Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
niedziela, 27 kwietnia 2014
Just do your job - Daleszyce

Pierwszy maraton w sezonie zawsze budzi emocje. A przynajmniej powinien. Bo jeśli nie, to po co w nim uczestniczyć? Zawsze czekałem na kwietniowe ściganie. Pamiętam starty w upale, w deszczu, a nawet w śnieżnej zadymce. Trasa wokół Daleszyc spodobała mi się już za pierwszym razem. Ot, taka nieco inna forma miłości. Ciekawe, czy dwustronnej?

Jak mówią doświadczeni, żeby jeździć, trzeba jeździć, więc jak co roku, solidnie przygotowywałem się do sezonu. Biegając po ciemku w pełnym błota lesie, często czułem się jak szczur. Brak słońca, wielokrotnie chęci. Ale robiłem swoje i wiedziałem, że będzie dobrze. W przeddzień maratonu, usiadłem sobie na trawie i zacząłem przygotowywać rower. To dla mnie swoisty rytuał, bez którego chyba bym nie wystartował. Brunox na golenie SID-a, następnie cienki filtr smarujący z Finish Line Stanchion Lube. Po kropli teflonowego oleju na każdy ze sworzni obu przerzutek. Delikatna warstwa silikonowego smaru Shimano SIS SP41 na linki. Troszkę Rohloff’a na wszystkie, błyszczące ogniwka seksownie nawiercanego łańcucha. Nieco seledynowego Dura Ace na sprężyny pedałów. Chwytam za klamki, zmieniam biegi. Echh, jak to pięknie działa. Ocieram łzę szczęścia spływającą po policzku. Ferment zasiewa tylko przednia XTR FD-M952, która z racji swojego wieku nie działa już tak, jakbym sobie tego życzył. Nowa XTR z serii 980 niestety nie dotarła na czas. Zawsze ciężko mi pozbywać się sprzętu, którego używałem. Patrzę na „szaraka” i widzę te wszystkie maratony. O, na wózku ma nawet ślad od patyka, który zaklinował się kiedyś między zębatką a wodzikiem, robiąc mi singla z roweru. Pamiętam każdy jeden wypad, na którym mi towarzyszyła. Dziwnie jest tak po prostu ją wykręcić i sprzedać. Ściemnia się, czas uciekać do domu. Brr…, łapie mnie dreszcz.

Przed startem trzeba się dobrze wyspać. Zakładam na nogi skarpetki kompresyjne i piję ostatnią porcję carbo. Lecz zanim zgaszę światło, muszę zrobić coś jeszcze. Odpalam fejsa i wyzywam swoich jutrzejszych oponentów od lamusów. Że ten wyścig oddzieli chłopców od mężczyzn. Że ich dojadę. No, dobra robota. Zamykam komputer i idę spać.

 

W nocy budzą mnie dreszcze. Koszulkę mam całą mokrą, jest mi zimno. Po plecach przebiega mi dreszcz, ale tym razem chyba ze strachu. Odkręcam kaloryfer ma maksa i staram się zasnąć…

 

Rano jest źle. Czuję się fatalnie. Dobrze, że pogoda jest przynajmniej znośna. Nie czuję się na siłach, żeby cokolwiek zjeść. Dzwonię do kumpla.

- Maciek, ja raczej odpuszczam ten wyścig. Chory jestem.

- Co ty pierdolisz. Jesteś lamusem, masz jechać. Zniszczę Cię.

- Ok., może pojadę.

 

Cóż, przekonał mnie. Wsiadam w samochód. Gdy mijam Świętą Katarzyną, mam przed sobą spektakularny widok na Góry Świętokrzyskie. Jeden z moich ulubionych. Chmurzy się. Gdzieniegdzie być może nawet pada. Przed Samymi Daleszycami wychodzi słońce. Robi się naprawdę przyjemnie.

