Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
wtorek, 28 sierpnia 2012
Test sterów Chris King "King Ti"

 

  Gdy 2 lata temu stałem przed wyborem sterów do nowej ramy, zadanie nie było łatwe. Pewnik był tylko jeden. Do tytanowego kręgosłupa muszę założyć komponenty z równie szarego metalu. W tamtym momencie absolutnie topowych producentów mogących zaoferować mi ową część było jedynie trzech. Do dziś pozostał tylko jeden.

Marka Tune proponowała tytanową wersję sterów Bobo wypuszczoną na 20-lecie istnienia firmy w cenie 200 Euro. Za tą kwotę nabywca otrzymywał również świadomość, iż jest jednym z 220 posiadaczy tej limitowanej serii. W swym rowerze miałem już jednak rogi z owej edycji, ponadto wcześniejsze doświadczenia ze standardowymi sterami tej manufaktury nie nastrajały mnie optymistycznie.

Crank Brothers oferował model Cobalt Titanium w złotej anodzie za jedyne $280. Najlżejsze z dostępnych, niestety nie w pełni tytanowe, w dodatku opinie na ich temat, (a te mogłem policzyć na palcach jednej ręki) były dość jednoznaczne: powinienem się trzymać z daleka.

Na końcu poczciwe Chris King „King Ti”. Najcięższe z wymienionej trójki, uchodzące jednak za niezniszczalne. Ja, człowiek wychowany na punk rock-owych tekstach Dezertera za nic miałem te slogany. Jednak za około 1000 zł. mogłem dodatkowo wybrać sobie kolor kapsla, co przeważyło szalę. Postanowiłem zaufać Krzychowi, bo wszystkie Krzyśki to równe chłopy. Czy jakoś tak.

 

Preludium.

Stery zamówiłem w USA, od oficjalnego i największego na świecie dystrybutora firmy Chris King: AspireVeloTech. Kapsel zaserwowałem sobie w kolorze złotym, pasującym do obejm Yumeya trzymających manetki XTR serii 970. W oczach, przez kilka dobrych dni naprzemian świeciły mi się złoto i dolary. Wysłałem pieniądze systemem PayPal i zaczął się drugi, najdłuższy tydzień w moim życiu. Do późnych godzin nocnych światło u mnie nie gasło, a gdy już zasnąłem budziłem się z krzykiem, że stery ukradli na Poczcie. Aż wreszcie, do mych drzwi zapukał Pan Listonosz.

 

Z pudełka.

Pierwszy szok po otwarciu paczki: pudełka brak, jest tylko torebka z grubej folii i niedbale złożona karteluszka z krótką instrukcją użytkowania. Cóż, za te pieniądze liczyłem na inkrustowany pojemnik z hebanu. Niemniej jednak stery są wykonane z niesamowitym pietyzmem, a miski zostały spolerowane na błysk. W komplecie otrzymujemy również gwiazdkę i kapsel, a bez w/w stery ważą 105,1g. wraz z cieniutką, plastikową podkładką mającą zapobiegać trzaskom. Uwagę zwraca na siebie brak jakichkolwiek uszczelnień, poza o-ringiem w dekielku. Dziwnie to trochę wygląda i powoduje mrowienie na karku, ale i tak nic z tym nie zrobię.

Po dokładnych oględzinach przyszedł czas montażu. Z chwilowego braku smaru, miski postanawiam osadzić na grubej warstwie kremu Nivea, oraz szykuję sobie drewienko i młotek. Dobra, w porządku, to tylko żart!

Jadę do zaprzyjaźnionego serwisu wyposażonego w doskonałą prasę Park Tool HHP-2. Smaruję główkę ramy preparatem Finish Line Ti-Prep i zaczynamy. Początkowo wszystko idzie gładko, ale po chwili coś zaczyna wydawać takie trzaski, że robię się 5 kg chudszy i 2 lata starszy. To jeden z minusów połączenia tytan-tytan. Na szczęście miski zostają osadzone równo i czysto, oczywiście napisem do przodu. Na sterówkę widelca nabijam tytanowy konus i skręcam wszystko do kupy. Amortyzator to SID’98, mostkiem jest prototypowe, zintegrowane z kierownicą tytanowe combo mojej produkcji.

