Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 23 maja 2011
Mazi ubiera się u Prady

Był kiedyś taki film z Meryl Streep. Czy dobry-nie wiem, nie oglądałem. Jednak w pamiętny dla mnie, niedzielny dzień w Nowinach obraz ów wydał mi się być idealnym na tytuł dla tej notki. Dlaczego? Pozwólcie proszę, że sparafrazuję jednego z polskich podróżników i napiszę: "posłuchajcie:"

Ciemna noc; na dworze ciepło i w nieco przerażający sposób cicho. Schodzę ze strzelbą z kilkumetrowego drewnianego podestu, który zbudowałem przed domem. Zanim postawię stopy na ziemi przysłaniam oczy dłonią i patrzę raz jeszcze na mroczną linię lasu. Dziś chyba nie przyjdą.

Idę do domu i nagle słyszę wściekłe szczekanie psów. Czuję nie ludzki, ale zwierzęcy wręcz strach i biegnę je spuścić z łańcuchów. Nie wiem, czy to pomoże (w duchu chyba wiem, że nie), ale nie pozostaje mi nic innego. Obym tylko zdążył. 

Jestem przy psach, a w dłoniach mam pierwszy łańcuch. Ciągle patrzę na linię lasu i wiem, że jest już za późno. Wreszcie je widzę. Są dwa, biegną bardzo szybko; szybciej niż wszystko, co znam. Łańcuch wypada mi z dłoni i podnoszę strzelbę do oka. Pada strzał; pierwszy z kształtów omija mnie w ostatniej chwili ale patrzę przed siebie i wiem, że na drugi strzał jest już za późno. Pędzę na spotkanie przeznaczenia. Jest bardzo cicho; tylko psy szczekają potwornie.

Taki właśnie sen miałem ostatniej nocy przed maratonem. Dla zabawy zastanawiałem się, jak możba byłoby go tłumaczyć względem tego, co dopiero nadchodzi. Nie znajdując żadnego sensownego rozwiązania (bo jakie niby miałoby być), schodzę na śniadanie. Podobnie jak przed Sandomierzem i tym razem wybrałem się do rodzinnych Starachowic, aby mieć bliżej na start. Pogodę mamy wyjątkowo wspaniałą. Słonecznie i gorąco co kreśli pierwszy tego dnia uśmiech na mojej twarzy. Na miejscu jestem nieco po 9:00. Marek i Kuba wychodzą właśnie z samochodów i zaczynają się przebierać. 

Zaczynamy rozgrzewkę i pędzimy fantastyczną szosą, z równiusieńkim asfaltem. Dla takich tras warto byłoby zgrzeszyć z szosówką. Czuję się naprawdę świetnie; zapach okolicznych lasów prześwietlonych spalonym słońcem jest nie do zapomnienia. Tak pachną tylko Góry Świętokrzyskie. 

Przed wejściem na start poznaję kolegę z forum lekkich rowerów i zamieniamy parę słów. Z kolei już w sektorze ucinam sobie krótką pogawędkę na tematy kręcące chyba każdych zdrowych facetów, w których buzują hormony. Tytanowe komponenty, a co! A obu kolegów serdecznie pozdrawiam :-)

Wreszcie ruszamy. Tym razem prowadzi nas Mazi w swojej kultowej półciężarówce. Po chwili wjeżdżamy w pierwszy, fantastyczny wprost single-track. Jedzie mi się naprawdę nieźle, jestem w pierwszej dziesiątce. Po pierwszym zjeździe będącym zapowiedzią tego, co czeka nas na dzisiejszej trasie wypadamy na słynny tłuczeń. Jadę i śmieję się sam do siebie, gdy na każdej muldzie wybija mi dupsko na parę metrów w górę. Hahaha, ale będzie śmieszna relaaaaaa... ale zaraz, zaraz, co to?

