Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
sobota, 11 maja 2013
Nie ma chuja we wsi

Ostatnio rowerowym światkiem wstrząsnęła wiadomość o śmierci jednego z młodych, utalentowanych kolarzy. Miało to miejsce podczas wyścigu na torze, kiedy jeden zawodnik zajechał drogę drugiemu, a ten zaliczył klasyczne OTB. Nie umiejąc powstrzymać emocji na wodzy, tak dotkliwie pobił sprawcę zdarzenia, że ów zmarł z powodu odniesionych obrażeń. Rzecz wydawałoby się kuriozalna, w którą trudno uwierzyć, jednak wydarzyła się naprawdę. W sieci krąży materiał filmowy z tego zdarzenia, więc jeśli ktoś ma ochotę, znajdzie go poniżej. Uprzedzam jednak, że obfituje on w drastyczne sceny, a Wasze postrzeganie kolarskiego światka po takim seansie może diametralnie się zmienić.

http://www.sfora.pl/Zobacz-jak-niedzwiedz-pozarl-malpe-Scigal-ja-na-rowerze-a55449

Jak widać to trochę taki freak show, bo sprawca jechał na rowerze trekkingowym, a ofiara na streetówce. Jednak mimo powagi sytuacji, zdarzenie przypomina mi obrazki, które są chlebem powszednim na maratonach. Zajeżdżanie drogi, rzucanie mięsem, przepychanki. Dlatego też postanowiłem scharakteryzować krótko postacie będące solą naszych rodzimych wyścigów. Do których Wy się zaliczacie?

Andrzej

Masz między 40 a 50 lat, a na co dzień posiadasz wąs i koszulę w kratę; jednym słowem nosisz się modnie. Od momentu, kiedy koledzy spod budki wysłali Cię rowerem po piwo do oddalonego o 4 km. sklepu a Ty wróciłeś o własnych siłach, mówią na Ciebie Szurkowski, albo przechuj. W zależności od stężenia alkoholu we krwi. Mimo 30 lat palenia fajek bez ustnika sprawia to, że właśnie w siebie uwierzyłeś. Gdy widzicie plakaty reklamujące wyścig, musisz wziąć w nim udział, bo jesteś najlepszym kolarzem w okolicy. Na starcie mina Ci rzednie, jesteś zagubiony, przestraszony i żałujesz, że nie masz ze sobą swego piwa. Kiedy po pijaku razem z kolegami dla beki próbujesz ogolić nogi, zacinasz się i umierasz z upływu krwi. Kumple jeszcze przez długie lata wspominają, że "nikt nie zapierdalał na rowerze tak, jak Andrzej".

Pros

Jesteś młody i zagniewany, choć tak naprawdę sam nie wiesz, dlaczego. Stojąc w sektorze zawsze masz mimikę kartofla i jesteś twardy jak nadgniły pomidor. Usuwasz włosy z nóg laserem i dobierasz skarpetki pod kolor oprawek żałując, że ich gumek nie możesz zwinąć nad kostką w rulonik, jak podczas komunii. Zawsze jesteś na topie, nie dalej jak tydzień temu przyszły do Ciebie długo oczekiwane Oakley'e z chińskiego ebay'a. Poprzez nieskazitelnie białe rękawiczki trzymasz kierownicę i z nikim nie rozmawiasz, bo jesteś tu najlepszy. Przed startem jeździsz na tylnym kole po rynku, a filmuje cię mama. Po 5-ciu km. krzyczysz "lewa wolna, kurwa" i gubisz trasę, zrywasz łańcuch albo zakopujesz się w piachu, po czym objeżdża Cię nieogolona małpa na Alivio. Pierdolisz to, bo wyścig nie był "Pro".

Stefan

Masz już 60-tkę na karku, ale wciąż na rowerze. Ty nie jeździsz, Ty zapierdalasz. Z pierwszego klubu wyrzucili Cię za doping; do nieprzytomności objadałeś się batonami energetycznymi, których tak brakowało za PRL-u. Starasz się pokazać, że jesteś ważny, bo w domu dla żony wyżej w hierarchii jest nawet kot i paprotki. Kask nie jest Ci potrzebny, zawsze jeździsz w szałowej, kolarskiej czapeczce z daszkiem. Na maraton niechętnie zakładasz skórzanego "bananowca" sprzed 30 lat. Czujesz wyraźną awersję do MTB i startujesz na przełajówce, albo staruteńkim sztywniaku z szosowym osprzętem. Zawsze ustawiasz się w pierwszej linii, bo kręcić przecież umiesz. Przed startem trzy razy sikasz na bandę 35 sektora. Wiadomo, prostata. Na 15-tym km. trasy znajdujesz pierwszy skrót; na 40-tym ma czekać sąsiad Żukiem z zagrzanym silnikiem. Mimo tylu lat wciąż objeżdżasz młodszych, czym na pewno pochwalisz się na turnusie w zdrojowym mieście.