 

0 - 100 km. Raz skręcone stery trzymają pewnie i nie ma mowy o żadnej dodatkowej regulacji. Niekiedy coś zatrzeszczy i to jedyne, do czego na tą chwilę mogę się przyczepić.

100 – 1 000 km. Stery mają za sobą pierwsze maratony i jazdy w błocie. Raz na jakiś czas rozbieram wszystko i łożyska smaruję cienką warstwą seledynowego smaru Dura Ace, aby zapobiec ew. rdzewieniu. Pewnie na wyrost, ale lepiej sobie później nie pluć w brodę.

1 000 – 3000 km. Co ciekawe, plastikowa podkładka spełnia swoje zadanie i zapobiega nadmiernym trzaskom, co sprawdziłem po jej usunięciu. Szczególnie w moim rowerze, gdzie nawet podkładka pod mostek jest wykonana z tytanu.

3 000 – 6000 km. Okazuje się, że po myciu sprzętu ogrodowym wężem pod bardzo niskim ciśnieniem, czy też jeździe w ulewnym deszczu, w górnej misce jak i na rurze sterowej zbierają się krople wody. Na ich odparowanie musiałbym czekać chyba miesiąc. Włosy jeżą mi się na głowie i po takich atrakcjach zawsze rozkręcam stery wycierając wszystko do sucha i nanosząc nową warstwę smaru.

6 000 – 9 000 km. Pierwszy sezon stery mają za sobą. Jestem nieco zdenerwowany, bo nie ma o czym pisać. Nic się nie dzieje, nie rozregulowuje ani nie psuje. Nawet pedantyczne sprawdzanie stanu łożysk wskazuje na to, że pracuję dokładnie tak, jak w momencie zakupu. Zarówno dolne, jak i górne. Przecież to niemożliwe!

9 000 – 12 000 km. Ciąży mi nieco oryginalny kapsel i postanawiam go zastąpić czymś pasującym masą i wyglądem do całości. Staję się szczęśliwym nabywcą genialnego, tytanowego Carbon-Ti, wraz z dziadowską, aluminiową śrubką w komplecie. Śruba, mimo stosowania jedynie najwyższej klasy imbusów Bondhus, wyrabia się po szybkim czasie.

12 000 – 15 000 km. Nic. Cisza. Zieeeeeeeeeew. Ale nuda. Czy coś się w końcu zepsuje?

15 000 – 20 000 km. Stery mają za sobą drugi sezon intensywnych startów w błotnistych maratonach. Łożyska kręcą się jak nowe. Może nawet trochę lepiej, lżej. Dochodzę do wniosku, że cała magia CK leży właśnie w nich. To one są doskonale uszczelnione i woda ani brud im nie straszne.

20 000 – 21 000 km. Z nudów zerkam do instrukcji i postanawiam zrobić serwis łożysk, bo Krzysiek zaleca. Za Wielką Wodą, ponownie u AspireVeloTech, za grosze kupuję uszczelki i biorę się do pracy. W środku wszystko w takim stanie, jak po opuszczeniu fabryki. Smar czyściutki, nie wymyty. Nie ma sensu tego robić, ale z braku laku… Przeprowadzam serwis wg oficjalnych wskazówek, czyli usuwam smar za pomocą spray’u WKS od Wippermann-a, a następnie nakładam cienką warstwę półpłynnego Dura Ace i zamykam całość oryginalnymi uszczelkami na wieki wieków.

21 000 ~ Nuda. Łożyska kręcą się jak szalone, nie ma sensu do nich zaglądać. Jedynie miski z zewnątrz pokryły się patyną od nieustannego chłostania gałęziami, błotem i szorowania piaskiem.

 

Podsumowanie.