Pod tyłkiem czuję potwornie znajome uślizgi koła. Boję się wręcz na nie spojrzeć ale w końcu męstwo bierze górę i zerkam na oponę: flak. Zeskakuję z roweru i zmieniam dętkę. W międzyczasie mija mnie Marek a zaraz po nim Kuba. Mina mi nieco rzednie i dla dodania otuchy przypominam sobie moją rozmowę z Pawłem Urbańczykiem o defektach na górskich trasach. Kiedy wbijam Co2 z naboju w dętkę, obok mnie przejeżdża coraz mniej ludzi. Straciłem naprawdę niewiele ale mam wrażenie, że mija mnie człowiek z drewnianą nogą, szklanym okiem i papugą na ramieniu, która krzyczy: "jesteś ostatni, do domu, do domu!". Głośno przełykam ślinę i ocieram pot z czoła. Wskakuję na rower i oglądam się za siebie. No, nie jest tak tragicznie. Ktoś tam jeszcze jedzie. Defekty zawsze wybijają człowieka z rytmu ale postanawiam gonić resztę. Mijam coraz więcej osób, ale tętno skacze za wysoko. Muszę chwilę odpuścić i znów zaatakować. Dojeżdżam do Marka. Czyli jednak Kuba go wyprzedził? Na szczęście widzę bidoka po krótkiej chwili gdy nieporadnie SPROWADZA. Na co ja, już z daleka z uśmiechem krzyczę do niego: "uwaga Kuba, lewa wolna, ZJEŻDŻAM lewą. ZJEŻDŻAM lewą!". Gdy go mijam, ów miota przekleństwa ale ja jadę już dalej i na szczęście nie słyszę reszty. Cały czas wyprzedzam aż dojeżdżam do pierwszych osób jadących moim tempem, których się trzymam aby chwilę odpocząć. 

Przypomina mi się tu słynna taktyka Kuby na doganianie kolejnych zawodników. Otóż jedzie on na czyimś kole a gdy przed sobą widzi kolejną osobę, krzyczy do swojego konia pociągowego: "dawaj dawaj, dogonimy tego gościa przed nami. To mój kolega i on na nas czeka". Gdy go doganiają, Kuba całą procedurę przeprowadza od nowa z dogonionym właśnie osobnikiem. 

Odganiam od siebie te myśli i koncentruję się na trasie. Przypomina mi się TransCarpatia za najlepszych lat; wspominam również BikeChallenge. Wielokrotnie dziękuję organizatorom za wytyczenie czegoś tak genialnego. Zjazdy bywają trudne, techniczne ale i wszystkie zjeżdżam.

Przede mną wyskakują nagle trzy wykrzykniki i widzę niedługie, ale dość strome zbocze po którym zjechać będzie niełatwo. Wysuwam tyłek z siodło i delikatnie balansuję ciałem popuszczając klamki. Muszę się jeszcze tylko zmieścić między tymi dwoma głazami. 

Zabrakło mi ułamka sekundy, aby zbalansować nagłe podbicie tylnego koła ponad moją głowę. Wiem, że obronną ręką już z tego nie wyjdę. Zabawne, ile myśli przemyka wówczas człowiekowi przez głowę. Wszystko dzieje się bardzo szybko a ja mam nadzieję, że zatrzymam się na drzewach i krzakach po lewej stronie. Kiedy w nie wpadam wiem już, że zatrzymam się, ale chyba na mecie jak się przestanę turlać. Za krzakami widzę skalną półkę, z której spadam i czuję najprawdziwszy strach. Znów tysiąc myśli. Koziołkując w dół myślę o tym, czy wyjdę z tego żywy. Wreszcie zatrzymuje się na skale i z całej siły uderzam w nią udem. Mocno obrywa też głowa. Przez chwilę nie wiem co się dzieje. Słyszę na dole jakiś krzyk; widzę, że ktoś do mnie biegnie. Niczego nie kojarzę, ale wiem przynajmniej, że to nie bramy niebios. Choć z drugiej strony miałbym wówczas swój memoriał w Nowinach a to przecież nie w kij dmuchał. 

Obawiam się, że noga jest złamana i boję się nią ruszyć aby potwierdzić te przypuszczenia. Zaczynam wreszcie kojarzyć, że stoi przy mnie ratownik. W filmach są zawsze ratowniczki i to ładne...

Gość pyta, czy nic mi nie jest. Przez długą chwilę nie mogę w ogóle wykrztusić z siebie słowa i czuję, że to, co do tej pory zjadłem ma nieodpartą ochotę ulecieć ze mnie otworem gębowym. "Nic ci nie jest??" słyszę ponownie. Zaczynam mieć wielką chęć odrzec "Łiiiiiiiiiiiiiiiii, jeszcze raz, jeszcze raz", ale tym razem nie jest mi w ogóle do śmiechu i moje pierwsze, bełkotliwe słową brzmią zgoła inaczej: "łoooo kurwaaa..."

