Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
wtorek, 24 lipca 2012
Glebogryzarka, czyli relacja z maratonu ŚLR w Zagnańsku (22.07.2012)

Co by tu... Tak, zdecydowanie tak. Dawno nie było na blogu relacji z maratonu ;-) Racja, ileż można, ale ostatni wyścig obfitował w zdarzenia na tyle ciekawe, że postanowiłem raz jeszcze pokusić się o takowy opis. W kontekście moich zabawnych, maratońskich perypetii zastanawiałem się nawet ostatnio, czy aby na pewno ktoś tu nie kreuje sztucznej rzeczywistości. Wiecie, coś jak film pt.: "The Truman show". Jeśli nawet, to chyba godnie zabawiam swych widzów i ktoś zarabia na mnie grubą kasę, bo w ostatni weekend zdarzyło się tak:

(Za górami, za lasami...)

Maraton w Zagnańsku miło wspominam z ubiegłego sezonu. Sympatyczna lokalizacja nad zalewem, sporo szybkich, malowniczych szutrów, nieco terenu na dyst. Master, oraz niewielki, ale słodki rodzynek w postaci przejazdu przez tzw. Bramę Piekła. Czyli dość miły przerywnik między trudnymi Nowinami czy wyścigiem po ścieżkach niedostępnego Pasma Jeleniowskiego. Tym samym wracałem tam w dobrym humorze i z niezłym nastawieniem. Nawet mimo tego, że ostatnio trener zaordynował mi spokojniejszy, wypoczynkowy tydzień treningowy i dopiero wracałem do poprzedniej formy. 

W tym roku lokalizacja była nieco inna, ale równie malownicza. Start u podnóża ruin zapewnił odpowiedni klimat. Pogoda dobra, taka jak lubię. W dodatku rozgrzewka utwierdziła mnie w przekonaniu, że będzie dziś nieźle. Na parkingu przed startem spotkałem jeszcze Marcina Jabłońskiego, z czego wynikła jak zawsze wymiana kilku zdań. Ja użalałem się nad tym, że forma dziś nieco słabsza; Marcin sparował, że jest już zmęczony sezonem. Cóż, obaj blefowaliśmy w tak obrzydliwy sposób, że celem odbycia pokuty należałoby chyba dać na tacę bądź zaadoptować psa sierotę. Albo nawet ze dwa. 

W oczekiwaniu na start oddaję się swojej ulubionej czynności, czyli zza ciemnych okularów oglądam sobie niesamowicie zgrabne damskie tyłeczki wśród publiki. W końcu jednak ruszamy. Start jest spokojny a ja czuję, że dziś będzie mój dzień. Po zakręcie mamy niewielki asfaltowy podjazd, na którym prowadzę peleton dyktując tempo. Następnie wjeżdżamy do lasu, gdzie zaczyna się szybki szuter. W pamięci plączą mi się słowa Marcina, że na 17 km. można zablokować kierownicę, bo będzie prosto jak drut. Jadę więc przed siebie, tempo nie za mocne, żeby się nie zajechać. W pewnym momencie dojeżdżamy do niewielkiego, błotnego odcinka, który moja babcia przejechałaby na starym "Wigrusie" robiąc wheelie i backflipa na wykończenie akcji. Ja niestety jak to w starym sucharze wziąłem i się zwyczajnie wypierdzieliłem jak długi. Okazało się, że wpadłem w niezwykle śliską, gliniastą maź, która przykryła mnie całego po samiusieńkie uszy. 

