Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
piątek, 22 sierpnia 2014
Chain Juice; detronizacja niemieckiego kruka?

(...)

Zjeżdżali szybko (ale zachowawczo!) wyżłobioną strumieniami wody drogą. Teraz suchą jak pieprz, którego pieczenie czuli nie w ustach, ale na skórze od palącego, letniego słońca. Ich technika daleka była od ideału, ale tam wcale o to nie dbali. Częściej zamiast delikatnych muśnięć klamek, czy skoków przez przeszkody, dawali popis efektownych, ale mało efektywnych uślizgów tylnych kół, wzniecających tumany lepkiego kurzu. Zimny strumień szemrzącej wody oblał ich rowery, łydki, skropił brudne twarze. Twarze krzyczące: „Jeszcze!". Błyszczące rolki łańcucha krzyczące: „Oleju!". Nie byli ludźmi obojętnymi na takie wołania, o nie! Zaczęli grzebać w kieszeniach swych znoszonych, za dużych, kolarskich koszulek.

Odsuwali zamki poprzecieranych, tanich plecaków w poszukiwaniu życiodajnego płynu. W świetle słońca zabłyszczały pierwsze krople słomkowej barwy „oleju do maszyn do szycia i urządzeń precyzyjnych". Przelewał się ciemnozielony (skrzętnie oszczędzany tylko na wypady z kumplami), szpanerski Finish Line o zabójczo sexownej nazwie Cross Country.
Jeden z nich, wyciągnął wtedy charakterystyczną, słynną buteleczkę i zdjął zatyczkę. Gęste, bursztynowe krople leniwie spływały na rozochocony łańcuch. Równie gęste potoki śliny spływały z rozdziawionych paszcz pozostałych uczestników wypadu. Jeden chyba płakał, ale to były łzy szczęścia! Pierwszy raz w życiu widzieli Rohloff'a, czuli jego ciężki, zawiesisty zapach. Powiało zachodem, Pewexem, lepszym światem.

(...)

Od dawien dawna kolarska brać MTB uważa, iż olej niemieckiej manufaktury spod znaku czarnego kruka to Święty Graal. Co prawda nie idealny, ale (z grubsza!) najlepszy z wielu, bo ideału przecież nie ma. Powiedzcie, że jestem szalony, ale lubię zapach rowerowej chemii. Oleje ukochałem sobie szczególnie. Niezwykle cenię ostry, pobudzający (z teflonową nutą) Finish Line „Dry", ale za głęboką, dostojną wonią zielonego XC jestem w stanie skoczyć w ogień. Zawsze wąchałem książki, gazety, benzynę, więc dlaczego nie to. Rohloff jest pod tym względem subtelny i stonowany; przypomina mi dojrzałe zboże. Taki zwiewny zapach na co dzień. Od wielu lat używam właśnie tego specyfiku, a w domu stoi mi litrowy baniak, z którego będę korzystał chyba całe życie. Swego czasu nabyłem zapomniany, niechciany przez nikogo podajnik oleju „Lubmatic", który po dość długim okresie docierania dopasowałem idealnie do swoich (oraz roweru, rzecz jasna) potrzeb. Przestałem go już zdejmować z ramy i dzielnie służy mi tak, jakbym sobie tego życzył, oraz wzbudza żywe zainteresowanie chyba większości spotkanych rowerzystów, a także osób postronnych.

Rohloff Lubmatic:

Jestem tradycjonalistą, nie lubię zmian i kiedy coś działa dobrze, to nie szukam na siłę uszczęśliwiających mnie nowości. Dlatego, gdy odebrałem telefon od Piotra, który zapytał mnie: „Grzegorz, a może chciałbyś przetestować masz nowy olej?", stwierdziłem: „czemu nie?", ale i nic więcej.
Choć przyznam, iż przemyśleń miałem wiele. Wprowadzenie na specyficzny, polski rynek nowej linii chemii rowerowej, to pomysł dość karkołomny. U nas idealny olej do łańcucha winien kosztować nie więcej jak 2-3 złote za 100 ml., mieć możliwość dożywotniej, bezpłatnej dolewki jak Cola w jednej z sieciówek, posiadać kolorowe opakowanie i jakieś fajne, angielskie słówko w nazwie. W dodatku bez nachalnej, uporczywej, długotrwałej (i drogiej) reklamy się nie obejdzie. Wystarczy popatrzeć na Muc-Off. Ciekawe, czy cokolwiek się na tym zarabia.

Pewnego pięknego dnia wsiadłem na rower i bezpardonowo, ze swoim Lubmatic-iem pojechałem po olej. Juice Lubes to linia produktów od wyspiarzy. Całkiem świeża, bo firmę założono w 2009 roku, a pierwszym produktem był preparat do konserwacji lag amortyzatorów a'la słynny u nas Brunox. Marka powstała co prawda z inicjatywy ciężej jeżdżących rowerzystów, ale każdy powinien znaleźć tam coś dla siebie. Linia olejów obejmuje 5 produktów:
- Dry na suche warunki
- Wet na mokre
- Ceramic na suche, a także umiarkowanie mokre
- Wax na suche (wg producenta poradzi sobie również w mokrych)
- Viking, czyli olej uniwersalny.

