Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
sobota, 28 kwietnia 2012
Uwaga! Treść dla ludzi z wyobraźnią...

Człowiek z wyobraźnią. Tak trudno dziś o niego.  Kim jest? Pewnego razu mój brat wybrał się z kolegą do pracy w Niemczech. Studenci. Ów kolega był człowiekiem z grubsza ciosanym, który nigdy nie był w dużym mieście. Oczywiście poza tym, w którym studiował. Dla mnie nie ma w tym niczego złego... A może jest nawet coś dobrego. Niemieckie aglomeracje musiały go przerażać. Czy muszę wspominać, że o istnieniu ścieżek rowerowych nie wiedział? Szli razu pewnego przez miasto; kolega z wielgachną torbą na plecach. Przypomnijcie sobie największą torbę na ramię, którą widzieliście i pomnóżcie to przez 2. Oczywiście w Niemczech nikt po ścieżkach rowerowych nie chodzi. Gdy mój brat zauważył, że kolega dziarsko maszeruje owym ciągiem, szybko chciał zwrócić mu uwagę, że... Lecz nie zdążył. Sekundę później dało się tylko słyszeć przeraźliwe ACHTUNG!!!, ACHTUNG!!!, po czym obaj, tj. kolega i rowerzysta leżeli na ziemi, a całości dopełniało miarowe, coraz wolniejsze cykanie shimanowskiego Nexus-a i błysk szprych w zachodzącym słońcu.

Czy kolega mojego brata nie miał wyobraźni? Ależ miał. I to chyba taką, o jaką mi chodzi. 

Dziś wracałem z wieczornego treningu. Cieplutko, a na twarzy delikatny wiaterek przywodzący na myśl wszystko, co najlepsze. Mrok nocy powoli okrywał wszystko dookoła, jednak wysoko ponad głową przebijał się jednak jeszcze błękit nieba. Chyba mamy lato :-) Na pewno wiecie, że w nocy jedzie się dwa razy szybciej, niż w dzień. Dziś jednak wcale tak nie było, bo miałem ochotę rozpłynąć się w każdej upływającej minucie i mocno chwycić ją w dłoń. Ten ciepły wieczór przypomniał mi dzieciństwo i powroty ze szkoły, żeby pobawić się w podchody i pojeździć na rowerze. Przypomniał mi smak oranżady w proszku, której przecież nikt nigdy nie rozrabiał w wodzie. Stan nieskrępowanego szaleństwa i wolności ograniczanej jedynie siłą naszych młodych umysłów. Przypomniał mi się zapach sosen i odgłos piasku usypującego się spod stóp w lesie, podczas wieczornego spaceru z dziewczyną. Uśmiechnąłem się na myśl o tym, jak na rowerowe wyprawy nie brało się pompki i dętki, a gumy nie złapał nigdy nikt :-) A za chwilę mam przed oczami Mazury i czuję zapach pewnych włosów, szum wiatru znad jeziora i ciepły piasek pod stopami. Ognisko, a rano powrót pociągiem do niechcianej codzienności. Żyć jakby dziś nie było jutra? Nie, nie patrząc w przeszłość nie ma się przyszłości. I tego zawsze się trzymam. A rower to wehikuł do przenoszenia się w głąb naszej psychiki dla ludzi z otwartą wyobraźnią. Szczególnie w takie wieczory, jak dziś.





22:01, punkxtr
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Daleszyce 22.04.2012 - relacja z maratonu

 

Preludium.

