Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
sobota, 27 lipca 2013
Panie Darwin!

Pamiętam, że kiedy byłem nieco młodszy, niż teraz jestem, w głowie miałem ciut więcej ideałów ale i nieskrępowanego szaleństwa, często myślałem, że jestem pierwszym człowiekiem na świecie, który nie umrze. W wieku nastu lat katafalk wydaje się być tak odległy, nierealny wręcz, że nikt normalny o nim nie myśli. W jakiś dziwny, ale i na swój sposób poukładany sposób sądziłem, że być może mój organizm ma jakąś genetyczną mutację, jest kolejnym ogniwem ewolucji, lub ciało będzie po prostu odporne na strzał z pistoletu. Być może jest to śmieszne, ale większość ludzi w pewnym momencie swego życia tak właśnie uważa. Niestety później łamiemy rękę, dopada nas choroba albo nożownik w ciemnym zaułku i zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele na tym świecie zależy od nas samych. A już na pewno nie długość życia. Dochodzimy wówczas do kolejnej furtki na etapie egzystencji. Zaczynamy uważać, że być może za x lat ludzkość wynajdzie cudowną pigułkę na starość, a my tego dożyjemy i jeszcze będzie nas na nią stać. No, w najgorszym wypadku możemy być darmowymi królikami doświadczalnymi. To tak jak z dentystą. Możesz pójść za darmo do praktykanta - studenta i liczyć się z tym, że wiertło nie zjedzie mu akurat na Twoje dziąsło (swoją drogą historia prawdziwa). 

Na starość zdajemy sobie sprawę, że jednak nie oszukamy kostuchy i staramy się oszukać samych siebie. Człowiek rozpaczliwie szuka kontaktu z drugą osobą, dziękuje za każdą kolejną minutę dnia. 

Podobne procesy zachodzą w naszej sferze emocjonalnej. Spójrzcie na rockowe kapele. Każda miała swoją najlepszą płytę, którą fani uważają za świętość. Offspring wydał niezapomniany album "Smash", Green day "Dookie", Dezerter "Ile % duszy". Muzycy byli wówczas młodzi, mieli po 20-cia kilka lat. Pewnie myśleli, że będą tak grali do końca życia. A my razem z nimi. Kolejne płyty przynosiły jednak rozczarowanie, lub niedosyt. Riff'y traciły swój pazur i zadziorność, jakby cały proces działał według specyficznego klucza.

Zresztą, my sami sądzimy, że do ostatniego tchu będziemy słuchać tego, co dziś. Bo to najlepsza muzyka na świecie. Z biegiem czasu nasz gust się zmienia, dźwięki robią się łagodniejsze, a zamiast mocnych, rockowych płyt, coraz częściej w odtwarzaczu ląduje jakiś "soft". Niektórzy mówią, że to dojrzewanie.

Rowerzyści nie są żadnym wyjątkiem. Często obserwuję swoistą tendencję do "ewoluowania" kolarzy górskich. Zaczyna się od rasowego sprzętu XC. Mamy siłę i chęci, kilometry uciekają jak szalone. Jeździmy, skaczemy, tuningujemy. Aż przychodzi czas zmian. Idziemy do pracy, płodzimy latorośl i okazuje się, że podjazdy nie idą już tak szybko, a ostatnio objechał nas facet, którego jeszcze rok temu "robiliśmy" na każdej trasie. 30 parę lat to już przecież słuszny wiek, swoje przeżyliśmy i dobrze wiemy, czego nam potrzeba. Kupujemy lekkiego full'a, względnie 29-cio calowca. Lycrę zamieniamy na luźne szorty, bidony na kufle z piwem. Na maratonach już nas nie widują, za to kilka razy w sezonie robimy typowe wyrypy enduro. Oczywiście w weekendy, bo na jazdę w dni powszednie czasu i chęci brak. 

W trzecim etapie full'e robią się cięższe, podobnie jak nasze brzuchy. Przypominamy sobie nas samych sprzed kilkunastu lat. Że zawsze będziemy crossowcami, że 100 kilometrowe wypady z kumplami będziemy powtarzali do końca życia, a radość z jazdy będzie wciąż taka sama. 

Czy to naturalna kolej rzeczy? Czy można jej przeciwdziałać? Czy trzeba?

Ktoś powie, że to ewolucja.

Ślepa, niczym bogini sprawiedliwości.

Wśród wszystkich moich znajomych jest jeden, może dwóch, którzy z tą samą werwą co niegdyś, przemierzają ścieżki rowerem. Nieważne, czy jeżdżą XC, Enduro, czy DH. Wciąż widzę u nich ten sam niegasnący entuzjazm. Są dokładnie w tym samym miejscu, w którym spotkałem ich 10 lat temu.