"Możesz ruszyć nogą?". Nie mogę. Siedzę i udaje mi się wykrztusić tylko prośbę o danie chwili na odsapnięcie. Po paru minutach próbuję sie podnieść. Ból jest przeokrutny. Staję jednak na nogi i myślę, co z rowerem. Niko, Niko!, chciałbym krzyczeć. Wreszcie widzę go na szczycie skalnej półki. Pełznę do niego i ruszam klamką, kręcę korbą tłocząc życiodajne smary w jego metalowe arterie. Widzę, że z wiernym druhem chyba wszystko ok i wsiadam na siodło. Jestem typem człowieka, który nienawidzi słabości. Niestety nasze ciała są tak niedoskonałe, że w ścieżce ewolucji powinniśmy zajmować miejsce gdzieś między nornicą a kurą. Chcecie przykładu? Dobrze. Usiądźcie więc wygodnie na krześlę, po czym podnieście nieco prawą nogę i zataczajcie nią koła zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Nie przestając kręcić stopą, prawą ręką piszczcie w powietrzu cyfrę 6. W tym momencie Wasza noga zmieni kierunek obrotu i nic na to nie poradzicie. Żenada, co?

Tym samym nie darowałbym sobie, gdybym wycofał się z wyścigu. Wypadek mocno mnie otrzeźwił, adrenalina wciąż buzuje a ja będąc na rozjeździe skręcam na dystans Master. Na szczęście mimo wszystkich dzisiejszych przygód, bez problemu załapałem się w limit ze sporym jeszcze zapasem. Ruszam więc z zaciśniętymi zębami a łzy same napływają do oczu. Na pierwszym podjeździe dostaję takiego skurczu, że wiem już, iż tego dystansu nie przejadę. Pierwszy w życiu DNF. Dzwonię do biura zawodów i ogłaszam swą decyzję. Wracam wściekły sam na siebie do rozjazdu, gdzie postanawiam dojechać do mety trasą FAN. Mógłbym zrobić to samo asfaltami, ale wówczas ciężko byłoby mi oglądać swą facjatę w lustrze. 

Niestety noga mi się zupełnie zepsuła, a zapasowej akurat dziś nie wziąłem. Na stojąco pedałować nie mogłem, gdyż mięsień przestał dawać możliwość takiego ruchu. Jedynie na siedząco. Każdy podjazd okupiony cholernym bólem; na zjazdach jeszcze gorzej. Muszę jechać na zaciśniętych heblach, bo każdy dół, każdy korzeń czuję podwójnie. Cóż było robić, wstyd musiałem schować do kieszeni. Podobnie czułem się tylko gdy parę lat temu jechałem z kolegą na BikeChallenge jako team Profilactica. Traf chciał, że jechali z nami także Hiszpanie, a w ich uroczym języku znaczylismy ni mniej ni więcej, tylko "kondomy". Na domiar złego jechali podobnie jak my, więc co chwilę słyszeliśmy jak zagadywali do nas po angielsku "hey, condoms, condoms, BUAHAHAHAHAHAHA".

Mimo tego, iż cały czas chce mi się rzygać a noga boli potwornie, udaje mi się jechać w miarę sensownym tempem. Na jednej z górek stoi jakiś biker i krzyczy do mnie "ruchy, tytan!". I ja temu gościowi stawiam browar! Uśmiech wkradł mi się na twarz i poczułem nagły przypływ energii na dalszą część trasy. Przez to teraz tak sobie myślę, że to na bank był anioł :-)

Przed metą mijają mnie dwaj pierwsi z dystansu Master. na stadion wjeżdżam z szatańską myślą, że dla kibiców jestem trzeci z tego dystansu. Tak tak, niech to choć na minutę zrekompensuje mi to wszystko. Przejeżdżam przez ostatnią matę, a distefano przez mikrofon ogłasza, że wjechał właśnie kolejny zawodnik z dystansu Master. Dumnie rozglądam się po trybunach, po czym spiker: "ale zaraz, dlaczego nie ma go na liście, coś tu jest nie tak, coć tu jest nie tak". Echh, odarty z resztek godności turlam się do bufetu.