To była dziwna, kwietniowa noc. Jedna z tych, kiedy wyglądając przez okno w środku miasta widuje się zamglone wrzosowiska i psa Baskerville-ów, a na ulicach wiatr przewala kuliste krzaczki jak na amerykańskich filmach. Gdy zobaczyłem swe nad wyraz głupie odbicie, szybko odkleiłem nos od szyby, od której z uporem maniaka odbijały się grube krople deszczu jak gdyby za wszelką cenę chcąc dostać się do środka mieszkania, niezrażone niepowodzeniem wszystkich swych poprzedniczek. Godnie wtórował im zimny, północny wiatr; swym basowym świstem wzbudzając niepokój wśród najbardziej hardych serc. I choć ja sam, twardy człowiek ze starachowickich wzgórz, za którego się wtedy uważałem widziałem już dużo i niewiele mogło mnie zdziwić, oto delikatny dreszcz przebiegł mi po plecach. O tak, dziwna noc. Zmęczone palce z coraz większym trudem nawlekały kolejne koraliki Nokon-a, a myśli co chwila wybiegały naprzód za nic w świecie nie chcąc pomóc ciału w uwieńczeniu rozpoczętego dzieła. Tamte obrazy wciąż miałem doskonale wryte gdzieś w moim umyśle, choć zamknięte na klucz. Niestety drzwiami ze spróchniałych desek, które właśnie się rozpadły, a ziejąca czeluść otwierała uśpione dotąd oczy. Dobrze znam to spojrzenie. Daleszyce, co mnie w nich czeka?

Ta burzliwa noc poruszyła nie tylko mnie. Aaaah, aaaah, doszedł mych uszu kobiecy głos wykrzyczany przez całkiem zgrabne, jak mi się wydawało usta. Ooooh, ooooh, oto tym razem podwoje betonowej podłogi przebił tubalny głos dziarskiego rodaka z dziewiątego piętra. Iiiii, iiiii, iiiii, nieco mniej dostojnie wtórował im tapczan. Do boju, chłopie, pomyślałem drżącą ręką nasuwając kolejny koralik. Do diabła, dlaczego i ja nie siedzę tu teraz z co najmniej równie uroczą koleżanką? Bum, bum, bum, głośno zaczęły dobijać się rozbudzone myśli. Gulp, przełknąwszy ślinę, już szybciej wsunąłem kolejny koralik. Daleszyce, Daleszyce. 

Tej nocy długo jeszcze nikły blask kaganka z mych okien, przemieszany z seledynową barwą smaru Dura Ace, próbował rozświetlić nieprzenikniony mrok tej dziwnej nocy. To już ostatni koralik. No, teraz czas na mój rewanż. Tym razem to ci z dołu musieli słuchać seksownych odgłosów dochodzących z mojego mieszkania. Niech mają. Do późnych godzin wieczornych, z mego pokoju dobiegał bowiem głośny i miarowy odgłos cyngli Rapid-Fire-ów iksteera wespół z przednią przerzutką FD-M952. A ja, niczym ujarany licealista klikając bez opamiętania, długo jeszcze rozdziawiłem gębę ciesząc trzy zmysły doskonale zmontowaną bronią na nadchodzącą bitwę. Jak mawiają starzy ludzie, ktoś nie śpi by spać mógł ktoś.

(...)

Żeby maraton poszedł dobrze, oprócz siebie trzeba przygotować i rower. Na parę dni przed wyścigiem wyplotłem wreszcie leciwą, ceramiczną (niegdyś) obręcz X-517. Ależ to był top w tamtych latach. Gdy człowiek przeglądał katalog, nawet nie zatrzymywał się specjalnie długo przy tej pozycji patrząc na nierealność ceny względem zawartości portfela. Oglądając ją w dłoniach, powoli przypominałem sobie każdy przejechany na niej kilometr. A trochę ich było przez te 8 lat. Co ciekawe po starciu warstwy ceramicznej, mam teraz właściwie nową alu :-) Żeby nie było zbyt łatwo, u polskiego dystrybutora ostatnią XC-717 Ceramic sprzedano 3 lata temu. Dopiero naprawdę żmudne poszukiwania w wielkim świecie poskutkowały sporawą paczką z wyselekcjonowaną, ultra-lekką wersją 390 g. (katalog podaje 420 g.). Patrząc na wyplecioną obręcz doszedłem do wniosku, że to wcale nie jest kawałek zwykłego, bezdusznego metalu. Ileż to razy uratowała mi tyłek? Wiecie co? Powinni zrobić cmentarze dla rowerowych części. To byłby dobry biznes; pionierski. Równiusieńko wykoszona trawa, bieluteńkie ławeczki, a na środku pod błękitnym niebem maszt z łopoczącą flagą. Nagrobki byłyby świadectwem minionych dziejów. "Tu spoczywa karbonowy Storck. Sztywny już za życia". Albo: "Na wieczną pamiątkę Fox-a. Zabujał się na śmierć... w SID-zie". Czy może tak: "Węglowe Schmolke, co spękało na zjeździe. Niech mu niebo lżejszym będzie". A my, za kilkadziesiąt lat już o lasce będziemy opowiadali:

-Spójrz, wnusiu, to tu ponad 30 lat temu pochowałem pedały XTR. Uhu, uhu, uhu (przerwa na kaszel).

-Pierdolisz dziadek, teraz to się deskolotami śmiga. W ogóle to nie wiem, po co przywlokłeś mnie na ten popieprzony cmentarz dla dziwaków. To przez te twoje zjebane rowery babcia od nas odeszła! Szlast, szlast, nóż młodocianego bandyty raz po raz miękko przebijał letnią kurtkę, barwiąc ją na purpurowo... Ekhm, sorry. Chyba się za bardzo rozkręciłem.

No cóż, tak mogłoby być. Ale nie ma co marzyć, wracajmy do rzeczywistości.

Do wspomnianego kompletu zakupiłem stosowne opony, a po otwarciu przesyłki pokój wypełnił jeden z moich ulubionych rowerowych zapachów-nowej gumy. Dlaczego nie robią gumowych perfum?

Co ciekawe to właśnie owe "laczki", a nie high-endowe komponenty pobudziły moją wyobraźnię, kiedy to poczułem się znów jak licealista kupujący Dębicę za 25 zł. ciułane przez 3 miesiące. Ciekawe, jak będą trzymały na mojej ulubionej trasie w Starachowicach. Albo jak wejdę w ten zakręt po zjeździe z "kopalni". No i ten napis: dyskretny WCS z tęczową otoczką. Kurcze, nawet nie wiecie, jak długo można gapić się na dwie opony.

W Starachowicach byłem już w piątek. Robiąc sobotni trening jak obuchem uderzyła mnie w głowę pewna myśl: polska wieś stała się postępowa. Nikt już nie rzuca kamieniami, nie goni motorem z kijem w ręku... Gdy przejeżdżałem obok miejscowego sklepu, usłyszałem tylko: Armstrong, jebany! I wiecie co? Było mi niezmiernie miło, że jestem właśnie jebanym Armstrongiem. Ważne, że autochtoni wiedzą już co w trawie piszczy, jeśli chodzi o kolarstwo. 

W niedzielę rano przywitała mnie świetna pogoda. Pojechałem do Nowej Słupii po Krzyśka, skąd uderzyliśmy prosto na Daleszyce. Przed startem krótka wymiana zdań z Danielem i jedziemy na rozgrzewkę. Szczerze mówiąc nie liczyłem dziś na dobry wynik. Pudło tydzień temu w Piasecznie (he, he, he) nie przybliżyło mej regeneracji. Pozytywnie zaskoczyło mnie jednak to, że tętno miałem niskie a nogi dość dobrze kręciły. 

