Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
wtorek, 12 lipca 2011
Zabójcy rowerów, czyli maraton w Pińczowie

Pińczów jako taki (przynajmniej do ubiegłej niedzieli) to była dla mnie tabula rasa. Nie wiedziałem za bardzo, czego mam spodziewać się po trasie więc trochę pogoglałem, nieco popytałem i oczom moim ukazał się następujący obraz:

Płasko, trawy, błoto, woda, szybko; trochę jak w Sandomierzu. Szczególnie te trawy nie dawały mi spokoju, mam do nich zdecydowaną awersję. Nie będzie to więc prawdziwy maraton MTB, pomyślałem. No dobrze, ale czy w takim razie prawdziwy mountainbiker gdy jedzie w górach i nagle, nieopatrznie wyjeżdża na łąkę to siada i czeka aż mu się góry wypiętrzą i będzie mógł przejechać? Nie, prawdziwy biker tak samo dobrze pojedzie kamienistym single trackiem, po piachu jak i łąką z kretowiskami tak wielkimi, że krety musiałyby wyglądać co najmniej jak krowy. W dodatku sam nie wiem dlaczego, ale Pińczów nastrajał mnie wyjatkowo optymistycznie. Może dlatego, że opady poprzedzające wyścig i trochę błota pozwalały wierzyć, że przynajmniej będzie dobra zabawa? Bo muszę się Wam przyznać, że sterylne treningi na szosie i sporadyczne wypady w teren nie są tym, co tygrysy lubią najbardziej. Zresztą, co tu dużo mówić; decyzja zapadła w mej głowie już dawno: mamo, WYJEŻDŻAM!

Rano zatrzaskując drzwi do samochodu miałem doskonały humor. Na dworze piękna, letnia pogoda. Nie wiem jak Wam, ale mnie lato kojarzy się z eterycznym, sosnowym lasem pełnym jagód, do którego można schować się przed palącym słońcem. Z plażą i gorącym, złocistym piaskiem na którym dowoli można wpatrywać się w mieniące się w wodzie promienie. A najbardziej lato kojarzy mi się z przygodą. Dostępną na wyciągnięcie ręki, namacalną. Jechałem więc z humorem tak dobrym, że bębniąc dłońmi w kierownicę i spiewając (czy ordynarnie drąc ryja, ściślej rzecz ujmując) do kawałka "Genocide" mojej ulubionej kapeli z Orange County przegapiłem skręt do Pińczowa i gnałem na spotkanie przygody w Busku-Zdroju. Na szczęście łaskawy GPS wytyczył mi inny dojazd...

Na starcie po błyskawicznym załatwieniu formalności w biurze zawodów zacząłem przebierać się na parkingu. I jak to na parkingach bywa, rozpoczęły się pierwsze pogawędki na tematy okołorowerowe. Fajnie, że tutaj zamiast widoku ludzi tak grubych, że mają własne kody pocztowe (za to jeżdżących na karbonowych "ultralajtach", najczęściej wirtualnie na forach) można rzeczowo i sympatycznie pogadać.

Po chwili ruszam na rozgrzewkę. Szukając dobrego asfaltu do tego celu, ruszam w kierunku wspomnianego wcześniej Buska. Staram się przepalić nogi i po pół godzinie kręcenia udaje mi się to całkiem nieźle. Może nie jestem Panem Świata, ale na pewno przynajmniej Wielkim Imperatorem, czyli dziś mogę wiele.

Po starcie uwidacznia się pierwsza dobra decyzja osób układających trasę. Dość długi, asfaltowy podjazd pozwala na rozciągnięcie się peletonu i zajęcie odpowiedniego w nim miejsca. Początkowo tempo nie jest zbyt mocne; powiedziałbym wręcz, że dość zachowawcze. Przed nami pojawia się kilka łat piachu, na których grupa się rwie, a ludzie rzucają "kurwami". Po niedługim czasie jadę wespół z dwoma bikerami; przed nami i za nami nie widać nikogo. Staram się jechać taktycznie, kręcąc dość spokojnie z kadencją w okolicy 90 obr./min. Podjazdy robię na 80 obr. i choć początkowo wydaje mi się, że jadę nieco wolniej niż zwykle, to wkrótce ta taktyka zaczyna przynosić efekty: przed nami pojawia się pierwsza grupka, którą staram się spokojnie dogonić. Niestety na jednej z łąk chwilowo gubię oznaczenie trasy i nawoływany przez pozostałą dwójkę wracam na odpowiedni szlak. 

