Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
środa, 29 czerwca 2011
Traktor

Na dzień dzisiejszy miałem przewidziany dwu godzinny trening z kadencją 90 obr./min. i w granicach tętna 140-160 ud./min. Wiadomo, najlepiej robić takie rzeczy na szosie i takoż właśnie postanowiłem go wykonać. Mam swoją ulubioną pętlę w Warszawie wiodącą przez Wilanów, Habdzin, Słomczyn i Konstancin. Ruch samochodów jest tam praktycznie zerowy a asfalt w większości niezłej jakości. Z tych właśnie powodów bardzo często można tam spotkać wszelakiej maści szosowców i innych, podobnych mnie wariatów. 

Oczywiście ta sama trasa pokonywana któryś raz z rzędu może się nudzić, ale i tak jest to lepsze niż trenażer. Często staram się urozmaicać swoje treningi, żeby nie doświadczyć uczucia stagnacji albo co gorsza znużenia. W pierwszej połowie trasy goniła mnie ciemno-bura chmura deszczowa a orzeźwiające powietrze i pierwsze, aż nazbyt śmiałe krople pozwalały sądzić, że nie wócę do domu suchy. Ileż jednak można uciekać przed chmurą. Jest to mniej więcej tak samo pasjonujące, jak oglądanie scen niczym z poniższego filmu:



W pewnym jednak momencie dojechałem do dwóch pracujących przy drodze robotników. Niby normalna rzecz ale jednak coś mnie tknęło gdy przejeżdżając obok nich jeden rzucił łopatę, wsiadł do zaparkowanego obok traktora i zapuścił silnik. Oczywiście żyjemy w wolnym kraju i każdy może sobie wsiąść do traktora, o ile go ma, i jeździć nim do woli. Mijam jednak pierwszy zakręt, potem drugi i ciągle słyszę za sobą to charakterystyczne "pyr, pyr, pyr". Koniec końców zacząłem się co chwilę odwracać za siebie, a ten ciągle jedzie za mną i nawet jakby przyspieszył. Do głowy wpadł mi wiec genialny pomysł. Nakręciłem się, że traktorzysta goni mnie chcąc mnie rozjechać. Tętno miałem w okolicy 145 ud./min., więc zapas jeszcze był. Jadąc na przełożeniu 44-16T, podkręciłem kadencję do 100 obr./min. Początkowo nogi mnie trochę paliły, ale szybko wpadłem w swój rytm. Oczami wyobraźni widziałem kieromana, który siedzi w kabinie w tych swoich nausznikach i z niedopalonym kiepem w kąciku ust będzie mnie ścigał dotąd, póki nie znajdę się pod jego kołami bądź nie wyczerpie mu się paliwo. Skręciłem w długą prostą wiodącą do Konstancina, na której zawsze wieje (nawet, jak nie wieje). Tylko szczere pole, traktor i ja. Coś jak Mad Max, tyle, że pod Warszawą. Cały czas trzymałem kadencję 100 obrotów, aż tu nagle gość przyspieszył. Nie wiem, ile można wyciągnąć takim traktorem ale skoro facet mnie doganiał znów wyobraźnia poszła w ruch. Doszedłem do wniosku, że gdzieś w małej, zabitej dechami wsi w swoim starym garażu ów człowiek w przerwach pomiędzy piciem piwa Van Pur a gwałceniem kur i kogutów tuninguje swój traktor tak, że nikt mu nie ucieknie. Coś jak "Duel" Spielberga.