Sam start tym razem bezproblemowy; nie było żadnej obsuwy. Bez Rutkiewicza nie osiągnęliśmy 50 km/h na asfalcie i 180 ud./min., tylko bardzo spokojnie rozprowadzaliśmy peleton. Pierwszy podjazd zweryfikował umiejętności techniczne i przewidywania bikerów. Patrzę przed siebie, a ludzie na semi-slickach "mielą" w miejscu, zsiadają z rowerów. To chyba ten zapowiadany najazd Mazovian na Góry Świętokrzyskie. Na szczęście nowiutkie Ritchey-e zaopiniowane przez Krzycha trzymają mnie doskonale. Jednak na zjeździe pierwsze zaskoczenie: jadę jak najgorszy kasztan. Łapy na heblach i słyszę tylko syk ceramicznych obręczy. Wszyscy mnie doganiają, a część nawet wyprzedza. No tak, kiedy ja byłem ostatnio w górach? Na szczęście odrabiam z nawiązką na podjazdach i czuję, że noga dziś podaje. Po chwili prowadzę kilkuosobowy peleton. Na początku chłopaki dają jeszcze zmiany, ale później muszę sam ich ciągnąć. Gdy ktoś wychodzi na prowadzenie, prędkość spada o dobre kilka km. Ok., poradzę sobie sam, myślę i cisnę do przodu. 

Po trochu zaczynam urywać ich z koła. Nagle dojeżdżam do wsi, a na środku drogi, niczym strach na wróble stoi facet z rozcapierzonymi ramionami. Wskazuje kierunek skrętu, myślę sobie. Dojeżdżam do niego, zwalniam i chcę skręcać. Ale, kuźwa, gdzie? Droga prowadzi prosto, a w prawo tylko skręt do jego zagrody. Patrzę wyczekująco w ogorzałą twarz, a chłop mi rzecze: "To kurwa moja droga!" i próbuje zrzucić z roweru. W ostatniej chwili udaje mi się go ominąć, a ów ten sam myk próbuje zrobić z pozostałymi maratończykami. Jak dowiem się już na mecie, był to słynny autochton z siekierą, który bodaj 2 lata temu biegał z nią za uczestnikami wyścigu. Fajny ten świętokrzyski folklor, zawsze to powtarzam. 

Na 20-30 km. do mety doganiam dwóch chłopaków na fullach Spec-a z kołami 29". Rowery na podjazdach bardziej im przeszkadzają jak pomagają, więc uciekam do góry. Niestety dochodzą mnie na zjazdach, gdzie tak właściwie ich blokuję. Przed nami Zamczysko. Muszę uciec do góry, żeby nie stracić na zjeździe. I faktycznie, trochę im dokładam, po czym na drodze w dół już siedzą mi na ogonie. W dodatku zaczyna mnie łapać skurcz w łydkę. Sam z jazd z Zamczyska niczym poezja. Paweł i Gaweł w jednym stali... nie, nie. Litwo, ojczyzno moja... nie to! Jeszcze Polska nie zginęęęęła, póki myyyyyyyyy... !!!

W pewnym momencie przy przejeździe przez niewielką rzeczkę, patyk oplata moją kasetę i nie mogę zmieniać biegów; łańcuch zaczyna strzelać jak opętany. Muszę się zatrzymać, a chłopaki widząc defekt oglądają się za siebie i spindalają aż się kurzy. Krew we mnie zawrzała. To tak się robi? Ok., wyrywam patyk i gonię uciekinierów. Dochodzę ich po chwili, po czym czekam na dłuższy podjazd i dokładam na tyle, że do samej mety dojeżdżam z bardzo dużym zapasem przewagi. Po raz kolejny okazuje się, że maratony wygrywamy na podjazdach. Na mecie miałem wrażenie, że przejechałem fajną wyrypę, a tam Krzychu mi mówi, że trasa spoko, ale łatwa. I tak oto zostałem zgaszony niczym światło w łazience. Szkoda, że technicznie jechałem dziś jak ostatnia fajtłapa, ale po chwili się rozkręcę. 6 miejsce w Open i 4 w M2 dobrze rokują na przyszłość. W końcu Armstrong i to nie byle jaki, tylko jebany, do czegoś zobowiązuje :-)

10:23, punkxtr
Link Komentarze (8) »
czwartek, 05 kwietnia 2012
Wiosenny zawrót głowy

Cześć!

Co u Was?