Owa maź zapewniła poślizg godny seledynowego smaru Dura Ace, przez co zatrzymałem się dopiero po dobrych kilku metrach. Sam nie wiem jak to się stało, że nikt we mnie nie wjechał, ale na bazie buzującej adrenaliny pozbierałem się w kilka sekund i już po chwili dogoniłem czołówkę. Wyglądałem niestety tragicznie, niczym potwór z bagien. A miejscowa ludność wciąż pewnie wierzy w utopce, więc można skończyć z siekierką w karku i ząbkiem czosnku w tyłku. Okulary podobnie jak głowa całe w błocie, więc chowam je do kieszonki koszulki. Przez pewien okres czasu wydawało mi się nawet, że wszystko gra. Niestety strasznie minąłem się z prawdą. Okazało się, że lewe przedramię mam całe zdarte a ręka oprócz wszystkich odcieni szarości zaczyna pokrywać się również szkarłatem. Podobna diagnoza dla biodra. Prawa dłoń silnie stłuczona; zaczynam tracić czucie i coraz ciężej utrzymać mi kierownicę w terenie. Sięgam dłonią do okularów, a okularów... nie ma. Ja pierdzielę, wypadły gdzieś na trasie. Trudno, zagryzam zęby i jadę dalej. Zacisnę nieco klamrę w bucie i spróbuję podgonić. Kieruję dłoń do buta i... co do... Klamry też nie ma! Jezu, czy ja aby nie jestem w ukrytej kamerze? Wspomniana część obuwia została na świętokrzyskich szlakach i podobnie jak okulary, czeka na swego odkrywcę. 

Zrezygnowany jadę dalej i zaprawdę powiadam Wam, była to dziwna jazda. Nogi chciały, ręce nie dawały rady. Na szutrach było jeszcze nieźle, ale w terenie z bólu zaczęły mi się szklić oczy, a na i tak głupawym już ryju wykwitł grymas nadając mi niebywale groteskowy wygląd. To naprawdę głupie uczucie, gdy w zasięgu wzroku są Twoi przeciwnicy, a Ty jedziesz na zaciśniętych do oporu klamkach i wiesz, że ich nie dogonisz z powodu jakiegoś głupiego bólu. Kolejne cenne doświadczenie do kolekcji. 

Na horyzoncie pojawia się Zbyszek Orłowski, który po pewnym czasie do mnie dojeżdża i zagaja o leczniczych właściwościach błota. A ja, w miarę jego zasychania ledwo mogę zginać nogi w kolanach. W łatwiejszym terenie udaje mi się mu odjechać, ale dogania mnie na co większych wybojach, gdzie walczę ze swoimi demonami i mam niezwykle dziwne wrażenie, że trzymam w ręku mizerykordię stojąc naprzeciw nieogolonego rebelianta z odbezpieczonym Uzi.

W pewnym momencie dojeżdżam do jakiejś wioski, gdzie zgarbiona babinka patrząc na mój wygląd rzuca coś o Matce Boskiej i wariatach. Gdy mijam ludzi z krótkiego dystansu czuję się jak dziwoląg na miarę cyrkowego gnoma do momentu, aż mijam ojca z synem, na co dzieciak patrząc na moją facjatę:

-Łoooo taaatooooooo! Aaaaleee wyyyypaaaaaaas!!!

Na końcówce trasy mamy szutry i trochę asfaltu, więc udaje mi się odskoczyć Zbyszkowi i drugiemu Koledze, po czym wjeżdżam na metę, a gawiedź ma ubaw, niewąski: 

-Przepraszam, czy mogę zrobić Panu zdjęcie?

-A rób Pan...

Niemniej jednak uśmiech mi z ust nie schodzi, bo pokonałem sam siebie dojeżdżając na 9-tym miejscu w Open i wiem, że bez wypadku byłoby dużo, dużo lepiej. Dobry prognostyk przed Suchedniowem. 

Wracam do samochodu, wyrzucam ciuchy do kosza (do prania się nie nadawały) i przebierając się, słucham mniej więcej takiej oto rozmowy:

-No i jadę na początku i jakiś gość się kurwa wyjebał! Co za...

-Ciiiiiiiii!!! (kompan, patrząc na mnie).

Co za kasztany.

Tak było w Zagnańsku. W domu okazuje się jeszcze, że podczas wywrotki pękło mi siodło.