Moja punkowa rewolta bierze w łeb, ponieważ te stery są wieczne. Chris King każdy komponent łącznie z łożyskami wytwarza w swojej fabryce, dlatego spasowanie poszczególnych części jest doskonałe. Każdy, najmniejszy o-ring jest bezproblemowo dostępny za niewielkie pieniądze nawet po doliczeniu kosztów przesyłki zza oceanu. Przez 2 lata testu zastanawiałem się, jaki jest sens produkowania niezniszczalnych rzeczy w dzisiejszym świecie. Później przestałem i po prostu zacząłem się cieszyć jazdą. Bo wszystkie Krzyśki, to równe chłopy.

 

 

wtorek, 07 sierpnia 2012
Przygoda, przygoda...

Kapitan Przygoda był już zmęczony. Od dawna to przeczuwał, jednak bał się przyznać przed samym sobą, że coś się zmienia. Ba, gdyby to jeszcze była zmiana na lepsze. A on znów stał przy oknie wyglądając ze swojego małego mieszkania w bloku na dwór. 

Nie był typowym superbohaterem. Nikczemnego wzrostu, zbytnio się grabił (dopiero całkiem niedawno odkrył, dlaczego w szkole wołano na niego "dzwonnik"), a na dodatek miał kilka kilogramów ciała w nadmiarze. Powiedzmy to wprost, Kapitan był chodzącą żenadą, ale sam dobrze o tym wiedział. Najważniejsze przecież to żyć w zgodzie z samym sobą. 

-Przygoda, ziemniaki na stole!, zawołała go żona z nieco kpiącym uśmiechem. Gdy dowiedziała się kim tak naprawdę jest jej mąż, Waldemar, śmiała się z tego przez dobre dwa tygodnie. A on nawet się łudził, że gdy się dowie będzie czuła dumę, a może nawet coś więcej. Pożądanie?

Sam się sobie dziwił jak to się tak naprawdę stało, że ma żonę. Przy jego aparycji i umiejętności rozmawiania z kobietami...

Usiadł do stołu i włączył telewizor. Właśnie pokazywali jakiegoś weterana ze Stanów, któremu podczas śniadania rodzina pomyliła się z oddziałem Wietkongu i skrócił wszystkich o głowę. 

Tam ludzie nie narzekają na brak wrażeń, pomyślał. A może raz jeszcze włożyć pelerynę i spróbować? Bo Kapitan miał dwie umiejętności, które wyróżniały go z tłumu i chyba dzięki którym ma też żonę. Po pierwsze potrafił latać bez konieczności wsiadania do samolotu, a po drugie dzięki niemu każdy mógł przeżyć przygodę swojego życia (i Kapitan wcale nie był wykolejeńcem!). Swoją drogą gdy Waldemar odkrył w sobie swe niezwykłe zdolności miał nie lada zagwozdkę, jaki symbol naszyć na swoim kostiumie. Superman miał swoje "S", Batman nietoperza. A co może kojarzyć się z przygodą? 

Od dziecka lubił komiksy ze Spidermanem, więc po miesiącu rozmyślań bezczelnie zerżnął pomysł, naszył sobie pająka i też było fajnie. Przecież jak wspominałem na początku, to nie był typowy superbohater.

(...)

Być może w dzieciństwie czytaliście serię książek Nienackiego pt.: "Pan Samochodzik". Tam przygodę czuć było na każdej stronie. Nawet nie trzeba było jej specjalnie szukać, to ona sama nas znajdywała. Do dzisiaj kojarzy mi się z piaskiem i sosnami przy którymś z mazurskich jezior. Ale wiecie co jest najlepsze? Nam się po prostu nie chce przeżywać przygód. Lepiej, gdy życie toczy się swoim rytmem, lub ktoś wymyśli je za nas. Bo skąd tyle ofert wakacyjnych wypadów, na których wszystko jest zaplanowane od A do Z? Dokładnie wiadomo, kiedy pójdziemy na plażę, kiedy będzie obiad, spływ kajakiem a kiedy mamy się wysr... Ups, wybaczcie dosłowność. 

Doskonale widać to na przykładzie naszej wspólnej pasji. Wszyscy mamy swoją ulubioną trasę, na którą jeździmy często do znudzenia. Wokół tysiąc różnych ścieżek i szlaków tylko czekających na swoje odkrycie, ale zawsze zostawiamy je na inny raz.

-Dziś jeszcze pojadę jak zawsze, a tam wybiorę się kiedy indziej, mówimy. A przecież może wystarczy ruszyć tyłek, skręcić kierownicę o parę stopni w lewo lub w prawo i oto odkryjemy nowy, fantastyczny single track? W Górach Świętokrzyskich mam swoje ulubione szlaki, a resztę zamknąłem w szufladzie z napisem "jutro". Bo ulubione trasy są świetne, znam tam każdy kamień a na innych szlakach może będzie kiepsko? Mimo to wielokrotnie przesiadywałem wieczorami z mapą na kolanie zastanawiając się, jak będzie wokół Chęcin czy co kryje w sobie "Miedzianka". Aż wreszcie spakowałem plecak, wrzuciłem rower do samochodu i ruszyłem przed siebie. Dziś albo nigdy. Będąc już na żółtym szlaku wiedziałem, że o to właśnie chodzi w MTB. Nie o jeżdżenie ciągle po tym samym, nieważne jak fajnie by było. Mamy eksplorować, odkrywać nowe tereny, bo tam najszybciej można znaleźć radość z jazdy. Jazdy nieskrępowanej, intrygującej. Gdy wtoczyłem się z rowerem na Miedziankę, niesamowity jurajski widok sprawił, że przesiedziałem tam dobrą godzinę rozkoszując się słońcem, lipcowym powietrzem i całą resztą sprawiającą, że za nic w świecie nie chciałem jechać nigdzie więcej. 

Wracając do Warszawy nie zastanawiałem się, co dalej. Wiedziałem to już tam, na szczycie Miedzianki. Otóż w Wilanowie znajduje się pewien zapomniany przez ludzi i wydawałoby się, Boga, park w Wilanowie. Morysin. Być może nazwa niektórym znana. Lubicie filmy Tima Burton'a? Znacie "Sleepy Hollow"? Więc doskonale wiecie, jak przedstawia on las w swoich obrazach. Niemal bajkowo poskręcane drzewa, mgła i wszechobecna aura tajemniczości nakazująca jednak zatracać się w wyczarowanym przez reżysera klimacie. I dokładnie taki właśnie jest Park Morysin. Przejeżdżałem obok niego setki razy, oglądałem na Google Maps i ani razu tam nie byłem. Dlaczego? Przecież wiecie.

Wjeżdżając w jego ostępy natrafiłem na genialny, kręty single track w duchu najbardziej smakowitego XC. Doskonale znacie ten błysk w oku, gdy natrafiacie na coś takiego. Niesamowite drzewa, ruiny dawnych budowli i wszechobecna aura tajemniczości dodawały smaku. Wystarczyło na chwilę stanąć, by usłyszeń tętent końskich kopyt i stukot kół odkrytej bryczki. Baśniowo powykręcane drzewo wydawało się wołać: choć, zobacz! Niemal widać przez liście, gdzieś w oddali, bufiastą suknię z epoki i dżentelmena w cylindrze. Słychać śmiech...

Wyjeżdżam kapitalnym, technicznym singlem nieopodal pola golfowego; dostępu do dawnego parku zazdrośnie strzegą drzewa i krzaki zarastając ścieżkę. Dlatego jej nie widać i nikt tam nie jeździ. Warszawiakom polecam pogoglować i wpinać bloki w pedały. Reszta niech rozgląda się wokół siebie, bo każda ścieżka, którą mijacie setny raz może okazać się nową przygodą i wyprawą w nieznane. Jeśli tylko posiadacie umysł człowieka Odrodzenia a nie czekisty, oglądajcie mapy i ruszajcie w nowy teren, bo nadprogramowa dawka endorfin to niesamowite przeżycie. Do zobaczenia na nowych szlakach :-)