Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 26 września 2011
Jeziorka

Jeziorka to taka mała mazowiecka rzeczka, która urzekła mnie 4 lata temu, kiedy to pierwszy raz wjechałem na niebieski szlak. Typowo mazowiecki jesienny krajobraz, czyli soczyście zielona jeszcze łąka, pastelowe liście i błękit nieba kontrastujący z leniwym strumieniem wody meandrującej rzeczki. Ten krótki, bo kilkukilometrowy odcinek szlaku zawsze zostawiam sobie na jesień, bo tylko wtedy może dostarczyć on pełni estetycznych wrażeń.

Niestety, dojechać tam nie jest łatwo. Czteroosobową grupą w składzie Marek, Przemek, Sławek oraz piszący te słowa, Punkxtr, ruszyliśmy spod wilanowskiego pomnika.

Stąd startujemy w kierunku Zalesia, dokąd prowadzą szybkie, ubite i przyjemne drogi Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. Szczególnie we wczesnojesiennej palecie ciepło-zimnych barw:

W Zalesiu kierujemy się na zielony szlak, którym przynajmniej w założeniu mamy dojechać aż do drogi nr 722 relacji Piaseczno-Grójec. I tutaj zaczynają się zazdrosne spojrzenia lasu w kierunku grupki czterech bikerów, którzy postanowili korzystać z ostatnich ciepłych promieni słońca w tym roku. Szlak co trochę zdradliwie zmienia kierunek chcąc utrudnić nam dotarcie do clou dzisiejszej podróży. Raz zarasta trawą, raz straszy grubymi łachami piachu, na których nierzadko tańczą nasze rowery.

Jak widać jestem już szczęśliwym posiadaczem bluzy MTB Cross i przeprowadzam jej intensywne testy :-) Ciuch oprócz wyraźnie zaniżonej rozmiarówki dołącza do moich ulubionych, bo nie ma to jak na warszawskich ścieżkach migać ludziom po oczach czarno-zielonymi barwami ;-)

A nasz skromny team mija stadninę koni i ponownie wjeżdżamy do lasu po to, aby rozgościć się na miękkiej trawie i wsunąć po batonie. Niestety czerwone mrówki na odchodne dały o sobie znać i dobitnie przypomniały nam, kto w tym miejscu jest władcą lasu.

Kawałek dalej gubimy szlak i zaczyna się jazda na orientację. Ostatnio byłem tu 2 lata temu, a i sympatyczna wycinka drzew z oznakowaniem szlaku nie pomagała nam zbytnio. Po trudach i znoju, momentach zwątpienia oraz wspomagania się Garminem i zachodzeniu w głowę "jak tu się kuźwa jechało", gdzieś przy ścieżce mignęła mi niebiesko-biała farba na sośnie. Przed nami najtrudniejszy etap mający za zadanie chyba zniechęcić potencjalnych odkrywców szlaku nad Jeziorką, czyli dotarcie do brzegu zadziornej rzeczki. A przejścia zazdrośnie broni bajoro, w którym pewnie niejeden chłop z okolicznej wsi się utopił i krzaczory z krwiożerczymi pokrzywami czyhającymi na nasze odkryte łydki. 

Kiedy wreszcie jesteśmy na czymś, co przynajmniej w założeniu przypomina ścieżkę, Jeziorka będąca na wyciągnięcie ręki ostatnim podrywem zdaje się chcieć bronić wejścia na jej tereny. Do przebrnięcia mamy łąkę z niezliczonymi kretowiskami i skoszoną trawą. Wydawałoby się, że nic lepszego nas już nie spotka i najlepiej stamtąd uciekać, do czego zachęca sympatyczny mostek i ubita ziemna droga na drugim, lepszym od naszego brzegu. Na szczęście doskonale znam te sztuczki i już po chwili dojeżdżamy do dzisiejszej wisienki na tym cierpkim, przynajmniej do tego momentu, torcie.

Odcinek ten wynagradza wszelkie pokonane wcześniej trudności, a my jedziemy brzegiem rzeczki, która co chwilę każe zsiadać z roweru i wyciągać aparat. A najlepiej byłoby rozłożyć się nad jej brzegiem i nie ruszać stamtąd przez dobre kilka godzin.

Tak kończyła się nasza wyprawa, a Was wszystkich zachęcam do odwiedzin tego zapomnianego miejsca. Szczególnie w taką pogodę, jak dziś.

poniedziałek, 19 września 2011
Samotność długodystansowca, czyli indywidualna jazda na czas. Kielce, 18.09.2011

"Niebezpieczeństwo jest piękną rzeczą, jeżeli jej się świadomie poszukuje"

                                                                                            Ernest Hemingway

 

Kielce, środek września. Ostatni, zwiewny taniec lata i samotność maratończyka, czyli jazda indywidualna na czas. Jak powiedział Tatarkiewicz, samotność jest przyjemnością dla tych, którzy jej pragną i męką dla tych, co są do niej zmuszeni. W który nurt wpiszą się startujący w Kielcach? Kogo przerośnie jazda bez siedzenia na kole, bez rywali wyznaczających tempo jazdy a kto wybije się ponad przeciętność? 

Te i inne pytania nie dawały mi spokoju przed ostatnim występem w tym roku. I chociaż po prostu trzeba tam było się pojawić, to jednak w wyniku zrządzeń okrutnego losu (koniec sezonu, to i nutę dramaturgii można zagrać ;-)) w ostatniej chwili okazało się, że nie mam jak się dostać na miejsce. W tym momencie duże i szczere podziękowania należą się Kasprowi i Piotrkowi, dzięki którym mogłem w pełni uczestniczyć w opisanych niżej wydarzeniach. 

