle w podartych ciuchach i wysłużonych butach. Kumpel odpala samochód w takim tempie, w jakim nie zapalał nigdy i niczym z procy wyskakujemy z przejazdu żegnani donośnym śmiechem dziewcząt. Na koniec posyłamy im 3 dźwięki klaksonu i z bananami od ucha do ucha jedziemy do domu. Tym razem to one były wśród dzikich plemion. Zresztą wierzcie lub nie, ale są do tego przyzwyczajone.

***

Dzisiejszy wpis inspirowany jest przez kilkanaście lat mojej jazdy rowerem. Swego czasu kupując swój pierwszy kask zastanawiałem się jak będę postrzegany przez zupełnie nierowerowe otoczenie. Co tu dużo mówić, dobrze nie było. W mieście jak to w mieście-sześćdziesięciotysięcznym. Ludzie poprzestawali na wyzwiskach. Jednak moje najgorsze obawy budziła WIEŚ.

Z racji tego, iż zawsze lubiłem włóczyć się wioskami i małymi miasteczkami, należało liczyć się z atakami rozwścieczonych watah autochtonów. Nie wiem dlaczego, ale widok bikera często wyzwala w tych ludziach najgorsze instynkty. Jak niegdyś wspominałem na blogu, gdy zaczynałem swą rowerową "karierę" i zakładałem kask, w moją stronę często leciały kamienie. W ogóle poczciwy orzech konfundował chyba żulików spod sklepu (że oni takiego nie mają), gdyż zdarzało się słyszeć: "I po chuj to nosisz? A pierdolnij tym w beton to zobaczymy, ile wytrzyma!"

Na szczęście czasy się zmieniają i również polska wieś staje się postępowa oraz idzie z duchem czasu. Widok samotnego kolarza zmagającego się z wiatrem jest raczej przyczynkiem do sympatycznych zagajeń w stylu "Zapierdalaj, kurwa, zaaaaaapierdalaaaaaaj!!!", lub "Patrz, kurwa, Szurkowskie przyjechały" okraszonego soczystym splunięciem pod koła. Z moich obserwacji wynika, że na wsiach możemy wyróżnić następujące frakcje:

-dzieci. Wydawało by się jak to dzieci; małe, niegroźne i o niewielkim znaczeniu strategicznym. Z reguły jadą z naprzeciwka a gdy widzą bikera zawracają i próbują go prześcignąc. Dzieje się tak w jakichś 80% przypadków. Pozostałe 15% stoi w miejscu i patrzy się jak na kosmitę, a ostatnie 5% miota w naszym kierunku przekleństwa i bliżej nieokreślone przedmioty

-żule. Samotni z reguły nie wdają się konflikty i uskakują z pod kół. Mogą być niebezpieczni, gdy łączą się w grupy. Najczęściej jednak poprzestają na obserwacji pomieszanej z niedowierzaniem, że normalny facet może pomykać jawnie wśród ludzi w obcisłych gaciach. Gdy popiją bywają rozmowni. Pytania typu "gdzie jedziesz" albo "ile kosztuje ten rower" to absolutny kanon. Na odchodnego warto rzucić "do widzenia"; wtedy są mocno ukontentowani.

-młodzież. Młodość wiadomo, ma swoje prawa i musi się wyszaleć. Zdarzają się (autentyki) baseballiści, próbujący przypierdzielić nam kijem z jadącego motoru, czy też niespełnieni budowlańcy chcący zepchnąć nas do rowu niczym spychaczem dwudziestoletnim BMW. Nie to, żebym miał coś do budowlańców. Z reguły są sympatyczni, co obrazuje krótka dygresja, którą tu wtrącę.

Sewgo czasu szedłem sobie w Warszawie do metra Al. Wilanowską. Kto tam był wie, że z jednej strony są domy, a z drugiej (jeszcze) łąki. Widzę nagle przed sobą gościa w uwalonych wapnem spodniach, kasku i siatką z zakupami w ręce. Jednym słowem-budowlaniec. Gość rozgląda się wokół i patrzy na mnie przy czym wiem, że będę musiał z nim zagadać. W końcu podchodzi do mnie i pyta, czy nie wiem, gdzie tu jest jakaś budowa bo koledzy wysłali go do sklepu po jedzenie, a on wracając się zgubił. Na koniec dodał, że krąży wokół od jakichś 40-stu minut i nikt nie umie mu pomóc a on nie wie, gdzie jest ta jego budowa.

Ale wracając do tematu...

Nie dalej jak przedwczoraj jadąc przez wieś zauważyłem przed sobą przydrożny spożywczak i trzech młodzianów. Nagle widzę, że jeden zrywa się z ławki i biegnie do mnie z czymś w ręku. Mogło być niemiło, ale na szczęście skończyło się tylko na wyrażeniu przez niego ubolewania, że jadę zbyt wolno. Czyli "Zapieeeeerdalaaaaaaaaaj!!!"

Innym razem jechałem w Górach Świętokrzyskich czerwonym szlakiem przez Radostowę i zatrzymałem się przy przydrożnym sklepiku. Po tępym, nieskażonym myślą wyrazie twarzy dwóch pijanych ogrów wiedziałem, że przyjdzie mi z nimi miło pogawędzić. Oczywiście nie myliłem się i już po chwili opowiadałem skąd i dokąd jadę, oraz ile zrobiłem kilometrów. No i ile kosztuje mój rower. Na koniec gdy wspomniałem, iż jestem ze Starachowic młodzież ożywiła się i wspomniała, że zna tamtejszy sąd. Uznałem jednak, że nie warto wspominać o tym, iż ja znam go z drugiej strony (praktyki w prokuraturze), więc ruszyłem dalej.