W biurze odbieram pakiet startowy i idę się przebrać. Rynek jest w całości zaanektowany przez kolarzy. Pamiętam jak, kilka lat temu widziałem tu jeszcze rowery na V’kach, starych, sprężynowych Judy i niezapomnianych ramach od Authora. Dziś ciężko o taki widok. Słyszę terkot piast DT, brzdękanie łańcuchów po tytanowych koronkach XTR-a, chlupot oleju w Lefty’m. Cóż, ta choroba dawno dosięgła i mnie. Daleszyce będą poligonem dla zestawu hamulcowego od Extralite i piast od Krzyśka ze Stanów.

 

Po rozgrzewce czuję się trochę lepiej. Powiedziałbym, że nawet nieźle. Wchodzę do sektora. Dookoła te same, stare dobre twarze. Na kilka sekund przed startem tętno skacze z 62 na 120 uderzeń. Ruszamy.

Tempo jest dziwnie niskie. Pamiętam, jak ścigaliśmy się tu z Rutkiewiczem. Hr poniżej 180 nie schodziło. A teraz maksymalnie 160 - kilka. Wjeżdżamy do lasu, trzymam się w ścisłej czołówce, ale zaczyna mi się jechać ciężko. Koła grzęzną mi w piasku, trudno manewrować mi rowerem. Mija mnie pierwszy z wyzywanych wczoraj kolegów. Łapię przez to wiat w skrzydła i gonię. Cały czas mam go w zasięgu wzroku. Niestety nie mam siły, żeby go dojść. Cóż, przynajmniej Maciej jest gdzieś z tyłu. Chwilę później wyprzedza mnie na zakręcie.

- Co tam, ziom?

- Spieprzaj, lamusie, chciałbym rzec. Ale nie. – Aaa, słabo jest.

Jedziemy razem, koło łapie nam trzeci gość. Wyraźnie odstaje na zjazdach, gdzie puszczam klamki i daje się ponieść krętej ścieżce w wąwozie. Słyszę za sobą tylko terkot piasty Maćka. Nasz cień został w tyle, ale dogania nas na szutrowej prostej. Prowadzę nasz peleton, wjeżdżamy na kamienisty singiel, akcentujący się sztywnym podjazdem. Cisnę ze środka i wydaje mi się, że jest mocno. Jednak prawą z łatwością mija mnie Maciek. Nie powiem, jestem zły, ale staram się trzymać koło. Idzie mi to jednak coraz gorzej. Chłopaki uciekają mi na jednym ze zjazdów. Coraz mocniej ściskam klamki, czuję się niepewnie na prostym odcinku. Wyraźnie widzę, że jest coraz gorzej.

 

Wjeżdżam w nieodkryty dotąd singiel. Cóż, Maziemu udało się mnie zaskoczyć. Pięknie tu. Nagle mam przed sobą ściankę po trawie. Widzę Maćka na samym szczycie. Mam dość. Redukuję na 22T, ale łańcuch tylko charczy. XTR nie radzi już sobie ze zrzucaniem pod takim obciążeniem. Na górze jestem ugotowany. Przypomina mi się mój pierwszy start w Daleszycach i walka z myślami. Tym razem jest jednak gorzej. Nie widzę żadnego punktu zaczepienia. Na 30-tym kilometrze decyduję się wycofać z dalszej „walki”. Mijają mnie coraz dziwniejsi ludzie.

 

Ale uwierzcie mi, że wycofać się wcale nie jest łatwo. Najchętniej zrobiłbym to wtedy, gdy nikogo nie będzie widać. Czmychnę sobie szybko cichaczem do lasu i rozłożę się na trawie. Jak na złość, ciągle mam kogoś w zasięgu wzroku. W końcu mówię pass. Dojeżdżam do asfaltu i pytam strażaka o drogę. Facet nie umie mi pomóc, jest z Kielc. Zrezygnowany siadam na asfalcie, wyciągam klucze i dokręcam tytanową śrubkę od koszyka, który dzwoni mi od kilkudziesięciu km. doprowadzając do szału. Podchodzi do mnie jakiś dzieciak.

- Co się Panu zepsuło?

- Nogi mi się zepsuły.

- A ja widziałem, że jednemu Panu zepsuł się amortyzator, bo jechał z jedną częścią!

- To był Lefty, chłopcze.