Ewolucja przychodzi naturalnie i łatwo. Daleko trudniej, ale i piękniej jest ewoluować na własnych zasadach.

Czyż nie?

sobota, 13 lipca 2013
Panta rei

KONKURS (info na dole wpisu). Galeria jest aktualizowana na bieżąco.

https://picasaweb.google.com/103858686030761699233/Konkurs

.....................................................................................................

 

Razu pewnego, studiując jeszcze, wybrałem się z rodzinnych Starachowic do Warszawy. Jako, iż wówczas z dworca kolejowego w moim mieście wyjechać gdziekolwiek można było jedynie nogami do przodu, postawiłem na autobus. Zatargałem torbę na peron, zasiadłem na ławce i pogrążyłem się w oczekiwaniu. Bazę PKS mamy w Starachowicach niewiele większą, jak w Pierdziszewie Górnym; może ze 4 stanowiska. Nawet nie zadaszone. Z ironicznym uśmieszkiem patrzyłem na kłębiący się tłum obok, usiłujący wedrzeć się do leciwego Autosana. Najpierw zgodnie z literą prawa, po okazaniu biletu, a następnie groźbą, wymuszeniem, szturchnięciem. Wariaci, pomyślałem i z błogością popatrzyłem na swoje stanowisko, gdzie dookoła nie było żywej duszy. Oprócz mnie i kurzu, oczywiście.

Z lekką irytacją bębniłem palcami w torbę w oczekiwaniu na pojazd, który za Chiny nie chciał, lub nie mógł się pojawić. Nagle coś mnie tknęło, oto już chciałem zerwać się z miejsca i sprawdzić tabliczkę autobusu stojącego obok, ale nogi przyrosły mi do tyłka i uniemożliwiły ten szaleńczy zryw. 

Wtem, Autosan stęknął, warknął, buchnął kłąb czarnej sadzy i wóz dostojnie opuścił plac, żegnając mnie wykrzywionymi twarzami przyciśniętymi do bocznych szyb.

Mniej więcej po 20 min. dalszego oczekiwania zdałem sobie sprawę, że mój autobus do Warszawy już nie przyjedzie, bo właśnie odjechał. Wziąłem więc torbę i poczłapałem do portierni, aby upewnić się w mym, nieciekawym, położeniu.

-Dzień dobry, kiedy przyjedzie autobus do Warszawy?

(gość, po otaksowaniu mnie wzrokiem osoby widzącej kosmitę) - Odjechał 20 min. temu. Ma Pan bilet?

- Tak.

-Echh, zadzwonię do kierowcy. (...) Janek, gdzie jesteś? Za Starachowicami? Wracaj, masz jednego pasażera na bazie.

Autobus zaraz przyjedzie. Pan idzie na dworzec i czeka.

-Dobrze, to ja pójdę na dworzec i będę czekał, rzuciłem przełykając ślinę.

-Tak tak, idź Pan i czekaj.

Po pewnym czasie, przy akompaniamencie piekielnego jęku i stęku, znajomy Autosan właśnie wtaczał się na przystanek. A witały mnie te same, wykrzywione twarze przyklejone do szyb z tą drobną różnicą, że teraz zdradzały oznaki niemiłosiernego wkurwienia. Każdy chciał dokładnie obejrzeć debila, który zawrócił autobus z trasy. W myślach układałem sobie piękną, wylewną przemowę, ale gdy tylko drzwi się otworzyły, wystarczył jeden rzut oka na niesympatyczne ryje i żwawo spierdoliłem na sam koniec autobka, do końca trasy starając się dokładnie wpasować w znaczenie słowa: mimetyzm.

(...)

Wracając z Warszawy siedziałem sobie wygodnie w kolejnym Autosanie ze starachowickiej floty, kiedy to kieroman zatrzymał się na jednym z przystanków. Do środka wszedł wymoczkowaty jegomość, rozejrzał się wkoło i pstanowił zasiąść na jedynym wolnym miejscu, tuż obok matki z dzieckiem.

-Przepraszam, ale to miejsce jest zajęte dla mojego męża, zaoponowała kobieta. Wsiądzie na następnym przystanku.

-No i co z tego, odburknął Pan X.

-Nic, po prostu proszę, aby wówczas mu Pan ustąpił.

-Zająłem to miejsce i będę tu siedział.

-Ale mąż jest duży i może być kłopot...