Gdybyście więc oglądali mnie czasem w telewizji (w nawiązaniu do wspomnianego Truman-a) zajadając chipsy wiedzcie, że ja również ubaw mam niesamowity.

Fot. Anna Nemś

poniedziałek, 02 lipca 2012
Przygody pilota Pirx-a, czyli XC w Pińczowie

Cześć!

Muszę się Wam przyznać, że ostatnio dopadło mnie zmęczenie. Na pewno wiecie o co chodzi; człowiek widzi nagle 100 wymówek dobrych do tego, aby nie robić treninegu. Trener stwierdził, że robimy tygodniowy urlop, czyli kręcenie na wolniejszych obrotach. Najpierw jednak postanowiłem wybrać się jeszcze na jeden wyścig. Krótkie Cross Country byłoby idealne, prawda?

To, czego potrzebowałem miał zaoferować mi Pińczów. Ten sam, który zapamiętałem z ubiegłego roku podczas maratonu ŚLR. Czyli pamiętne nadnidziańskie łąki i 40 stopni gorąca. W cieniu. W lesie. 4 metry pod ziemią. Bo na powierzchni było chyba z 60; istne piekło. Z drugiej strony, dlaczego by nie? A więc jadę! Nie ma co ukrywać, spodziewałem się "ogórka", którego należy potraktować treningowo i z przymrużeniem oka. Albo nawet obu.

Rano powitała mnie rewelacyjna pogoda. Słońce, błękitne niebo i 28 stopni o 7:00 rano. Świeżutka płytka "Days go by" grupy The Offspring już czekała w odtwarzaczu, więc można było ruszać do Ostrowca po Daniela. Specjalnie na ten wyścig, przesiadł się on ze swojego bujanego Giant-a na sztywnego, stalowego Stevens-a z epoki. Na miejscu byliśmy już o 9:00, gdzie w przyjemnie sennym i jakże uroczym miasteczku rozpakowywali się pierwsi kolarze. Na dobry początek udajemy się do biura zawodów. Co ciekawe rejestrując się, mimo moich 28 lat jestem w kategorii M3. Powiem Wam szczerze, że poczułem się co najmniej jak 60-letni impotent. Cóż, lata lecą i trzeba przełknąć tą gorzką pigułkę. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazuje się, że bez kasku i okularów jestem już rozpoznawalny jako Punkxtr. Choć podczas wieczornej toalety przed lustrem nachodzi mnie niejaka refleksja; mój ryj bez powyższych rowerowych atrybutów wygląda wybitnie czerstwo i jest przez to ławy do zapamiętania. 

Po skręceniu rowerów ruszamy na początek trasy gdzie z bólem serca stwierdzam, że jedzie mi się bardzo dobrze. Bo u mnie z reguły wygląda to tak, że gdy na rozgrzewce jest lipa, maraton powinien być udany. Poddenerwowany postanawiam pokręcić trochę mocniej, bo zbliżała się już godzina startu. I parę kilometrów za Pińczowem ucieszony stwierdzam, że oto jedzie mi się ni mniej, ni więcej tylko "chujowo na maksa". Bananowy uśmiech zakwitł na mojej twarzy i morale poszło w górę. Więc może nie wszystko stracone?