Dziś moja noga ma jakieś 30% ruchu. Miałem nadzieję, że pojawi się nawet jakiś gigantyczny siniak, którego będę mógł sfotografować i z dumą wstawić do tej notki. Niestety siniak się nie pojawił, co nieco zaczyna mnie martwić. Mam nadzieję, że z nogą jest wszystko w porządku. Niestety na razie nawet o chodzeniu nie ma mowy.

Wracając do Warszawy śpiewam sobie razem z Liroy-em:

"Bo Scyzoryk, Scyzoryk to ja

A życie jest jak dziwka, nanana"

Zrozumiałem wówczas co w tych przejmujących słowach chciał przekazać mi poeta. Otóż podmiot liryczny wie, że czasem choćby nie wiadomo jak starało się tego uniknąć, to i tak dostanie się w dupę. Tak było właśnie na maratonie w Nowinach. 

niedziela, 08 maja 2011
7.05.2011-maraton w Sandomierzu

Na maraton w Sandomierzu czekałem dość długo, gdyż po raz ostatni ścigałem się w niezapomnianych Daleszycach. Po moim popisowym występie, w kolejny weekend postanowiłem "odpocząć" od fotoreporterskich fleszy i całej tej otoczki. W cudzysłowiu, gdyż mimo nieco lżejszych treningów i tak czułem się zmęczony. Były chwile radosne-gdy tętno spoczynkowe miałem nieco ponad 40 ud./min. oraz te, gdy na trening wychodziłem niemal okryty kirem żałobnym-ku pamięci ostatniego, niskiego hr. Niemniej jednak starałem się dzielnie trzymać fason i w myślach wielokrotnie układałem sobie różnorakie scenariusze wyścigu. A czy którykolwiek z nich się sprawdził? Było to tak...

W piątek, przeddzień wyścigu pojechałem do rodzinnych Starachowic, żeby w sobotę nie musieć zrywać się z łóżka w środku nocy i pędzić z Warszawy na miejsce kaźni. Tym razem postanowiła wraz ze mną wybrać się matka, która korzystając z urlopu chciała zobaczyć z czym to się wszystko je. Gdy rano wyjrzałem przez okno mina mi nieco zrzedła, a na twarzy wykwitła denerwująca podkówka. Szaro, bura o ponuro a deszcz wisiał dosłownie w powietrzu. Gdy otworzyłem drzwi na dwór, w twarz buchnął mi siarczysty mróz. Było chyba z 6 stopni. W pierwszej chwili instynktownie chciałem sięgnąć po łopatę do odśnieżania, ale dość szybko się opanowałem i wskoczyłem do samochodu rozkręcając ogrzewanie NA MAXA. 

Jedziemy więc do Sandomierza a ja czekam na deszcz jak na wyrok. I faktycznie, już po chwili słyszę znajome bębnienie o szybę. Jak dla mnie może padać, w lesie być tona błota a po trasie niech biegają i dinozaury, ale ma być ciepło. Przy czym ciepło oznacza dla jakieś 30 stopni. Wówczas mogę się ścigać. A tu za oknem Sybir...

Na szczęście na miejscu deszczu nie było ale gdy pomyślałem o tym, że mam się przebrać w cieniutkie rowerowe ciuchy i wesoło brykać kilkadziesiąt minut po rynku rowerem, zrobiło mi się słabo. W ogóle jak jest zimno nienawidzę zakładać ciuchów na rower. Też tak macie, czy tylko ja jestem nienormalny? One zawsze są zimne i po ich założeniu mógłbym stać nieruchomo przez pół godziny do momentu, aż się nagrzeją od ciała. Bo gdy się ruszam, to w jakiś przedziwny sposób jest jeszcze zimniej. Jednak najgorsza ze wszystkiego jest pieprzona opaska od pulsometru, która jest zimna sama w sobie. A należy ją jeszcze polać wodą. Gdy więc człowiek przyłoży ją do ciała, jest to tortura najgorsza z możliwych. Postanawiam więc czekać na znak od Boga, mamy czy jakikolwiek inny, że już jest dobrze a na razie zamykamy się w samochodzie i włączam ogrzewanie.

