Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
21.08.2011-maraton ŚLR w Suchedniowie.

Zdecydowanie nie było dobrze. Od Zagnańska, na którym moja forma była świetna, coś zaczęło się psuć. Na treningach byłem wyraźnie słabszy niż być powinienem. Głowa chciała, nogi pewnie też ale sił zdecydowanie brakowało. Zaczęło mnie martwić coraz niższe tętno spoczynkowe. Choć jego obniżanie się jest czymś pozytywnym, to jednak zbyt szybki spadek może być oznaką (brrrrr...) przetrenowania. Kiedy więc Polar pokazywał rano 39 ud./min. wiedziałem, że coś się szykuje. Pytanie tylko, co. 

Do Suchedniowa jechałem z przekonaniem a wręcz pewnością, że trasa będzie szybka, łatwa i przyjemna. Ubite szuterki, trochę asfaltów i tłum rozhisteryzowanych na mój widok dziewcząt, czyli powtórka z Zagnańska. Jadąc na miejsce z Markiem obaj utwierdzaliśmy się coraz bardziej w tym przekonaniu. Stwierdziliśmy nawet, że to z powodu łatwości trasy została ona wydłużona do 93 km., żeby ludzie nie psioczyli... Echhh..., głupie, warszawskie kasztany. 

Na miejscu zrobiliśmy pół godzinną rozgrzewkę przepiękną szosą w kierunku Bodzentyna, na której to poczułem niestety nogi. Na szczęście udało mi się je przepalić, ale nie zwiastowało to raczej miejsca na pudle. Na szczęście pogoda była taka, jak lubię. Choć tyle mojego. 

Start się nieco opóźnia, a stojący obok mnie facet grzmi w sektorze o tym, ze dziś trzeba liczyć przynajmniej 100 km. trasy. Miałem ochotę użyć perswazji siłowej, bo już się zdenerwowałem. Miało być przecież 93... Na dodatek koleś miał minę taką, że wyglądał na jakiegoś zwariowanego lokalesa, który wie co mówi. W końcu dojeżdżają piloci na motorach i ruszamy. Tuż po zjechaniu z asfaltu na środku drogi jest błotna kałuża, przed którą zatrzymuje się większość osób, a czołówka odjeżdża. Kuźwa, to w końcu maraton, czyż nie? Kałuże takie przejeżdża się środkiem a nie dywaguje nad tym, jak objechać ją z suchym obuwiem i ogoloną nogą błotem nie skażoną. Gonię czołówkę i w końcu udaje mi się ją dojść. Jadę w pierwszej grupce a mojemu szczęściu nie ma końca, bo faktycznie cały czas mamy szybki szuter czyli tak, jak to sobie wyobrażałem. Chwilę później wpadamy na bruk, który jednak w porównaniu do sławetnych kocich łbów w okolicy Polany Langiewicza wydaje się być nieco tylko połatanym asfaltem. Prędkość powyżej 30 km/h a ja czuję, że nie jedzie mi się dziś dobrze. Skręcamy w prawo i zaczynamy pierwszy, wspaniały singielek w dół.

Na zjeździe rozpędzony wpadam w dół z kamieniami, rowerem "miota jak szatan" z popularnego filmiku na YT ale udaje mi się wyjść obronną ręką z tej sytuacji. Jako, że z reguły nie rzucam mięsem na maratończyków, tak trasie zaczyna się obrywać. W końcu ciśnienie musi jakoś ujść z człowieka. "Ty kurwo!", na odchodne rzucam do kamienia i oglądam się, czy nikt nie słyszał bo to przecież czyste wariactwo. Na 23 km. (dokładnie spojrzałem na Polar-a) miałem już totalny zgon a czeluść otwierała przede mną swoje podwoje. Kuźwa, jak ja mam przejechać następne 70?

