Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
środa, 27 kwietnia 2011
Król trupiogłowy

(...)

W dzisiejszym świecie nie jest tajemnicą, że umysł człowieka kształtuje się w okresie jego młodości. Dziecko poznaje świat nie tylko korzystając ze swoich zmysłów, ale także czerpiąc z różnorakich wzorców: mamy, taty, siostry, brata, znajomych z gangu...

Przypadek (no dobra, zależy jak na to spojrzeć) chciał, że na okres mojego dorastania przypadł trudny dla Polski okres przemian ustrojowych. Polacy zachłysnęli się wówczas wszystkim, co zachodnie. Gry video, kasety VHS... no właśnie. Byłem w tej dobrej sytuacji, iż znajomy mojej mamy miał wypożyczalnię owych kaset. Co więcej na półce w moim domu przez parę ładnych lat leżała jedna z nich z dwoma, katowanymi na okrągło filmami. I o ile nad pierwszym z nich-"Over the top" z Sylwkiem Stallone można by przejść obojętnie, to drugi z nich-oglądany siłą rzeczy "Dirty dancing" wyrył głębokie bruzdy na moim chłonnym, młodym wówczas mózgu.

Jednak któregoś dnia do mej videoteki młodego kinomana trafiło coś, co wprowadziło olbrzymie i nieodwracalne zmiany w mojej kilkuletniej głowie. Niezrozumiały wówczas dla mnie napis na kasecie: "Rawhead Rex" i jego polskie tłumaczenie: "Król trupiogłowy" zachęcały młodego człowieka do jego oglądnięcia. Po seansie ma psychika była zryta na tyle, że dziwię się iż dziś nie siedzę ośliniony z tępym wyrazem twarzy w jakimś miłym zakładzie typu Tworki.

Kolejne obrazy tego typu: "Dom przy cmentarzu", "Powrót żywych trupów", czy "Dzieci z kukurydzianego pola" sprawiły, że moje dzieciństwo nigdy nie było takie, jak być powinno. Gdy wieczorem wychodziłem do ogrodu na śmietnik (a za płotem mam kupę starch drzew i ciche, posępne łąki) wracając biegłem w takim tempie, że małom hajdawerów niczym sienkiewiczowy Bohun nie pogubił. Swoją drogą pewnego razu odnośnie tych drzew i łąk nastraszyłem 10-coi letniego syna sąsiada tak, że przez 2 dni wieczorem w ogóle nie wychodził z domu do ogrodu. Miałem potem spore kłopoty bo okazało się, że gość ma problemy z sercem i w ogóle było nieciekawie. Zawsze, ale to zawsze pamiętałem jednak o jednej zasadzie: nigdy nie oglądaj się za siebie...

(...)

Tegoroczne Święta Wielkanocne to była jakaś masakra. Obżarstwo i jeszcze raz obżarstwo. Drugiego dnia na głowę zwalili mi się goście (nie to, że nie lubię gości w moim domu) i wizja treningu musiała zejść na drugi plan. W dodatku pogoda była jakaś taka dziwna i szukałem 1000 powodów, byleby tylko opóźnić moment wyjścia na rower. Na koniec musiałem odwieźć gości do domu i późnym popołudniem ponure niebo oraz pierwsze, ciężkie i nieśmiało jeszcze spadające krople deszczu zwiastowały kłopoty. W drodze powrotnej jechałem już w sporą ulewę. W domu straciłem jeszcze dobrą godzinę na podchodzenie i odchodzenie od okna zastanawiając się, co tu zrobić (jakbym miał co najmniej 1000 wyjść z tego impasu) aż zrobiło się ciemno i wybiła 20:00. Trenażera niestety ze sobą nie miałem i koniec końców zdrowy rozsądek podpowiedział, że chcąc nie chcąc trzeba się chociaż tą godzinę poruszać. Zamykając furtkę i wychodząc na ulicę wiedziałem, że będzie to fantastyczne przeżycie (o ile w ogóle przeżyję). Deszcz bębnił w mój kask z niespotykaną siłą i intensywnością, a nominalna temperatura 10-ciu stopni była dosłownymi popłuczynami wczorajszych 25-ciu. W końcu jednak ruszyłem, o czym poinformowały mnie dwa charakterystyczne kliknięcia bloków, brzdąknięcia łańcucha i wyraźne trzaski mych Rapid Fire-ów. Jazda z mokrym tyłkiem to nic przyjemnego, a dosłownie po paru minutach w butach wesoło chlupała sobie woda, a napęd i tyłek były niemiłosiernie ścierane przez wszędobylski piasek. Na domiar złego nie byłem przygotowany na nocne jazdy i nie miałem ze sobą świateł, co nie zachęcało do takiego wypadu. Mam jednak swoje szosowe trasy, na których i w dzień trudno o jakikolwiek samochód (chyba, że wypadający nagle z lasu i przecinający mój tor jazdy traktor z pijanym rolnikiem w środku) więc to własnie tam skierowałem swój rower.