Dojeżdżamy do pierwszego podjazdu pośrodku spalonej w słońcu łąki. Niemniej jest w nim coś magnetycznego. Wspinam się ze stałą mocą i czuję, że mam jeszcze duże jej rezerwy. Na kolejnym podjeździe razem z kolegą urywamy trzeciego i nieco mocniej jedziemy przed siebie. W pewnym momencie na ustach pojawia mi się głupkowaty karpik, bo nie spodziewałem się czegoś takiego. Podjazd trzeba będzie robić chyba z młynka, a łańcuch wędruje na największą, 27-mio zębową koronkę mojej kasety. Po chwili druga niespodzianka: poczatkowo jadę ze środka, ale w połowie muszę zrzucić na 22T. I pomimo tego, że mój tuningowany szarak XTR FD-M952 to świetna przerzutka czuję, że tutaj zmiana biegu mogła by okazać się fatalna w skutkach. Depczę więc mocniej w pedały, zyskuję chwilowe rozprężenie łańcucha i miękko zmieniam bieg, a opony walczą o przyczepność w śliskim błocie. Po chwili otrzymujemy informację, że do pierwszego mamy około 3 minut straty i jedziemy w okolicy 5-6 miejsca w Open. 

Na 40-tym kilometrze zaczynają się błotniste single-tracki w lesie. Trasa się nieco wypłaszcza, a ja przejeżdżając przez niewielką kałużę słyszę jakże przyjemny dla ucha i jakże niebezpieczny dla głowy brzdęk łańcucha. Kilka jałowych obrotów korbą w tempie tryliona obrotów na minutę powoduje, że w ten upalny dzień czuję pojedynczą, lodowato zimną kroplę potu spływającą mi po plecach. 

Łańcuch można zerwać z trzech powodów:

1) 55% to nieumiejętna zmiana biegów

2) 44% to jego złe zakucie

3) 1% to wada fabryczna

Ja załapałem się do owych 44 procent. Parę dni wcześniej zakułem łańcuch starym pinem z powodu braku pod ręką nowego. Niestety, później zapomniałem naprawić ten błąd. Ale wracając na trasę w pińczowskich lasach...

"Jebane maratony"-te dwa słowa kołatały mi się w głowie. Przecież dobrze wiesz drogi maratończyku jak to jest. Gdybym akurat miał zgon na trasie, to ową awarię potraktowałbym jako dar od Boga mogąc z czystym sumieniem poczłapać do samochodu. Gdy jednak noga podaje, myśli są zgoła inne. A może rzucić ten rower w krzaki i pobiec gdzieś przez las na piechotę, przed siebie? A może pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Szybko jednak wziąłem się w garść i biorąc łańcuch w łapę rozpocząłem marszrutę przed siebie. Po kilku minutach dojechał do mnie pierwszy maratończyk ale i on nie miał skuwacza. Po paru kolejnych mija mnie drugi i trzeci... W końcu ktoś się zlitował i zostawił mi skuwacz oraz złotą zapinkę SRAM-a. Skuwacz był w takim fajnym multitool'u z carbonową obudową. Siadam więc sobie w rowie i kręcę i kręcę nieustannie gryziony przez końskie muchy większe od koni. Ciekawe, jakie mają konie w tym Pińczowie...

Łańcuch już prawie na dwoje rozdzielon ale słyszę jakiś trzask i widzę, że multitool także. Chyba nie okazał się w pełni kompatybilny z moim 10-cio biegowym łańcuchem. Dżizus, kurwa ja pierdolę, że zacytuję Kondrata. Pierwsza awaria mogła powodować szaleństwo, ale druga to już tylko nieodwracalne zmiany w moim mózgu. Gdybym miał pod ręką siekierę, to biagałbym chyba po trasie jak słynny chłopina z Daleszyc. Poszedłem więc dalej...

Po kilku kolejnych minutach od następnego wybawcy dostaję kolejne narzędzie i tym razem szybko naprawiam problem. Niestety Polar pokazuje, że straciłem prawie 20 minut. Wsiadam na rower i jest dramat. Nie mogę rozkręcić korby szybciej, niż 80 obr./min. Turlam się jakoś do bufetu i ubłocony, zrezygnowany oraz zdezorientowany muszę wyglądać jak jakaś motomysz z Marsa. Mówię coś o bananach i już po chwili pewien przytomny Pan napycha mi do kieszeni batony i owoce. Wtryniam to wszystko i po chwili czuję, że znów się rozkręcam. Doganiam pierwszych zawodników i słyszę, że nie jest z nimi dobrze:

-Ile do bufetuuuuu?

-Ile jeszcze do koooońca?

Pozwala to sądzić, że ludzie ci walczą ze swoją czeluścią tak, jak ja walczyłem w Daleszycach. Znów wchodzę na wysokie obroty i do samej mety wyprzedzam. Ostatnia łąka, przejazd pod mostkiem mogącym powodować dekapitację głowy i już jestem na mecie. 15 w Open; gdyby nie awaria byłbym 5-6. 

