Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 17 marca 2014
Numer jeden

Uchhh... wydaje mi się, że było to za czasów liceum, kiedy kupiłem swój pierwszy rower "górski". W TVP1 trwała krótka, ale interesująca transmisja z zawodów Skoda Auto Grand Prix MTB. Wyścig Elity, to było przeżycie. Najlepszy sprzęt, wyżyłowane łydki i ta jazda...

Jedną z tras poprowadzono przez skocznię narciarską. Zawodnikowi z czuba podcięło koło i zaliczył groźny w skutkach upadek. Minęła dłuższa chwila, zanim podniósł się z ziemi i ciężko próbował wskoczyć na rower. Widać było walkę z samym sobą, grymas bólu. Kilka obrotów korbą i to wszystko. Spiker grzmiał, że dla niego to koniec wyścigu i prowadzenia. A ja patrzyłem, jak ten drobny kolarz, z góry skazany na porażkę, po raz drugi i trzeci niezłomnie próbuje ruszyć, aż w końcu musi dać za wygraną i schodzi z trasy. Tak właśnie poznałem Marka Galińskiego.

Później były gazety rowerowe, niezliczone wygrane i piewcy jego zwycięstw. Widywałem go kilkakrotnie na wyścigach, miałem okazję trzymać mu koło. Dwa lata temu z uśmiechem ściskałem swojemu idolowi rękę, gdy wręczał mi puchar na jednym z jego maratonów. 

Marek wcale nie był facetem, który świetnie znał się na rowerach. On po prostu doskonale jeździł i wg mnie lubił to, co robił. Mimo paru słabszych startów za granicą, Galiński zawsze był dla mnie numerem 1. Kilka lat temu oglądałem go na żywo podczas mistrzostw Polski w XC, gdy walczył o tytuł razem z Markiem Konwą. Patrzyłem na wielu kibiców, którzy niegdyś go kochali, a tam, na Telegrafie, życzyli zwycięstwa jego rywalowi. Całym sercem byłem za Markiem i wierzyłem, że wygra. Niedaleko przed metą, Konwa mocno zaatakował. 

 

Kiedy dziś dostałem sms-a, że Marek nie żyje, chciałem myśleć, że to żart. Dobrze wiedziałem, że w grę mógł wejść tylko wypadek. Nie chciałbym pisać, kogo i czego już nie będzie. Ten człowiek osiągnął wiele, żył intensywnie i sądzę, że nie miał czego żałować. To właśnie jest piękne. Dla mnie był kimś, kogo warto jest naśladować wierząc, że jeździ się choć w ułamku tak dobrze, jak on. Ponoć kochał trasy wokół Opoczna. Byłem tam, te ścieżki mają coś w sobie. Myślę, że wiem, co czuł, kiedy nimi jeździł. Zginął tak blisko tych miejsc.

Chciałbym wierzyć, że jest teraz na najpiękniejszej górskiej ścieżce, drzewa delikatnie falują, a promienie słońca leniwie przebijają się przez liście. Jedzie krętym singlem; pewnie i szybko. Szczupły, niepozorny, z żelazną łydką. Tylko teraz nieco wolniej i dostojniej. Nie potrzebuje już się ścigać; na szczycie położy się na trawie, przymknie oczy i posłucha wiatru.

 

A tamtego dnia, Marek nie przespał ataku. W pięknym stylu odjechał Konwie, zamykając usta niedowiarkom. Tam, na Telegrafie, skakałem ze szczęścia. Widzę go do dziś, jak podnosi ręce w geście zwycięstwa. Specjalnie nie wybrałem czarno-białego zdjęcia, bo nie tak go zapamiętam. Marek był człowiekiem o niezwykle barwnym życiu, który pokolorował również i moje.

niedziela, 16 marca 2014
Sens życia wg samego siebie

Jesteśmy w Kalifornii. Oragne County, Huntington Beach. Ciepełko, gorący piasek, palmy i tafla błękitnego oceanu. Dookoła tłum skąpo odzianych lasek na rolkach. Dziewczyny, dla Was są napakowani surferzy. To nie sen, przestań się szczypać.