Po pewnym czasie na miejsce dojeżdża i Marek, więc chcąc nie chcąc wychodzę z auta na powierzchnię. Przebieram się i po chwili jeździmy już dookoła pięknego, klimatycznego ryneczku. Robi się ciepło. Zastanawia mnie nieco fakt, że do 11-ej coraz bliżej a ja sikałem tylko 3 razy. Nie wiem o co chodzi, ale postanawiamy pojechać kawałek trasą i sprawdzić, co czeka nas na początku. 

Gry wracamy brukiem pod górę (podziękowania dla przemiłych policjantów za wskazanie trasy) obaj modlimy się, żebyśmy wjeżdżali na metę sami. Jak będzie "pociąg", to na tej górce będą działy się dantejskie sceny, zapewne przekomiczne jedynie dla kibiców.

Wchodzę do sektora i zagaduje mnie kolega na Cannondale'u. Wsuwam batona a on stosuje niebezpieczne psychologiczne sztuczki i nawiązuje do Daleszyc. Cóż, każdy sposób dobry na wyeliminowanie przeciwników. Zawsze to powtarzam. Jeszcze tylko ostatnie uśmiechy dla fotoreporterów; kobiety jak zawsze chichoczą i pokazują mi biusty.

Wreszcie start. Zjeżdżamy w dół, a przy zamku czeka nas pierwszy podjazd na dzisiejszej trasie. Tym razem nie podpalam się i dość spokojnie wjeżdżam na górę. Po pewnym czasie formują się pierwsze pociągi i łapię się do jednego z nich. Tempo jest naprawdę mocne. Sytuacji nie ułatwia fakt, że nie wiem kto jedzie na Fan, a kto na Masters. Trudno, trzeba czekać do rozjazdu. Niedaleko przed sobą widzimy czołówkę; słychać ryk silników w motorach pilotów.

Po chwili pierwsza gleba na trasie. Jadę tuż za prowadzącym peleton i z asfaltu mamy nagle skręcić pod kątem 90-ciu stopni w teren. Niestety jest tam śliskie błoto, o czym boleśnie przekonuje się kolega. Kładzie się na bok, a jego rower wyrzuca centralnie na mnie. Na szczęście w ostatniej chwili udaje nam się wyrobić. Niewiele brakowało.

Cały czas zastanawiam się, kto wytrzyma takie tempo na drugim okrążeniu. Wreszcie rozjazd. Pociąg zjeżdża na Fan, a jedynie 4 wagony (w tym ja) odbijają na drugie kółko. Wśród nas kolega z Legionu i dwóch chłopaków w biało-czerwonych ciuchach (wybaczcie, nie pomnę nazwy teamu). Po pewnym czasie doganiamy faceta na fullu i razem ciśniemy dalej. Tempo za cholerę nie słabnie. Za jakiś czas odwracam się-nie ma już jednego z nas. Niestety dociera do mnie, że w tym zestawieniu to ja jestem najsłabszy. Na wypadek tego, gdybym i ja odpadł, układam sobie w głowie chytry plan. Mianowicie będę dalej jechał mocno, ale sobie trochę odpocznę, poczekam na chłopaka, który odpadł przede mną i razem dojedziemy do mety. Może nawet zarzucę jakimś fajnym tekstem i wspólnie będziemy użalali się nad naszymi słabościami. Tak, to jest to. Nastrój mi się poprawia i od niechcenia odwracam się za siebie... O żesz w mordę. Spodziewałem się sobaczyć pustą drogę, tymczasem gość pędzi wciąż za nami. Oglądam się nerwowo co jakiś czas a on wciąż tam jest. Do diabła, dlaczego nie zwalnia, dlaczego nie zwalnia!!! Cóż, należało zweryfikować plany i trzymać się mojego pociągu. Cholera, muszę to powiedzieć ale cały czas jechałem na tzw. "Rumuna", czyli non stop na kole co chwały mi na pewno nie przysporzyło. Aby wyjść z sytuacji honorowo postanowiłem, że na finiszu choćbym mógł ich wyprzedzić, dam im pierwszym wjechać na metę. Niestety i ten plan nie wypalił, gdyż około 10-ciu km. przed metą zacząłem opadać z sił. W dodatku czujka od Polara przesunęła mi się już przed startem i teraz wyświetlacz wesoło pokazywał mi, że mamy 11-sty kilometr. Dramat.