Jechałem oświetloną jeszcze drogą wylotową ze Starachowic, po czym minąłem ostatni zabłąkany samochód i wjechałem prosto w ciemny, ponury las. Widoczność spadła do jakichś kilkunastu metrów, przy czym sprawy nie ułatwiał uporczywie zalewający mi okulary deszcz. Tak samo z góry, jak i wracający na twarz spod przedniego koła roweru. Lasy w tamtych okolicach to nie przyjemne warszawskie Kampinosy czy Kabaty z milionem pasących się na słońcu sarenek, świergoczącymi pliszkami, tańczącymi krasnalami i pięknymi dziewicami zbierającymi polne kwiaty, ale ponure skupiska starych jodeł, czyli wysokogórskie klimaty. W takich właśnie lasach żyją niedźwiedzie... i oby tylko one. Swoją drogą pamiętam opowieść mojego kolegi, który w pewną zimową noc po zgubieniu szlaku szedł jakąś ścieżyną w poszukiwaniu schroniska. Idąc pod górę w pewnym momencie zauważył na śniegu świeżutkie ślady. Przystanął i musiał przetrzeć oczy, bo patrzył właśnie na odciśnietę jakby dziecięce ręce. Po co ktoś miałby iść i znaczyć dłonie w śniegu; musiał pomyśleć. Kiedy dotarło do niego, że dosłownie parę minut temu tą właśnie ścieżką szedł przed nim niedźwiedź, włosy stanęły mu dęba. Z duszą na ramieniu właściwie dobiegł do schroniska...

Gdy wjechałem do lasu fakt kiepskiej widoczności zaczęło pogarszać jeszcze jedno zjawisko. Nie wiadomo skąd nagle z lewej strony zaczęła wychodzić na szosę cholerna mgła i zrobiło się chłodno. W tym momencie wiedziałem, że go zobaczę, to już tylko kwestia czasu. Aż wreszcie jest. Słyszę, jak biegnie prze las równolegle do drogi, słyszę trzask łamanych gałązek. Łapami odgarnia co większe gałęzie. Wilkołak. I to nie jakiś pieprzony kucyk jak z "Amerykański wilkołak w Londynie", ale najlepszy wilkołak w historii kinematografii, czyli film "Bad moon".

O Paaaaaaaaaanie tyś jest przyyyy mnieeeeee...

Nie odwracaj się za siebie, nie odwracaj się za siebie! Wyraźnie słyszę, jak wypada z lasu na szosę. Słyszę jego łapy na asfalcie i stuk pazurów: sssnap, sssnap. Przez głowę biegnie 100 myśli na raz: jak szybko biegnie wilkołak? AAAAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!

