Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 28 maja 2012
Maraton geologów, czyli relacja z maratonu w Nowinach

"Trasa Fan w Nowinach ułożona jest tak, że większość będziesz szedł z buta. I to nie tylko ostre, strome podjazdy, ale też karkołomne zjazdy.

Już pierwsze kilkaset metrów asfaltem od startu tak da Ci w kość, że będziesz chciał do mamusi. A jak się asfalt skończy i wjedziesz do lasu... tam zobaczysz Trupienia i będziesz żałował, iż nie zostałeś na boisku przy pływalni "Perła", oglądając start dystansu Family.

Gdyby udało Ci się dojechać do pierwszego bufetu to nie wstydź się poprosić, aby Cię podwieźli na metę. Jeśli jednak zdecydujesz się pokonać cały dystans i zapomnisz już o Trupieniu, on pojawi się ponownie. I będzie to czas, gdy dzieciaki z dystansu Family będą już dawno na mecie, a mijających Cię bikerów z dystansu Master będziesz prosił o coś do picia i pytał, czy daleko jeszcze".

 

Mniej więcej tak właśnie zachwalał wyścig ŚLR w Nowinach początkującemu adeptowi świętokrzyskiego MTB jeden z moich ulubionych (bez cienia kpiny) forumowiczów, Gary. Pomyślałem wówczas sobie, że chciałbym chociaż raz zobaczyć folder promujący dany cykl ułożony w tym właśnie tonie. To byłaby wspaniała odmiana od "kultowych tras, pięknych widoków i rodzinnej atmosfery", którymi karmią nas organizatorzy. Wiadomo, nie ma na to szans, ale czyż nie fantastycznie wyglądałaby ulotka ze zdjęciem jednej z "gleb" na trasie i podpis w stylu "2 zawały, popękane kości i zmiażdżone stawy. Obojczyki dawno przestaliśmy liczyć. Zapraszamy do zabawy w dziczy; który głupi bilet kupi". A na dole ulotki jedna czy dwie reklamy zakładów pogrzebowych. Dodatkowo do pakietów startowych książka pt.: "101 pomysłów na życie po utracie nogi". Byłoby "pjur emtebe", o którym tak głośno ostatnio w mediach. 

Wracając do rzeczywistości, na stronie ŚLR czytamy: "Nowiny - Pięknie porośnięte lasami pasmo Gór Zgórskich i Pasmo Bolechowickie idealnie nadają się do turystyki pieszej i rowerowej. Omawiany obszar jest rajem dla geologów, studentów i uczniów szkół geologicznych, kolekcjonerów minerałów".

Tak więc bierzemy aparaty a na garb zarzucamy plecak bo kto wie, a nuż znajdziemy na trasie piękny krzemień pasiasty? I tylko mapka nie daje spokoju, bo wykres przypomina wskazania sejsmografu po trzęsieniu w Chile z 1960 roku. Swoje robią też wymyślne nazwy poszczególnych szczytów: Kamienna, Ostra, Biesak, Trupień. To nie będzie maraton dla geologów, czuję się oszukany. Choć mając w pamięci mój popisowy lot przez kierownicę na jednym ze zjazdów rok temu i zarycie niczym rasowy, świętokrzyski dzik ryjem w glebę, coś jednak jest na rzeczy. Co więcej-wspomnianej na stronie turystyki pieszej, większość na pewno doświadczy.

(...)

Przygotowania do maratonu zawsze zaczynam od sprzętu. Ostatnio uśmiechnęło się do mnie szczęście, bo wygrałem bon o wartości 800 zł. do zrealizowania w Velo, czyli sieci Dobrych Sklepów Rowerowych. Także zakupiłem trochę Park Tool-a, Finish Line-a, etc. Klient ze mnie żaden, bo oprócz pokrycia kosztów wysyłki nie zostawiłem u nich ani złotówki. A jednak zostałem miło zaskoczony, kiedy człowiek z Velo sam do mnie zadzwonił z informacją, że zamówienie jest skompletowane i pytaniem, czy może je wysyłać. Naprawdę świetna obsługa jak na tak dużego molocha; chłopaki są ok. W paczce dotarły do mnie również naboje do pompki, także z ulgą zdjąłem ciężkawego Topeak-a. Wiadomo, gram zdjęty-rower wniebowzięty ;-) Z obrzydzeniem dokręciłem jeszcze aluminiowy koszyk obok tytanowego King Cage i można było wziąć się za siebie. W sumie byłem trochę zły, bo tuż przed maratonem z racji innych obowiązków odpadł mi jeden trening i miałem dwa dni wolnego. Cóż, przynajmniej trochę odpocznę, myślałem sobie. Jednak gdy długo nic nie robię mam nieopisanie silne uczucie ciężkości na całym ciele i wydaje mi się wtedy, że coś zmarnowałem.

W sobotę zrobiłem standardowy trening przed maratonem i było nieźle; noga podawała rewelacyjnie. Dobry prognostyk. W niedzielę rano zawinąłem Krzycha z Nowej Słupii i zasuwamy do Nowin. Pogoda dobra, można by rzec kolarska, więc będzie super. Przed startem standardowo rozgrzewka na genialnym, równiusieńkim asfalcie i ustawiamy się w sektorach. Na stadionie coraz więcej znajomych twarzy. Obsuwy nie ma i po chwili ruszamy za VW Maziego. Początek jest dokładnie taki sam, jak w zeszłym roku. Trzymam się na początku i nie daję wyprzedzić, bo zaraz czeka nas ostry zakręt, a po chwili wąziutki single-track akurat na 1 rower. Na asfalcie pod górę prowadzę, jest całkiem nieźle, chociaż czuję ciężkość na żołądku-efekt nietrafionych kulinarnych eksperymentów. Tuż przed wjazdem w singiel wyprzedzają mnie Tomek Sikora i Mirek Borycki. Dziś są poza zasięgiem reszty, co najwyżej można przystanąć i rzucić za nimi kamieniem. Szczególnie po Tomku widać, że noga rewelacyjnie mu podaje. Chłopaki nieco odjeżdżają, ale są wciąż w zasięgu wzroku. Tymczasem ja jadę z Kamilem Pomarańskim i chłopakiem z WKK. W pewnym momencie zaczynają mi odjeżdżać, ale pod wiaduktem dzięki dobrej współpracy z Jarkiem Kleczajem z Kross-a, dochodzimy ich tuż za niewielkim podjazdem na łące. Jedzie nam się dobrze, ale po chwili słychać ryk silnika motoru i pilot krzyczy, że źle jedziemy. No żesz kurwa mać, tym razem to obsługa maratonu źle nas pokierowała, dzięki czemu nadłożyliśmy 7 km. Mnie się wszystkiego odechciewa, bo w Sandomierzu było dokładnie tak samo z tym, że tam mogłem wygrać.

Co robić, zawracamy i pod mostem pytamy, ile osób z Master już pojechało, na co gość krzyczy, że chyba wszyscy. Do dupy z takim ściganiem, ale ostro kręcimy dalej. Po pewnym czasie Kamil zaczyna nam odjeżdżać i dalej jedziemy we dwóch z Jarkiem. Mnie niestety coraz bardziej się odechciewa tego wszystkiego. Koło Jaskinii Raj mamy fajny, techniczny zjazd, na którym wszyscy jak jeden mąż sprowadzają. Jarek krzyczy o wolne miejsce i z powodu tłoku zjeżdżamy go na 2 razy. Gdyby nie to, że szwankuje psychika, to jedzie mi się nieźle. Ludzie też kulturalni, w większości szybko schodzą z trasy. No, może oprócz 2 sytuacji, gdy chciałem wyprzedzić pacjenta na full-u Giant Anthem i ten uniósł się chyba honorem zaczynając przyspieszać zajeżdżając mi drogę. Żenada zważywszy na to, że owa szaleńcza ucieczka skończyła się dla niego na pierwszym podjeździe. Drugi przypadek był mniej drastyczny, ale mielenie na 22-34 albo 36 tak, że ja przy moich 22-27 muszę kręcić od lewej do prawej jest mało komfortowe. Na szczęście kolega kulturalnie mnie przepuścił. 

Cały czas jedziemy we dwóch mijając kolejne osoby. W pewnym momencie Jarek wyprzedza któregoś z maruderów i przyblokowany zostaję z tyłu. I tak walczymy w najlepszym razie o 30 miejsce, myślę sobie i ponownie mi się odechciewa. Po chwili dojeżdżam do Krzyśka i zrezygnowany proponuję mu "etap przyjaźni"; dojedziemy do mety razem. Niestety Krzychu ma dziś kryzys i odjeżdżam mu na stromym podjeździe chcąc kręcić swoim tempem. Jednak po pewnym czasie facet mnie dogania i krzyczy, żebym poczekał. Ok; czemu nie. Dalej jedziemy razem; Krzychu ma cholerne bóle pleców i jedzie mu się coraz ciężej. Na którymś z bufetów doganiamy Michała i dalej jedziemy w trójkę. Ja stwierdzam, że robię sobie wycieczkę i odpocznę psychicznie. W pewnym momencie zaczyna się łatwy, cholernie szybki i śliski zjazd. Krzysiek nadaje tempo, które jest cholernie wysokie. Gość jest naprawdę dobry technicznie ale wiem, że teraz przesadza. Zjeżdżamy na granicy szaleństwa; Michał zostaje z tyłu. Jadę kilka metrów za Krzychem; widzę jego pierwszy uślizg tylnego koła. O żesz kurwa, palce muskają klamki, ale udaje mu się wyprowadzić rower na właściwy tor. Ja wiem, że to nie skończy się dla nas dobrze. Wyjeżdżamy zza zakrętu i widzę, jak karbonowy MCM Krzyśka z olbrzymim impetem koziołkuje w powietrzu, a on sam wykonuje kilka salt i ryje w ziemi. Przy tej prędkości mam śmierć w oczach i próbuję zwolnić na tyle, na ile się da bo doskonale wiem, że nie wyhamuję. Krzysiek leży na środku drogi, nie mam szans go ominąć. Wybieram mniejsze zło i zamiast w tułów, wjeżdżam w jego nogę. Zostaję katapultowany i z olbrzymią siłą głową uderzam w jego rower, dosłownie miażdżąc oba koszyki na bidon. Jestem przekonany, że kask jest rozsypany.

Zbieram się z gleby i przed sobą widzę, chyba trupa. Ja pierdzielę, jakiś gość leży przede mną i się nie rusza. Ale już biegnie do niego Michał a ja idę zobaczyć, co z Krzyśkiem. Widok jaki zastaję mrozi krew w żyłach: gość jest cały zalany krwią, uderzając w ziemię i sunąc po niej odrywa wargę od kości. Jest źle. Na domiar złego co chwila mijają nas ludzie na rowerach. Niektórzy mają w głębokim poważaniu stan Krzyśka i "trupa". Wyciągam telefon i dzwonię po karetkę przytomnie ściągając rowery z trasy. Kuźwa, wszędzie pełno krwi. Po chwili facet odzyskuje przytomność i widzę, że jest w szoku bo wsiada na rower i chce jechać dalej mimo zmasakrowanej twarzy i dwóch kapci. Krzysiek siedzi na górze i czekamy na ekipę ratunkową. Co chwila krzyczę do ludzi, żeby hamowali ale co tam. Po kilkunastu sekundach kolejny facet zalicza glebę i przy pełnej prędkości owija się na pniu drzewa. Wygląda to bardzo poważnie; ściągam jego rower z trasy a faceta razem z Michałem zaciągamy na ściółkę obok. 

Bardzo szybko pojawiają się ratownicy, którzy mumifikują Krzycha (dokładnie tak wyglądał) i nadają komunikat o konieczności zatrzymania faceta po utracie przytomności. Biorę graty Krzyśka i jadę powoli do mety. Końcówka wiedzie po części trasą czasówki z ubiegłego roku, a Mazi na finiszu dołożył nam wymyślne agrafki z podjazdami pod same gwiazdy. Stairway to heaven. Co chwila mijam kolejne osoby. W pewnym momencie ktoś pyta, ile do mety. Patrząc na licznik odpowiadam, że 12. 20, krzyczy ktoś z tyłu. Ja pierdzielę, zapomniałem o nadłożonych kilometrach :-/ Na mecie zgarniam rower Krzyśka z biura zawodów i muszę jechać do szpitala. Zostaję jednak zatrzymany do odebrania nagrody fair-play. Trochę głupio się czuję, bo w sumie to chyba normalne, że w takich sytuacjach się pomaga. Koniec końców dostaję całkiem fajne rękawiczki od Speca, które o dziwo pasują jak ulał. Nawet kolorem. Co prawda damskie ale co tam, ciachnie się metkę i nie będzie widać. Po wszystkim śmigam do szpitala gdzie Krzychowi dezynfekują żywe mięcho bez znieczulenia spirytem. Kuźwa, ja umieram. Facet musi zostać w szpitalu i czekać na przyszycie wargi. Koniec maratonu.

Posłowie.

Może zakrawać to na kpinę, ale maraton uważam za udany. Wg mnie trasa łatwiejsza technicznie od zeszłorocznej (przynajmniej na początku), ale wymagająca kondycyjnie. Rękawiczki Speca wygodne, Krzysiek ma już przyszytą wargę. U mnie skończyło się na pękniętym mocowaniu do Polara i wgniecionym kasku. Centralnie na czole mam takiego siniaka, jakby pod monopolowym ktoś sprzedał mi bombę. Boli mnie szyja, prawa dłoń i lewa noga. Kiedyś pisałem, że nie ma bardziej pechowego bikera ode mnie. Ktoś kuźwa przebija?

21:19, punkxtr
Link Komentarze (15) »