Sam zmagałem się z wiatrem co chwila oglądając się za siebie, czy aby nikt mnie nie dogania. Aż tu nagle...

Cisnę sobie elegancko sadem a tu widzę kogoś przed sobą. Po chwili dociera do mnie, że spotkałem jednorożca. Tak, jednorożca, bo ostatni zawodnik na maratonie do tej pory był dla mnie wręcz mitologiczny. To dopiero jest coś. Wyobraźcie sobie bowiem sytuację, że znajomi namówili Was na pierwszy start w życiu. "Spoko stary, na pewno nie będziesz ostatni", mówili. No więc gość wystartował, a tu za nim nie ma już nikogo. Zawsze zastanawiałem się co mógłbym zrobić w takim przypadku i wyszło mi, że dobrym wyjściem jest zamarkowanie defektu. Na mecie można wówczas powiedzieć: "4 razy przebiłem dętkę". To może jednak przejść tylko w przypadku, gdy wokół żywej duszy. A co, gdy za nami jedzie quad z napisem "koniec wyścigu", obok motor z kamerzystą i butlą tlenową, a ktoś co chwila wykrzykuje do nas pytanie: "Tlenu?!!!"

No więc facetowi na bank nie było lekko. Na szczęście po pewnym czasie dojeżdżam do znajomego wąwozu i wiem, że już rzut beretem do mety. Cisnę ile się da i mam ostatnie metry do mety. Uff, jestem 21 w Open i 11 w M2*. Obawiam się jednak, że w tym sezonie przyjdzie mi zapłacić frycowe za przerzucenie się z Mega na Giga i dopiero za rok będzie można powalczyć. Ale co tam, ważne, że jest dobra zabawa (przypomniesz sobie te słowa w Nowinach, jak będziesz umierał...)

Niestety tym razem muszę zamarudzić i szczerze powiedzieć, że trasa mi się nie podobała. Gdyby był chociaż skrawek lasu. A jak nie lasu to choćby Mazi ukryty pośród sadów mógłby cyklicznie wypuszczać sarny z klatek między maratończyków albo co... Mam jednak świadomość, że na pewno lokalesi wycisnęli z tego terenu tyle, ile się dało i za to im dziękuję. Na wyzwania pozostaje czekać do Nowin. Sądzę bowiem, że tam na 3-krotnym nerwowym siku się nie skończy...

 *ACHTUNG, WARNUNG, TRALLA LA!!!

Wg nieoficjalnych wyników jestem 11 w Open i 7 w M2 (ze zmęczenia musiałem źle usłyszeć, albo mi źle powiedziano-pomyliłem 11-stkę w Open z kategorią). Jeśli tak, to pełen wypas :-)

Czekam na oficjalne potwierdzenie (lub nie). Na szczęście wiem, kto przyjechał przede mną więc matactwa nie będzie. Czuję się, jak w sztabie wyborczym przed ogłoszeniem liczby głosów! Mam nadzieję, że nie będę musiał długo siedzieć przed kompem w trójkątnej, balowej czapeczce na głowie i z papierową, rozwijaną trąbką w ustach aby zrobić głośne TUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!

No, udało się. Jestem 11 w Open. Tuuuuuuuuuuuuuuuuu!!!!

poniedziałek, 02 maja 2011
Serwis piast "na kulkach"

Właściwy serwis łożysk kulkowych to nie taka prosta sprawa. Idealne ich skontrowanie to gwarancja długotrwałej i perfekcyjnej pracy, z czym niestety większość osób sobie nie radzi. Mnie swego czasu całej tej magii nauczył pewien starej daty mechanik. Niestety od jego czasów sporo się zmieniło-ludzie nie chcą już jeździć na kulkach no i wyginęły dinozaury. Czy kontrowanie konusów, wymiana smaru i odtłuszczanie bieżni to archaizm? Cóż, dawno, dawno temu gdy ja wspinałem się na dywan po drabinie i wchodziłem na stojąco pod szafę, mój dobry znajomy pisał artykuły do gazet (w tym Bike Action). Kiedyś opisał, jak serwisować wolnobieg. Dziś by to nie przeszło, bo kto przy zdrowych zmysłach robiłby coś takiego. Lepiej za kilkadziesiąt złotych kupić nowy. 