Dzień przed wyjazdem wrzuciłem do przepastnej torby Ortlieb-a dobre pół szafy ciuchów niczym rozkapryszona panienka. Zabrakło tylko lokówki i korali. Jesienno-zimowa bluza, rękawki, spodnie 3/4, komplecik z krótkim rękawkiem i taką samą nogawką... Do wyboru, do koloru, Francja-elegancja. Rano sporo chmur i trochę słońca, więc na dwoje babka wróżyła. No chyba, że wierzyć pogodzie ICM i w ich 25 stopni tego dnia w Kielcach. Jak już zapewne wiecie idealna dla mnie pogoda jest wtedy, gdy na niebie nie ma żadnego, najmniejszego nawet Cirrusa a ono samo poraża głębią swego błękitu. No i słońce musi grzać tak, że jak zsiadasz z roweru na asfalcie to nie masz pewności, czy wyjdziesz z niego razem z butami. Tak więc w drodze na miejsce patrzyłem przez szybę w niebo (a raczej w "szaro") i standardowo twarz układała mi się w podkówkę. Na szczęście przed Radomiem sytuacja była już jasna i klarowna niczym niepasteryzowane piwo w Chatce Górzystów w Izerach, a przed Kielcami słońce operowało co najmniej tak dobrze, jak chirurg na OIOM-ie. 

Po dopełnieniu formalności wybieram się na szybką rozgrzewkę, bo start dystansu Master ma rozpocząć się około godziny 11:30. Okazuje się jednak, że nastąpił poślizg i ruszam dużo później. Cóż, pamiętając kwietniowe Daleszyce siadam sobie pod drewnianym płotkiem i "mam wyjebane". Aż w końcu sędzia wyczytuje mój numer i ustawiam się na linii startu. Jestem 4 w generalce, więc ruszam prawie na końcu z jasnym planem w głowie. Nie dać się wyprzedzić następnemu. Taktyka bardzo prosta, czyli ogień od samego początku. Dystans krótki-43 km., więc nie ma miejsca na czarowanie się wolniejszym startem i zostawieniem sił na koniec. Albo grzejesz całą trasę na maksa, albo przegrywasz. Tylko czy starczy mocy w nogach po ostatnim wirusie, który pewnie zostawił jeszcze jakieś ślady w organizmie? Z tych rozmyślań wyrywa mnie głos sędziego: "3,2,1, START!"

Szybki, ale krótki początek po asfalcie i wjeżdżam w teren. Pod kołami mnóstwo piachu. Może i trenując w Warszawie na 40-km. pętelce robię żenujące 35 m. podjazdu i 25 m. zjazdu, ale za to technikę jazdy w piachu mam opanowaną do perfekcji. Nie ma więc miejsca na kurtuazję i cisnę ostro do przodu. Wydawałoby się, że moje ulubione opony-Nobby Nic Evo w rozmiarze "retro", czyli 1.8" będą mi tu przeszkadzały, ale nie ma czasu na takie myśli. Przed łąką doganiam pierwszego bikera. Teoretycznie słabsi zawodnicy raczej nie podejmują walki i człowiek cały czas jedzie sam. Mnie to odpowiada, a taka a nie inna formuła wyścigu dodatkowo podnosi i tak już spory poziom adrenaliny. Do pierwszego bufetu trasa jest raczej łatwa, choć jeden ze zjazdów może przysporzyć nieco problemów. Na 17-tym kilometrze łapię kubek z napojem i grzeję dalej. Nie ma co się zatrzymywać, 750 ml. carbo w bidonie powinno wystarczyć. Odcinek między bufetami to już ostrzejsza jazda i wymagające ścieżki. W pewnym momencie dogania mnie chłopak z M2 i śmigamy dalej w pociągu. Przy torach kolejowych dobijam oponę, bo jadę dziś na nieco mniejszym ciśnieniu niż zwykle i słyszę tylko "bum". Modlę się, żebym nie złapał snake'a, bo na tak krótkiej trasie będzie to koniec marzeń o dobrym wyniku. Przez kilka minut paranoicznie zerkam na tylne koło bo wciąż wydaje mi się, że powietrza jest coraz mniej. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca i mogę tylko klepnąć Niko (na takie potrzeby muszę wymyślić mu damskie imię) w kierę w dowód uznania i ostro grzejemy dalej. 

Żeby dobrze pojechać nie wystarczy tylko świetnie podjeżdżać; na zjazdach wypadałoby nie dotykać klamek. Choć anodowane na szaro dźwignie XTR kuszą... Na szybkich, ubitych singlach zjeżdżam niekiedy na granicy ryzyka wykręcając maksa 67 km/h. Na szczęście zmęczenia brak, więc i o pomyłkę trudno. Na jednym z takich właśnie zjazdów mylę trasę i zamiast skrętu o 90 stopni w prawo grzeję w dół. A za mną cała grupka bikerów. Na szczęście po drodze przez drzewa migają mi niebieskie szarfy więc już wiem, że trzeba wracać do góry. Nastroje wśród rodaków nie najlepsze "kurwa, kurwa", więc trzeba spierdalać. Na szczęście nie podjeżdżają najlepiej, ale poza żartem tracę tu sporo a przecież rywale nie śpią. Wkurza mnie to strasznie, ale dzięki temu mogę mocniej naciskać na korbę. 