Czwórka młodych chłopaków wiedzie tam mniej, lub bardziej zwyczajny żywot. Przekrój tej paczki może być zaskakujący. Jeden jest woźnym w szkole, drugi to nieźle zapowiadający się naukowiec, trzeci skończył szkołę i szuka roboty. Łączy ich wspólny mianownik: kochają rocka i w wolnym czasie starają się podrabiać kawałki NOFX i Dead Kennedys. Gorzej, lub lepiej, lepiej, lub gorzej.

Kończysz liceum i życie wydaje Ci się być bardzo proste. Lekcje, wagary, trochę zgranych kumpli i kupa wolnego czasu. Nie wiesz co to fejsbuk, nie słyszałeś o Google, nie masz komórki. Rodzice uciułali nieco grosza i na bazarze kupujesz swój pierwszy rower prosto z kolebki MTB, Chin. 

Chłopaki mieli trochę szczęścia i wydali swą pierwszą płytę, sprzedaną w 3000 sztuk. Kim byliby bez pasji; wydają drugi krążek. Na promocyjny koncert przychodzi setka fanów i ludzie z rodziny. Ostre dźwięki gitar zagłuszają natrętne myśli. Ostatecznie album kupuje 100 000 osób.

Jesteś na studiach. Właśnie odkryłeś, że przyjaźnie z liceum wcale nie były trwałe, a patrząc na grupową fotkę z pierwszej klasy za cholerę nie jesteś w stanie sobie przypomnieć, jak nazywa się ta dziewczyna z drugiego rzędu. W sumie ta z pierwszego też. Jesteś niczym Pizarro i odkrywasz białe plamy na mapie. Poza Twoją mieściną istnieją również inne, bardziej zaawansowane cywilizacje. Studiujesz, więc otwierasz kolejną butelkę piwa. 

Smakuje świetnie. Browar na plaży Huntington Beach nie może być zły. Chłopaki mimo wszystko postanawiają nagrać trzeci krążek. Być może ostatni. W końcu trzeba robić coś w życiu. Nawet, jeśli jest się woźnym, lub kończy doktorat, jak Dex. Jest 8 kwietnia 1994 roku, a światu ukazuje się Smash. Prawdziwe grzmotnięcie, jak w tytule. Rozgłośnie nakręcają jeden hit za drugim. Album sprzedaje się w milionach kopii i do dziś pozostaje niepobitym rekordem wśród niezależnych wytwórni. Teledyski non stop lecą w największych stacjach telewizyjnych. Noodles wciąż jest woźnym w szkole. Na przerwach kiedy sprząta rzygowiny, dzieciaki podchodzą do niego i wołają: "Hej, panie Noodles, widzieliśmy pana dziś rano w MTV!".

Na nowo poznałeś rower. Dowiedziałeś się też, czym jest dorosłość, choć wciąż zachowujesz się jak gówniarz. Kręcisz sobie na bajku, jest przezajebiście. Wyróżnia Cię to spośród innych pijaczyn. Co prawda nie śmiejesz się już, kiedy widzisz nagą dziewczynę, ale gumy wciąż kojarzą Ci się tylko z Continentalem w wersji Supersonic. Będziesz taki sam, jak reszta z Twej wioski. Dziecioróbca bez perspektyw. Na szczęście alarm zostaje odwołany, ale nie jesteście już razem. Idziesz na rower i masz poczucie, że robisz coś wyjątkowego.

(...)

Czytałem ostatnio artykuł o The Offspring. Chłopaki w wieku 20-stu kilku lat znaleźli się na szczycie. Mieli swą pasję, ale i upór oraz determinację. Noodles od dawna nie jest już woźnym, Dexter nie ukończył pracy doktorskiej. Oprócz tego, że dziś są milionerami, łączy ich jeszcze jedno. Konsekwentność działania. Nie ma nic gorszego, niż człowiek bez pasji. Albo taki, który ma ich dziesięć, ale tak naprawdę to tylko zainteresowania, dzięki którym chciałby się wyróżniać. Bo w głębi serca wie, że jest dokładnie taki sam, jak milion osób mu podobnych. Uwierzcie mi, prawdziwa pasja to coś pięknego. I znam takich ludzi. Jest ich aż dwoje.

Zacząłem się zastanawiać, co ja robiłem w ich wieku. Czy było to coś równie znaczącego? Czy samo jeżdżenie rowerem daje Ci poczucie, że robisz coś ważnego?

Byłem na TransCarpatii...