Odbiłem w lewo w drogę na Słomczyn i z powiększającą się przewagą dojeżdżałem do podjazdu pod kościół. Teraz albo nigdy, pomyślałem słysząc za sobą wściekłe "pyr, pyr, pyr". Stojąc w pedałach depnąłem nieco mocniej i choć tętno wyszło o 4 uderzenia poza 160, to jednak byłem zwycięzcą, a traktor znikł tak szybko jak się pojawił. Wracając do domu byłem już najmocniejszym zawodnikiem lokalnego maratonu, który jako pierwszy gna do mety. Wypracował sobie sporą przewagę; rozanielone laski stojące przy drodze obiecują mu takie rzeczy gdy wygra, że na samą myśl o tym zaczyna się czerwienić pod kaskiem nie ustając jednak w walce o złoto. A nawet zaczyna jechać jeszcze szybciej. Jego obrót jest niewiarygodnie płynny a ludzie siedzący przed telewizorami skandują jego imię gdy przejeżdża linię mety. 

Pod blokiem wciskam czerwony przycisk na moim Polarze i patrzę na wynik. Wyszedł mi rewelacyjny trening, do którego w normalnych warunkach bym się nie zmusił. Bo z nudą trzeba walczyć :-)

niedziela, 26 czerwca 2011
26.06.2011-Maraton ŚLR w Kielcach

Jak ten czas leci... pierwszy wypad pod namiot, pierwszy sex, 18-stka, pierwsze dźwięki przesterowanej gitary, które pamięta się do dziś... No właśnie, dziś. A tu już czerwiec i półmetek kolarskiego sezonu. Przyznam szczerze, że kieleckim maratonem (niczym majonezem ;-)) byłem straszliwie najarany odkąd przyjechałem z Mistrzostw Polski w kolarstwie górskim A.D. 2011. Do domu wracałem tak zgrzany, że jadąc musiałem wystawić ryj przez odsuniętą szybę samochodu i chłodzić go wiatrem. Oczy, wielkości sowich, (od wytrzeszczania ich na trasie owego XC) zmalały mi i zrobiły się normalne dopiero do kilku dniach. Co więcej, później na każdym treningu poprzedzającym maraton wyobrażałem sobie, że na podjazdach jadę niczym Galiński. Wiecie, jak to jest (echh... chłop 27-dmio letni...). Szaleństwo. Nadmienić tutaj muszę, że w naszych pięknych lasach mamy jakiś potworny wysyp kleszczy. Wyobraźcie sobie, że z każego (sic!) wypadu przywoziłem ich na sobie co najmniej w dwóch sztukach. Miałem je tylko na nogach co pozwala sądzić, że nie prowadziły desantu jedynie z powietrza. Ale do rzeczy...

Przez cały tydzień bawiłem w Starachowicach i robiłem naprawdę ostre treningi. Noga podawała, ale na dwa dni przed niedzielą było zauważalnie słabiej. Cóż, jak wiadomo przekonać babcię, że nie jest się głodnym jest rzeczą NIEMOŻLIWĄ. Niektórzy mówią nawet, że wysłanie ich kilku do krajów trzeciego świata rozwiązłoby problem głodu. Codzienne zupy, drugie dania i na deser 3 kiśle (a, tak mi się jakoś rozlało). Rano drożdżówki, po południu lody. W pewnym momencie bałem się wchodzić do domu, więc albo śmigałem na rowerze, albo siedziałem na podwórku czyszcząc go na błysk. Jednak prawdziwa pogrom zaczynał się, gdy zapadał ZMROK. Kiedy chłód zgarniał mnie do domu, babcia przystępowała do ataku. Jajka w majonezie, pierogi (na pierogi każda pora przecież dobra), zupa, kolejne drugie danie (przecież nie wyrzucę sosu, zjedz, nie pójdziesz o GŁODZIE spać). Gdybym tak wstał o 3 w nocy i poprosił babcię, żeby usmażyła mi naleśniki, to wstała by i je robiła traktując to jako rzecz najnormalniejszą pod słońcem. Czy więc spadek formy podyktowany był codziennym "podjadaniem", czy też zmęczeniem organizmu-nie wiem. Na szczęście puls miałem niski, więc wydawało mi się, że nie jest źle. 