Pan X

Na rowerze ostatnio siedziałeś podczas komunii, ale na żużlu podarłeś garniturek, który miał Ci jeszcze służyć podczas matury, ślubu i pogrzebu, więc dostałeś solidny wpierdol od ojca i do dziś masz traumę. Przeniosłeś się więc do Internetu, gdzie czujesz się bezpiecznie. Zawsze doradzisz, jakie opony wybrać, czym naoliwić łańcuch, oraz gdzie stoją najlepsze kurwy na trasie. Nie ma pytań, na które nie znasz odpowiedzi, a w avatar wkleiłeś mroczną kostuchę i podpis "MTB guru". Po swoim pierwszym starcie rzucasz w eter, że to nie XTR-y napędzają rowery, a jeśli objechała Cię dziewczyna, dojechałeś ostatni lub po prostu jeździsz jak ostatnia pizda to nic złego, bo to tylko zabawa.

To nie jest zabawa. To front przetrwania.

Pan zły

Już w drodze na maraton jesteś solidnie wkurwiony, bo aby wpakować do swojego Tico rower, musiałeś jechać z otwartą klapą bagażnika, za co dostałeś mandat na trasie. Podczas objazdu trasy przebijasz dętkę i wjeżdżasz w gówno. Na szczęście masz pierwszy sektor; 5 min. przed startem okazuje się, że nie ma Cię na liście. Na 6-tym kilometrze doganiają Cię chłopaki z 10-ego sektora i wreszcie zaczynasz wyprzedzać. "Pierdolnąć ci, kurwa?", pytasz 8-latka z Hobby, który właśnie wywrócił się na podjeździe tuż pod Twoim kołem. Przed samą metą przewracasz jeszcze jakąś dziewczynę i kasujesz ucieczkę dwóch hobbitów, przez co podnosi się Twoje morale.

Mountainbiker

Jesteś wyluzowanym gościem i największym twardzielem, bo jeździsz na rowerze górskim. Twój sprzęt ma imię i poświęcasz mu więcej czasu, niż swojej drugiej połówce. Często wyłączają Ci prąd, bo właśnie nabyłeś nową korbę XTR, ale za to masz platynową kartę w Rossmann, odkąd wykupiłeś cały zapas świec zapachowych. Wiesz, w czym tkwi różnica między przerzutkami tej samej serii z dwóch kolejnych lat. Jesteś szczęśliwy, że robisz to, co robisz i nie zamieniłbyś tego na nic innego. Po prostu... nie ma chuja we wsi.

poniedziałek, 06 maja 2013
Człowiek bez twarzy

Siedział nieruchomo, niczym antyczny posąg, pod dachem jednego z barów, w którym gwar rozmów ucichł już jakiś czas temu. Nie przejmował się tym, a raczej takie mógł sprawiać wrażenie. Jedyne oznaki życia przejawiał tylko wtedy, gdy niespiesznie podnosił do ust przybrudzony kufel z prawie całkowicie rozgazowanym już piwem. Następnie niemal nieruchomiał, mocno ściskając szkło spracowanymi dłońmi. Niespiesznie... to tak, jakby wyrzucić pustą butelkę na śmietnik i kazać komuś obserwować jej rozkład na czynniki pierwsze. Po czym świadek owego widowiskowego zdarzenia powiedziałby, że butelka rozłożyła się niespiesznie. To zdecydowanie nie jest dobre słowo, ale mężczyzna był mistrzem w kamuflowaniu swoich prawdziwych uczuć. 

Barman nie miał daleko do domu, wystarczyło mu otworzyć drzwi za kontuarem i już w nim siedział. Ba, mógł zostać za ladą i też na jedno by wyszło. Jednak o tej godzinie w jego ruchach dało się zauważyć pewną nerwowość. Gdy kolejnemu kuflowi nadawał właśnie taki połysk, jakiego nie dane było mu widzieć od nowości, w końcu rzucił niedbale, niemal od niechcenia w stronę gościa podniesionym, bardzo wyraźnym głosem: "Zamykamy!". 

Mężczyzna przebudził się nagle ze swoich myśli, czy też snu (a może to to samo) i jednym pociągnięciem przelał cały słomkowy płyn do żołądka. W dobie Internetu mógłby być nawet swego rodzaju Youtube'owym kuriozum. Barmana oczywiście nie mogło to zdziwić, tak więc pozostał niewzruszony, rzucając brudną ścierkę na dystrybutor. Mężczyzna wstał pewnie z krzesła, za pewnie, po czym podszedł do lady i bez chwili wahania zamówił trzy kwasy. Tanie wina, rzecz jasna, co i dla barmana było aż nazbyt oczywiste. Schował je pod swoją kurtkę, jakby obchodził się z rocznym dzieckiem. Stąpając ciężkimi butami po drewnianej podłodze skierował się do drzwi, po czym zanurzył w szarudze kończącego się dnia. Na chwilę stanął, zerknął w górę, na las, po czym przez ułamek sekundy stał niemal bez ruchu, a jego źrenice błyskawicznie przybrały dużo większy niż dotąd rozmiar. Trwało to jednak tak krótko, że mogło być złudzeniem, majakiem. W końcu mężczyzna doskonale ukrywał swą prawdziwą twarz za parawanem nieprzebytej szorstkości. Postawił kołnierz swego stalowego niegdyś płaszcza i ruszył w kierunku fury i wyjadającego siano, nad wyraz spokojnego konia. Gęsta czapa wilgoci unosząca się w powietrzu zwiastowała deszcz.

(...)

Nie dojechał jeszcze do lasu, a pierwsza z butelek zabranych z baru, leżała już pusta, obijając się o boki drewnianej fury. Mężczyzna nie trudził się nawet trzymaniem lejców; koń doskonale znał drogę do swej stajni. Pokonał płytki strumień, ostatnie zabudowania i łąkę, po czym zniknął w gąszczu drzew, które zatrzasnęły za nim niewidzialną bramę. Zaprzęg powoli wjeżdżał do góry, a końskie kopyta za chwilę grzęzły w błotnistej mazi. Zwierzę zarżało niespokojnie, naparło przednimi nogami na duży kamień i ruszyło naprzód. Ze Szczytniaka schodziła mgła, wypełniając gęsto las, oraz głowę furmana. Bo tutaj, wysoko ponad miastem nie musiał już chować swych prawdziwych uczuć. Czuł ten sam lęk co wczoraj, przedwczoraj, miesiąc i rok temu. Do życia ostatniego człowieka z gór można się było przyzwyczaić, ale nigdy zapomnieć. Szybko, nazbyt szybko pochłaniał zawartość kolejnej butelki, byle tylko nie musieć mierzyć się z rzeczywistością. 

Wreszcie był na miejscu. Koń znikł w swej stajni, a mężczyzna wszedł do domu. Wcale nie czuł się tu bezpiecznie, co powinny zapewniać mu własne cztery ściany. Po co mu dobry zamek w drzwiach, skoro nie ma nawet płotu, a i tak nikogo by nie obeszło, co dzieje się z nim w tej głuszy. Zresztą, kto by tutaj przyszedł. 

Często wydawało mu się, że nocami coś słyszy. Rano widywał nawet ślady, ale czy mógł wierzyć swemu umysłowi zmąconemu alkoholem? Góra miała swą krwawą historię, a on każdego wieczoru widywał pomordowanych, jak i katów z lat niedawnej wojny. Każdy chrzęst, każdy trzask, zapijał dwoma kolejnymi łykami, zakopując się tak samo głęboko w swoim łóżku, jak i we własnej głowie. Samotność nie dawała mu szans, a on o tym niestety wiedział.

(...)

Pamiętacie mój wpis sprzed dwóch lat o wyścigu na Paśmie Jeleniowskim? Tamte lasy mają wiele swoich tajemnic, a jedną z nich była historia człowieka ze Szczytniaka. Ostatniej osoby, która w środku lasu miała swój dom. Dawno już chciałem trafić w to miejsce, a stosowna okazja nadarzyła się dopiero ostatnimi czasy. Razem z Danielem i Krzyśkiem postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje miejsce i znaleźć to, co skrywał przed nami las. Mieliśmy Krzycha jako przewodnika i dość mgliste pojęcie o tym, gdzie szukać jakichkolwiek śladów. Ruszamy z Wronowa, niewielkiej wsi położonej u stóp lasu. Starsi mieszkańcy muszą coś pamiętać, bo historia miała swój burzliwy koniec raptem niecałe trzydzieści lat temu. Wchodzimy pomiędzy drzewa i od razu czujemy ten niesamowity klimat, a morale idzie w górę. Dziś znajdziemy ruiny tego domu!

Miejscami trochę wody i błota, ale nas to nie przeraża. To ma być przygoda, a tę czuć za każdym liściem i przy każdym kroku. Krzychu w końcu doprowadza nas do miejsca, w którym miał stać dom naszego tajemniczego jegomościa. Dziwnie to wygląda, wszędzie drzewa i zarośla. Przecież tutaj nie dałoby się mieszkać!

Kluczymy dobre pół godziny, a śladów brak. Jesteśmy nieco zawiedzeni co sprawia, że przy każdym drzewie widzimy zarys domniemanej chaty. 

-Tutaj mogły być fundamenty, a tutaj studnia! 

Tak, tak, przytakujemy maskując nasze zawiedzenie brakiem spodziewanego rezultatu. Teren nie wydaje się być wielki, ale czasu na jego przeszukanie coraz mniej. Punktu zaczepienia również brak; Krzysiek pamięta tylko, że kiedyś znalazł w okolicy jakieś stare garnki. Jedynym śladem dawnej ludzkiej bytności w tej okolicy jest samotna, zdziczała już czereśnia, którą napotykamy na środku polany. 

Cóż, po tylu latach chyba tylko ona jest świadkiem tamtych dni i tamtego człowieka. Mówi się trudno, wracamy. Może jeszcze kiedyś się uda. Przy okazji natrafiamy na ślad pogańskiego wału ciągnącego się niemal przez całą górę. To niesamowite, że ułożono go tyle wieków temu a wygląda, jakby powstał wczoraj...

Wracamy szlakiem, po czym natykamy się na flagę schowaną gdzieś w gąszczu drzew. Krzychu postanawia ją wyciągnąć, Daniel niknie poniżej w gęstwinie drzew, a ja szuram sobie butem po ścieżce.

Nagle, słyszę gdzieś z dołu: Jeeeeeeeeeeeeeeest, znalaaaaaaazłeeeeeeeeem!!!

Rozglądam się wokół i oto widzę przed sobą fundamenty domu. Po chwili drugie, trzecie i kolejne.

Jest nawet i ostatnia deska pokryta farbą, która dosłownie rozpada się w dłoniach nadgryziona zębem czasu i leśnych stworzeń:

Po chwili znajdujemy i słynną studnię, wykopaną u stóp największego świerku, jaki dane nam było widzieć w okolicy.

Wystarczy tylko odgarnąć liście...

... a Krzychu już wskakuje do środka...

... po czym testuje swojego Suunto. Woda ma temperaturę 6 stopni.

Wszędzie dookoła leżą butelki, jako ostatnie pamiętające tajemniczego właściciela.

Zabawne, że fiołki wyrosły tylko w tym miejscu, w którym stała chata. Leśny człowiek nie mógł chyba wymarzyć sobie lepszego pomnika, który postawił mu jego prawdziwy dom.

Pora wracać. Ale najpierw musimy dać odetchnąć swoim zmysłom czerpiąc garściami z tego, co oferują nam góry.

Schodząc staramy się znaleźć co ciekawsze odcinki na nadchodzący maraton ŚLR w Łagowie. I wiecie co? Znaleźliśmy. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

-Grzechu, myślisz, że możemy dać tym ludziom taki zjazd?

-Pewnie, że tak. Niech dobrze zapamiętają ten wyścig. 

-Ale przecież oni tego nie zjadą...

-No to co, ma być hardcore.

2 km. zjazd korytem strumienia z luźnymi kamieniami, wymyte przez wodę ścieżki i podjazdy, których nie powstydziłby się Grzegorz Golonko to krótki opis tego, co czeka Was w sierpniu :-)

Uwierzcie mi, lekko nie będzie, o co zadbamy my i Pasmo Jeleniowskie. Ale koniec tych rozważań, bo żeby to przejechać, trzeba potrenować. Do zobaczenia na rowerze!