Przeżyłem BikeChallenge:

Wygrałem maraton u Galińskiego...

Jeździłem we mgle:

I w palącym słońcu:

Szosą:

I w terenie:

Sam:

I w grupie: 

 

To całkiem fajne życie. Jeśli wciąż zastanawiasz się nad wartością swojego, przestań. Rób dalej to, co kochasz. Przed nami jeszcze długa droga.

 

Wyglądam przez okno, zza chmur przebija się słońce. Z głośników płynie hymn mojej młodości, Smash. Wyłączam komputer.

Idę na rower.



niedziela, 09 marca 2014
Świętokrzyska "etapówka"

Co tu dużo mówić, uwielbiam Góry Świętokrzyskie. Co jakiś czas, staram się Wam przemycić kilka lepszych lub gorszych zdjęć licząc na to, że spotkamy się na szlaku. I dni, kiedy znajduję w Internecie czyjąś fotkę z Chełmowej Góry, a obok stoją wypieszczone dwa kółka, są niezapomniane. W ub. roku miałem przyjemność wystartować w pierwszej odsłonie Świętokrzyskiego Maratonu Etapowego. Udało mi się zająć wówczas drugie miejsce. Przyjedźcie koniecznie, nie będzie łatwo. Dla Was jako pierwszych publikuję krótką informację na temat tego, co nas czeka.

 

 

Kochamy góry. Uwielbiamy gubić się w gąszczu drzew, trawersować szczyty, odnajdywać tak bliskie, a nie odkryte wciąż ścieżki. Lubimy rywalizację. Dobrze jest robić to, za czym szalejesz. W ubiegłe wakacje postanowiliśmy zebrać najciekawsze ścieżki Gór Świętokrzyskich i zamknąć je w niewielkiej pigułce. Na opakowaniu kazano nam umieścić wyraźny znak: „Uwaga, uzależnia!”.

 

Już po raz drugi, MTBCrossMaraton otwiera wrota prastarej puszczy i zaprasza do krainy przygody, średniowiecznych zamków, interwałowych, ubitych szutrów oraz doskonale przygotowanych single-tracków. A także… wilków, które ostatnimi laty odnalazły spokój w gęstych, jodłowych lasach naszych gór.

 

W dniach 14-17 sierpnia, zapraszamy Was do kameralnego, lecz tętniącego życiem Łagowa, gdzie krzyżują się najwspanialsze świętokrzyskie szlaki. Czterodniowa rywalizacja bez konieczności codziennej zmiany miejsca pobytu to dobry pomysł na rodzinny urlop.

Pierwszego dnia, zaczynamy startem w sprawdzonej formule. Indywidualna jazda na czas w gęsto porośniętym lasem Paśmie Bielińskim to wyzwanie, które warto podjąć choć raz. Bez jazdy „na kole”, gdzie bilet na kolarski „pociąg” jest nieważny; po to, aby poczuć swobodę i ból łydek w trakcie słynnego podjazdu w Paprocicach na Kobylą Górę. Trzymaj mocno kierownicę podczas przejazdu kamienistym dnem strumienia, delektuj się pędem wiatru na singlu niebieskiego szlaku. Ten dzień to tylko Ty, rower i uciekający czas...

Następnego ranka ruszamy razem z przestronnego rynku, przy aplauzie miejscowych kibiców. Tym razem przyjdzie się nam zmierzyć z Pasmem Cisowsko – Orłowińskim i tym, co oferuje najlepszego. Dobry balans ciałem pozwoli na bezproblemowe przejechanie kamiennego wału na szczycie Góry Zamczysko, skąd jeśli tylko będziesz miał odwagę, spójrz koniecznie w dół na otoczone przez las malownicze wioski. Wisienką na torcie będzie słynny już kręty zjazd, na którym niejedno drzewo zostało odarte z kory. Koniecznie zostawcie sobie trochę sił na ostatni, asfaltowy podjazd pod Łagów, na którym rozgrywają się najbardziej widowiskowe finisze.

Trzeciego dnia odwiedzimy najbardziej malownicze zakątki gór wraz z miejscem kulminacyjnym, czyli przejazdem tuż obok murów potężnego zamku Krzyżtopór. Krótkie, strome i intensywne podjazdy, pejzaże różnokolorowych łąk poprzecinane szybkimi szutrami, urokliwe leśne wąwozy czy kopalnia u przedsionka Łagowa to główne atrakcje tego etapu.

