Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
sobota, 28 września 2013
Wpis na życzenie: serwis klamek Shimano na przykładzie XTR BL-M950

Ostatnio DaRiO zażyczył sobie przedstawienie serwisu klamek Shimano do hamulców V'brake. Publikuję zatem ów wpis jako suplement do konserwacji szczęk najwyższej, japońskiej grupy MTB: http://punkxtr.blox.pl/2013/03/Wpis-na-zyczenie-serwis-V-brake.html

Praca jest nieskomplikowana i szybka. Klamki siłą rzeczy nie są tyrane w błocie jak np. przerzutki, więc i serwisować należy je odpowiednio rzadziej. Osobiście uważam, że raz na rok można do nich zajrzeć, przeczyścić i nałożyć nowy smar, a odwdzięczą się wieloletnią pracą. Zasada działania jest właściwie identyczna we wszystkich modelach, aczkolwiek niektóre są zanitowane. Oprócz XTR-a, spokojnie możemy rozebrać również Deore XT.

Zatem co będzie nam potrzebne?

-Klamki :-)

-Smar stały (ja jak zawsze polecam chyba najlepszy na rynku, seledynowy Dura Ace)

-Klucze imbusowe (a dokładniej 1 x 2 mm. Używamy tylko i wyłącznie najlepszych marek, gdyż posłuży on do odkręcenia bardzo małej śrubki, a szkoda wyrobić gniazdo)

-Loctite 243

-Stara szczotka do zębów, i dwa pędzelki jak na zdjęciu

-Miska na drobne części

-Szmatka

 

1. Zaczynamy od odkręcenia śrubki z boku klamki (imbus 2 mm.), trzymającej całość "w kupie". Ja dorobiłem sobie tytanowy odpowiednik ;-)

2. Od dołu klamki, oś obrotu występuje w dwóch wersjach. Pierwsze modele serii 950 (wespół z 8-biegowym napędem), miały tam wtrzaskiwany pin. Nowsze wersje (z grupy 9-cio biegowej), były zanitowane.

Zatrzask:

Nit:

3. Jeśli mamy wersję z zatrzaskiem, to delikatnie wypychami go od dołu klamki, np. cienkim kluczem imbusowym (pin jest z plastiku, więc należy uważać):

4. Wersję nitowaną od razu wypychamy od dołu razem ze stalowym bolcem:

Wyjęty bolec:

5. W wersji z zatrzaskiem, po jego usunięciu, w identyczny sposób wyciągamy sam bolec:

6. Możemy już rozłożyć klamkę uważając, aby nie pogiąć sprężynki:

7. Drobne części warto włożyć do miski magnetycznej, aby ich nie pogubić.

8. Wszystkie elementy dokładnie czyścimy uważając na teflonowe elementy osi obrotu, które łatwo uszkodzić z powodu ich delikatności. Nanosimy na nie nieco smaru od strony wewnętrznej:

A także na samą oś klamki:

9. Przystępujemy do złożenia całości. Tulejkę:

umieszczamy wewn. klamki, na osi obrotu (od strony czołowej klamki; frezowaną częścią do osi):

10. Sprężynę wsuwamy w mniejszy otwór klamki:

11. Drugi z zaczepów sprężyny, winien znaleźć się w zaznaczonym na czerwono miejscu:

12. Smarujemy bolec, wsuwamy go w oś obrotu (wtrzaskujemy plastikowy pin), na końcu pamiętając o usunięciu nadmiaru smaru (!):

13. Śrubkę pod imbus pokrywamy niewielką warstwą Loctite, po czym mocno, acz z czuciem, dokręcamy.

14. To wszystko, następny serwis za rok :-)

 

 

piątek, 27 września 2013
Jesienne biadolenie

Cześć, rzygać mi się chce.

Wiem, to nie jest dobry początek nowego wpisu. Ale uwierzcie; kiedy przychodzi zima, robi mi się niedobrze. W Warszawie temperatura kilkakrotnie spadła już poniżej magicznej dla mnie bariery 10-ciu stopni Celsjusza, więc wszelkimi znaki, nadeszła oto właśnie najstraszniejsza  pora roku. Zapewne jak większość ludzi na świecie, myślicie sobie teraz: "co on pieprzy, mamy przecież jesień".