W pewnym momencie wypadamy na łąkę i zaczyna się szybki zjazd w dół. Przede mną jedzie jakiś chłopak i obaj suniemy prawą stroną. Nagle słyszę rozdzierający powietrze donośny kwik, a ów gość drze się wniebogłosy AAAAAAAAAAAAAA!!! Wyglądało to tak przekomicznie, że prawie zacząłem się śmiać, po czym przy prędkości powyżej 40 km/h otrzymałem jedno, ale bardzo precyzyjne chirurgiczne cięcie pędem jeżyny (ból), za chwilę drugie, w to samo miejsce (ból niemiłosierny), a po chwili (mózg zdążył pomyśleć jeszcze, że trzeciego chyba nie przeżyję) trzecie, kiedy to spalone w słońcu łąki przeszył tym razem mój kwik i donośne AAAAAAAAA!!!

Zjechaliśmy do jakiegoś niewielkiego strumienia, przy czym ludzie jak jeden mąż zeskakują z rowerów i prowadzą lewą stroną. O co chodzi, myślę sobie waląc jako jedyny prosto w wodę (fot. Britax):

Ok., już wiem-wodą sięga mi do piasty ale przejeżdżam na drugą stronę z mokrymi, ochłodzonymi nogami. Po co się pieścić. Potem następuje krótki i dość stromy podjazd, na szczycie którego stoją kibice więc na twarz wrzucam minę nr 1, "takie rzeczy to ja w Wietnamie na śniadanie zjadałem" i toczę się pod górę; niestety idzie mi to opornie. Nogi pracują coraz ciężej a grupka mi odjeżdża.

W końcu samotnie dojeżdżam do punktu kulminacyjnego trasy, czyli stromego podjazdu na łące, który to każdy na pewno doskonale pamięta. Zrzucam na 22T z przodu, a z tyłu łańcuch wędruje na 27 i ledwo żywy mielę do góry. Dalej jadę z przekonaniem a po chwili z pewnością, że na rozjeździe skręcam na metę i się wycofuję. Zastanawiam się nawet, czy będę musiał przejechać przez stadion, czy wcześniej uda mi się gdzieś odbić i lasem dojechać na sam parking, żeby "kwasu" sobie nie robić. Wpadam nawet na szatański plan, żeby na drugim bufecie poczekać na Marka i zaproponować mu wspólne wycofanie się, bo lepiej nie być jedyną lamą w samochodzie podczas drogi powrotnej do Warszawy. Oczywiście przez cały czas wyzywam się w myślach od najgorszych i wielokrotnie wycofuję z maratonów w tym roku ("po co ja mam do Bielin jechać?"). Na bufecie mam jednak w głowie jakiś impuls; nie możesz się wycofać; nigdy tego nie zrobiłeś i dojedziesz do końca. Jedynie siłą woli skręcam na drugie kółko.

Zaczyna się fantastyczny single-track przy skałkach, a przed sobą widzę strome podejście do góry. Jestem przeszczęśliwy, że mogę zejść z roweru. Na szczycie odwracam się i widzę, że gonią mnie 2 osoby. Szlag by to trafił, myślę sobie i szybko ruszam dalej. Po wyjechaniu na szuter czuję, że przednie koło niebezpiecznie myszkuje na boki. Rzut oka na oponę i mamy winowajcę-uchodzi powietrze. Nie rób mi tego, nie rób mi tego!

W końcu muszę jednak stanąć i szybko dobijam oponę nabojem wierząc, że nie będę musiał wymieniać dętki i dojadę do mety. Dojeżdżam do podjazdu tuż za rzeczką, na którym tuż przy szczycie wyprzedza mnie jeden facet a tłumek kibiców kwituje to słowami "no, widzieliście, jak go objechał? Ten to ma nogę". A idźcie wy wszyscy w piździec z takim dopingiem. Staram się być jednak dzielny, zagryzam zęby i jadę zbawiennym asfaltem przed siebie. 