Wypadam z lasu do małej, sennej wioski. Dżizus, to ma być trening a nie błazenada. Dobra, zrobię jeszcze jedną pętelkę aby dobić do pełnej godziny. Jest coraz chłodniej. Nie mam nawet specjalnej chęci aby sięgnąć ręką po bidon bo gdy to robię, w jakiś cudownie dziwny sposób od razu robi mi się zimniej. A tak, gdy jadę ciągle w jednej i tej samej pozycji jest w miarę ciepło. No dobra, mijam wieś i jej kilkadziesiąt domów, po czym jak to mówi mój kolega, na pełnaj kurwie wpadam w złowrogi las. Głowa pracuje niczym radar w zakresie prawie 360 stopni. Nagle widzę przed sobą jakieś światełka. Intuicyjnie, niczym po omacku rozpoznaję pierwsze kształty. Przydrożny krzyż i dwa znicze. A przy nim ktoś, lub co gorsza ktoś siedzi. Nieee, to tylko złudzenie. Mrok płata figle, mrok płata figle niczym mantrę powtarzam sławetne słowa z "Króla trupiogłowego". Kadencja wzrasta do 114 obrotów i wreszcie wyjeżdżam do świata żywych. Przede mną niespotykanie spokojny w tak deszczową noc, a jednak ponury zalew. Gdy otwieram furtkę, Polar pokazuje 01:02:00. Nigdy nie oglądaj się za siebie...

:-)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Niczym Nietzche

Nietzche powiedział kiedyś genialne, o olbrzymiej mocy dla mnie słowa.

"Jeśli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie"...

(...)

W swoim życiu przejechałem sporo prawdziwych górskich maratonów i parę etapówek (po 2 razy TransCarpatię i BikeChallenge). Niestety swego czasu z Gór Świętokrzyskich przeniosłem się do Warszawy. Jeśli chodzi o treningi MTB to powiedzmy sobie szczerze-nie ma ich tam gdzie robić. Są oczywiście zawsze jakieś namiastki, ale jak to z namiastkami bywa do oryginału trudno je porównać. Od paru lat trochę z lenistwa, a trochę z braku czasu jeździłem na cykl Mazovii w góry zaglądając raczej dla własnej przyjemności, a nie dla ścigania. Jednak w pewnym momencie ichniejsze trasy, ogromna rzesza zawodników czy wypowiedzi forumowych trolli w stylu problem startu helikoptera w Otwocku utwierdziły mnie w przekonaniu, że pora wrócić do korzeni. Forma jest, więc nie było się nad czym zastanawiać. Z racji lokalnego patriotyzmu i względnej bliskości wybrałem ŚLR z jej pierwszym maratonem w Daleszycach.

Tego dnia wstałem o 5:00 rano, żeby o ludzkiej porze przyjechać na miejsce i mieć czas na spokojną rozgrzewkę, jedzenie oraz 10-cio krotne przedstartowe sikanie. Po drodze zgarnąłem Marka i ruszyliśmy w Góry Świętokrzyskie. Bardzo dobrze znam te tereny i wiedziałem, że trasa pierwszego maratonu lekka nie będzie. Mimo to zdecydowaliśmy się wybrać dystans Master. Po dojechaniu na miejsce udaliśmy się do biura po chipy i numery. Kilkunastoosobowa wówczas kolejka poruszała się w ślimaczym tempie, co mnie tknęło. Na szczęście koniec końców dostaliśmy wszystko co potrzeba do szczęśliwego przejechania cyklu i ruszyliśmy na rozgrzewkę. Temperatura była zadziwiająco wysoka (18C), ale odczuwalna to jakieś 10 stopni przez cholernie nieprzyjemny wiatr. Chcąc nie chcąc ruszyliśmy na szosę aby rozkręcić się przed startem. W międzyczasie 3-krotne sikanie i byliśmy już zwarci i gotowi. Stojąc na stadionie zauważyłem odmienny wygląd zawodników względem Mazovii. Zdziwion byłem przeokrutnie, że nie ma tu powszechnie występujących na wspomnianym cyklu grubasów spadających z dwóch stron łóżka jednocześnie i zakładających pasek od spodni bumerangiem. Cóż, szykowała się nam nie licha przygoda. 95% osób szczupła i wycieniowana niczym rurki Tange Prestige. Nieco przed 11:00 łykam żel i czekam na wystrzał, okrzyk "start", golasa biegnącego przez boisko czy cokolwiek, co oznajmiłoby, że ruszamy. Niestety wokół cisza. Po chwili spiker informuje nas, że start (z powodu dużej liczby rejestrujących się zawodników) odbędzie się nieco później. Cóż, nieco zdenerwowani zasiadamy na murawie, by po kilkudziesięciu minutach wyruszyć na drugą rozgrzewkę (w międzyczasie zdążyliśmy znów zmarznąć). Niestety po zejściu z roweru i 6-cio krotnym już nerwowym siku dowiadujemy się, że start jest znów przesunięty; tym razem ostatecznie i na godz. 12:45.