Otóż nie. Nie mamy jesieni.

Mamy zimę.

Ilekroć słyszę w radiu, telewizji, w rozmowach znajomych o jesieni lub wiośnie, skręca mnie. Nie istnieją takie pory roku, zostały wymyślone. Jest tylko zima, oraz lato, bardzo krótkie zresztą. Pomyślcie logicznie, czy jak wychodzicie w październiku rano do pracy, to zakładacie bawełniany t-shirt i kryjecie się przed słońcem? Nie, wsiadacie do samochodu i przekręcacie gałkę od klimy na koniec czerwonego pola, albo trzęsiecie się przy podszytym wiatrem przystanku. Wychodząc z domu nie myślicie sobie "ale gorąco", tylko walicie prosto z mostu: "kurwa, ale zimno". Czy etymologia słowa "zimno" w jakikolwiek sposób kojarzy Wam się z jesienią? Nie! Ale za to z zimą, od razu. Zima-zimno. Jest zimno, czyli mamy zimę. Trudno chyba obalić tak żelazną logikę.

Zapytacie więc, dlaczego w mediach mówią nam, że nadeszła jesień? Otóż rząd nas okłamuje. Dawno, dawno temu, powiedzmy w czasach prehistorycznych, było albo ciepło (dinozaury), albo zimno (mamuty). Raczej nie było mowy o jakiejś wiośnie, czy jesieni. Istniały jedynie dwa przeciwstawne bieguny. Kiedy na ziemi pojawili się ludzie (cały proces zaczął się w greckich "polis"), wymyślono dwie nowe pory roku. Dlaczego? Żeby uniknąć paniki. Wyobraźcie sobie, że oto 23-ego września pan w telewizorze mówi do Was, że przyszła zima. A wy, zamiast dwóch ton węgla, musicie kupić dziesięć. Kraków stałby się drugim Pekinem, choć podobno dziś już niewiele mu brakuje. A tak, mówią nam, że mamy jesień, a Wy myślicie sobie: "no tak, zimno, ale jeszcze nie trzeba grzać". Kaloryfery w blokach powinni włączać już pod koniec sierpnia, ale nasza gospodarka by tego nie wytrzymała. Spójrzcie na taką Syberię. Czy tam jest wiosna, bądź jesień? Nie! Jest zima i króciutkie lato. Ale prawie nikt tam nie mieszka, więc rządy nie mają kogo okłamywać. A jak już ktoś mieszka, to jest dziki. Zresztą Rosjanie nawet w Moskwie są dzicy, więc zadanie jest tam ułatwione. 

Jest więc zimno jak cholera, a ja nadejście zimy widzę zawsze po swoich zakupach. Niby od niechcenie podchodzę z koszykiem do działu wędlin i kupuję paczkowaną kiełbasę "litewską podsuszaną", która zawiera chyba z 50% czystej słoniny. I wpieprzam ją raz, dwa razy w tygodniu. Jaka ta ewolucja jest kulawa, mamy kaloryfery, ogrzewanie podłogowe, sklepy z ciepłą odzieżą, a organizm przed zimą wciąż każe nam obżerać się słoniną. Pomyślicie sobie, że przecież wcale jeszcze nie jest tak znowu zimno; szkoły zamykają chyba przy -20 stopniach. A ja powiem Wam, że stan klęski żywiołowej powinno się ogłaszać poniżej pięciu stopni Celsjusza. To chyba uczciwa bariera, poniżej której zaczyna się żywioł. Tylko, że klęskę mielibyśmy wówczas przez 9 miesięcy w roku. Teraz sami już rozumiecie. 