Dojeżdżam do słynnego, białego tłucznia, na którym to w Nowinach dobiłem Foss-a. No dobra, jedziemy zachowawczo z tyłkiem w górze. Na szczęście obywa się bez defektu. A za tłuczniem strome podejście z korzeniami i piachem. Idzie mi to dość opornie, ale w końcu melduję się na górze. Wkrótce czeka mnie coś lepszego-mocny piaszczysty podjazd. Przede mną dzielnie piłuje jakiś facet ze skrzypiącym pedałem i z taką prędkością ledwo utrzymuję się na rowerze. Próbuję ominąć go po piachu, ale zakopuję się i muszę zejść z roweru. Po chwili znów jestem w siodle i przed szczytem mogę wreszcie wyprzedzać. Niestety koła mocno buksują na luźnych kamieniach. Nobby Nic po całym sezonie mają dość, a bieżnika na nich jak na lekarstwo. Na deser mam jeszcze tylko jeden, ale za to bardzo treściwy podjazd, na którym wszyscy podprowadzają jak jeden mąż. Od razu wpływa to na psychikę i siłą owczego pędu aż chce się podprowadzać razem z nimi. Niemniej jednak trzeba to wyjechać; zrzucam na 22T z przodu i redukuję na 27T z tyłu. Mielę spokojnie pod górę walcząc o przyczepność kół. Zmęczenie też robi swoje, ale udaje się nie zejść z roweru. 

Końcówka to szybka jazda do mety, czasem na granicy szaleństwa. Na ostatnim asfaltowym odcinku udaje mi się łyknąć jeszcze jednego zawodnika z dystansu Master. Finisz, finito, the end, koniec.  Jestem z siebie zadowolony, bo nie mogłem dziś pojechać lepiej. Z niecierpliwością czekam na wyniki generalki. 

Niestety dekoracja rozpoczyna się strasznie późno i ze zmęczenia ledwo trzymam się na nogach. W końcu moje nazwisko wyczytuje distefano. Jestem 5 w Elicie w klasyfikacji generalnej. Tak, jestem zadowolony. Lepsi wygrali, słabsi byli za mną. Jak na pierwszy rok ścigania się na długim dystansie to chyba niezły wynik. Patrząc na zgromadzonych wokół rowerzystów widzę, że niektórym browar zdecydowanie nie służy. Za charczące, chamskie darcie ryja tuż przy moich uchu z chęcią dałbym w mordę. W domu melduję się 20 min. przed 2 w nocy. 

Panie i Panowie, czas na podsumowanie sezonu. Swoje plany zrealizowałem. Czasem mogło być lepiej, niekiedy brakowało szczęścia. Przed nami najgorszy możliwy okres, czyli jesień. W przeważającej części deszczowa, brudna i zimna. Nie ma co się czarować, znów będzie ciężko. Ale za to przynajmniej do marca koniec z goleniem nóg :-) Niedługo trzeba będzie odkurzyć buty do biegania, czujkę Polar-a i wesoło popierdzielać w jesiennej słocie. Już nawet wytyczyłem sobie nową biegową trasę po przeprowadzce. Mam ją tuż za oknem-kółko po trawie wokół boiska szkolnego. Jezu, ależ to będą emocje. Szczególnie jak sypnie śniegiem i sam będę przecierał "szlak". A potem grudzień i święta. Ja ja czekam na to obżarstwo, choinkę i wieczorne siedzenie przy kominku. Szkoda, że nie mam kilkanaście lat mniej, bo jak niegdyś szedłbym z kumplami wieczorem do lasu zapierdzielać na sankach ;-) Na deser tylko styczeń, luty, marzec i... kolejny sezon. Bądź co bądź to całe pół roku. Będzie ciężko, już teraz mi się nie chce. Ale nie ma to tamto, w tym sporcie zostają tylko najtwardsi. 

Na koniec chciałbym podziękować całej ekipie ŚLR i jej uczestnikom za świetną atmosferę, kultowe już trasy i mnóstwo dobrej zabawy. Czasem pomieszanej z nerwami, ale w ogólnym rozrachunku na duży plus. Pozdrawiam ekipę z Gór Świętokrzyskich-Daniela i Krzycha (pamiętajcie chłopaki, te trasy pod nosem trzeba wykorzystywać na maksa :-)). Pozdrawiam kolegę na Radon-ie, na Giancie, etc., etc... Do zobaczenia w przyszłym roku. Zamykamy kolejny rozdział naszego życia, ale otwieramy następny. Oby było jak najdalej do ostatniej karty z wzruszającym napisem: KONIEC.