Rano bałem się, że będzie Sybir, ale na szczęście obawy te okazały się bezpodstawne. Przywitała mnie sympatyczna pogoda i babcia pytająca, czy szykować już śniadanie. Do Kielc jechałem napędzany riffami Offspring'a, więc zameldowałem się tam już ciut przed godziną 9:00. Krótka wizyta w biurze zawodów, dopełnienie formalności i już mogłem wskakiwać w rowerowe ciuchy. Rozgrzewkę najlepiej było przeprowadzić na asfalcie, bądź równej nawierzchni więc wybrałem się na pobliską ścieżkę rowerową. Jadąc nią utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że Kielce to naprawdę fajne miasto, w którym jeszcze fajniej byłoby mieszkać. Jednak etymologia tego słowa jest niedwuznaczna. Kielce, nazwa od kłów. Proste. Jednak czy dzisiejsza trasa będzie prosta, czy też świętokrzyskie w swej stolicy znów pokaże kły?

Wystartowaliśmy kilka minut po godzinie 11:00. Jedzie mi się naprawdę nieźle. Albo tempo nie jest szybkie, albo to mnie noga podaje. Peleton zaczyna się rozciągać, a ja trzymam pierwszą grupkę. Niestety strzałki kierują nas na niewielki, mieszczący po jednej osobie mostek nad płytką rzeczką. Schodzimy z rowerów, a tymczasem cały peleton mija nas lewą stroną. Krew w nas zagrzała, bo cała przewaga została stracona. Trudno, trzeba będzie gonić. Zeskakujemy z nieszczęsnego mostku i kręcimy nieco szybciej. Brzdąkają łańcuchy, chrzęszczą, strzelają. Przed nami pierwszy sympatyczny singielek. Staram się trzymać wysoką kadencję i jak na razie biorę to in plus; jedzie mi sie wprost rewelacyjnie. Pociąg rwie się na strzępy i zostajemy tylko w dwóch; ja i facet jadący dystans Fan. Do czołówki tracimy niecałe 30 sekund i staramy się niwelować stratę. Wtem wypadamy z lasu na stok narciarski a moje przednie koło spada z obranego toru jazdy, wpada w muldę i oczami wyobraźni widzę już glebę. Przez parę metrów jadę na przednim kole, potem udaje mi się zbić przechył roweru i oto jestem uratowany. Przed sobą widzę gościa na motorze crossowym, który ogląda moje zmagania. Na szczęście udało mi się wyjść z tego z twarzą, jadę praktycznie w czołówce więc dla gościa mogę być "prosem". Spox, szybko zaczynam oddychać przez nos (gdy mija się bikera, to przez usta oddychać nie należy), nadaję swej twarzy morderczy wyraz a nawet zarzucam blat i gnam w dół stoku. Tak tak, niech gość wie jak sie jeździ na rowerach. Na dole szybka nawrotka i pod górę. Ocho, to ten słynny trawiasty podjazd. Za pierwszym razem udaje mi się go wyjechać ze środka, ale zaczynam się domyślać, że drugi raz nie będzie taki przyjemny. 

W pamięci utkwiły mi jeszcze 3 najbardziej charakterystyczne elementy trasy Master: dość długi i upierdliwy podjazd single-trackiem z jakimiś rowerowymi hopkami, (TU FILTR EUFEMISTYCZNY) cholerna, pieprzona diaboliczna, piekielna (KONIEC FILTRU) łąka długa na jakieś 1,5 km. z niewielkim podjazdem na koniec, na której piździło jak w przysłowiowym kieleckim, oraz piaszczysto-trawiasty podjazd gdzieś pomiędzy. Pamiętając o powyższych, z uśmiechem od ucha do ucha wjeżdżałem na drugą pętlę...