Wśród maratończyków nastał popłoch. Ktoś krzyczy do dzieci, że czasu mają sporo i jadą na mszę, ktoś gorączkowo szuka drugiego worka z krwią do przetoczenia. A ja czekam na trzecią rozgrzewkę z kolei. Wreszcie po trudach i znoju 10-cio krotnego sikania stanęliśmy na linii startu. Wśród nas M. Rutkiewicz znany z zawodowego peletonu TdP. Dla mnie to przyjemność startować z tego typu osobami, ale facet ze swoimi szosowymi butami i sztywnym widelcem wydaje się być nieco odłączony od rzeczywistości. Zresztą, nie mnie osądzać. Tuż przy mnie stoją zawodnicy warszawskiego Legionu. Wśród lokalesów ich obecność powoduje komentarze typu "niech stoją z przodu, dobrze rozprowadzą peleton". Po chwili Mazi wchodzi do samochodu pilota, zamyka sie w kabinie i... rusza, wywołując wśród wszystkich niemałą konsternację. Jedziemy, czy nie? -pytają co rusz ludziska. W końcu pilot zatrzymuje się, macha nam ręką i zaczynamy jechać. Tempo jest początkowo wręcz spacerowe, ale po zatrzymaniu sie Maziego, Rutkiewicz rusza jakby miał przeprowadzić ucieczkę na jednym z wielkich Tourów. Tempo staje się "mazowieckie". Trzymam czołówkę i jadę w pierwszej 10-tce ale w końcu nieco odpuszczam bo wiem, że źle może się to skończyć. Mija mnie parę osób z wywieszonym jęzorem co utwierdza mnie w słuszności mej decyzji.

Po chwili wjeżdżamy w las i przed nami pierwszy, dość piaszczysty podjazd. Peleton dzieli się na kilka małych grupek. Następnie mamy do pokonania b. szybki, szutrowy odcinek, a na moje koło bez pardonowo siada mazowiecki biker (nie będę wskazywał paluchem), po czym odpocząwszy odjeżdża mi na pierwszym podjeździe. A niech ma...

Gdy dojeżdżamy do pierwszego, stromego single tracka znanego mi z zeszłorocznego objazdu trasy, widzę całą masę zamęczonych ludzi, których teraz wyprzedzam. Idzie mi coraz lepiej. Potem tylko szybki, kamienisty zjazd, na którym nadrabiam jescze jedną pozycję śmigając bokiem. Nota bene to tu glebę zalicza Rutkiewicz i wycofuje z dalszego ścigania. Mijam go, gdy próbuje załatać oponę z boku trasy. Do 20-ego kilometra jedzie mi się nieźle i trzymam tempo czołówki. Przed 30-stym jest nieco gorzej, a na 40-ym odcina mi zupełnie prąd. Przedstartowe rozgrzewki i bezsensowne przyjmowanie pożywienia skutkują tym, że teraz na żele nie mogę wprost patrzeć, bo mam już odruch wymiotny. Zaczyna boleć mnie brzuch. Jest coraz gorzej. Na domiar złego na plecach mam bukłak, z którym nie jeździłem chyba od roku i bolą mnie one potwornie. 50-ty kilometr to był już dramat. Zacząłem patrzeć w czeluść, aż wreszcie i ona otworzyła oczy, po czym przenikliwie spojrzała na mnie. Denerwowało mnie wszystko.