Wracam do domu i jestem wściekły. Po co te wszystkie treningi skoro cały czas coś się dzieje i przyjeżdżam na dalekich lokatach? Po chwili analizuję całą sytuację po raz n-ty i czy jestem zadowolony? Tak! Bo kolarstwo to nie tylko wzloty, ale i upadki. Pamiętaj drogi kolarzu, że nawet jeśli dziś upadłeś to jutro pokażesz wszystkim na co Cię stać. A nawet jeśli nie to wiedz, że jest ktoś, kto ma gorzej od Ciebie. Bo nie ma chyba na tym ziemskim padole bikera bardziej pechowego ode mnie :-)

piątek, 01 lipca 2011
FOSSY, FOSSY atakują!!!!!!!!!!!

Lemury z Madagaskaru z królem Julianem na czele wiedziały, że z Fossami nie ma żartów. Ich atak miał być szybki i skuteczny, a spotkania z nimi żaden lemur nigdy nie przeżył. Ale jak to mówił kapitan Jack Sparrow, skoro nikt nie przeżył to skąd biorą się te opowieści? Jakoś nie widziałem w tej bajce żadnego lemura z rozprutym brzuchem co nieco sceptycznie nastawiło mnie do Fossów.

A jak sprawa ma się z Fossami z Tajwanu? Czy ich atak na rynek, szumnie zapowiadany jako rewolucja w dętkach był szybki, precyzyjny i zwycięski niczym ciosy Bruce'a Lee? A może impet ataku kotłował się jedynie w szumnych słowach?

Postanowiłem sprawdzić od A do Z, czy ktoś robi nas w balona (jako, że rzecz o dętkach), czy też wydając 50 zł. na jedną sztukę możemy spać spokojnie niczym nabywcy Tissot-a zakładanego na przegub ze śnieżnobiałym mankietem spiętym platynową spinką.

A było to tak:

U polskiego dystrybutora zamówiłem dwie, wyselekcjonowane pod względem wagowym dętki w rozmiarze 26x1.35-1.75", zgrzewarkę oraz arkusik oryginalnych łatek.

Fossy zostały sparowane z oponami Schwalbe Nobby Nic Evo w rozmiarze 1.8". 

Na dobry początek każdy normalny człowiek włącza wagę elektroniczną i kładzie swoje zakupy na szalce. Producent dla w/w rozmiaru podaje masę 80 g. Z lekkim przymrużeniem oka można przyjąć, że dane te pokrywają się z rzeczywistością. Z 3 dętek (zaznaczyć jednak trzeba, że wyselekcjonowanych) każda ważyła następująco:

79,8 g., 80,8 g., 84,9 g.

Zapakowane są w kartonowe pudełeczko, a po rozpakowaniu go wyglądają następująco:

Producent nie zaleca pompowania dętki do wysokich ciśnień poza oponą, gdyż może to doprowadzić do jej nieodwracalnego odkształcenia. Zakładanie na obręcz pierwszy raz jest nieco dziwne, gdyż Fossa w odróżnieniu od tradycyjnych produktów, trzeba nieco na nią naciągnąć. Niestety dętki są składane w fabryce w taki sposób, że początkowo wentyl jest mocno przekrzywiony, co może doprowadzić do jego uszkodzenia. Zniszczyłem tak dwie dętki; w tym jedną na trenażerze. Początkowo wentyl był ustawiony idealnie centrycznie, ale pod wpływem jazdy mocno przekrzywił się na bok, po czym dętka została przyszczypana. Niestety naprawa w obu przypadkach nie była możliwa; rozcięcie było za blisko wentyla. 

Tym samym daję pierwszy, ale poważny minus za brak nakrętki stabilizującej. 

Co ciekawe, gdy w oczekiwaniu na paczkę z nową dętką założyłem tymczasowo Maxxis-a Fly Weight, tego samego dnia wracając z treningu przebiłem go na chodniku w mieście. Przypadek? Po kilkumiesięcznej jeździe zdecydowanie skłaniam się ku prawdziwości informacji podawanej przez producenta o odporności na przebicia. Tfu, a właściwie o możliwości dojechania do domu z przebitą dętką. Wiele osób o tym zapomina oczekując produktu "wiecznego" w swej doskonałości. Dętkę oczywiście można przebić, ale z ciałem obcym w oponie możemy jeździć bez straty powietrza choćby przez dobre kilka-kilkanaście godzin. Rzecz niezastąpiona na maratonie, czy powrocie do domu podczas kiepskiej pogody. Choć należy pamiętać o tym, że słusznych rozmiarów gwóźdź w oponie i tak zmusi nas do zmiany dętki, gdyż z czymś takim nie zawsze da się jechać (a po wyjęciu go powietrze oczywiście ucieknie). No właśnie, a co podczas przebicia Foss'a?