U mnie też w porządku. Z ciekawszych informacji, spalił mi się komp. Nie, nie zajął się żywym ogniem. Po prostu pewnego dnia się zawiesił i odmówił dalszej egzystencji na tym ziemskim padole łez. Żeby 8-letnie komputery...

Ok., ale co można robić, gdy brak peceta i co gorsza, Internetu? Mam biegać dookoła bloku tocząc fajerkę pogrzebaczem? Aha, kiedyś bawiłem się też w podchody. Człowiek rysował strzałkę i spierdzielał do lasu. Zwłaszcza, gdy szukały dziewczyny. No nic, dostępu do sieci nie ma, więc rozbiorę sobie amortyzator. Dawno, dawno temu po udanym rowerowym zakupie, rozkładało się każdą część, żeby zobaczyć jak wygląda w środku. Najczęściej później ponownie płacąc w tym samym sklepie tylko po to, aby fachowiec złożył do kupy rozbebeszony widelec. SID co prawda od ubiegłego roku warunków ekstremalnych doświadcza tylko wtedy, gdy otwieram okno, ale przegląd można zrobić. Spuściłem więc powietrze, pokręciłem, postukałem i rozdzieliłem golenie. Wyciągam szaft z tłumikiem, a moja twarz przyjmuje dziwny wyraz. Taki, gdy człowiek przyzwyczaja się do czegoś; dobrego lub złego, ale po prostu z tym żyje a nagle ręka boska czy zwykły przypadek wprowadzają niechciane novum. Podobny wyraz twarzy mieli Niemcy w pewnej niewielkiej knajpce, gdy do niej wparowałem i powitałem ich doniosłym, zapamiętanym ze szkoły "guten Tag!" (to mniej więcej tak, jakbym wszedł do polskiego lokalu mówiąc głośno "witajcie, gospodarze"). Ale do tematu... Coś ta sprężyna dziwnie skompresowana. Bliższa inspekcja wskazuje, że pękła na 5 części. W sumie piątka zajmuje dość strategiczne miejsce w moim życiu, gdyby głębiej się nad tym zastanowić. Już wyobrażam sobie wizytę w sklepie rowerowym. Dzień  dobry, poproszę sprężynę do SID-a, rocznik 1998. Na szczęście ma się te znajomości i już drugiego dnia jestem bogatszy o 2 nowe części. 

Ale nie o tym miał być ów wpis. Miałem skrobnąć coś o wiośnie i o tym, jak fajnie wówczas pomyśleć o rowerze. Bo po zimie jest zawsze jeden, jedyny dzień, w którym wiecie, że oto właśnie przyszła. Powietrze robi się nagle jakieś inne; omiatają Was podmuchy głębsze, ale subtelne, o mocnym, orzeźwiającym zapachu. I człowiek nagle czuje nieodpartą chęć wskoczenia na rower i pokręcenia po ulubionej ścieżce. Nieważne, że jest jeszcze trochę błota. Istotne, że jakby nieco cieplejsze słońce skrzy się w mijanych kałużach, a przed sobą czujecie nadchodzący, lepszy sezon. I choćby na drugi dzień miał sypać śnieg oto wiecie, że moc jest z Wami. Tak zawsze czułem się wielokrotnie x lat temu, gdy wracając ze szkoły z zimową kurtką już na ramieniu, ze słuchawkami na uszach i "Gone away" grupy The Offspring w głowie widziałem przejeżdżającego obok bikera. Nogi wtedy same raźniej prowadziły do domu, wyciągałem rower i okryty tym niesamowitym, jedynym w swoim rodzaju wiosennym powietrzem, niemal namacalnie wywiewającym wszystkie ciężkie myśli, kręciłem przed siebie. 