środa, 14 września 2011
"Na otro"

Jakiś czas temu zamieściłem na blogu notkę opisującą korelacje rowerzystów z rdzennymi mieszkańcami wsi. Zainspirowany wczorajszą rozmową ze znajomym, postanowiłem poruszyć temat: "bikerzy contra kierowcy samochodów". Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zostanie on wyczerpany a jedynie nakreślony, ale jak zawsze opieram się na własnych przeżyciach co zapewne uatrakcyjni Wam czytanie :-)

Żeby zacząć tą historię, należy cofnąć się w czasie do ostatnich lat podstawówki, kiedy to jeździłem na rowerze Grand G-300. Wspominałem o nim kiedyś; zresztą te wspomnienia na tyle wryły się z mą pamięć brukając resztki psychicznej normalności, że już nigdy się ich nie pozbędę. Ale nie o Grandzie dzisiejszy temat, więc do rzeczy. Otóż siedziałem sobie pod sklepem rowerowym oglądając popisy rowerowych wycinaków z mojego miasta. Rzecz działa się na dość stromej górce. Nagle, jeden z nich postanowił wykonać popisowego bunny-hop'a tuż przed moim nosem, przy czym rozpędzony nie zauważył jakiegoś zabłąkanego piechura, który Bogu ducha winien zdążał wprost pod jego koła. To znaczy zauważył, ale w momencie, gdy jego opona znalazła się na wysokości czerepu owego poczciwiny. Facet w ostatniej chwili zdążył uskoczyć, na co biker po wylądowaniu odwrócił się, posłał mu wiązankę taką, że Pasikowski by zbladł, po czym moc swych słów przypieczętował wystawieniem środkowego palca prawej ręki. Ja-oniemiałem. Oto zobaczyłem przecież prawdziwego Pros-a w akcji! Stałem więc brutalnie zgaszony niczym światło w łazience nie mogąc pozbierać szczęki z chodnika. Naiwnie wysnułem jeszcze bardziej naiwny wniosek, że im lepiej jeżdżący biker, tym mocniej pasuje do niego takie zachowanie. Widziałem jedno: Pros-i po prostu pokazują wszystkim "fakasy" i żeby stać się jednym z nich muszę zrobić to samo.

Tak też poznałem przedstawiciela pierwszej z opisywanych dziś frakcji samochodziarzy:

Rycerze ortalionu. Co prawda ze średniowiecznym Zawiszą Czarnym nie mają wiele wspólnego, za to łączy ich zamiłowanie do "szelestów", wstręt do każdego, kto nie porusza się w 20-letnim BMW i ryj myślą nie skażony. Gdy takiego napotkasz, dowiesz się nieznanych faktów o sobie i swojej matce, a resztę opowie zapłakana rodzina gdy wybudzą Cię z narkozy w miejskim szpitalu. 

Ja przyjemność spotkania z takim jegomościem miałem niedługo po opisywanych wcześniej wydarzeniach. Jechałem sobie spokojnie mym Grandem G-300, gdy przed stacją benzynową zauważyłem kumpla z dwoma przepięknymi laskami. Stwierdziłem, że trzeba do nich zagadać, a wartość mej osoby znacznie wzrośnie w oczach dziewcząt gdy wykonam na Grandzie jakąś ewolucję. To oczywiście już w założeniu nie mogło się udać (ewolucja rzecz jasna, nie zagadanie). Kiedy więc niezdarnie próbowałem zmusić do lotu 20-kilogramowego, stalowego Granda-nielota (to tak, jakby łudzić się, że nagle struś wzbije się w przestworza), tuż przede mnie z rykiem wyjechało, wierzcie lub nie, BMW. Rycerz nie chcąc mnie rozpłaszczyć na asfalcie niczym muchę dał po hamulcach, a ja wiedziony nagłym impulsem i tym, co sobie właśnie przypomniałem, tuż przed jego szybą wystawiłem rękę ze środkowym palcem. Gdybym spojrzał wówczas w ogorzałą twarz rycerza wiedziałbym, że ta historia może skończyć się dla mnie tylko OIOM-em. Ale byłem z siebie dumny bo wiedziałem, że teraz to ja dla dziewczyn jestem Pros-em. Kiedy kilka sekund później (co, jak na procesy myślowe rycerzy jest wynikiem znakomitym, tudzież zaskakującym) ponownie usłyszałem ryk silnika tyle tylko, że tym razem wespół z piskiem opon powinienem był się domyślić, że najwyższy już czas, aby spierdalać. 

Kiedy po chwili usłyszałem tubalny głos rycerza, który w prostych, rzeczowych słowach opisywał mą osobę i to, co o mnie myśli powinienem był się zamknąć i przełknąć tą gorzką pigułkę, ale niestety scenę tą oglądał wspomniany kumpel i co gorsza, obydwie laski. Cóż było robić. Zwyzywałem dresa tak, że sam się przestraszyłem i chciałem ruszyć w swoją stronę, lecz ten nie dał za wygraną i z piskiem opon ruszył za mną. Zrobiło mi się gorąco, więc daję w prawo a ten za mną. Ja w lewo, a za sobą słyszę znajomy już ryk silnika. W końcu rycerz i jego BMW się zmęczyli, po czym ruszył w swoją stronę rzucając na odchodne, że doskonale zapamiętał mój ryj i dodał coś o potrzebie identyfikacji zwłok przez matkę. Ja spojrzałem tylko na drugą stronę ulicy, gdzie stał blady jak ściana kumpel i dwie laski o takim samym wyrazie twarzy, po czym do domu wracałem o pół godziny dłużej nad rzeką, bo tam nie było drogi dla samochodów i mogłem czuć się względnie bezpiecznie.

Następnym rozdziałem w tej opowieści są tzw. "mazgaje".