Ustawiam się w pierwszej linii łącznie z resztą pretendentów do obstawienia pudła w dniu dzisiejszym. Plan mam niezwykle prosty: ogień od samego początku. Trzeba jak najszybciej pozbyć się pijawek, bo jak wiadomo na starcie każdy jest mocny i później na trasie robi się nieciekawie. Jak uradziłem tak zrobiłem i narzucam dobre tempo. Peleton z kwadratowego robi się trójkątny po to, aby za chwilę przyjąć kształt strzały. Po przejechaniu asfaltowej drogi wita mnie mocny, czołowy wiatr i macham ręką po zmianę. Wyprzedza mnie Adrian Rzeszutko z RMF FM Adrenaline Mountain Dew i Michał Kostrzewa z PRB Kombud. O ile po pierwszym wiem, czego się spodziewać, drugi jest zagadką. Zwłaszcza, że jedzie bardzo mocno. Na linii startu typowałem zupełnie inne roszady, więc trzeba spróbować odnaleźć się w tej sytuacji. Niestety w pewnym momencie chłopaki gwałtownie odbijają w lewo, a ja ląduję w olbrzymiej łacie piachu, z której ciężki mi wyjechać. Oto właśnie minusy jazdy na kole, za którą osobiście nie przepadam. Chwilowo wybija mnie to z rytmu i chłopaki zaczynają odjeżdżać. Natomiast z tyłu zbliżają się kolejni. 

W myślach przeklinam trasę; to samo mam przecież za darmo w Warszawie. Nagle jednak piach się kończy, a przed sobą widzę niebotyczną ściankę, po której patrząc na nachylenie, przyjdzie nam wchodzić chyba po drabinie. Czyżby tędy?, drżącym głosem podszeptują myśli. Na szczęście nie; jak się za chwilę okaże, to będzie zjazd :-) Tymczasem wjeżdżamy na właściwą pętlę wyścigu, którą będziemy pokonywali 5 razy. Podłoże robi się szybkie i ubite. Dostaję wiatru w skrzydła i doganiam uciekinierów. Mamy pierwszy, króciutki zjazd a po chwili wcale nie lekki podjazd, na którym Adrian dyktuje zabójcze tempo. Idziemy jak burza, za nami puściutko. Michał trzyma się koła i nie ustępuje. Facet zagadka; albo jest naprawdę mocny, albo zaraz się "wypstrzyka" z zapasów energii. Tuż za podjazdem mamy bufet z uczynnymi dziewczynami; prawie pełna paleta rozkoszy :-) Adrian odskakuje o kilka długości roweru, a Michał nie próbuje go gonić. A więc sprawdzam. Zaczyna się szutrowy, równy i fantastycznie szybki zjazd. Wyprzedzam go prawą i gonię pierwszego. Słyszę jednak oddech na plecach, więc to nie koniec testu. Po chwili mamy ostry zakręt w prawo i... o kurwa, ja pierdolę. Przed nami autentycznie pionowa ścianka z wąziutkim, ubitym single-trackiem, a w twarz bucha iście piekielny żar z łąk. Za sobą słyszę coś w rodzaju "o kurwa, co to jest?" i już wiem, że gość odpadnie. Łańcuch wędruje na mój bieg ratunkowy, czyli 22-27T i miarowo kręcę pod górę. Oto jesteśmy na Garbie Pińczowskim. Na szczycie odwracam się jeszcze za siebie, bo nie mogę przegapić fantastycznego, rozległego widoku. Czy ja jestem na Jurze, czy może w Sudetach? Za chwilę wpadamy w rewelacyjnie wyprofilowaną ścieżkę, na której pędząc w dół (po raz kolejny zachłysnąwszy się wpierw FENOMENALNYMI okolicznościami przyrody) można zupełnie puścić klamki i dać się ponieść adrenalinie, która zawiedzie nas na kolejną górkę, lub do miejscowego szpitala patrząc na spadek obok. Koniec pętli otwiera boski (nie bójmy się użyć tego przymiotnika) zjazd, na którym wykręcam blisko 50 km/h. 

Każdą kolejną pętlę pokonuję coraz szybciej i pewniej, dając ponieść się szaleństwu. Kibice na trasie dopingują jak należy, noga podaje. Bajka. Czy ja śnię? Ostatnie okrążenie jadę bardziej zachowawczo bo wiem, że nad trzecim mam dużą przewagę. Adrian mi odjechał, jestem drugi. Zmierzam do mety, dojeżdżam do asfaltu i widzę policjanta zabezpieczającego trasę, który gwałtownie macha ręką starając się mnie zatrzymać. Co jest do licha?