 

Wstaję i zmuszam się do wejścia na rower. Po krótkim podjeździe, koło wieży obserwacyjnej stoi jakiś autochton.

- Czy dojadę tędy do Daleszyc?

- Tak!

 

O dżizas, co za ulga. Odbijam sobie w leśny asfalcik, mam cały czas w dół. Jak wspaniale! Dojadę sobie niedostrzeżony do samych Daleszyc, a tam już jakąś okrężną drogą dotrę cichaczem do samochodu. Jak to dobrze, że nikt mnie nie widzi… i już po chwili słyszę wściekły warkot motoru, po czym cała czołówka wyjeżdża własnie na mój asfalcik. Głupio na nich patrzę i niemal pogwizdując szuram butem po piasku.

- Co jest, punk?

- Aaa, nic. Jeździe, jedźcie…

 

Nagle, słyszę donośny, kobiecy głos:

- Grzeeeeeesiuuu! GRZEEEESIUUUU! Aaaaaaaahahahahahihihihihi!

To Agatka, dziewczyna Maćka. Cóż za niebywałe zrządzenie losu.

- A co się stało?

- Nic, nie dojadę chyba do mety.

- Wsiadaj, podwiozę Cię.

- Nie, aż tak źle nie jest – mówię ledwie żywy.

Okazuje się, że Maciek zaliczył glebę i zniszczył koło. Nigdzie już nie pojedzie. Jestem szczęśliwy i uśmiech wraca na mą twarz. Pakuję rower do Audi Agatki i jedziemy po chłopaka. Chowam się na siedzeniu i wyskakuję z głośnym „Taadaaaaam!!!”

Śmiejemy się, jak nigdy. Dwóch lamusów wraca autem na daleszycki rynek. Jak nas znam, to do końca życia będziemy sobie to wypominać.

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze, chciałoby się rzec. Gdy w domu zerknąłem na wykres tętna z Polara, włosy stanęły mi dęba. Równia pochyła. Co było przyczyną? Jednodniowa grypa żołądkowa?

 

Chyba wydziaram sobie na mostku moje nowe motto od Marka Galińskiego. Just do your job. Proste i celne. Tylko dlaczego tak trudne do zrealizowania? Ale właśnie dlatego jeździmy. Jest ciężko, źle, nie jeden i nie dwa razy mamy ochotę to rzucić w diabły. A dusza nie znałaby tęczy, gdyby oczy nie znały łez. 

niedziela, 06 kwietnia 2014
Dobry znaczy martwy

Siemka, co u Was? Pewnie korzystacie z weekendu i dymacie sobie po górach. Jak zwał, tak zwał. Tym razem nie miałem być Kolumbem i odkrywać nowych, lepszych możliwości. Po prostu zapakowałem rower do samochodu i wyrwałem się w świętokrzyskie. Zanim to jednak nastało, sprawdziłem prognozę. Pogoda jak drut. Słońce, a w niedzielę 15 stopni. Nic, tylko kuźwa jeździć. Przekręciłem kluczyk, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki jednego z kawałków Red Hot Chili Peppers. I wiecie co? Coś mnie tknęło. Wróciłem się na 10-te piętro mojego drapacza chmur i od niechcenia zabrałem zimową czapkę pod kask.

Na wsi w sobotę świeciło jeszcze słońce, ale chmury na horyzoncie w żaden sposób nie pasowały mi to idylli zaserwowanej przez portal meteo. W dodatku wiało i zastanawiałem się, czy przed wyjściem nie zsypać chodnika solą. Pojechałem do Nowej Słupii, wskoczyłem w cienkie, rowerowe ciuchy i ruszyłem na szlak. W terenie całkiem fajnie, hamulce Extralite działają lepiej, niż XTR! W całości zjechałem nawet ściankę, której dotąd pokonać mi się nie udało. Dotarłem do końca szlaku, skąd musiałem przedostać się do asfaltu. Ścieżek brak, więc postanowiłem trawersować szczyt na przełaj. Trochę na kołach, nieco z buta i już gnam na złamanie karku leśną drogą w dół. Pokonuję niewielki mostek zawieszony nad rzeczką i czuję, że coś jest nie tak. Echh... tak. Złapałem gumę.

Ok. Rozkładam się tuż przy drodze i wyciągam wszystkie potrzebne rzeczy. Przy okazji przetestuję sobie łyżkę w moim nowym "multitool'u" od Topeak'a. Pierwsza próba i refleksja: co za debil ustawił łyżkę w ten sposób, że podczas ściągania opony, przybornik o nią haczy? W porządku, w domu go sobie rozkręcę i poprawię to, co spartaczyli na deskach kreślarskich. W tylnej oponie siedzą 2 kolce o długości dobrych 6 cm. Pierwszy raz takie widzę. Zakładam nową dętkę i zabieram się za pompowanie. Kątek oka dostrzegam, jak na podwórko wychodzi okoliczny rolas i niby zamiata, ale bacznie mi się przygląda. Czyli, że do Bielin cyrk przyjechał. Odwracam się do niego tyłkiem i pompuję. Kutwa, coś nie idzie. Pompka dziwnie syczy przy odciąganiu tłoka przy czym... wypuszcza powietrze. Szlag jasny mnie trafi. Mam wrażenie, że jestem w centrum uwagi całej wsi.

Zbieram wszystkie graty z ziemi i wracam do lasu, rzucając gniewne spojrzenie ciekawskiemu autochtonowi. Kurcze, zimno. Ale przynajmniej mam spokój. Zasuwam się pod samą szyję i próbuję reanimować pompkę. Uszczelniam tłok kawałkiem gumy, w geście rozpaczy fiołkowymi liśćmi. Nie działa. Groźnie marszczę brwi i oczami wyobraźni widzę, jak rozpieprzam rzeczoną pompkę o drzewo. Powtrzymuję pierwotne rządze i zrezygnowany dzwonię do kumpla. Na szczęście Daniel zgadza się mnie sholować z trasy. Wychodzę z zacisznego lasu do cywilizacji i łapie mnie delirka. Rzut okaz na zegarek i wszystko jasne: siedzę tu od 1,5h. Gdy na horyzoncie pojawia się czerwona "polówka", szczęściu nie ma końca. Wrzucam pompkę do kosza żałując, że kolega patrzy i nie mogę jej tak po prostu w drobny mak ROZJEBAĆ.

Powiem Wam, że mój stosunek do materii nieozywionej jest dość specyficzny. Większość przedmiotów traktuję niemal jak autonomiczne, żywe byty. Pamiętam, jak zaczął mi się zawieszać mój pecet. Nie wytrzymałem długo i za którymś razem poczęstowałem go solidnym prostym. Pękła wówczas płyta główna i musiałem zmienić procesor, ale nastrój miałem przedni. Szczególnym sentymentem darzę myszkę. Kursor reagował z opóźnieniem, czym doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Na szczęście w domu miałem drugą, więc złapałem za kabel i roztrzaskałem ją o drzwi. Do dziś znajduję w pokoju jakieś jej części.

Pamiętam przednią przerzutkę LX-a, która z racji wieku przestała redukować. Ileż to radości dało mi wkręcenie jej w imadło i przerobienie na niewielką kostkę. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego sprzęt psuje się właśnie wtedy, kiedy jesteśmy daleko na szlaku, nie mamy dętki, albo telefonu? Kutwa, nie jest to normalne. Doszedłem do wniosku, że części, o które się nie dba, robią nam na złość. Mają w sobie takiego małego Manitou. Możecie się śmiać, ale swego czasu jeden z rosyjskich naukowców dowodził słuszności podobnej tezy. I przypominam sobie teraz, że woziłem tę cholerną pompkę w uchwycie na ramie. Bez względu na deszcz czy błoto. I w końcu powiedziała dość. Przed śmiercią postanowiła się jednak na mnie zemścić.

Gdybym miał do Bieln bliżej, wsiadłbym w samochód, wyjął ją z tego kosza i przeprojektował w imadle. A może wyczyścił, nasmarował i zakopał w ładnym pudełku pod ziemią. Hmmm...