Człowiek taki patrząc prosto na Ciebie wjeżdża w Twój rower, po czym wyciąga portfel zanim jeszcze Ty zbierzesz się z asfaltu. Do tego żywo gestykuluje, robi wrażenie jakby pierwszy raz siedział z kółkiem a jego lament słychać w drugiej części miasta. Spotkałem takiego raz, był to dziadek wyjeżdżający z osiedlowej uliczki prosto na mnie. Na szczęście prędkość była na tyle niewielka, że tylko przestawił mi rower o kilkadziesiąt centymetrów. Niestety zrobił taką scenę rozpaczy, że chciałem się jak najszybciej stamtąd ulotnić. 5 min. później, bogatszy o 100 zł. zasuwałem do zaprzyjaźnionego sklepu rowerowego na zakupy.

Następni są kamikaze, którzy prują do celu bez względu na ofiary. Z tym, że w tym przypadku ofiarą zawsze jest rowerzysta. Spotkałem taką wariatkę (bo była to kobieta) w Warszawie na ulicy Puławskiej, kiedy to zostałem przez nią wyprzedzony, a następnie zajechano mi drogę gdy chciała skręcić w prawo. W wyniku tego manewru uderzyłem w nadkole, przeleciałem przez maskę po czym katapultowało mnie do rowu parę metrów dalej. Szczęście w nieszczęściu, że lądowałem na miękkiej ziemi. Wierzcie lub nie, ale gdy wygrzebywałem się z powrotem na powierzchnię, obok samochodu stał już patrol policji. Całość skończyła się nieopodatkowaną darowizną 300 zł., przetartym siodłem Flite i plecakiem Author. 

Ostatnią frakcją są po prostu dziadkowie, którzy nie widzą, nie słyszą a ich serce bije w tempie niedźwiedzia brunatnego, który właśnie zapadł w sen zimowy. Miejscem akcji był podwarszawski Grójec i wówczas mocno zastanawiałem się nad prawdziwością powiedzenia "Czesław spod Grójca". Byłem wówczas jeszcze na tyle szalony, że w wakacje śmigałem sobie krajową 7-ką z Warszawy do rodzinnych Starachowic. I tak właśnie było tego dnia z tym, że we wspomnianym Grójcu dziadek z miną pokerzysty wjechał we mnie swym samochodem. Dobrze, że nie jeździłem wówczas jeszcze na ultralekkim, 1100g. SID-zie, tylko na 1500 gramowym Suntour-ze (choć po tuningu ze stalowymi sprężynami od Simsona i uszczelkami Rock Shox ważył dobre 100-150g. więcej). Także nic mi się nie stało, a amortyzator przyjął na siebie całą energię uderzenia, rzeźbiąc przy tym w samochodzie dziadka bruzdę od wlewu paliwa do przedniego reflektora. Ogółem było słabo, bo do domu miałem ponad 100 km., a tu takie rzeczy. Na szczęście okazało się, że jedynie koło ma lekką centrę i da się jechać dalej. W dodatku w minutę po całym zdarzeniu otoczyła nas chmara meneli spod miejscowego sklepu, chcąc linczować gościa, przy czym każdy z nich krzyczał "Ja wszystko widziałem, ja wszystko widziałem!!!", charcząc przy tym od przesączonego przez szmatę denaturatu. Niemniej byłem im wówczas niezmiernie wdzięczny.

Tak właśnie kończy się ta historia, choć co do tego nigdy nie ma pewności. I tak życie napisze swój własny scenariusz. Jeśli i Wy możecie coś dodać-zapraszam do dyskusji. 

poniedziałek, 05 września 2011
Bieliny 4.09.2011

Intro

Dawno, dawno temu za siódmą rzeką, Radomiem i Constarem żył sobie pewien człowiek. Co sprytniejsi domyślają się już na pewno, że człek ów jeździł na rowerze a ci mniej sprytni kończą dopiero czytać pierwsze zdanie więc pewnie domyślić się jeszcze zdążą. Osoba ta-mężczyzna zresztą-wyciskała nie tylko siódme poty z siebie, ale i ze swojego sprzętu (naprawdę, bez głupich skojarzeń proszę!). Grand G-300; 12 lat temu w Starachowicach to musiało brzmieć dumnie. Niestety jedyny upgrade roweru w postaci dwóch polerowanych na blask booster'ów Tektro i plastikowego błotnika pod dolną rurą ramy stawiało naszego bohatera w hierarchii lokalnych bikerów mniej więcej tak, jak wyłysiałą mysz wśród afrykańskich lwów. Po obowiązkowej jeździe razem z kolegą przesiadywała ta zacna persona na schodach lokalnego sklepu rowerowego z bikeBoard-em w ręku obserwując miejską scenę MTB. Judy XC, Deore LX lub (Jezu!) 4-tłoczkowa tarczówka XT szalonego lokalesa i pioniera tuningu wagowego o ksywce Goro mogły przyprawić o palpitację serca. Szczególnie, gdy komponenty te zestawić z flagową jednostką naszego (już) znajomego. Cóż, mimo ogromnych ambicji do jazdy napęd TY-40 w połączeniu ze stalową, wydawałoby się żeliwną ramą-tchnieniem szaleństwa, zgrabnymi, plastikowymi klamkami hamulcowymi oraz równie plastikowymi V'brake-ami mogły być szczytem marzeń jedynie w sklepie zabawkarskim. W owych pięknych ale i niebywale trudnych finansowo dla młodego człowieka czasach wspomnianym szczytem była Acera po 3, no, może 2 latach wakacyjnej pracy. 

(...)