Po chwili widzę "winowajcę". Oto nadjeżdża pińczowska, niesamowicie klimatyczna wąskotorówka, a ja robię przed torami popisową stójkę (tylko się nie wyjeb, tylko się nie wyjeb, gliny patrzą!). Po chwili już jadę, a w oddali widzę żółty balon mety. Na koniec czeka mnie już tylko nieopisane uczucie towarzyszące wjeżdżaniu jako 2 w Open. Dziś jestem Galińskim, jestem Schurter-em, jestem jak Absalon. This is Sparta!

(...)

W oczekiwaniu na wyniki słyszę, że spiker wymawia moje nazwisko. Okazuje się, że wygrałem przelot motolotnią :-) Coś niesamowitego i mega pozytywnego jednocześnie. Przez chwilę zapominam nawet, że moja definicja bezpiecznego pułapu przestworzy to pierwszy, no, drugi stopień metrowej drabinki do wykręcania żarówek. O dżizaskurwajapierdolę, w co ja się wpakowałem!!!?

Aż wreszcie przychodzi czas odbioru nagrody. W oczekiwaniu na wyrok oglądam motolotnię i oczami wyobraźni widzę, jak przychodzi pilot, Pan Zenek z niedopalonym kiepem w kąciku ust. Zerka na mnie, na motolotnię, po czym opukując kadłub i zegary mówi od niechcenia: aha, więc to tym się steruje...?!

Z myśli wyrywa mnie widok faceta, z którym będę leciał. Miły, rzeczowy gość, który już na starcie rzuca, że w górze mogą być turbulencje i żebym się nie przejmował. Kurwa, w którą stronę mam uciekać? W ogóle to nie wiem, dostanę jakiś spadochron w razie czego? Przyjmuję jednak poważną minę człowieka, który wylatał na motolotniach tyle godzin, co piloci Dywizjonu 303 razem wzięci. Zostaję przypięty pasem i żegnam się z tym ziemskim padołem łez oraz Danielem, który z głupim uśmieszkiem cyka mi foty. 

W końcu startujemy. Ja pierdzielę, jak to szybko wzbija się do góry! Jest mega fantastycznie! Co jakiś czas trafiamy na specyficzne masy powietrza, kiedy to motolotnia nagle staje niemal w miejscu, a ja czekam na słynne "Cześć, giniemy!".

O kuźwa, ale to jeszcze nie wszystko. Robiąc dobrą minę do złej gry jeszcze na dole, zapytałem pilota jak wysoko można tym polecieć. 3 km, ów odparł i dziwnie na mnie popatrzył. I teraz właśnie kołując wznosiliśmy się coraz wyżej i wyżej a ja miałem wrażenie, że (wybaczcie obrazowość stwierdzenia) zaraz się zesram i będzie kicha na ziemi, o ile oczywiście wylądujemy. Po chwili jednak zaczęliśmy opadać, również ruchem kolistym. I wtedy wreszcie się wyluzowałem. Coś pięknego, jakie to było uczucie. Lądując miałem ochotę wykupić minimum 10 dodatkowych godzin lotu więcej. Niesamowite przeżycie :-)

Tak oto wybrałem się na "ogórka", który zaskoczył mnie w każdym, najmniejszym szczególe pokazując, że ogórka mam w środku głowy, na którego końce nabite są uszy. Genialna (podkreślam i pogrubiam) trasa godna najbardziej rasowego XC (HR maks. 193 ud./min. na każdym okrążeniu, praktycznie nieosiągalne na maratonie), świetna organizacja i doskonała atmosfera wieńczą całość pysznego tortu. A na koniec dokładam kandyzowaną wisienkę w postaci nagród. Czyli da się kupić zwijaną oponę, Brunox-a, czy dętkę Ultralight. Niesamowite :-) Do zobaczenia za rok, nie może Was tam braknąć!