Wydawało by się, mamy XXI wiek a wokół nas takie rzeczy. Normalnie gringo wśród dzikich plemion. Niemniej jednak strasznie lubię ten polski folkor i nie przestaną mi się podobać małe wioski i pogawędki z napotkanymi tam ludźmi. Fajnie jest poczuć się jak Cejrowski czy Pałkiewicz i wcale nie trzeba jechać daleko za Wielką Wodę ;-)

 

sobota, 05 marca 2011
Agrykola

Treningi idą w najlepsze, bo to już przecież miesiąc do pierwszego startu! Ani się obejrzymy, a będziemy gnali przed siebie z tętnem przedzawałowym z sobie podobnymi szajbusami.

Mnie zaczęła już siadać psycha, bo pół roku katorgi w systemie bieganie-trenażer, bieganie-trenażer (w weekendy 2 x dziennie) jednak wykańcza. Człowiek dyma na tym ustrojstwie przed szybą, a za oknem cuda. Słońce, niebieskie niebo a czasami nawet przez uchyloną szybę wpadną pierwsze, zabłąkane powiewy wiosny. Jednak trzeba być twardym i odrzucić od siebie pokusy doczesnego życia. Jedynym oknem na świat jest komputer i filmy z maratonów, za przyjaciela służy pulsometr Polar, a najlepszymi kolegami są trenażer Tacx i buty do biegania NB z obowiązkowym sensorem biegowym fińskiej firmy. Mając takie grono znajomych, można w ogóle odciąć się od życia towarzyskiego i niczym mnich w monasterze cisnąć w pedały przy piekielnym szumie opony i sąsiadów tłukących w kaloryfery. Bo przecież ileż można mieć włączoną pralkę?

Bieganie zimą z kolei, to swoista przepustka do prawdziwego życia. Tak jak niektórzy mnisi wychodzą czasem ze swych cel do miasta, tak osoba trenująca może pobiegać na dworze. Biegając człowiek zauważa różne dziwne rzeczy. A to wybudowali wielki blok, którego wczoraj jeszcze nie było, a to coś zburzyli. Boję się, że pewnego razu wyjdę pobiegać i Lasku Bielańskiego już nie będzie. Bardzo łatwo stracić poczucie rzeczywistości kręcąc non stop w domu.

Ostatnio miałem zaplanowaną godzinkę na trenażerze, ale za oknem zrobiło się prawie wiosennie więc postanowiłem zmierzyć się z mityczną Agrykolą. Warszawiacy wiedzą co to, a pozostałym wyjaśniam, że jest to jedyna sensowna górka w okolicy, na której można poćwiczyć podjazdy. Samochody tam właściwie nie jeżdżą, więc jest to ulubione miejsce wszelakiej maści XC-bikerów.

Zawsze mnie to śmieszyło, bo słysząc od kolegów, że robili 20 czy 30 razy ten sam podjazd, włosy stawały mi na głowie dęba. Czyste szaleństwo. Trener jednak zalecił mi trening siły, czyli na początek 21 podjazdów w systemie 7 x 44-16T, 7 x 44-14T i 7 x 44-12T. Postanowiłem wyrwać się z domu i zobaczyć, co z tego wyjdzie.

Dojeżdżam na sam dół i patrzę w górę. Nie będzie tak źle. Zaczynam pierwszą serię iiii... jest super :-) Nie wiem, czy to ja stałem się nienormalny, ale uwierzcie, że podjeżdżało się fantastycznie. Czuć progres po zimie a dotąd obawiałem się, iż nic z tych treningów nie wynika. No ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Zasuwam pod górę (no, może nie tak do końca zasuwam, bo tętno mam utrzymywać do granicy 170 ud./min.) i ukradkiem spoglądam wokół siebie. Spacerowicze mierzą mnie wzrokiem. Kiedy wjeżdżam na 44-12T, mężczyźni wyraźnie kulą się ze strachu, a kobiety oblizują pomalowane na krwistoczerwono wargi i rozpinają górne guziki swych bluzek. Słowo daję, tak było!

Po pewnym czasie zauważam bikera, który robi to samo, co ja. Cóż, zawsze to we dwóch raźniej. Po każdym podjeździe mam 2 min. odpoczynku, czyli spokojnego kręcenia. Koleś robi podobnie, ale chyba z nieco krótszymi przystankami. Gdy jestem na dole widzę, że dojeżdża do nas na rowerze facet typu "objadę was wszystkich jedną nogą". Mierzy nas wzrokiem i niby kręci sobie dookoła ale doskonale widzę, że chce pościgać się na górę i nas zniszczyć. Uśmiecham się pod nosem i strasznie żałuję, że nie mogę się ścigać. To jedno z wyrzeczeń treningów; robisz to, co ci trener każe. Jednak chłopak, który razem ze mną katuje podjazdy chyba nie zauważa nowo przybyłego "fightera" i szykuje się do kolejnego razu. I zaczęło się. Gość rusza spokojnie, na twardym przełożeniu a nasz wojownik idzie jak burza za nim. Muszę głupio wyglądać, bo śmieję się sam do siebie, ale co tam. W połowie facet zaczyna wyraźnie puchnąć, a jego nogi wyginają się w pałąki jakby opłynął cały świat na beczce rumu.

Pod koniec koleś pęka i... schodzi z roweru prowadząc go na szczyt.

Teraz wiem już, co mnie ominęło przez te wszystkie lata gdy uważałem Agrykolę za wariactwo. Nie ma co, jutro też się tam wybieram. Zatem do zobaczenia :-)