Klamrą spinającą całe wydarzenie będzie ostatni wyścig, połączony z maratonem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej, podczas którego odkryjemy doskonale widoczne z rynku, najwyższe pasmo Gór Świętokrzyskich. Góra Jeleniewska i Szczytniak zadbają, aby łańcuchy zostały na najmniejszej tarczy korby, a wyschnięte koryta górskich strumieni zapewnią wzrost sprzedaży w segmencie klocków hamulcowych. Do tego miejsca takie, jak urokliwa, dawna drewniana świątynia pośrodku lasu, czy orzeźwiający zapach ziół niesiony znad łąk przez sierpniowe wiatry, nie dadzą Wam zapomnieć o tym miejscu.

Dawnymi czasy, gdy w burzowe noce wiatr kładł drzewa na Łysej Górze, przesądna ludność bała się spojrzeć ponad las, by nie ściągnąć na siebie gniewu czarownic. Dziś nie boimy się przyznać, że starzy ludzie mieli rację. Góry Świętokrzyskie czarują, a gdy raz rzucą urok, nie wychodzi się już spod jego wpływu.

piątek, 07 marca 2014
Carpe diem

 

Znacie ten dzień, kiedy przychodzi wiosna? Wiem, że znacie. Oto wracasz do domu ze szkoły, z pracy, od kochanki i po prostu czujesz ją w powietrzu. Oddychasz. Jak dawno tego nie robiłeś. Słońce świeci jakoś inaczej, jaśniej. Pośniegowe kałuże mienią się w jego promieniach, płuca pracują głębiej, chciwiej. Delektujesz się nią; jej smakiem i zapachem. Świat nagle wygląda inaczej, lepiej. I choć Twoje życie wcale nie maluje się w samych jaskrawych barwach, dziś się to nie liczy. Zapominasz o całym gównie tego świata i czujesz, że warto żyć dla takich chwil. To dobrze, że są tak krótkie. Inaczej nie byłyby cenne, nie mieszałyby w głowie, nie dawały siły na kolejne dni. Warto je docenić.

Właśnie tak czułem się pewnego marcowego dnia, wracając do domu. Chodziłem wówczas do liceum, a ów dzień, czy właściwie chwilę, pamiętam do dziś. Może dlatego nie warto żyć wszystkim, co nas otacza a czerpać z tego, co tak piękne, choć ulotne? Tego właśnie dnia, powietrze pachniało inaczej, świeżej. Chciało się żyć. W uszach brzmiały gorące riffy „Gone away” Offspring’a. Nagle, tuż przed oczami przemknął mi biker. Jeśli mieszkasz w dużym mieście, pewnie miałbyś to gdzieś. Ale w Starachowicach, to było wydarzenie. Moje miasto jest specyficzne. Mamy prezydenta w więzieniu, który wciąż rządzi zza krat. Długie lata truliśmy Was starym mięsem w kiełbasach z Constaru, nasz nauczyciel od historii molestuje seksualnie uczennice, nasi politycy ostrzegają bandytów, a my, Starachowiczanie, mamy dość kumoterstwa, nepotyzmu i burdelu nie tylko przy Ostrowieckiej.

To naprawdę piękne, że w tak udupionej mieścinie ktoś chciał jeździć. To przecież banalne. Tylko dlaczego 90% z nas, dzwi na dwór otwiera jedynie wtedy, gdy przychodzi listonosz? To buduje. Tego dnia wiedziałem, że i ja po zimie wreszcie ruszę w teren.

 

O tym właśnie dniu myślałem marcowego poranka, rozpoczętego bułką z dżemem i kubkiem mleka. Mgła na zewnątrz była tej samej barwy, co mój napój, który smętnie mieszałem łyżką to w jedną, to w drugą stronę. 2 stopnie na plusie i wiatr urywający głowy. Niemal widziałem, jak turlają się po chodnikach. Głowy starachowiczan wyrwane przez mroźny wiatr tego marcowego, niedzielnego poranka.

