Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
wtorek, 18 czerwca 2013
WTF?

Kupiłem ostatnio nowy stojak serwisowy, Topeak Prepstand. Na wypasie, zawsze mi się podobał. No i zniżkę miałem dobrą ;-) Ma fajny pokrowiec ochronny; można nosić całość na ramieniu. Kiedy tak z nim szedłem do domu wykoncypowałem, że jestem współczesnym ucieleśnieniem kobiecych marzeń o idealnym facecie. Wiecie, za czasów dzieci kwiatów wystarczyło mieć długie włosy i dzwony, żeby zainteresować sobą dziewczynę. A jeśli dodatkowo potrafiłeś gotować kompot, a maki nie kojarzyły Ci się tylko z Monte Cassino, to dopiero byłeś gość.

Później przyszedł krzykliwy punk rock, którego proste, ostre riffy grają w wielu sercach po dziś dzień. Musiałeś mieć wtedy koniecznie gitarę (albo sam futerał, który targałeś po szkolnym korytarzu), aby zwrócić na siebie uwagę oczu skrywanych przez długie rzęsy.

Dziś jest o wiele ciężej, niż naszym ancestorom. Jak włożysz dzwony i zobaczą Cię w nich rówieśnicy, rodzice od razu mogą słać Cię do szkoły na Antarktydzie. Kiedy z kolei posiadasz gitarę, musisz jeszcze umieć na niej grać. 

Dlatego właśnie gdy szedłem ulicą, zacząłem łowić spojrzenia samotnych dziewcząt. Parafrazując jeden z demotywatorów: znasz to uczucie, kiedy kobieta patrzy na Ciebie w ten sposób tuż przed seksem? Ja też nie, ale tak właśnie pewnie to wygląda ;-)

Niosąc stojak wysyłasz klarowny przekaz: jestem zaradny życiowo. Potrafię naprawić rower, moje ręce działają cuda. Dlatego też słyszałem za sobą: "Widziałaś? To mechanik!" Tak, tak, dzisiaj plecak z naszywką Sex Pistols i image na modłę Sid'a Vicious'a nie zrobią już na żadnej wrażenia. No, chyba, że na małolacie z glanami o cholewkach sięgających szyi. 

Niestety, raz na jakiś czas nasza męska zaradność umyka w kąt i zaczynamy karmić trzy małe potworki: marazm, zwątpienie i strach. Każdy kolarz dobrze wie, że w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach pojawiają się kryzysy. Masz doskonały sezon, widownia powoli wstaje, aby dać owację na stojąco, a tu kurtyna niespodziewanie spada i oddziela Cię od zasłużonych laurów, wzbudzając gniew, lęk i niepewność. Najpierw myślisz, że uda Ci się jeszcze podnieść kotarę, bo aktorzy wciąż stoją  na scenie. Nieważne, czy byłeś chory, zaordynowałeś sobie zbyt mocny trening, czy po prostu wypaliłeś się psychicznie. To nic wielkiego, dajesz sobie tydzień na wielki powrót. W końcu 7 dni, "okrągły" tydzień, dobrze brzmi, prawda?

I faktycznie, w pewnym momencie widzisz światełko w tunelu, ale zamiast jasnego neonu okazuje się, że to pędzi towarowy, który brutalnie rozjeżdża Twoje wyobrażenie o świecie. Jeden dzień masz lepszy, dwa następne gorsze niż ostatnio. Wciąż wierzysz, że nagły spadek formy minie. Aż wreszcie jedziesz na maraton, jesteś świetnie przygotowany. Niestety, dostajesz w tyłek nawet od kolegi z podwórka, który po ciężkich bojach wywalczył wreszcie w tym roku siedemdziesiąty szósty sektor i zbiera Ci się na płacz, gdy widzisz jego oddalającą się postać z kaskiem założonym na tył głowy i słyszysz furkoczący na wietrze, bawełniany t-shirt. 

Mówisz dość i robisz przerwę od wyścigów. Dajesz sobie miesiąc na powrót do formy, a Twoja podświadomość coraz mocniej czuje nacisk na drzwi broniące dostępu do Twej makówki. A dobija się tam strach. Zwyczajnie się boisz, że nie dojedziesz na 50-ym, ale na 100-ym miejscu. Unikasz konfrontacji i nazywasz to aktywną regeneracją. Zaczynasz z powrotem odkrywać uroki niezobowiązujących przejażdżek i przypominasz sobie o rowerowych znajomych, których ostatnio widziałeś 3 lata temu, kiedy to na 80-tym km. trasy wykrzyczałeś im w twarz, że w takim tempie to Ty jeździł nie będziesz. 

W końcu zarzucasz regularne treningi, bo boisz się prawdy. Że nie masz już siły, jesteś po prostu... słaby. Tak po ludzku. Ze złości i własnej słabości, zaczynasz rozsmakowywać się w zagranicznej kuchni; kebaby umiesz robić już sam i na poważnie rozważasz możliwość postawienia własnej budy. Cyferki na wadze skaczą, więc przestajesz na nią wchodzić, ale czujesz dziwne mrowienie w środku, kiedy ją widzisz wychodząc z wanny. 

Gdy jesteś już mastersem, podczas porządków w garażu potykasz się o dziwny przedmiot. Długo próbujesz przypomnieć sobie, co to jest, aż wreszcie, eureka! To rower. Nakręcony adrenaliną wygrzebujesz z czeluści szafki rowerowe ciuszki i pędzisz do garażu. Na powrót do tego sportu nigdy nie jest za późno:

Kryzysy to nieodłączna część kolarstwa, która umacnia nas w tym, co robimy, lub zabija. Jak mawia mój trener najważniejsze jest, aby je kontrolować. To od Was zależy, czy się poddacie, czy będziecie walczyć dalej. Niezależnie od skutku będąc na scenie warto czasem spojrzeć w górę, czy szum powoduje owacja, czy też... opadająca kurtyna.