Jak zbawienia wyczekuję trzeciego bufetu bo wydaje mi się, że już dawno powinienem do niego dojechać. A tu jeszcze jeden podjazd, następny i następny. A ja ich wcale nie pamiętam. "O ty kurwo!", słowami tymi witam przedostatnią trawiastą drogę wijącą się do góry. Aż wreszcie jest! Z moich ust wydobywa się jakiś bełkot, bredzę coś o napełnieniu bidonu. Wsuwam też 2 kawałki arbuza i owoc ów wydaje mi się być ambrozją godną bogów Olimpu. Doganiam chłopaka przede mną i oddaję mu swój żel, bo jedzie mu się równie źle, co mnie. Gość patrzy na mnie i pyta z jakiej kategorii jestem. M2, odpowiadam a facet nie wierzy i mówi, że wyglądam na M1. Cóż, mimo swoich prawie 28 lat młodnieję w oczach i udaje mi się nawet zrzucić ząbek niżej na kasecie. +1000 punktów do lansu dziewczyny :-)

Po niedługim czasie odwracam się za siebie a tu gość mnie dogania. Chyba żel mu pomógł i zaczynam żałować, że mu go dałem ;-) Przy drodze stoją jakieś dzieciaki i jeden z nich krzyczy do mnie: jesteś 15-sty! Jezu, w myślach plasowałem się na ok. 25 lokacie, a tu 15-stka. Ten dzieciak powinien dostać jakąś nagrodę. Zaczyna mi się jechać nieco lepiej, ale jak na wyrok czekam na sławetny trawiasty podjazd, aż wreszcie jest. Na szczęście wyjeżdżam go, bo tym razem nie byłem tego wcale taki znów pewien. Przede mną od pewnego czasu widzę dwóch maratończyków, których jestem coraz bliżej. Kurcze, na prawdę jest coraz lepiej!

Wreszcie dojeżdżam do czwartego bufetu i skręcam do mety. Pamiętając o tym, że widziałem kogoś daleko za sobą staram się jechać coraz szybciej, żeby ów ktoś mnie nie dogonił. I w tym momencie należało skręcić w lewo, ale strzałka była tak niefortunnie przybita, że podobnie jak Atlas jadę prosto. Dopiero po pewnej chwili orientuję się, że wyjechałem poza trasę i wracam do góry łapiąc po drodze 2 patyki w szprychy co funduje mi dodatkowy postój. "Oż wy kurwy", idzie w eter przy czym nie wiem do końca kto lub co ma być adresatem powyższych słów. Jestem tak zły na wszystko, że wrzucam na blat i z tej złości cisnę ile sił w nogach. A co ciekawe sił jakby przybyło. Przed metą wyprzedzam jeszcze 4 osoby i nareszcie upragniony koniec. Nastrój burzy jedynie SMS od organizatorów mówiący, że jestem dopiero 19-sty w Open... Czyli dzieciak źle liczył? Niemniej jednak jestem zadowolony, że się nie wycofałem tylko doturlałem do mety. Forma dramatycznie niska, ale tak bywa. Bieliny przerażają.

czwartek, 04 sierpnia 2011
Planeta małp

Zdecydowana większość z nas dąży do doskonałości. Szczególnie my, kolarze musimy zmagać się ze swoimi słabościami, bólem i co chyba najważniejsze-psychiką. Wynikiem tego dwa słowa i jedynie dwie możliwości; zwyciężasz, albo przegrywasz. Na pewno doskonale pamiętasz ile to razy choćby w zabawie, na spontanicznym wypadzie z kolegami starałeś się udowodnić ile jesteś wart. Podobnie na maratonie; tam jesteś swego rodzaju cyborgiem. Często nie liczy się sprzęt, on może się rozpaść ale Ty musisz być lepszy niż Ci, z którymi się właśnie ścigasz. Nie liczy się też palący ból ud, kiedy sprintem pokonujesz ostatnie metry. Możesz zapomnieć o tym, jak nie mogłeś złapać kolejnego oddechu a brak tlenu próbował rozerwać Ci płuca. Nie zapomnisz jednak o jednej rzeczy: przegranej.

Z tym jest nam najciężej się pogodzić. Po co wylewałeś litry potu na treningach, skoro akurat dziś objechał Cię ten, po którym byś się tego nie spodziewał. Jeździmy więc, a często wręcz zarzynamy nie przyznając się przed nikim, że jest ciężko. Jedynie w naszych głowach potrafi się toczyć heroiczna walka myśli z myślą, w płucach wdechu z wydechem a w nogach mięśnie próbują nadążyć za tym, czego oczekuje od nich umysł.