No właśnie, druga pętla. Niestety motor nieco się popsuł i zaczęło mi się kręcić znacznie gorzej. Nawet odechciało mi się w myślach udawać, że jadę jak Galiński, więc nie było dobrze. Mimo, że w bidonie miałem jeszcze carbo, to w pewnym momencie oddałbym królestwo za zimną colę, a to już pierwszy krok do piekła. O charakterystycznych punktach z pierwszej pętli nawet nie chciałem myśleć. Niestety to, co wcześniej wyjeżdżałem ze środka, tym razem w niektórych miejscach musiałem traktować z najmniejszej koronki korby. No chyba, że na trasie stali kibice to zarzucałem środek, żeby nie było, że jakiś mazowiecki kasztan jedzie. W pewnym momencie dojeżdżam do bufetu chcąc zabrać wodę. Nawet nieco hamuję, żeby pięknej dziewoi łatwiej było podać mi ów prawdziwie życiodajny, na daną chwilę, płyn. Niestety, o zgrozo, panna mnie nie widzi i muszę wręcz wyrwać jej ten cholerny kubek oblewając przy tym i ją i siebie. Słyszę, że na bufecie wywołałem małe poruszenie, więc zrzucam ząbek niżek i dokręcam nieco szybciej. W pewnym momencie dojeżdżam do rzeczki i następującym po niej piachu. I nie wiem co Wy o tym sądzicie, ale wg mnie ów odcinek wypełnia wszystkie znamiona przestepstwa ściganego z urzędu, czyli przez prokuratora. Tym samym jeśli po owej rzeźni dla napędu zajechaliście łańcuch, przerzutkę czy kasetę, to nic nie musicie robić. Prokuratura sama się tym zajmie i dostaniecie nowiutkiego "iksteera". 

Na podjeździe nr 3 doganiam zawodników z krótkiego dystansu. Wszyscy mają takie same ciuchy i takie same, nietęgie miny. Jak dla mnie ojciec i dwóch synów. Widać, że chłopina ma już dość wszystkiego, a najbardziej tego podjazdu no ale dzieciaki jeszcze jadą więc i jemu nie wypada katapultować się z siodła w krzaki. Niestety, gdy go mijam gość zbiera w sobie resztki sił, nadaje swej twarzy okrutny grymas, krzyczy "pierdolę!", po czym schodzi z roweru. I ja mu się wcale nie dziwię, miałem nieodpartą ochotę zrobić to samo i zaprosić go na colę w przydrożnym sklepie. 

Niestety jedzie mi się dość przeciętnie i raz na jakiś czas ktoś mnie mija. Wkurwia mnie to oczywiście przeokrutnie i cały dygoczę z nerwów gdy odwracam się, a tam na horyzoncie kolejny zawodnik. Tuż przed metą mija mnie kolejny, a za sobą widzę następnego i przysiągłbym, że słyszę jak chichocze w jakiś diaboliczny sposób. Zbieram w sobie wszystkie siły (że co?) i przy akompaniamencie popiskującego łańcucha cisnę ile sił. Udaje mi się go "odsadzić" na tyle, że niezagrożony (przy zajętym przeze mnie miejscu słowo to zakrawa o kpinę) wjeżdżam na metę. Wywalczyłem 13-stą lokatę w Open i 10-tą w kategorii M2. Cóż, gdyby nie słabsza predyspozycja na drugim kółku, mogło być o te 5 miejsc wyżej. No ale nie ma co gdybać. Dobrze spędzony czas, prawdziwie kolarska i sympatyczna atmosfera oraz fantastyczni ludzie potrafią rekompensować własne słabości. Następnym razem będzie lepiej, więc... do następnego razu :-)

poniedziałek, 13 czerwca 2011
"Mazowiecka perła"

Relacja z maratonu w Rawie Mazowieckiej zakrawałaby na kpinę z czytelników i samego siebie, więc jej Wam oszczędzę. Niemniej jednak wydarzenia na ostatnim wyścigu były na tyle ciekawe, że chciałbym je przynajmniej częściowo przytoczyć.