Jakieś 2 lata później, gdy w Starachowicach widok Granda G-300 nie powodował już wytrzeszczu oczu połączonego z pomrukiem zadowolenia (ooooo... Grand jedzie!), a raczej był przyczynkiem do sympatycznych zagajeń lokalnej młodzieży (zaaajebisty masz rower KURWA!!! Aaaaahahahaha!) do naszego bohatera szczęśliwy los puścił oko. Mógł złożyć wreszcie swój pierwszy, prawdziwy rower MTB, na który nie był obojętny nie tylko on, ale i cała lokalna scena rowerowa. Podmiot liryczny tej opowieści po skręceniu wszystkiego do kupy wybrał się w jedno miejsce, do którego jechać zamierzał od dawna. Spotykając się z dwoma najlepszymi bikerami w mieście (z czego każdy z nich legitymował się licencją zawodowca) i proponując im wspólną przejażdżkę w góry nie mogłem (bo to o mnie przecież mowa) przewidzieć tego, jak zakończy się ta pochopna, kretyńska wręcz decyzja. Ale klamka zapadła, jedziemy na Pasmo Jeleniowskie, co na szczęście w tamten popołudniowy, słoneczny, letni dzień zupełnie nic mi nie mówiło a kojarzyło jedynie z jeleniami, którym na pewno wówczas byłem.

(...)

Wracając do domu mocno intrygowało mnie to, czy nazywam się tak, jak się nazywam czy też może jakoś inaczej, oraz gdzie ja tak właściwie jestem, bo ze zmęczenia w ogóle niewiele wtedy wiedziałem. Moich myśli nie było wówczas razem ze mną tam, na szosie w drodze powrotnej tylko krążyły kilkadziesiąt kilometrów dalej przy talerzu gorącej zalewajki, mielonych kotletach z ziemniakami i cebulką oraz lodowym deserem od babci. Jednak za każdym razem gdy otwierałem oczy z objawami hipoglikemii zastanawiałem się, czy ja tam w ogóle dotrę. Jednego byłem jednak na tamtej drodze pewien: oto rozpoczęła się najwspanialsza przygoda w moim życiu.

 

BIELINY, 10 lat później.

Pasmo Jeleniowskie to bardzo specyficzne miejsce Gór Świętokrzyskich. Lasy je porastające gęsto usiane są zapomnianymi grobami partyzantów z czasów II wojny, o czego oczywistych przyczynach zajmująco pisał Cezary Chlebowski w swojej książce pt.: "Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie". Pomimo mojej wielokrotnej bytności w tamtych rejonach nigdy nie udało mi się spotkać nikogo na rowerze. Ba, zdecydowaną większość razy pokonywałem całą trasę samotnie, bez żywej duszy ciesząc się wspaniałymi okolicami Góry Jeleniowskiej i nieraz czując nieswojo przemierzając jodłowy las w drodze na Szczytniak; jakbym czuł na sobie wiele par oczu. Za każdym razem skręcając na szlak w Paprocicach miałem się tak, jakby za mną zamykała się niewidoczna brama cywilizacji i te kilkaset metrów wyżej będę zdany tylko na siebie i na swój rower. Powiem Wam coś więcej; na tym wyjątkowym paśmie równie wyjątkowy jest zapach lasu, liści, duch minionego czasu. Nawet gdy sypnie błotem na ryj, jest ów najszczęśliwszym ryjem pod słońcem. Zdradzę w tajemnicy, że tam nawet Polar zdaje się być łaskawszy. 

Nie każdy wie (a raczej już prawie nikt), że w latach 50-tych Góra Szczytniak była zasiedlona 4-ema domami, a ostatni jej mieszkaniec zmarł na przełomie lat 80/90-tych. Cytując pewnego użytkownika jednego z for:

"Jednak II wojna światowa dała im się we znaki. Większość mieszkających tam osób trafiła do obozów. Po wojnie ciężko było żyć. Niby się udało. Ale to, że "na dole" mają prąd i wodę spowodowało, że uciekały dzieci do miast. Ostatni mieszkaniec nie bardzo radził sobie ze swoimi myślami. Nie bardzo radził sobie ze spożywaniem trunków. Jeździł furmanką do Nowej Słupii i tam zapijał samotność człowieka ze Szczytniaka, ułomnego-podobno fizycznie. Do dziś opowiadają ludzie, jak jego koń nie mógł na to patrzeć i zostawiał pana, aby samotnie obciążonym furmanką wrócić do swojej stodoły. Pan niepocieszony wracał sam. Samotność nie dała mu szansy. Pod koniec lat 80-tych podobno sam odebrał sobie życie. 

Będąc tam na początku lat 90-tych widziałem przez szparę jego walącego się domu, jak w starej szafie pięknie prosperuje rodzina popielic. Co kilka lat jestem na Szczytniaku i spotykam nornice, co to przy ognisku wychodzą i zabierają co spadnie".