Głupio mi było udawać, że nie wiem, iż głęboko w czeluściach dysku mojego komputera, w Excelu zapisana jest cyfra „3”. 3h treningu. Minimum, ściślej rzecz ujmując. Za nic w świecie nie będę biegał, po ostatnim treningu wciąż wchodzę po schodach niczym rubaszny pirat o dwóch drewnianych nogach. Zerkam na nowe klamki Extralite. Wolno piję łyk mleka, zagryzam bułkę. Nawet niezłą. Dżem jest doskonały, śliwkowo - jabłkowy. Domowy. Klamki pozwalają mi doszukać się pozytywów. Zawsze lubiłem ten stan. Choćby łańcuch, czy nowe linki. Pamiętam, jak dostałem awizo z poczty, że klamki czekają. Ok, pójdę po nie z rana, następnego dnia. Nie jestem już tak szalony jak kiedyś, żeby jeszcze dziś po nie dymać. Hehehe.

Jakąś godzinę później, raźno zapierdzielałem w deszczu do pocztowców klnąc, na czym świat stoi. Wcale nie jestem uzdrowiony. Choroba mnie zżera żywcem. A może podświadomie się z tego cieszę? Wiedz, że dobrze być wariatem. Nie czujesz pustki.

Zakładam na siebie dodatkową warstwę odzieży. Dobrze, że zabrałem ze sobą zimowe buty. Mam ochotę całować Gore-Tex’ową membranę, a o ocieplinie Thinsulate pisać wiersze, układać piosenki.

 

W prorządku, ruszam. Jeszcze tylko jeden kęs bułki. No, może przejrzę jeszcze „Gazetę Starachowicką”. Ha, ha!. Teraz już ruszam. Może poczekam tylko do pełnej godziny, będzie trochę cieplej. Ok, jest pełna. Te pół godziny jakoś za szybko zleciały. Czuję, jakby ktoś mnie obserwował i jak nie patrzyłem, przestawiał wskazówki. Tak? To i ja nie będę dłużny. Wyjadę 10 minut później. Ale może 11:10 to za wcześnie i ruszę o 12:00? 11:10 sama w sobie jest jakaś dziwna, nie podoba mi się. W południe będzie raźniej. W ogóle w południe najlepiej jest ruszać. Wtedy na pewno wyjadę.

 

Jadę. Jest spoko. Ram pam bum, bębnię sobie dla dodania animuszu palcami po kierownicy. Wiatr smaga mi twarz, skórę mam całą sino – czerwoną. Mijają mnie kolejne samochody, a ja z tęsknotą odprowadzam wzrokiem ich ciepłe, przytulne wnętrza. Rozgrzewam się na podjazdach i doskonale schładzam na zjazdach. Zauważam, że piasta Chris King denerwuje wioskowe burki. Gonią mnie dosłownie wszystkie, a te uwiązane wściekle szczekają. Ot, taka wartość dodana. Mojego psa piasta nie denerwuje. On jak ją słyszy, po prostu ucieka, jakbym chwilę wcześniej przyłożył mu półtora metrowym kijem po grzbiecie.

Mgła gęsta jak mleko, szczelnie pokrywa moje okulary. Widzę tylko do połowy szkieł, reszty się domyślam. Widoczność na kilkanaście metrów i samotność pariasa.

Wreszcie, hura!, wjeżdżam w teren. W lesie czuć klimat. TEN klimat. Mgły snują się gęsto, przywołując na myśl szkockie wrzosowiska.

Na tzw. “Święty Krzyż” wjeżdżam bocznym, czerwonym szlakiem. Na szczycie okulary parują, nic nie widzę. Później pamiętam single w kierunku Łysicy. Jazda daje mi niesamowity ubaw. Skaczę przez korzenie, ślizgam się w zakrętach i słyszę tylko dźwięk podskakującego na wybojach łańcucha. Zupełnie, jak na starych relacjach TVP ze Skoda Auto Grand Prix MTB. Zabawne, że pamięta się takie rzeczy.

W połowie szlaku spotykam dwóch gości na fullach, ale tylko spinam łydki i atakuję Łysicę. Raz pokonują mnie śliskie kamienie, drugi raz błoto. W najbardziej stromym momencie czuję, jak Race King’i grzęzną w śliskiej mazi.

A mnie odcina prąd. Elektryk bawi się ze mną, raz po raz wyciągając wtyczkę. Robi się zimno, czuję się zmęczony. Góra rozkłada mnie na łopatki. Jestem tylko frajerem na rowerze, który coś sobie ubzdurał.