 

 

Z pudełka:

Do testu otrzymałem wersję Ceramic. Dozownik jest dość duży (130 ml.); dla porównania Rohloff rozlewany jest do 50-cio ml. pojemniczków. U góry posiada nakrętkę, a na etykiecie można znaleźć informację, iż specyfik jest „Z dumą produkowany w Wielkiej Brytanii'. Sam olej jest rzadki, konsystencją przypomina nieco mleko. Szczerze mówiąc, dla mnie olej winien być olejem a nie zupą, przez co do tego typu wynalazków podchodzę bardzo nieufnie. Udałem więc zadowolenie i przy akompaniamencie skapującego Rohloffa na mój łańcuch, z marsową miną odjechałem w siną dal.

W domu zrobiłem szybkie porównanie ze wspomnianym niemieckim produktem, oraz czerwonym Finish Line z dodatkiem Teflonu. Wylałem po kropli każdego ze specyfików na kartkę papieru i... organoleptycznie Rohloff jest najbardziej śliski, oraz najgęstszy. Bardzo długo utrzymuje się w stanie skupionym. Będący przedmiotem tego testu Ceramic na palcach zostawia również śliską powłokę (choć w mniejszym stopniu, niż poprzednik), natomiast w papier wsiąka bardzo szybko. Pozostawia jednak na powierzchni sensowną warstwę smarującą. Finish Line Dry szybko wsiąka i odparowuje, zostawiając teflonową powłokę, która jednak w dotyku jest zaskakująco „szorstka". Sam zapach oleju Ceramic jest mało inwazyjny; najbardziej przypomina mi woń plastikowych okładek na książki, jakie xx lat temu kupowało się do szkoły.

Od lewej: Rohloff, Chain Juice Ceramic, Finish Line Dry

Olej miałem zaaplikować na łańcuch KMC X-10 SL, który pokryty jest śliskim azotkiem tytanu. Podobne pokrycia stosował kiedyś choćby Rock Shox na swoim słynnym (i kultowym!) SID-zie Race Titanium. Reszta mojego napędu to tytanowe koronki Carbon-Ti w korbie, oraz równie tytanowa kaseta, złożona z 2 pająków kasety XTR serii 970, oraz zębatek Recon (także pokrytych złotym azotkiem tytanu). Łańcuch wrzuciłem w maszynkę Finish Line i kilka razy potraktowałem odtłuszczaczem, aż do wywalenia wszelkiego brudu. Po kilku godzinach, gdy specyfik odparował, zaaplikowałem olej. Producent zaleca, aby używać go w niewielkiej ilości, dlatego na każde błyszczące ogniwo upuściłem po jednej, choć mimo wszystko obfitej kropli. Nazajutrz, kiedy olej zdążył już dokładnie spenetrować wnętrze rolek, pieczołowicie wytarłem łańcuch do sucha czystą szmatką.

Gotowy do jazdy: łańcuch po aplikacji oleju i usunięciu jego nadmiaru

 

W terenie:

Pierwszy test był krótki i dość łagodny, gdyż przejechałem tylko kilkanaście kilometrów szosą. Producent na naklejce „wali po oczach" komunikatami o cudownych właściwościach swojego oleju. Zastosowane składniki mają jakoby redukować tarcie i poprawiać jakość zmiany biegów, które stają się płynniejsze i bardziej ciche. Łańcuch rzeczywiście nie jest głośny i nie wydaje żadnych nieprzyjemnych dźwięków. Nie widzę jednak żadnej przewagi nad poprawnie (!) zaaplikowanym Rohloff-em, choć jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Preparat działa tak, jak powinien, czyli po prostu nie zwracam uwagi na łańcuch. W domu postanawiam przyjrzeć się swojemu KMC. Łańcuch złapał nieco brudu, rolki są czarne. Czerwony Finish Line po takiej jeździe zachowałby się inaczej, jednak w mojej opinii nadaje się on do smarowania przegubów przerzutek czy linek, bo z łańcucha (nawet na szosie) znika po kilkudziesięciu km. pozostawiając nieprzyjemne popiskiwania. Po Rohloff-ie z kolei, brud byłby bardziej zbity. Ceramic pozostawia rzadszą warstwę. Sam brud mnie nie dziwi, a nawet cieszy. To w końcu rower MTB (nawet, jeśli jadę szosą) a nie warunki laboratoryjne. Widać, że olej utrzymuje się na łańcuchu i działa. Dla mnie jest ok. choć wydaje mi się, że mogłem zaaplikować go znacznie mniej.