Niemniej jednak są osoby, które wciąż jeżdżą na piastach wielkiego "S" (choć oczywiście nie tylko Japończycy doskonalili tą technologię. Formula, Sachs, Sram, Campagnolo-oni wszyscy też mieli, bądź mają je w ofercie). Osobiście uważam te łożyska za lepsze od przemysłowych zwłaszcza, jeśli chodzi o długowieczność pracy czy łatwość serwisu. I choć wydawać się to może trywialne, to jednak cenię sobie możliwość szybkiego skontrowania, wymiany smaru i dalszej jazdy zamiast wciskania nowych łożysk. 

Tym samym dla potomnych przedstawiam jedyny słuszny przepis na serwis piast kulkowych na przykładzie tylnego XTR-a FH-M960, który dla mnie jest synonimem kunsztu Shimano i jakości działania.

1. Jeśli nie będziemy rozkręcali i serwisowali bębenka, wystarczą nam następujące narzędzia: dwa klucze płaskie: 15 i 17 mm. tylko i wyłącznie którejś z renomowanych firm takich, jak Park Tool, Shimano czy Pro. Są też koszmarnie drogie wynalazki jak Pedros, ale to już przerost formy nad treścią. Niezbędne będzie także imadło, chwytak do osi, oraz oczywiście smar. Osobiście używam jednego słusznego Dura Ace i z mojego doświadczenia wynika, że jest świetny. Nie rozłazi się na boki i nie zmienia nadmiernie swojej konsystencji pod wpływem temperatury. Jeśli nie regulowaliśmy nigdy przesunięcia osi, przydatna będzie także suwmiarka.

2. Jeśli chcemy wykonać serwis bębenka, oprócz powyższych należy zaopatrzyć się również w długi klucz imbusowy 10 mm., płaski 24 mm. (najczęściej) oraz specjalny klucz do odkręcenia miski. Oryginalny Shimano nosił symbol TL-FH40, ale nie ma się co łudzić, że go zdobędziemy, gdyż nie jest już od dawna produkowany. Istnieją jednak zamienniki (Cyclus Tools czy produkcja rodzimego nusia), które jednak w przypadku piasty XTR (nie wiem jak w odniesieniu do innych) należy poddać obróbce na szlifierce i zebrać 0,30 mm. niepotrzebnego materiału. Zdecydowanie nie polecam zabaw przecinakiem i młotkiem, gdyż może to doprowadzić do trwałego uszkodzenia bieżni. 

3. Od strony bębenka wyciągamy gumową uszczelkę. Niestety nie wszystkie piasty ją mają a szkoda, gdyż jest to niezwykle przydatna rzecz. Jak wiadomo od strony napędu łożyska mają najgorzej. 

4. Płaskim śrubokrętem delikatnie podważamy i zdejmujemy plastikową kapę ochronną. W pozostałych przypadkach ściągamy gumową uszczelkę. W najtańszych piastach nie robimy nic poza kontemplacją głupoty konstruktorów.

5. Oś rozkontrowujemy zawsze od przeciwnej strony bębenka; gwint jest standardowy.

6. Po wyjęciu osi i kulek (do tego celu polecam tradycyjną, tanią pensetę) dokładnie czyścimy całość i możemy pokusić się o odtłuszczenie bieżni. Oczywiście należy dokładnie obejrzeć kulki i miski łożyska. Wszelkie wżery i nierówności powierzchni dyskwalifikują je do dalszego użytkowania. W tym miejscu mała dygresja dla fanów tuningu. Zamiast stalowych kulek, możemy załozyć ceramiczne wykonane z azotku krzmu. Są jeszcze z dwutlenku cyrkonu, ale te nie nadają się do tego celu. Z osobistego jak i innych osób doświadczenia wiem jednak, że kulki te sprawdzają się tylko w przedniej piaście. Z tyłu za żadnym razem nie zdały swojego egzaminu. O ile ich stosowanie jest wg mnie mocno dyskysyjne, to jednak mają jedną dużą zaletę-są lekkie. Jeśli kulki są do wymiany, wówczas polecam nierdzewki od XTR-a. Tanie i przy właściwej konserwacji nie do zajechania. 