Do Rawy zostałem oddelegowany przez trenera, aby poćwiczyć trochę szybkość. Wiadomo, na Mazovii trasy są stricte szosowe. Jak wypadniesz z pociągu, to nie masz po co dalej jechać i myśleć o dobrym miejscu. Fakt, iż ów dzień miał być wyjątkowym dostrzegłem już przed startem. Otóż podczas rozgrzewki jadąc główną ścieżką rowerową nad rawskim zalewem w coś wjechałem, o czym poinformowało mnie mlaśnięcie tylnej opony oraz rozbryzgnięcie się tego czegoś na mojej nodze. "Rozjechałem ślimaka, czy co?" - pomyślałem wówczas sobie. O okrutny świecie. To nie był ślimak. Już wtedy nalezało się wycofać, ale ja postanowiłem być twardy.

Krążę sobie więc przed startem i rozglądam wokół. Wszędzie same postacie najwyższego kalibru polskiego MTB. Mija mnie gość z CCC, potem drugi i trzeci. Ten ostatni wyglądał trochę jak Obelix z francuskiego komiksu, no ale był z CCC więc przecież musi być pro. W międzyczasie przejeżdża obok mnie dwóch kolesi z Mroza i niezliczona ilość z BGŻ. Wśród takich sław ciężko przełykam gorzką ślinę.

(Tu wypadki następują po sobie niezwykle szybko i niezwykle nudno jak to na mazowieckich trasach bywa. W celu zachowania zdrowia psychicznego, wehikuł czasu przenosi nas w sam środek wyścigu. Otóż jedziemy niewiele poniżej 40 km/h, a dookoła nas tumany gryzącego w gardło kurzu. Jadę w ścisłej czołówce. Nagle...)

Zakręt na szutrze pod kątem 90 stopni. Jak myślicie, co robi wówczas czołówka? Otóż czołówka wdusza wtedy klamki hamulcowe do oporu tak, aby nastąpiła blokada koła, w jakimś upiornym tańcu tylna opona porusza się torem węża, po czym czołówka leży na szutrze a w nią wjeżdżają inni, bogu ducha winni zawodnicy. Ratuję się ucieczką w krzaki i gubię w nich chipa (o czym dowieduję się x kilometrów dalej). 

Po niedługim czasie obserwuję niepokojące zaciąganie tylnej przerzutki. Muszę zejść z roweru i odpuścić sobie wyścig. Winne kółka tylnej przerzutki-Swiss Comp, w których po prostu rozpadły się łożyska, a dolne kołko pękło i powyginało się na wszystkie możliwe strony. Zamieniam górne z dolnym, żebym mógł choć dojechać do jakiejś szosy. Mijają mnie wszyscy, którym w tym roku obiecałem sobie skopać tyłki i mam nieodparte wrażenie, że uśmiechają się pod nosem. No, ale zakończmy na tym te mazgajstwa bo jak powiedział poeta, łatwo zostać niewolnikiem swych własnych tragedii.

Dojeżdżam jakoś do szosy i widzę przed sobą strażaka. Zatrzymuję się przed nim i pytam, czy tym asfaltem dojadę do Rawy. Gość patrzy na mnie, puszcza oko i ściszając głos rzecze: "Tak, tędy sobie skrócisz!" Słowo honoru, tak do mnie powiedział. Musiałem zrobić się czerwony jak burak i czym prędzej opuściłem to przeklęte miejsce. Później autentycznie czułem się jak oszust jadąc z numerem startowym asfaltem, bo ludzie jakoś dziwnie na mnie patrzyli. Szczególnie podejrzliwy był policjant zabezpieczający trasę, gdy wyjechałem z bocznej drogi włączając się na trasę maratonu. Przez chwilę myslałem nawet, że zacznie strzelać, na szczęście skończyło się tylko na groźnych minach. Parę kilometrów przed Rawą łańcuch skakał już po całym spektrum kasety i zaczął spadać na szprychy, więc chcąc nie chcąc należało zacząć butowanie. Idąc przez okoliczne wioski napotykałem oczywiście olbrzymie ilości autochtonów, jak to w niedzielę. Mój ryj w jakiś cudowny sposób działa na ludzi, bo każdy chciał ze mną zamienić choćby słówko...