Zaczęło się od non stop kaszlącego i charczącego jegomościa, który po wyprzedzeniu mnie nie miał siły odjechać dalej, a ja z kolei nie mogłem go wyprzedzić. Więc jechałem za nim a on jechał i kaszlał i kaszlał. Szczerze mówiąc miałem niebywałą ochotę zejść z roweru, wziąć do ręki jakiś kij i zdzielić go nim konkretnie po głowie. A następnie jechać dalej w błogiej ciszywśród śpiewu ptaków i szumu drzew. Następnie wkurzyły mnie dwie spasione pindy gdzieś na szczycie podjazdu przed Widełkami. Planowałem sobie elegancko podprowadzić, ew. podjechać na 22T i z takim zamiarem dojeżdżałem do jego podnóża. Niestety zadzieram głowę do góry a tam one z tępym wyrazem twarzy patrzą na mnie. Nie mogłem więc podprowadzać ani mielić w miejscu, tylko należało wyjechać całość ze środka, co zrobiłem trzęsąc się z nerwów.

Na szczęście miejscowi umieli budująco okazać wyrazy współczucia. Piękna pofałdowana łąka usiana mleczami wśród gór. Do tego fantastyczna wijąca się ścieżka, a nią idący menel. Sielanka niczym z bieszczad i kawałków KSU. Gdy mnie zobaczył, krzyczy z daleka: "szybciej, szybciej, czołówka przed tobą!!!" Na taką zaczepkę postanowiłem odpowiedzieć usmiechem i sympatycznie zagaiłem: "jadę jak mogę :-)". Na co żul charcząco i przekąsem: "to coś kurwa słabo jedziesz!" Oczywiście były też i miłe akcje. Na którymś z asfaltowych podjazdów stali autochtoni i gromadka małych autochtońskich dzieciaków. Zobaczywszy mnie dzieci wystawiły łapy, abym przybił im piątkę. Mocno mnie to podbudowało. Jadę jakieś 100m dalej i widzę przed sobą całkiem przyjemną laskę, która wyciąga swą przepiękną, muślinową dłoń i boskim głosem rzecze: "Ja też!", przy czym na jej twarzy kwitnie rozbrajający uśmiech. Czytając jeden z poprzednich wpisów pt.: "Agrykola" wiecie, jak działam na kobiety. Podjeżdżam więc i szarmancko wymierzam jej siarczystą piatkę upaćkaną w klejących żelach rękawiczką.

Na szczęście kiepskie morale podnosi przepiękna wprost trasa. Trasa, która pokazuje dwa oblicza: to z pazurem i to łagodne, piękne. Dla przykładu zjeżdżałem genialnym, technicznym single-trackiem w dół, przy czym nie wiadomo skąd na drodze pojawiły się krzaczory dzikich róż i konkretnie pocharatały ramię. Mój kwik słychać było chyba na mecie w Daleszycach. Ale co tam, jadę dalej i dosłownie 20 metrów przed sobą widzę biegnącego łąką majestatycznego jelenia. A spotkać go nie tak łatwo. Sarnę to i owszem, te są wręcz pospolite jak kury zawsze uciekające pod koła roweru. Ale jeleń...

Na 60 kilometrze wiedziałem już, że do mety blisko i sporo będzie w dół oraz po płaskim. Korzystając z najgłębszych rezerw mocy swego organizmu wrzuciłem na blat i zacząłem przyspieszać. Kiedy wypadłem z lasu na końcowe kilometry asfaltu, dopingował mnie nawet wiatr napierdzielając centralnie w twarz. Na metę wpadłem nieprzytomny. Dodać tutaj muszę, że jadąc czy idąc na trasie, moja gorsza połowa osobowości chichotała w głowie podając obrazy Marka, który powinien być ze 20 km. za mną na trasie i złorzeczyć tysiąc razy gorzej.