Takie właśnie jest Pasmo Jeleniowskie: piękne i dumne a zarazem dzikie i tajemnicze. Za każdym razem będąc na nim nie znajdowałem się bliżej żadnego z tych biegunów; mogłem między nimi jedynie lawirować. Z tych właśnie powodów maraton w tamtych okolicach mocno podziałał na moją wyobraźnię już rok temu, gdy jadąc czerwonym szlakiem do Gołoszyc napotkałem resztki taśm po wyścigu ŚLR w Nowej Słupii. Bardzo mocno zastanawiałem się wówczas, jak u licha można się ścigać w takim terenie. Dlatego też w drodze do Bielin miałem w głowie walkę tysiąca myśli. Na szczęście pokojową, bo jak ktoś kiedyś powiedział pokój lepszy niż większość sprawiedliwych wojen. Cóż, posłuchajcie:

Zacząć należy od tego, że w czwartek mój udział w tymże maratonie stanął pod znakiem zapytania. Rano czułem się dobrze i siedziałem sobie jak Bóg przykazał przed kompem ciesząc ryj do monitora, gdy nagle mnie ścięło. Zatrucie bądź wirus. Koło południa miałem już taką delirkę, że nie wiedziałem co się dzieje. Siedziałem w fotelu, a podniesienie powiek sprawiało mi niebywałą trudność. W końcu ostatkiem sił zagrzebałem się pod kocem w łóżku. Jednak najgorsza z tego wszystkiego była noc. Przed 21:00 grzecznie leżałem już gotowy do snu... Niestety potworne dreszcze nie dały mi zmrużyć oka nawet na 5 minut. Leżałem więc patrząc z nudów na zegarek i modląc się, żeby zapiał już ten pieprzony kur. 2 w nocy, 3 w nocy, 4... Sekundy ciągną się jak godziny, minuty-jak dni. Koło 3-iej było mi na odmian gorąco i tak na przemian. Wszystko wskazywało na to, że najlepszy maraton w tym sezonie odbędzie się beze mnie. Rano bolało mnie wszystko, nawet szczęka. Szybki telefon do trenera i już radośnie popitalam po koksy do apteki wg jego zaleceń. Wykrzywiający ryj na wszystkie strony świata Coldrex, Ascorutical i Polopiryna S. Nie ma co, pięknie się zaczyna.

Na szczęście niedziela przywitała mnie prawie, że idealną pogodą. Niemniej jednak przezornie wrzuciłem do torby rękawki; sprawiają one, że czuję się bezpiecznie :-) 

Na miejscu w Bielinach kolejka do biura zawodów nieco większa niż zwykle; chyba możliwości trasy podziałały na wyobraźnię narodu. Po rozgrzewce staję w sektorze i czekam na start. Tym razem nie opóźnia się on ani o sekundę i ruszamy za samochodem Maziego. Zresztą Mazi w tym VW za każdym razem kojarzy mi się z kawałkiem "Big truck" Coal chamber. Tempo początkowo jest spacerowe i wręcz wydaje mi się, że nieco za niskie bo ludzie zaczynają na siebie wpadać. No i się zaczyna. Lewą i prawą stroną drogi, po trawie, na oślep gnają ludzie często i gęsto w łopoczących na wietrze koszulkach Mazovia MTB byle tylko dobić do czołówki. Ludzie-bądźmy szczerzy. Jest to obrazek żenujący. Kilometr dalej wywracacie się, tamujecie drogę... Jeździjcie z tyłu a jak opanujecie na dobry początek jazdę na wprost, to i na Was przyjdzie pora... W końcu tempo wzrasta i peleton zaczyna się rozciągać. Ja obiecałem sobie, że dziś uwzględniając moje niedawne problemy zdrowotne i nie oszukujmy się, coraz niższą formę, jadę zachowawczo. Wpadamy w teren i robi się pierwszy zator, vide to, co napisałem powyżej. No dobrze, każdemu może zabuksować koło, każdy może się wywrócić. Ale jeśli gołym okiem widać, że ktoś z przodu znalazł się zupełnym przypadkiem i chyba sam nie za bardzo wie, co ma robić to nerwy puścić potrafią. W końcu i ja pod nosem niecenzuralnie komentuję zaistniałą sytuację. Na szczęście po chwili ścieżka robi się szersza i można wyprzedzić maruderów. Jedzie mi się całkiem nieźle. Kręcę korbą jak Bóg przykazał, odpowiednio jem i piję. Jestem Galińskim, jestem Konwą, jestem Brzózką. Jest dobrze. 

W końcu wjeżdżamy w clou dzisiejszego wyścigu, czyli Pasmo Jeleniowskie. Podjazd pod Górę Jeleniowską idzie szybko i sprawnie. Zjazd w końcowej części jest czymś wspaniałym. Można zupełnie puścić klamki i sunąć w dół ubitą, wyprofilowaną na zakrętach ścieżką. Mijamy pierwszy bufet i rozpoczynamy podjazd na Szczytniak. Jest tam jedno miejsce, w którym podjechać jest relatywnie trudno, bo koła buksują na luźnym podłożu. Więc gdy widzę przed sobą prowadzących rowery maratończyków a w dół idących turystów cieszę się, że elegancko wszystko wyjadę bo to akurat moja mocna strona. Gdy mijam babę z kijkami w myślach widząc podziw, jaki u niej wzbudziłem płynnie jako jedyny pokonując ten krótki podjazd, ta półgębkiem rzecze do swego kompana: "wjechaliśmy mu na psychikę, no to podjechał". No kuźwa, krew we mnie zawrzała i mocno trzymałem kierownicę, żeby nie stanąć i im nie nawymyślać. W pewnym momencie spotkałem też jegomościa, który zsiadł z roweru-przebita guma. Zapytałem: -przebita dętka?, po czym chciałem dodać -masz wszystko?, ale ze zmęczenia, zagięcia czasoprzestrzeni czy może operacji wycięcia jakiejś ważnej części mózgu, której mnie poddano konwersacja wyglądała tak:

-przebita dętka?

-tak!

-to dobrze!

I pojechałem dalej. Ahahaha, o dżizas.