Ja i wielu moich znajomych mamy oczywiście tak samo. Bardzo dobrze pamiętam mój i kumpla zimowy wypad do Kampinosu, podczas którego zrobiliśmy grubo ponad 100 km. Kupa śniegu a mróz tak przenikliwy, że gdybym w tamtej chwili się rozebrał i stanął przed lustrem, mógłbym z powodzeniem służyć za idealny model dziewczyny a nie chłopaka. Byliśmy wówczas na bardzo zbliżonym do siebie poziomie wytrenowania i co gorsza żaden z nas nigdy, przenigdy nie przyznałby się drugiemu do swojej słabości. Że za szybko, że ja już nie mogę. Kiedy wracaliśmy z tego cholernego Kampinosu asfaltem z wiatrem prosto w nasze dwa nieugięte ryje, obaj wiedzieliśmy jedno. Że każdy z nas będzie naciskał na pedały jeszcze mocniej aż w końcu któryś się podda. Tyle, że żaden z nas tego nie przewidywał.

Cały czas "szliśmy" po zmianach, z których każda była mocniejsza od poprzedniej. Obaj byliśmy w stanie przedzawałowym ale gdyby tylko nasz wzrok się przeciął, choćby na ułamek sekundy, każdy na tą jedną chwilę nadałby swojej twarzy wyraz nadzwyczaj spokojny (zamiast mordy w kolorze dojrzałego buraka), jak na popołudniowej herbacie a może nawet zdobyłby się na uśmiech. Zmiany były więc coraz mocniejsze a my zaczęliśmy wydawać dźwięki do złudzenia przypominające gwizdawkę w parowozie. W końcu tempo zaczęło spadać, spadało, spadało aż obaj się zatrzymaliśmy i zgodnie stwierdziliśmy, że się ZAJEBALIŚMY. Tak, byliśmy zajebani bo chyba tylko to właśnie słowo oddawało urok stanu, w którym się właśnie znajdowaliśmy. No więc zima na całego, mróz i śnieg, do domu dobre kilkadziesiąt kilometrów a my nie mieliśmy już nawet rezerwy mocy. Co więcej skończyło nam się picie i jedzenie a jak na złość było to niedzielne popołudnie i otwartych sklepów brak. Jedyne, na co mieliśmy siłę to siąść na przydrożnym murku i siedzieć. W tym mrozie siedzieliśmy tam z dobre pół godziny zanim mogliśmy w emeryckim tempie przy akompaniamencie szczękających zębów ruszyć dalej naprzód.

Inny przykład: trening podjazdów na Agrykoli. Swego czasu wybrałem się na tą znaną wszystkim Warszawiakom górkę aby poćwiczyć podjazdy. Z reguły robię tam 30 powtórzeń. Przy 10-tym dojechał do mnie jakiś facet i również zaczął wspinać się na górę. Nie był to mój dzień, formę miałem jakąś słabą a przy tym miałem już w nogach te 10 podjazdów. Niemniej jednak gość jechał na moim poziomie (co pierwszy raz mi się zdarzyło), także nastąpiła tzw. nieformalna rywalizacja. Po kolejnych 10-ciu podjazdach żaden nawet na milimetr nie zbliżył się do drugiego, a ułańska fantazja rozsadzała przecież umysł. Stwierdziłem więc, że należy pomóc szczęściu i na zjazdach gdy gość nie widział przyjmowałem aerodynamiczną pozycję by jak najszybciej znaleźć się na dole i szybciej móc ruszyć do góry. No cóż, lekkie nagięcie nieformalnych zasad. W końcu zrobiło mi się głupio więc odwróciłem się, patrzę, a tu gość dokręca na maksa przy czym gdy tylko zobaczył mój wzrok z pokerową miną "na luzie" zjeżdżał dalej na dół. Komedia; jeden dokręca drugi się składa.