Wyobraźcie sobie zgrozę pomieszaną z niedowierzaniem, zaskoczeniem i setką innych, najgorszych uczuć gdy stałem przy bufecie a tu Marek z czyściutkim już rowerem klepie mnie po plecach i mówi "siema!" Włosy stanęły mi dęba i byłem pewien, że nade mną krąży helikopter "błękitny 24", a zaraz podejdzie do nas reporter TVN i powie, że kręci materiał o ostatnim zawodniku, który wjechał na metę w Daleszycach. Oczywiście wszystko LIVE! "Na szczęście" okazało się, że facet miał defekt i chcąc nie chcąc musiał wycofać się z wyścigu.

Cóż, 6 miejsce zdobyte na XC AZS-u tydzień wcześniej + mordercze interwały w tygodniu zaowocowały taką a nie inną formą w Daleszycach. Pocieszające jest to, że to dopiero początek i będzie można jeszcze się odkuć. W pierszej kolejności dziękuję mojemu rowerowi (który stoi teraz obok i łypie na mnie klamką), że wbrew idiotycznemu hasłu "to nie XTR-y napędzają rowery" dowiózł mnie do mety. SID '98 potwornie wytrzepał mi nadgarstki, choć dzień wcześniej przytomnie spuściłem po 5 PSI z obydwu komór. Następnym razem trzeba będzie spuścić jeszcze mniej, bądź przeprosić się ze sprężyną negatywną. Co więcej, gdzieś na trasie zostałem rozpoznany (choć przez zalegające na komponentach błoto miałem pozostać incognito) przez bikera, który mijając rzucił pozdrowienie dla mego tytaniaka. Wówczas mocno mnie to podbudowało i bardzo mu za to dziękuję :-)

Podziękowania należą się także organizatorom za fantastyczną trasę i klimat prawdziwego MTB. Zawsze śmieszą mnie opinie ludzi, że nie spodziewali się czegoś takiego po tych rejonach. No ale może na ich mapach widnieje napis "Pagóry Świętokrzyskie". Dla mnie było to coś pięknego i polecam Ligę każdemu twardzielowi, który ma odwagę rzucić wyzwanie tym trasom. Pamiętajcie, że czeluść czyha.

P.S. A na koniec mały bonus w postaci mej osoby uwiecznionej przez forumowego kolegę o nicku "kmieciu":

 

niedziela, 10 kwietnia 2011
Jak grom z jasnego nieba

Pamiętacie Marcellus'a Wallace'a z Pulp Fiction jak siedział związany z czerwoną piłką w ustach?

Z nieoczekiwanymi sytuacjami często tak to już jest, że oprócz zaskoczenia niosą ze sobą jakąś puentę, nad którą warto się zastanowić. Czasem podążają swym własnym torem, niekiedy pozwalają sobą sterować a co chwilę dają tylko nam tak o sobie myśleć.

Swego czasu (a był to czerwiec) wracałem z kolegą z uczelni. Jakoś tak się złożyło, że trafiliśmy do jednego z warszawskich centr handlowych. Bodajże chciałem kupić bikeBoard w Empik-u. Jako, że było cholernie gorąco a i tak szukałem dla siebie krotkich spodenek, postanowiłem wstąpić do sklepu North Face. Znalazłem coś w miarę przystępnej cenie i poszedłem zapłacić do kasy. Lubię ten sklep z tego powodu, że zawsze do zakupów dorzucają jakiś fajny prezent. Kiedyś dostałem ciekawą, outdoor-ową butelkę (np. na izotonik), więc i tego dnia oczekiwałem czegoś sympatycznego.

I faktycznie, miła pani zastanawiając się przez dłuższą chwilę co może mi zaoferować (jakkolwiek dwuznacznie to brzmi) zadała mi następujące pytanie:

"Jaki sport pan uprawia i czy potrzebuje do niego mocnych rąk?"

Po takim pytaniu powinienem zostać z nią na kolację połączoną ze śniadaniem, ale odpowiedziałem tylko skromnie, że jeżdżę na rowerze górskim a mocne dłonie i owszem, są przydatne. No bo niby co miałem powiedzieć.

Pani ładnie się uśmiechnęła i wręczyła mi jakieś 10 czerownych piłeczek (podobną miał przyjemność nosić wspomniany Marcellus). Jak się okazało ćwiczy się na nich siłę palców (np. przy wspinaczce). Grzecznie podziękowałem, wrzuciłem piłki na wierzch przepastnej torby i poszedłem do toalet przebrać się w nowe spodenki. Toalety podzielone były na zamykane boksy; zająłem więc jeden z nich. Sięgnąłem do torby chcąc wyjąć spodnie i zapomniałem o tych pieprzonych czerwonych piłkach. I co? I oczywiście wysypały mi się na podłogę, a następnie wszystkie jak jeden mąż wturlały do sąsiedniej kabiny, w której od paru minut ktoś usilnie starał się pozbyć "niewygodnego ciężaru". Rzecz jasna przy moim szczęściu owa kabina nie mogła być po prostu pusta; to już było przesądzone na starcie. Stękanie ustało i zapanowała nieznośna cisza. Ja postanowiłem nie wychodzić za żadne skarby świata i przeczekać gościa choćby do zamknięcia całego cholernego centrum. Zresztą czy wyobrażacie sobie sytuację, gdy siedząc na tronie do kabiny obok wchodzi jakiś gość i po chwili turla do Was czerowone piłeczki? Historia jakkolwiek idiotyczna wydarzyła się naprawdę i jak to na nieoczekiwaną sytuację przystało, pozostawiła po sobie puentę: zawsze sprawdzaj kabiny obok :-)

Druga niespodziewana historia miała miejsce w tą sobotę. 2 dni wcześniej zadzwonił do mnie mój trener i powiedział, żebym pojechał na XC na Forty Bema. Szczerze mówiąc nigdy nie jechałem czegoś takiego. No, raz prawie udało mi się śmignąć na Kopę Cwila (to taka warszawska górka, króra gdy jest objeżdżana któryś raz z kolei potrafi dać nieźle w kość), ale po objechaniu 1 raz (słownie: jeden) trasy stwierdziłem, że to nie dla mnie. Dlatego też jeśli mam być zupełnie szczery, czułem lekkie mrowienie na karku. Zdenerowanie nieznośnie podsycał fakt pięciokrotnej wizyty w toalecie na "jedynkę" (sikanie) i dwukrotnej "dwójki" (wiadomo). Czyli jak to zawsze przed startem. Na szczęście forma jest, bo muszę nieskromnie przyznać, że jednak kilkumiesięczne katorgi na treningach przyniosły spodziewany efekt. Na pierwszym maratonie poszło mi zdecydowanie nieźle: 14-sty w Open, podczas gdy z reguły na otwarciu przyjeżdżałem w okolicy 30-ej lokaty. No ale XC to jednak nie maraton...

Niestety tego dnia było cholernie zimno. Uczucie skostnienia dodatkowo potęgował bardzo silny wiatr a ja miałem nieodparte wrażenie, że gęstnieje mi płyn w gałkach ocznych. W ok. 10-cio osobowej kolejce do biura zawodów stałem dobrą godzinę i kiedy wreszczcie wracałem do samochodu ze swoim numerem i chipem miałem nieodpartą chęć rozkręcić na full ogrzewanie, i przy dźwiękach "Funeral" Band of horses ruszyć z kopyta do domu. Poprzestałem jednak tylko na schowaniu się do ciepłego wnętrza auta. Jak już tam jednak wszedłem, to za nic w świecie nie mogłem się zmobilizować do przebrania w ciuchy rowerowe, o rozgrzewce nie wspominając. Start Elity miał odbyć się o 13:30, ale nikt nie wiedział tego na pewno.