A kiedy tylko pierwsze, mocniejsze promienie słońca dosięgną ziemi, zaczyna się. Temperatura kilkanaście stopni powyżej zera, a na drogach rewia letniej rowerowej mody. Gdy patrzę na niedzielnego rowerzystę, to nawet nieszczególnie się przejmuję. Krótki rękawek, krótkie spodenki. Co z tego, że na starość będzie musiał być noszony chyba przez matkę w lektyce, bo Rohloff-em kolan nie naoliwi. Z drugiej beczki pojawiają się tzw. dziadki. Mają swoje dziwne przyzwyczajenia, swego czasu zimową porą do jednego z warszawskich sklepów przyjeżdżał taki ewenement w lekko przerobionej masce spawalniczej na twarzy. A wczesną wiosną najczęściej jeżdżą w krótkich gaciach z obrzydliwie długimi podkolanówkami tak, że między końcem spodni a skarpetą wystaje ok. 5-cio centymetrowej grubości pasek gołego ciała. Cóż, być może i my za 30 lat będziemy postrzegani inaczej, niż byśmy tego chcieli. Patrz, widziałeś? W Gore-Tex-ie dziadek jechał, hahaha. 

Gdy jednak na szosach widzę grupki "profesjonalnych" młodzianów w letnich ciuchach, to wypada popukać się w czoło. Co prawda znam faceta, który niezmiernie cenił sobie jazdę rowerem zimą w krótkich spodenkach z lycry, to jednak wydawać by się mogło, że rowerzyści, grupa o dużej wiedzy o tym, co dobre dla własnego ciała powinna mieć nieco więcej instynktu samozachowawczego. 

Inną zaobserwowaną przeze mnie ciekawostką są wiosenni władcy rowerowych ścieżek. Czyli tacy, którzy chcą się z każdym ścigać za wszelką cenę, bo przecież co niedzielę śmigam te 20 km. na karkówkę i browar, a więc mogę wszystko. Nieważne, że oto wybranka serca została nagle daleko w tyle w oparach opadającego kurzu, a jej men zapindala za jakimś tam rowerzystą. Drogę przecież zna, to sama wróci. A i piwo się zdąży wyżłopać. Tak się bowiem składa, że większość swoich szosowych treningów kończę właśnie na ścieżce rowerowej, którą wracam do domu. Niedzielne popołudnie, a dookoła tabun rowerzystów. W nogach 8 dyszek, a przed sobą widzę kasztana na góralu z szosowymi slickami. Kasztana można poznać już z daleka i oto wiem, że gdy tylko go minę on usiądzie mi na kole. Czy ja kuźwa wyglądam na wiatrochron? Mógłbym jeszcze napomknąć o swoistych kamikadze, którzy jadąc z naprzeciwka nie raczą przyhamować, tylko koniecznie muszą się wcisnąć na trzeciego. A razem z nim wciskają się jego pretensje. 

Skoro mamy pierwszych wiosennych ścigantów, to i na kwietniowy maraton wypadałoby się wybrać. Wiecie, co jest najlepsze po takim wyścigu dzień, dwa, tydzień, 3 miesiące później? Widok ludzi z przypiętymi numerami startowymi. Przecież przejechanie 25 km. dystansu hobby w zakurzonym końcu 4-ej setki uprawnia do dumnego obnoszenia się mianem maratończyka z krwi i kości. W Warszawie spotykam takich co chwila, gdy z podniesionym czołem i wgryzającym się między paluchy paskiem japonek, ze stopami na pedałach ustawionych pod kątem półpełnym, jadą z tym numerem na kierze. 

Ale, koniec tych narzekań. Choć pogoda za oknem jesienna, mamy wiosnę i tego należy się trzymać. Wczoraj wróciłem z Niemiec i widok ichniejszych szutrówek w słońcu i 20 stopniach ciepła ciągle siedzi mi w głowie. Uwierzcie, ciężko było mi prowadzić samochód. Moja głowa obracała się niczym w słynnej scenie z "Egzorcysty", a ja co chwila pokazywałem paluchem na kolejne góry przede mną. Jak tu by się podjeżdżało, o Jezu, jaki zjazd. Na szczęście już blisko, do zobaczenia :-)