Zimę poznaję też po tym, że nic mi się nie chce. Najchętniej w ogóle nie wychodziłbym z domu. Na myśl o treningu, robi mi się słabo. Dla przykładu dzień dzisiejszy. 2-3h szosy. Gardzę szosą, szczerze nią gardzę. Ale czasem trzeba. Dobrze, że chociaż na góralu. Gdybym miał wsiąść na szosówkę, przestałbym trenować.  Ostatnio czytałem wypowiedź Czesława Langa. Że MTB, to taka terenówka, a szosa to Ferrari. I że on woli Ferrari. Nosz k...a mać. Mój Niko to 800-set konny Shelby Super Snake albo inny Dodge Charger, który Pańskie Ferrari zasysa kolektorem i wypluwa wydechem. Normalnie krew we mnie zawrzała. Ufff... Ustalam godzinę "zero" na 17:00. Gdy mija 18:00 i słońce zachodzi wiem, że teraz będzie tylko gorzej, rzygać chce mi się jeszcze bardziej, ale i mocniej dupa przyrasta mi do krzesła. Robię milion rzeczy tylko po to, aby przedłużyć agonię. W końcu wychodzę. Jadę polami, jest 7 stopni. Mimo "zimowych" butów Shimano SH-MW81 po godzinie czuję, że mrowieją mi duże palce u stóp. Do diabła, jest 7 stopni! A co, jak spadną śniegi?

Na szczęście w tym roku dobrze zakończyłem sezon. Były takie dwa miejsca, w które chciałem pojechać. Pierwsze, niby zwyczajne, nieszczególne. Żółty szlak ze Starachowic do Iłży. Nigdy nie przejechałem go w całości, pod samiuteńki zamek. To był ostatni tegoroczny weekend, w którym jeździłem "na krótko". Niby wciąż ciepło, ale już nie tak, jak dotąd. Jakby ktoś schował słońce za niewidzialną szybą. Na początku odwiedzam niesamowicie ciche i kojące jeziorko w środku lasu. Tafla wody mami swą ciężką barwą, kontrastując z pastelowym otoczeniem.

Dalej przebijam się przez potężną niegdyś puszczę, która i dziś potrafi zamieszać w głowie swym ogromem. Niby płasko, ale jednak ciekawie. Co chwila mijam zamknięte dla ruchu, szutrowe drogi pożarowe, wgryzające się w głąb lasu na wiele kilometrów. Wygląda to fantastycznie i żałuję, że tylko je przecinam, nie mogąc skręcić w którąś z nich i zobaczyć, dokąd mnie poniesie. Nie spotykam tam nikogo, niesamowita enklawa gracji i urody będąca... w zapomnieniu.

Wreszcie wyjeżdżam z cienia drzew i zmierzam do półmetku wycieczki. Zamku w Iłży jeszcze nie widać; zastanawiam się, czy nie przyjdzie mi jechać tam asfaltami. Na szczęście droga wiedzie przez pola i... przez chwilę jestem w najbardziej przygnębiającym miejscu, jakie mogę sobie wyobrazić. Płasko, a dookoła mnie jednostajne pola zboża. Żadnego drzewa, kilka smutnie majaczy na horyzoncie. Dziwne, dławiące od środka uczucie. Muszę się szybko stąd wyrwać, choć... udaje mi się i tu znaleźć jakiś pozytyw:

Na szczęście teren staje się łaskawszy, a ja dojeżdżam do clou wyprawy. Baszta przywołuje wiele uśpionych wspomnień, które gęsto przykrywa kurz wzbijający się spod opon.

Wjeżdżam na dziedziniec, który wydaje się być żywcem wyjęty z płótna niezłego, barokowego malarza. Delikatny szum i subtelny zapach opadających liści koi zmysły niczym najlepsza aromaterapia.

Oczywiście jak na każdym zamku, także i stąd rozpościera się piękny widok. Nogi same rozprostowują się na kameralnym dziedzińcu.

W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze kolejne, zapomniane leśne jezioro. Spotkać można tam tylko zabłąkanych wędkarzy, a przecież to wymarzone tereny na wypad "góralem". Ludzie z reguły mają jedną, dwie ulubione trasy, którymi jeżdżą latami nie wiedząc, co znajduje się po drugiej stronie góry, lasu, ulicy...