Kiedy w końcu wyturlałem się z rowerem, musiałem wyglądać jak Koralgol, czyli największa pi$%a wśród niedźwiedzi. Gdy zacząłem kręcić było trochę lepiej, ale każdy Watt mocy idącej w ogrzewanie ciała był bezlitośnie usuwany z organizmu przez nader natrętny wiatr. Koniec końców jeździłem dobrą godzinę, bo start miał obsuwę.

Gdy ruszyliśmy, miałem stratę dobrych 30 miejsc do czołówki. Kiedy wjeżdżałem na pętlę, oni byly już prawie w połowie. Dodatkowo XC to prawie non stop kręty, techniczny single track, na którym wyprzedzanie w początkowej fazie wyścigu było właściwie niemożliwe. No chyba, że na chama z czym się kilkakrotnie zetknąłem ale to nie w moim stylu. Na szczęscie peleton szybko się rozciągnął i mogłem zacząć atakować. Na pierwszym okrążeniu strasznie żałowałem, że się urodziłem ale na kolejnych było coraz lepiej. Cały czas parłem do przodu a trasa zaczęła mi sprawiać tyle frajdy, co pierwsze wypady w góry ileś tam lat temu. Wchodzenie w zakręty ślizgiem, kilka szybkich zjazdów (w tym jeden techniczny) i podjazdy... oraz zero chwil na odpoczynek. To coś zupełnie odmiennego, niż maraton. Tu cały czas się coś dzieje; musisz być skupiony i kontrolować sytuację. Problemy zaczęły się z pierwszymi dublami. Z reguły ludzie zachowywali się naprawdę fair i puszczali szybszych, ale raz na zjeździe jakiś młodzian przyblokował mi drogę i spanikowany za nic w świecie nie chciał zejść na bok. Koniec końców i ja musiałem sprowadzić przy czym idę o zakład, że będę miał 20 fotek z tego momentu i ani jednej, kiedy zjeżdżam. To już praktycznie przesądzone.

Podsumowując zdecydowanie polecam wyścigi tego typu komuś, kto jeszcze nie próbował. Warto, bo to same nowe doznania. A na koniec jeszcze słówko o sprzęcie, bez którego nie mógłbym żyć :-) Wreszcie mogę powiedzieć, że złożyłem rower idealny. Co ciekawe na każdym z poprzednich jeździło mi się świetnie, ale aktualny jest perfekcyjny. Oczywiście zawsze można coś wymienić i już teraz myślę o pierdołach typu lock ring Soul Kozak wymienić na tytanowy Chris King'a, a zamiast piast XTR spróbować Tune z tytanowym (a jakże) bębenkiem. Interesujące było dla mnie to, jak w formule Cross Country sprawdzi się korba 3-tarczowa versus XTR czy FRM z dwoma zębatkami, które widziałem u niektórych zawodników. Cóż; sprawdziła się wyśmienicie. 95% trasy i tak jechałem ze środka wachlując tylko nieustannie prawą manetką, także nie zauważyłem strat czasu przy zmianach biegów. Dodam tylko, że po raz kolejny utwierdzam się w słuszności stosowania wersji Rapid Rise, czyli odwrotnej sprężyny. Dźwięki, jakie wydawały napędy konkurentów podczas podjazdów potrafiły przyprawić o palpitację serca, a dwa urwane łańcuchy dopełniły czary.

A mottem tej historii jest to, że czasem nie warto się opierać czemuś, czego nie znamy mając tylko mgliste o tym wyobrażenie. W najgorszym przypadku dołożymy sobie tylko kolejne doświadczenie do stale powiększającego się bagażu, a to jest chyba najważniejsze. Do zobaczenia na kolejnym XC :-)

21:17, punkxtr
Link Komentarze (2) »