Nie poddaję się bez walki. Zjeżdżam ją po raz pierwszy prawie w całości. Kiedyś się uda. Musi. Inaczej pomyślę, że się starzeję, a części kupuję dla podbudowania upadłego ego.

Na dole nie czuję rąk. Widzę siebie sprzed 14-stu lat w tym samym miejscu. Stoję na moim Giancie i masuję palce. Czasem chciałbym, żeby moje wcześniejsze ja, mogło zobaczyć późniejsze. Który punkt widzenia byłby jaśniejszy?

 

Na dole jest źle. Staram się zasunąć suwak wyżej, niż jest wszyty. Uderza mnie ogrom wszechobecnej wilgoci, mgła staje się coraz bardziej gęsta. Są takie trasy, które mają bardzo lepkie macki. Chwytają człowieka za gardło i duszą, oplatają umysł. To właśnie taka droga. Na niej przeżyłem największe kolarskie kryzysy. Ring powoli zalewa się krwią, to mój rozcięty łuk brwiowy. Słyszę gong, sędziowie nie są mi przychylni.

W myślach zaczynam liczyć podjazdy. Ile jeszcze przede mną. Najgorszy będzie czwarty, czy może piąty. Czyli byle do piątego. Do drugiej rundy wchodzę podbudowany, staram sie oddawać ciosy. Raz nawet trafiam. Całkiem sprawnie wjeżdżam na górę i… uderze we mnie taka siła wiatru, że prawie ląduję na deskach. Jestem na wypłaszczeniu, drzew brak. Powoli mam dość choć rezerwa, na której jadę o dziwo się nie wyczerpuje. Na pierwszym, czy drugim biegu samochodem do setki się nie rozpędzisz, ale od biedy dotrzesz do celu. Wśród okolicznej ludności na pewno mam status kretyna na rowerze. Wokół żywej duszy, tylko wiatr, mgły, rower i ja. A w niedzielę ogląda się serial, pije wódkę, albo je rosół. Przepraszam, nie wiedziałem.

Myślę o ciastkach, które zostały w domu. Wzgardziłem nimi, a teraz mi odpłacają. “Babcia, ja nie jem już ciastek!”.

Dużo bym teraz za takie dał. Chrupiące, z cukrem. Najchętniej usiadłbym sobie na jakimś zadaszonym przystanku i po prostu posiedział. Tak ze dwa dni.

Wreszcie jest, czekałem na nią. Tablica “Starachowice”. Zostały ostatnie dwa podjazdy. Wchodzę do domu, dalej nic i oto siedzę przy stole, zjadam podwójną porcję obiadu. Potem znowu nic i siedzę w wannie. Jak przez mgłę (sic!) słyszę babcię. Pyta, czy sie nie utopiłem, bo coś za cicho siedzę. Ja pierdolę.

Później dłuuugie nic i leżę w łożku jak kłoda. Budzi mnie głos babci z dołu. Pyta, czy żyję, bo na górze światło zgaszone i jakoś tak cicho.

 

Po powrocie do Warszawy jestem chory. Znów. Nawrót wirusa. Od 3-ech tygodni żyłem na pół gwizdka, byłem osłabiony. Kolejny atak grypy kładzie moje morale na łopatki. Teraz, to już na pewno sezon stracony. Każdy będzie mocniejszy ode mnie. A może dać sobie z tym wszystkim spokój? Siedzę w domu i patrzę przez okno. Dzieciaki grają w piłkę, jedzie samochód, ktoś nawet na rowerze.

Przecież to dno nie mające sensu. Weź się w garść. Trenuj, jeździj, choruj, leż. Baw się, ucz, pracuj, odpoczywaj. Rób coś, miej swoją zajawkę, nie użalaj się. Stać Cię na to, nie straciłeś niczego.

Dobrze jest szukać pozytywów. W sobotę jechałem moim ulubionym wąwozem, by po chwili brnąć po kolana w śniegu. Smierć sprawia, że tak docenia się życie. Dobrze czasem umrzeć, by nie żyć w miałkiej codzienności. Dwa słowa, carpe diem. Banalne, trudne, awykonalne? Chwytaj dzień, bo i tak nie będzie inny, niż teraz.

 

 

Czy drogę przez mgłę pamięta się dłużej, niż cztery treningi na trenażerze?