Z niecierpliwością czekałem na kolejny przystanek, a jak na złość autobus wlókł się w tempie ekspresu PKP. Na dodatek był korek i jak to mówią, gdy kierowca nas nie posuwał, wszyscy byliśmy zawiedzeni. Aż wreszcie stajemy, drzwi otwierają się z hukiem i do środka wchodzi chyba krewny Pudziana. Ja, nerwowo chichoczę i liczę, że gość jest nożownikiem albo urządzi chociaż widowiskową burdę. Rzut oka na wymoczka z początku opowieści, a ten jest już na nogach i zwalnia miejsce dla męża Pani z dzieckiem. Gdy wysiadam w Starachowicach, mimochodem słyszę jego rozmowę z ojcem: "A jak tam dzieciątko"?

To włazidup. Ale zdałem sobie wówczas sprawę, ze człowiek to taka istota, która za wszelką cenę chce dopasować się do aktualnych okoliczności. Czasem robi to naturalnie, niekiedy na siłę. Tylko, tak naprawdę, po co?

..................................................................................................

Nie tak dawno brutalnie dotarło do mnie, że nic nie trwa wiecznie. Panta rei. Czy młodość to wiek ciała? Nie, to stan umysłu. Od zawsze ciągnęło mnie do lasu. Jako, że lubię samotność, wielką sympatią darzę nocne jazdy. W ub. miesiącu kupiłem sobie Świetlny Zmiatacz Istot Żywych i postanowiłem odezwać się do kumpla. Spytałem, czy ma ochotę wybrać się na single-tracki w nocy. I wiecie co mi odpowiedział? Że "ochujałem". Bo on jeździł nocą, ale to było 10 lat temu. Teraz to już chyba nie wypada.

Patrzę na swoich znajomych i widzę, że większości nic się nie chce. Kiedyś potrafiliśmy przejechać razem grubo ponad 100 km., dziś na wspomnienie o 80-ciu większość puka się w czoło. Jeden bawi dzieci, drugi ogląda TdF w telewizji, trzeci jeździ na tenisa, a czwarty po prostu jest już zwyczajnie za gruby. Co do ch...a? A jak już jedziemy, to na browar i karkówkę z grilla. W zimie nikt nie wychyla nosa z domu, nikomu nic się nie chce. 30-letni starcy z umysłową indolencją. Z pełnej palety moich rowerowych znajomych, najtwardszych jest może 5%. Reszta przesiadła się na 20-kilowe fulle i na blat już nie zarzuca. Większości nie chce się  zmusić do wysiłku większego, niż otwarcie paczki chipsów.

Pewnego razu jadąc samochodem przez okolice Przasnysza pomyślałem sobie, że urodzić się bikerem w tym miejscu, to jak pójść do sklepu w Bronx-ie w ciuchach Ku Klux Klanu. Przejebane. Płasko, zero lasów i wszędzie ciężarówki żywcem wyjęte z filmu "Duel" Spielberga. Trzeba mieć niewyobrażalną motywację, aby tam trenować. Zadałem sobie wtedy pytanie, czy doceniamy to, co mamy. Weźmy takie mazowieckie piachy. Niby nudno, niby płasko, ale radość z jazdy można odkryć i tu. 

To ja w roku 2004 w Lesie Kabackim:

Do dziś potrafię znaleźć urok w jesiennym drzewie, zapachu palonych liści na łąkach i zwykłej, ubitej ścieżce. Wystarczy tylko chcieć.

A tak było nocą 2008 roku gdzieś w leśnej dziczy:

Miałem głowę pełną chęci i pomysłów, oraz nogi żądające tylko jednego: więcej.

Oto okolice Tarczyna. Znów płasko i nieciekawie a jednak coś sprawia, że wracam tam co roku z uśmiechem na twarzy.

Choć bywa i tak:

Doskonale pamiętam, iż wówczas choćbym chciał, nie znalazłbym tam niczego pozytywnego. I niech to zdjęcie będzie przestrogą dla nas wszystkich, którzy narzekamy, że nie mamy gdzie jeździć. Cieszmy się z tego co mamy, a zadowolenie będzie rosło proporcjonalnie do obwodu łydki. Ludzkość opanowała niemal wszystkie zakątki globu. Żyjemy w najbardziej niesprzyjających do tego miejscach, jak na przykład ja: w Warszawie. I do cholery przestańmy narzekać, bo skończymy z frytkami na tacy gdzieś w przydrożnym McDonald'zie.

Na koniec mały konkurs. Czekam na Wasze zdjęcia (punkxtr@gmail.com). Tematyka jak na ostatniej fotce, czyli najgorszy, demotywujący syf, w jakim przyszło Wam jeździć. Na koniec wybierzemy zwycięzcę, który zostanie uhonorowany aminokwasami Synergy o wartości 280 zł.: http://natura.abc24.pl/?kat=60493&pro=572617

Pokrywam koszt transportu nagrody na terenie Polski.