Jak wspomniałem, zaopatrzyłem się w oryginalne łatki i zgrzewarkę, której to byłem bardzo ciekawy. Swego czasu nawet nie mogłem doczekać się pierwszej dziurki (spoko, pierwszy raz mam już za sobą ;-)), aby móc ją przetestować. Aż w końcu moje modły zostały wysłuchane. Oto pewnego ranka wstaję z łóżka i widzę zdecydowany ubytek powietrza w tylnej oponie. Problemem może być znalezienie przebicia z dwóch powodów: naturalne właściwości dętki (czyli elastyczność materiału-przebicie jest po części zasklepiane), oraz niemożność pompowania jej do dużych ciśnień poza oponą. A skoro nie można jej napompować, to jak znaleźć miejsce defektu?

Sprawa jest prosta. Należy delikatnie napompować dętkę, a następnie szukać przebicia pod wodą. Z tego samego powodu w terenie lepiej mieć zapasową dętkę, gdyż przyklejenie łatki może okazać się (a raczej prawie na pewno okaże się) niemożliwe z braku możności odnalezienia defektu. Muszę przyznać, że nawet pod wodą odnalezienie uciekających bąbelków powietrza nie było łatwe-pojawiały się one pojedynczo w odstępach kilkusekundowych (czyli de facto i tak w tym przypadku dało by się dojechać do domu). Następnie przystąpiłem do zgrzewania. Dętkę należy złożyć w miejscu przebicia, złapać z dwóch stron dołączanymi do zestawu klipsami, a miejsce naprawy pozbawić resztek powietrza. Po nagrzaniu zgrzewarki (ok. 5 min.), na parę sekund zaciskamy jej kleszcze na przebiciu. I to wszystko, naprawa gotowa:

Po wszystkim dętkę należy ostudzić i dopiero po pewnym czasie (ja sugeruję co najmniej godzinę) można ją założyć do opony i napompować. Przyznam, że patrząc na powstały "szew" zastanawiałem się, czy nie będzie odczuwalne bicie koła, na szczęście moje obawy okazały się płonne. Niestety, ten sposób naprawy jest obarczony pewnym błędem. Mianowicie ze względu na elastyczność materiału, z którego zrobione są Foss'y, istnieje prawdopodobieństwo rozklejenia się miejsca łączenia. 2 razy zdarzyło mi się, że zgrzałem dętkę i zostawiałem ją aż do rana w celu dokładnego zasklepienia się miejsca przebicia i jego ostudzenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po napompowaniu do odpowiedniego ciśnienia, po kilkunastu (a drugi raz po kilkudziesięciu) minutach słyszałem głośny syk powietrza, a z opony robił się "flak". Za każdym razem puszczało łączenie zrobione zgrzewarką, więc coś tu jest nie tak. 

Do plusów Fossa na pewno można zaliczyć jego większą, niż klasycznej dętki, odporność na dobicia. Kilka razy zdarzyło mi się uderzyć tylną oponą w krawężnik z takim impetem, że moje poprzednie Maxxis'y raczej by tego nie wytrzymały. Choć i jeżdżąc na Foss-ach można złapać oczywiście snake'a, gdyż raz tego doświadczyłem. 

Na koniec z jedną dętką, którą przez niemożność zgrzania (kilkukrotne próby skończyły się fiaskiem) przeznaczyłem do kosza na śmieci, postanowiłem zrobić eksperyment. Mianowicie jak to jest z tym przebijaniem jej igłami? Napompowałem dętkę, po czym zacząłem wbijać agrafki, jedną po drugiej:

Faktycznie, nic się nie dzieje. Nie słychać żadnego syku powietrza. No dobrze, ale na pewno pod wodą będzie uchodziło. Włożyłem więc dętkę szybko do H2O i co? I nic! Przyznam, że byłem pozytywnie zaskoczony. Na maratonie ten produkt po prostu ratuje nam tyłki. 

Podsumowując muszę przyznać, że Foss to produkt do dopracowania, gdyż wpadek z nim związanych jest zdecydowanie za dużo. Z drugiej jednak strony, gdy jeździmy na wyścigach, bądź po prostu wracamy zmęczeni z wycieczki czy treningu i często nie chce nam się zmieniać dętki, Foss jest niezastąpiony. Ja swego czasu wybrałem nawet dość radykalną metodę testowania, gdyż po prostu jeździłem bez zapasu. I muszę przyznać, że ani razu się na tym "nie przejechałem". Gdyby dopracować wymienione przeze mnie wady, otrzymalibyśmy produkt idealny. W skali 1-6 wystawiam Foss-om 4 z dwoma minusami, czyli na tzw. studenckich "szynach". Niemniej jednak będę z nich korzystał, gdyż na wyścigach dają prawie 100% pewności, iż do mety dojedziemy bez konieczności machania pompką. Pozostałym sugeruję rozważyć, czy te zalety warte są 50 zł. za sztukę.