(Przenosimy się teraz na OIOM, gdzie na stole operacyjnym leży przerzutka XTR RD-M951, a wokół niej krążą długonogie pielęgniarki w króciutkich spódniczkach. Oj, chyba upadł skalpel na podłogę...)

-Siostro, proszę podać imbusa 3 mm!

-Ależ panie dokto...

-Bez gadania!

Kółka Swiss Comp zostają odseparowane od reszty. Miarowe pikanie na monitorze pozwala wierzyć w skuteczność prowadzonych kroków.

-Siostro, imbus "czwórka", szczypce, płaski śrubokręt, Brunox Deo i wyjałowiona szmatka! Natychmiast!

Siedzę w poczekalni cały w nerwach aż w końcu otwierają się drzwi i wychodzi spocony lekarz, ocierając czoło dłonią w gumowej rękawiczce upaćkanej smarem Dura Ace. Za nim cichutko stąpa seksowna pielęgniarka. Puszcza do mnie oko i mówi, że stan XTR-a jest stabilny; za pół godziny wybudzi się z narkozy. Nie znam się na tej medycznej terminologii ale mówią mi, że wszystko będzie O.K.

Po pierwsze: kółka Swiss Comp na ceramicznych łożyskach to kpina z kupującego. Ceramiczne są bieżnie i kulki, ale bieżnie niezwykle mocno i sugestywnie wydają się być plastikowe. Coś jak "osławiony" Grillon Sram-a. Od nowości łozyska wypadają z aluminiowego kółka, co w najlepszym przypadku oznacza uszkodzenie kółka, a w najgorszym samej przerzutki. Jedno wymieniono mi na gwarancji, po czym wkleiłem łożyska na Loctite, a następnie na kropelkę (znów wypadły). Po ok. 2 mies. użytkowania plastikowe bieżnie przetarły się i zaczęły gubić kulki. Luzy z dużych zmieniły się w monstrualne. Na wczorajszym maratonie dolne kółko także pękło i powyginało się uniemożliwiając jazdę. Górne było łaskawsze, rozpadło się w nim tylko łożysko.

Na chwilę obecną zamontowałem kółeczka Shimano od XTR-a z jedną modyfikacją. Oba są bez luzu roboczego. Zdecydowanie poprawiła się jakość zmiany biegów; nawet względem nowych Swiss Comp-ów. Docelowo mozna by było użyć nowszych, drążonych wersji (bądź kółek Yumeya, na których kiedyś miałem przyjemność jeździć) z tym, że są sprzedawane jako komplet. A ja potrzebuję dwóch dolnych bez luzu. Sama przerzutka na szczęście nie posiada żadnych obrażeń, poza wyrwanym aluminiowym ogranicznikiem (w duchu light-bike) i kilkoma rysami na wózku. Stara, dobra robota Shimano. Przerzutka przytyła o ok. 10 g. i teraz waga pokazuje 195,2 g. Każde ogniwko potraktowałem teflonowym olejkiem Finish Line, zamontowałem do roweru i test trwa dalej. Na pewno nowsze wersje nie umywają się do szaraka z 1998 roku. Co więcej zauważyłem, że wózek nie tłucze się o tylny widelec jak to miało miejsce w wersji 960 czy 970. Święty Graal jednak istnieje.

Na koniec kilka poglądowych zdjęć:

Ceramiczne łozysko Swiss Comp. Na zdjęciu widać przetartą (sic!) bieżnię odpowiedzialną za olbrzymie luzy:

Tak wyglądało kółko po wykręceniu go z przerzutki:

Poniżej widać pęknięte aluminium:

Rozwarstwiająca się bieżnia wewnętrzna kółka:

Tutaj widać jak kółko zostało pokrzywione:

Wózek bez ogranicznika i z rysami:

Oryginały Shimano; oba bez luzu roboczego upośledzającego pracę przerzutki:

A to już przerzutka w najnowszej odsłonie: