Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
sobota, 24 sierpnia 2013
Gdzie kolarz się rodzi, gdzie kolarz umiera

Pewnego razu, mój kolega wracając z szosowego treningu przebił dętkę. Zajechał pod niewielki, kameralny sklep rowerowy i wszedł do środka z zamiarem kupna nowej. Sprzedawca podając towar, nie omieszkał zwrócić uwagi na Scott-a kumpla. 

-Ładny rower, ja mam Krossa, ale pękł...

-Niestety, Krossy pękają.

-Pewnie sporo Pan jeździ?

-Tak, przygotowuję się do etapówki.

-O! To pewnie do Gwiazdy Mazurskiej?

-Nie... do MTB Trophy.

-A... to nie znam.

 

(...)

Dzień pierwszy, gdzie kolarz się rodzi.

Wcale nie tak dawno, podczas jednej z okołorowerowych rozmów; znajomy nieco zadziornie zarzucił mi, że dawno nie byłem w prawdziwych górach. Spojrzałem na jeden z ostatnich treningów na Polarze. Na 60-cio km. trasie wokół Warszawy zrobiłem 30 m. w pionie, co rzeczywiście nie było imponujące. Urlop zbliżał się wielkimi krokami a jak szaleć, to szaleć, więc za cel obrałem sobie Szczawnicę. Osobiście nie przepadam za łatwymi, szutrowymi drogami. Za to doskonale czuję się na najtrudniejszych, technicznych single-trackach. Spakowałem połowę swojego rowerowego dobytku, w samochodzie cicho trzasnęły drzwi, a w odtwarzaczu CD rozbrzmiały pierwsze dźwięki antologii Ramones'ów. Przygodo... witaj.

 

Od zawsze lubię jeździć samochodem. Jesteśmy krajem tam bogatym w miłe dla oka okoliczności przyrody, że wręcz czymś niezwykłym byłoby niewykorzystanie tego dla poprawy własnego nastroju. Z czego zresztą skrzętnie korzystam. Górzyste lasy, jeziora, pastelowe (już), przydrożne kasztanowce przypominające o nieuchronnie zbliżającej się jesieni. 

Szczawnicę pamiętam z TransCarpatii A.D. 2009. Nic się tam nie zmieniło; to samo eklektyczne miasteczko, ale o wielkim uroku. Siadając na ławeczce nad szumiącym Grajcarkiem, można z niej już nie wstać. Przesiedzieć wieczność, hardo wyzywając spojrzeniami okoliczne góry. Przed sobą widzę Jarmutę i odkryte hale, wśród których wije się wężowa ścieżka. Myślami jestem już na górze... co stamtąd widać, jak jedzie się tam rowerem, a może wystarczy wyciągnąć się w bujającej na delikatnym wietrze trawie i przeleżeć cały dzień?

Zatrzymuję się w urokliwej, przedwojennej jeszcze willi i wyciągam rower. Wkładam koło w widelec, dokręcam tytanową szpilkę i oto świat stoi otworem, a jedyną barierą obrys mapy i... siła nóg. Zaczyna kropić, ale nie przyjechałem tu dla niemieckiej kablówki. Zasuwam pod szyją ciepłą bluzę z maratonów ŚLR i ruszam na Wielką Przehybę. Czeka mnie ponad 600 m. podjazdu w pionie na jakichś 6 kilometrach. Im wyżej, tym mocniej obejmuje mnie gęsta mgła i zrasza coraz bardziej intensywnym deszczem. Czuję zadyszkę i po cichu cieszę się, że mogę zejść z roweru, aby przeprowadzić go przez mokre zarośla, szukając szlaku. Na szczytach jest mi wręcz zimno, zakładam wiatrówkę i robi się przyjemnie, cieplutko. Poza mną, ani żywego ducha; niczym zjawy z mgły na chwilę wyłaniają się dwaj motocrossowcy i tak szybko, jak się pojawili, nikną w mlecznym obłoku.

Czas na zjazd do samej Szczawnicy. Błoto i luźne kamienie nie ułatwiają pracy moim V'brake'om. Nawet jeśli to XTR, ceramiczne obręcze i niebieskie Swiss stop'y. Rower tak naprawdę nie hamuje. Wydawać by się mogło, że technikę zjazdu mam doskonałą; tak szybko pokonuję kolejne techniczne sekcje. A ja po prostu nie mogę się zatrzymać i z rozpaczliwym wyrazem na twarzy próbuję przetrwać. Tutaj albo przejedziesz, albo lądujesz 30 metrów niżej i o ile się w ogóle ockniesz, to nad sobą zobaczysz co najwyżej otwartą paszczę niedźwiedzia, a do snu ukołysze Cię wyjący do blasku księżyca wilk.

Przy każdym uślizgu koła, niemiłosiernie wymyślam kolejnym kamieniom i korzeniom. Ty taki, owaki. Nieco niżej, przede mną, pod górę idzie turysta. Nie widzę go jeszcze, ale on mnie tak. I co najgorsze, słyszy. Ma przed sobą rozpędzonego, krzyczącego bikera: o ty chuju, skurwysynu. I dziwić się, że nas nie lubią. 

 

Dzień drugi, gdzie kolarz umiera. 

Uwierzcie lub nie, ale te mapy przechowuję po dziś dzień. TransCarpatia w roku 2006. Jadąc czerwonym szlakiem z Rabki do Krościenka wiedziałem, że kiedyś tam wrócę. W domu schowałem je do szafki i co jakiś czas przemierzałem palcem po kolorowych liniach przypominając sobie to, co wówczas tam widziałem. I co siedzi w mojej głowie po dziś dzień. 

Tym razem ruszam w kierunku odwrotnym. Wyjeżdżam poza miasteczko, milknie gwar ulic i warszawiaków a ja czuję, że oto otwiera się nowy, lepszy etap mojego życia. Podjazd wydaje się nie mieć końca i śmieje się z Ciebie każdym zakrętem, luźnym kamieniem i wystającym korzeniem. Przypominam sobie, jak jechałem tędy 8 lat temu, w równie piękną pogodę. Ciekawe, o czym myślałem w tym właśnie miejscu, jak wyglądał mój rower, co miałem na sobie? Staram się zakląć rzeczywistość i zobaczyć co nieco z przeszłości. 

Ścieżka jest niezwykle trudna i czasem trudno uniknąć "butowania". Shimanowskie SH-M315, które kupiłem tuż przed wyjazdem wyglądają, jakbym używał ich bez mała 2 lata i coraz bardziej przypominają stare buty, które  przed zakupem uważałem za szurpety. Na domiar złego nie wypina mi się blok z buta i zaliczam glebę, oraz rozcinam skórę na kolanie, która barwi się szkarłatem. Idę przed siebie, mija mnie grupka piechurów. Lakierki zrysowane, noga zakrwawiona, ryj zlany potem. Facet prowadzi rower. Ot, warszawiak pojechał w góry. Odwracam wzrok, nie mogę na nich patrzeć. 

Wracając jedną z najbardziej niesamowitych ścieżek, jaką przyszło mi jechać, gubię szlak. Zjeżdżam kamienistą drogą do samego miasteczka w połowie stając. Odrywam jedną dłonią palce drugiej od kierownicy, bo same nie chcą jej puścić. SID 63 mm. i V'ki robią swoje. Nogi niemiłosiernie wręcz palą.

W przydrożnym sklepie kupuję batony i 2 litry Coli. Wracam asfaltami do domu. Gdy dojeżdżam do głównej drogi, widzę zielony szlak, który doprowadzi mnie do samej Szczawnicy. Po prawej, równiusieńki asfalcik, którym po 40 minutach będę już pod prysznicem. Wybór jest prosty. Nie po to mam rower MTB, by jeździć (tfu!), szosą. W domu jestem po 2,5 godziny.

 

Rodzisz się, czy umierasz?

Prawdziwy kolarz MTB musi bywać w górach. Mam wielu znajomych, którzy po zwiedzeniu najtrudniejszych szlaków w Polsce nigdy więcej nie wybrali się ponad granicę 1000 metrów. Bo porysowali carbonowe buty i równie węglowe ramy. Ktoś się wywrócił, ktoś prowadził rower całą trasę. Przez 4 dni mojej bytności na szlakach, spotkałem 4 osoby na rowerach. Codziennie rano mijałem faceta na Cannondale z Lefty'm, który nie wyruszał poza obręb miasta i równo wylanych asfaltowych ulic. To właśnie tu okazuje się, czy jako kolarz rodzisz się, czy umierasz. W miasteczku gwar rozmów turystów, ale znajdź choć jedną osobę, która wie, jak dojechać do czerwonego szlaku. Jeśli gdzieś nie da wjechać się kolejką lub samochodem, obejrzymy sobie to na smartfonie. Tak, "telefon" nie brzmi dziś już zbyt dumnie. Siedząc na tej samej ławeczce, co na początku opowieści, widzę "wielkomiejskich" ze swymi aparatami wielkości laptopa, przyczepionymi rzepem do upasionej łapy. Czy wiecie, jak kretyńsko to wygląda? Patrzę na rodzinę żrącą niedzielny obiad nad rzeką z czerwonego opakowania z żółtym "M". Oglądam rowerzystów z XTR-ami, które wyglądają jakby właśnie wyjechały ze sklepu. 

Myślami jestem wysoko, na hali i wężowej ścieżce, na której kładę się z ramionami pod głową, a nade mną świeci gorące, sierpniowe słońce. Przymykam oczy. Żyję.

 

P.S. Ostatni konkurs wygrał na fb Patryk Ptak. Nagroda być może już przejedzona. Gratuluję :-)

10:56, punkxtr
Link Komentarze (14) »