Po podjeździe zaczął się bardzo fajny, szybki odcinek prawie do samego końca pasma. Niestety zaczął mnie potwornie (to dobre słowo) boleć brzuch od izotoniku Enervit. Normalnie piję zawsze swoje sprawdzone carbo, ale skończyło mi się i musiałem użyć czegoś innego. Miałem w domu wspomniany specyfik, więc siłą rzeczy jechałem dziś na nim. Wyglądało to tak, że brałem z bidonu łyk, dwa, po czym jakieś 10 sek. później brzuch przeszywał mi taki ból, że miałem serdecznie dość tego pieprzonego kolarstwa. Stanąłem więc przed wyborem: pić i skręcać się z bólu, czy nie pić, jechać z i tak już bolącym brzuchem i bonusowo odwodnić się. Cóż, wybrałem mniejsze zło. 

Na domiar złego żyłem sobie w złudnym przeświadczeniu, że zjedziemy z pasma czerwonym szlakiem. Jakież było moje zdziwienie, gdy zjazd był nieco wcześniej, po czym nawrót i wspinaczka do góry krwistoczerwonym, wspomnianym wyżej. Niestety od około 40 km. jechało mi się już coraz gorzej. Na szczęście nie miałem zgona, ale brzuch miał już serdecznie dosyć przyjmowania chemii a i noga podawała coraz słabiej, na szczęście wciąż miarowo. Po drugim bufecie rozpoczął się podjazd killer, który zdawał się nie mieć końca. Zadałem sobie tam wiele pytań natury egzystencjalnej i wiedziałem, że ja już sobie ten maraton doskonale zapamiętam. Najlepsze jednak na mnie czekało, bo dojeżdżałem do Góry Jeleniowskiej. Sam nie wiem dlaczego ale myślałem, że może organizator się zlituje i objedziemy tą górę dołem. A ideałem byłoby gdyby wysłano po nas wszystkich terenówki i odholowano z trasy, o tak! No więc dojeżdżam do tej góry a tu skręt w znajomy szuterek i ja już wiedziałem, że nie skończy się to dobrze. Szczęście w nieszczęściu, że ścieżka była dobra i jechało się nieźle (że jak się k#$wa jechało?). Potem jeszcze tylko szybki zjazd i już jestem przy trzecim bufecie, gdzie wreszcie mogłem wylać to izotoniczne gówno i wlać cokolwiek innego. Podbiega więc do mnie facet z obsługi, a ja podaję mu bidon i naprawdę sam nie wiem dlaczego (chyba ze zmęczenia) zamiast mówić do niego w pierwszej osobie, robiłem to w trzeciej. Po prostu jak jakiś Czesław spod Grójca:

-napełnijcie mi bidon!

-tylko wylejcie wszystko ze środka!

Na koniec wypadałoby chyba dodać "dziękuję Wam, dobry człowieku". Matko, pan głupi czy ze Starachowic, chciałoby się rzec. Po niedługiej chwili jechałem już niebieskim szlakiem, który to znam bardzo dobrze. Jego końcówka, tuż przed asfaltem prowadzi krótkim, ale dość stromym zjazdem, który pokonać jest trudno; zwłaszcza po kilkudziesięciu km. ścigania się. Doganiam jakiegoś faceta po czym mijam i na odchodne rzucam mu, że za chwilę mamy cholernie ciężki zjazd i być może trzeba będzie sprowadzać. Po czym okazuje się, że organizator ominął go i czeka nas równiusieńki odcinek w dół, gdzie w ogóle nie trzeba dotykać klamek. Echh, kolejna wpadka; gość musiał wziąć mnie za niezłego kasztana. Trudno. Na asfalcie dogania mnie chłopak z Welodromu... Staje na pedały i próbuje uciec ale nie ze mną te numery. Przez chwilę jedziemy obok siebie i każdy z nas próbuje rozwiązać ten niesympatyczny impas. Jednak odwracam głowę i widzę, że goni nas ktoś jeszcze. Proponuję szybkie zmiany, bo nie mam zamiaru dać mu nas dojść. I faktycznie, we dwójkę śmigamy mocno do przodu i żaden z nas nie "cieniuje" co często zdarza się w takich momentach. Na ostatnich kilkuset metrach jedziemy już obok siebie; nikt nie próbuje wsiadać na koło także będzie to bardzo czysta walka. Przyciskam nieco mocniej na ostatnim, krótkim podjeździe i udaje mi się dojechać jako pierwszy. Nareszcie koniec wyścigu. 

Co tu dużo mówić, jest słabo. Człowiek jedzie i się na wszystko denerwuje; mijają go jacyś dziwni ludzie. 5-cio tygodniowy już (!) zdecydowany spadek formy potrafi podłamać (po co ten słowny eufemizm; po prostu porządnie wkurwić) chyba największego twardziela. Na dobitkę jeszcze wirus i "przygoda" z bólami brzucha... Mimo to cieszę się, że maraton ukończyłem, bo jazda w tamtych okolicach będzie dla mnie zawsze powrotem do korzeni. Wyrazy uznania kieruję do wytyczających trasę (pozdrawiam kolegę!), bo była to jazda na najwyższym poziomie. Człowiek nabiera pokory do tego, co robi. I co wydaje mu się, że zrobić może. A patrząc na wyniki płakać się chce. Jestem już zmęczony.

Na koniec bonusowo, mój ryj (foto Monika_NN z forum ŚLR):