Na koniec powrót moją ulubioną wąskotorówką. Która zresztą wciąż jeździ, ale tylko do połowy trasy, bo rodakom przydało się kilka kilometrów szyn.

 

Drugiego dnia wypadało pojechać w prawdziwy teren, czyli w góry. Za cel wybrałem jeden z ostatnich, niepoznanych przeze mnie świętokrzyskich szlaków. Dzień zapowiadał się świetny. Pełna harmonia zieleni i błękitu, oraz mojego dobrego humoru. 2,2 calowe Continentale nieźle poradziły sobie z pierwszym podjazdem pod Dąbrówkę. Łańcuch smętnie brzdęknął i w końcowej fazie wspinaczki powędrował na największą koronkę tytanowej kasety. Na końcu nieodzowna nagroda, czyli niesamowita przestrzeń, zapach, uczucie wolności.

Po drodze mijam liczne skałki, wąwozy, wyrobiska. Szlak mnóstwo daje, ale i wiele wymaga. Jeden z zaskakująco technicznych zjazdów kończę z tyłkiem na tylnej oponie, wśród stukotu kamieni staczających się z góry.

W głowie mam jednak TO miejsce. Od dawna chciałem je zobaczyć; wiedzą o nim nieliczni. Miejsce jest strzeżone i patrolowane, jednak przy odrobinie chęci można się do niego dostać. Ba, trzeba. Jadę nieco po omacku, po prostu skręcam w las z drogi tam, gdzie akurat ścieżka najbardziej kusi. Nagle las traci barwę i wyraz, wszystko robi się szare. Liście pokryte są czymś, co przypomina opad radioaktywny po wybuchy bomby atomowej. Zastanawiające uczucie i dziwne zjawisko. Cóż, takie "uroki" pobliskiej kopalni. Muszę być niedaleko. Aż wreszcie jest! Wyjeżdżam na polanę. Kto by pomyślał, że za tymi kamieniami był cel mojej wycieczki. Wystarczyło wejść na górę. Niewiedza dodała jednak pikanterii całej wyprawie.

Ja szukam tu słynnego, szmaragdowego jeziora. Nagle, mym oczom ukazuje się taki oto widok:

Czyżby... wyschło? A może nigdy go nie było? W końcu turkusowe jezioro nie brzmi wiarygodnie. Objeżdżam jednak cały kamieniołom dookoła i nic. Zrezygnowany, podchodzę do jednego ze zboczy. Uśmiech kwitnie na twarzy, siadam na kamieniu i ów błogi stan utrzymuje się przez długie minuty. Zaklinam rzeczywistość, minuty stają się wiecznością.

Szmaragdowe jeziorko, czuję się jak zdobywca Graala, odkrywca piramid albo życia pozaziemskiego. Wrażenie jest niesamowite. Pędzę na dół, czując "pure MTB". Chłonę, patrzę, słyszę.

Woda jest krystalicznie czysta, wokół skałki i las. Wyobrażacie sobie XC w takim miejscu? Gdybym tylko wiedział wówczas, jaki single-track kryje przeciwległe zbocze. Dziś wiem, że dla niego muszę tam wrócić.

Magnetyzm tego miejsca daje znać o sobie mocniej, niż bym przypuszczał. Wracam tam szybko, jednak w nieco innym wydaniu...

 

Pamiętajcie o aktywnym odpoczynku od sezonu, ładujcie baterie. Odkrywajcie, szukajcie, bawcie się. Nie wiadomo, co kryje kolejna góra, następny zakręt. 

A my, mamy zimę. Wiecie, co z niej najbardziej lubię? Święta. Najfajniej jest wieczorami w lesie, gdy rodacy wspólnie kradną choinki. Słychać krzątaninę, piłowanie, zapach żywicy. A później ślady ciągniętego drzewka do każdego z pobliskich domostw. Po świętach śnieg mógłby topnieć, choć mojego psa, jak widać to nie martwi:

Tak nieskrępowanej radości sobie i Wam wszystkim życzę.