Tak więc nieustannie dążymy do doskonałości. Sądzę jednak, że warto czasem wrzucić na przysłowiowy luz. Nie zawsze się wygrywa, nie zawsze jest tak, jakbyśmy tego sobie życzyli. Oczywiście skrystalizowany widok perfekcji gdzieś tam, przed nami jest siłą napędową motoru zwanego kolarstwem. Warto być coraz lepszym ale od bycia nim często lepsze jest samo próbowanie, by to osiągnąć. Raz na jakiś czas bowiem zdarza się, że zamiast wygranego można wyhodować potwora.

środa, 03 sierpnia 2011

Założyłem nową kategorię na blogu: "Na sprzedaż", w której będę umieszczał swoje części rowerowe (gdy takowe się znajdą). Sprzęt można obejrzeć i odebrać osobiście w Warszawie w okolicy Mokotowa/Służewa/Ursynowa. Jeśli w grę wchodzi wysyłka-doliczcie proszę koszt koperty i dowolnej przesyłki pocztowej. Kto pierwszy ten lepszy; części sprzedane będą sukcesywnie wykreślane z listy.

Piszcie proszę na punkxtr@gmail.com

 

Rower Specialized Epic FSR Marathon

Link do aukcji na Allegro: http://allegro.pl/specialized-epic-fsr-marathon-rozm-s-sid-xtr-i2523178243.html

Cena: 7999 zł.

 

Mostek Boplight Team 25.4 x 130 mm. - masa: 135,6 g. 

Praktycznie nowy, leciutki (ze stalowymi śrubami!) mostek, który został kupiony i użyty w rowerze 1 (słownie: jeden) raz jako część zastępcza na maraton. Sprzęt w perfekcyjnym stanie technicznym i wizualnym (można dopatrzeć się jedynie kilku właściwie niewidocznych przytarć powstałych chyba jeszcze podczas przechowywania w sklepie). Długość to 130 mm., śr. mocowania kierownicy to klasyczne dla MTB 25.4 mm., a kąt +/- 8 stopni (wspornik można zamontować dodatnio lub ujemnie).

Cena: 50 zł.

Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/grzegorzpiatkowski1/Boplight

 

Zestaw Sigma Sport Mirage Evo (posiadam 2 komplety)

Zestaw w praktycznie sklepowym stanie, użyty raptem kilka razy (jakieś 3-4)-niestety nocne wypady jak pewnie sami wiecie zdarzają się sporadycznie (a szkoda). Jest to najnowsza, najbardziej dopracowana wersja Mirage z leciutkim akumulatorem Ni-Pack, zapewniającym 4h pracy (sprawdziłem). W komplecie lampka, akumulator, ładowarka, zestaw montażowy na mostek, syst. mocujący akumulator do ramy, oryginalne pudełko i instrukcja obsługi + dodatkowy zestaw o wartości ok. 35 zł. skł. się z syst. mocującego lampkę na kasku (jak czołówka), zipu do kabla, oraz uszczelnionego kabla przedłużającego. Lampka posiada diodę sygnalizującą stan naładowania akumulatora, świecącą na zielono i czerwono. Po odkręceniu klipsu mocującego na kierownicę, można zamocować ją do kasku i używać jako czołówkę. Z racji swojego naprawdę minimalistycznego rozmiaru i niewielkiego ciężaru, nie czuć jej na głowie. Sam to przetestowałem i gorąco polecam. Zestaw wykonany jest z dbałością o najmniejsze detale w odróżnieniu od wielu podobnych akcesoriów; daje przyjemne dla oka światło. Zdecydowanie polecam!

Cena: 190 zł.

Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/grzegorzpiatkowski1/SigmaSportEvo#

 

Tytanowe części tuningowe do V'brake i hamulców tarczowych

Wszystkie części fabrycznie nowe; podkładki pasują także do adapterów hamulców tarczowych:

Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/punkxtr/TiTuningParts

Ceny: 

Sprężyny: 35 zł.

Komplet nakrętek V'brake (2 szt.): 20 zł.

Komplet 2 cienkich podkładek: 15 zł.

Komplet 2 grubych podkładek: 20 zł.

Komplet 2 trzpieni do V'brake: 25 zł.