7. Każdy konus ma na sobie dedykowaną uszczelkę. Nigdy, ale to nigdy nie wolno ich zdejmować. Są wykonane z bardzo miękkiej gumy (dzięki czemu doskonale spełniają swe zadanie uszczelniania wnętrza), przez co po takiej operacji rozciągają się i są za luźne, aby działały jak należy. Co więcej, samo Shimano w swych publikacjach jak "tech talk" dla serwisów zdecydowanie neguje ich ściąganie. 

8. Pozostaje nam delikatne czyszczenie całości miękką szmatką.

9. Jeśli nigdy nie ustawialiśmy właściwego przesunięcia osi, to robimy to teraz. Suwmiarką odmierzamy odpowiednią długość (dla piast MTB jest to z reguły wartość między 5 a 5,50 mm.) i mocno kontrujemy konus oraz nakrętkę.

10. Jeśli chcemy rozkręcić bębenek, nalezy zacząć od zdjęcia metalowej kapy ochronnej. Robimy to za pomocą szerokiego, płaskiego śrubokręta z folią ochronną (dzięki czemu nie porysujemy i nie nagnieciemy bebenka).

11. Właściwie zdjęta kapa nie ma prawa nosić żadnych śladów ani wgięć.

12. Naszym oczom ukazuje się bieżnia z wypustami na klucz (po 2 bądź 4). Należy pamiętać o odwrotnym gwincie; jednak serwis bębenka będzie tematem na inną opowieść.

13. Do przechowywania wyczyszczonych kulek dobrze mieć jakiś pojemnik, żeby ich nie pogubić (i nie pobrudzić). Dobrym patentem jest miska magnetyczna; niestety zbędna przy zastosowaniu ceramicznych odpowiedników.

14. Pęsetą wkładamy po 9 (z reguły, ale nie zawsze) kulek z każdej strony.

15. Smaru nie powinno być ani za dużo (łożysko gorzej pracuje a nadmiar i tak rozejdzie się na boki) ani za mało. Ja zawsze daję mniej więcej tyle, co na poniższych zdjęciach.

16. Ostatnią, najtrudniejszą fazą jest kontrowanie. Wkładamy chwytak do imadła. Konus i nakrętkę od lewej strony skręcamy palcami.

17. Mocujemy w nim oś piasty i mocno, acz z czuciem skręcamy.

18. Następnie dociągamy nakrętkę do konusa pamiętając o tym, aby nie obracać "15-stką"!

19. Zdejmujemy koło z chwytaka i palcami sprawdzamy płynność obrotu osi. Ważne jest, aby kręciła się nieco zbyt ciasno, ale bez charakterystycznych chrobotów i przeskakiwania.

20. Teraz czas na ponowne włożenie osi w chwytak i dokręcenie konusa do kontry. Należy pamiętać, aby za każdym razem dokręcać go o 10-tą część obrotu, gdyż łożyska są bardzo wrażliwe na zbyt mocne, albo za lekkie skręcenie.

21. Kolejnym etapem jest zdjęcie koła z chwytaka i clou tematu, czyli regulacja mitycznego wręcz luzu. Jedynym właściwym sposobem jest złapanie lewą ręką osi tak, aby znalazła się po środku dłoni i mocne przyciśnięcie jej do piasty tak, jakbysmy chcieli ją przepchnąć.

22. W tym momencie drugą dłonią ruszamy delikatnie lewym końcem osi w górę i dół; ma dać się wyczuć minimalny luz. Bez uwzględniania punktu 21, o żadnym luzie nie może być mowy.

23. Jeśli wszystko jest w porządku, ponownie wkładamy oś do chwytaka i mocno dociągamy kontrę do konusa. Nigdy, przenigdy nie dociągamy (ani nie luzujemy) kontr jednocześnie z dwóch stron koła. Jest to najprostsza droga do rozkontrowania się piasty (lub skręcenia) podczas jazdy!

24. Gotowe, zakładamy jeszcze tylko kapę i uszczelkę. Kręcąc osią w palcach będzie dał wyczuć się jeszcze pewien opór, który zniknie po pierwszej dłuższej przejażdżce, gdy smar zostanie dokładnie rozprowadzony. Prawidłowo skontrowana piasta kręci się bez żadnych chrobotów; obrót jest płynny na całym obwodzie. Najłatwiej jest sprawdzić to trzymając konce osi w dłoniach i zakręcić kołem. 

25. Teraz pozostaje już tylko pójść na rower :-)