Łańcuch po kilkunastu kilometrach jazdy szosą:

Następnego dnia ruszam na kilkudziesięciokilometrowy wypad w piaszczysty teren. Na wszelki wypadek zabieram buteleczkę ze sobą gdyż wydaje mi się, że bądź co bądź, rzadki olej w takich warunkach szybko zakończy swój żywot. Opakowanie jest dość duże i ciężkie, zabiera sporo miejsca. Pod względem „wycieczkowym", bardziej poręczna (czyt. mniejsza) jest konkurencja.


Mimo utopienia roweru w rzece i traktowania napędu dużą ilością suchego piasku, łańcuch nie wymagał dosmarowania. Zmiana biegów przebiegała cicho i sprawnie, buteleczka okazała się być zbędnym balastem. Choć być może nie do końca, bo przydała się do łańcucha mojej Dziewczyny. Która jednak zaaplikowała znaczną ilość specyfiku, przez co cały łańcuch był czarny, w rzadkiej mazi. Należy więc uważać, aby dozować olej bardzo oszczędnie, co ma również swoje znaczenie ekonomiczne. Po ok. 80 km. łańcuch był brudny, jednak w znacznej ilości był to kurz a nie piasek, który lubi łapać gęsty Rohloff. W kwestii częstotliwości aplikacji, Chain Juice zachowuje się podobnie, jak niemiecki odpowiednik. Olej naprawdę dobrze osadza się wewnątrz rolek, tworząc mocno przylegającą powłokę smarującą. Cóż, muszę przyznać, że pod tym względem byłem zaskoczony. Kałuże, czy niewielki deszcz nie robią na oleju większego wrażenia; dość ciężko jest go wypłukać. Nie jest to więc preparat wyłącznie na suche warunki; mokre nie spowodują śmierci napędu. Producent całkiem trafnie umieścił go w hierarchii swojej linii. Na ultra-błotniste wyrypy mamy jeszcze oleje Viking, oraz Wet.
Jeszcze rzut oka na cenę: 49,90 zł. wydaje się być wygórowaną wartością, ale należy pamiętać, iż otrzymujemy opakowanie o pojemności 130 ml. Cena 50 ml. Rohloff-a to ok. 19.90 zł. (na Allegro) za oryginał; ew. 13,99 za olej rozlewany do opakowań zastępczych. Daje nam to praktycznie tę samą kwotę.

Chain Lube Ceramic po ok. 80 km.:

 Rohloff po podobnym przebiegu:

Podsumowanie:

Powiem Wam szczerze, że mam u siebie w domu wiele okołorowerowych produktów, które dostałem do testów i sobie leżą. Bo test skończony, a obiekt nijaki. Tak więc stoją, leżą i wiszą a ja nie za bardzo wiem, co z nimi zrobić. Używać ich nie chcę, wywalić jednak szkoda. Może sprzedać? Tylko czy napisać, że są do kitu? Swego czasu jeździłem na pedałach Ritchey WCS Paradigm. Ścierwo najgorszego sortu, nie boję się tego mówić. Ze złości napisałem artykuł, zamieściłem na jednym z portali, kwitując go mniej więcej tymi słowami: „Pedały winny nazywać się Ritchey WTF, wtedy miałbym dla nich więcej zrozumienia". Przeprosiłem się z XTR, produkt od wąsatego Tom'a został wystawiony na aukcji. W opisie dałem link do mojego artykułu. Tego samego dnia kupił je facet, który mimo szczerego odradzania WCS-ów, twardo mówił, że po prostu chce te i żadne inne. Tak więc być może każdemu wg potrzeb.


Tak czy owak, olej Ceramic stoi u mnie na półce. Nie będę ściemniał, że zdemontuję smarowniczkę, a baniaczek Rohloff'a z szafki pójdzie w odstawkę. Dalej będę jeździł z buteleczką z zieloną zakrętką. Z Chain Juice będę jednak korzystał, aż się zużyje. Ten olej naprawdę jest tego wart i ciężko nawet na siłę znaleźć jego minusy. Trudno mówić, że jest alternatywą. Wg mnie stoi dokładnie na tej samej pozycji, co nasz Święty Graal. Którego użyjecie, zależy od Waszych przyzwyczajeń, wyznań, uwarunkowań historycznych, czy po prostu tego, co aktualnie znajdziecie na półce w sklepie. Rohloff to klasa sama w sobie. Marketingowo jest produktem, który de facto nie potrzebuje reklamy, bo sprzedaje się sam. Z Juice Lubes w naszym kraju jest inaczej i tak naprawdę dla sprzedawcy, jak i nas, użytkowników, to jego jedyna wada.

 

Werdykt:

+ bardzo oszczędny i wydajny
+ łatwe, szybkie dozowanie
+ świetne, długotrwałe działanie
+ duże opakowanie do domowego serwisu
+ kryje rolki szybciej, niż gęstsze odpowiedniki

- wysoka cena przy jednorazowym zakupie (choć finalnie jest niemal identyczna, jak konkurencja)
- mało poręczne opakowanie na trasie, gdy nie używamy plecaka
- łapie brud podobnie jak oleje typu „wet" (ale w mniejszym stopniu i przez to działa!) 

Ocena: 5++/6 pkt.