Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
wtorek, 27 października 2009
Zimówka.

Co poniektórzy pewnie teraz spadną z krzesła, ale zbliża się zima. Co prawda na razie mamy jeszcze polską złotą jesień (zimno, deszcz, szaro i brudno), ale do zimy naprawdę już niedaleko. Część bikerów odstawia właśnie swoje wypieszczone (lub nie) maszyny i z najciemniejszych czeluści piwnic, balkonów, pokojów wystawiają na światło dzienne tzw. "zimówki". Dziś będąc w sklepie rowerowym przecierałem oczy ze zdumienia widząc przedstawiciela tegoż właśnie rowerowego odłamu. Spękany lakier a pod nim sól, a na goleniach amortyzatora solne wykwity. Pieprzona jeżdżąca Wieliczka.

Wielokrotnie jeździłem z kolegami, którzy dzielnie dosiadali zimówek. Z reguły musiałem czekać na nich na każdym rozjeździe, każdej prostej i każdym zakręcie. I to nie z powodu ich gorszej dyspozycji ale z racji tego, że nie mogli mocno naciskać na pedały bo skakał im łańcuch, tylny błotnik klekotał i ciągle odpadał a luzy na suporcie powodowały ciekawy efekt, który roboczo nazwałem Kapitanem Padaczką. Jechał taki Kapitan, a przy każdym obrocie korbą dostawał drgawek.

Uwierzcie, że za każdym razem sięgam w głąb umysłu starając się wydobyć z niego odpowiedź na dręczące mnie pytanie. Czy to może być przyjemne? Czy jeżdżenie na rozpadającym się szrocie może dawać radość z jazdy? Dochodzę do wniosku, że radość taka może przychodzić jakiś kilometr od domu kiedy wiemy, że oto zbliża się koniec katorgi.

Zimowa jazda sama w sobie jest z oczywistych względów bardziej wymagająca niż w lato. W lesie może i jest miło i przyjemnie, ale trzeba do niego dojechać przez miasto. A tam wiadomo-pośniegowe błoto, breja i wykrzywione ryje ludzi nie rozumiejących po kiego grzyba jedziesz po tym rowerem.

Wypieszczonego roweru oczywiście jest szkoda na takie warunki. Wystarczy jednak wprowadzić do niego kilka upgrade'ów i bez większych strat w sprzęcie można śmiać się zimie w twarz. Swoją kasetę Dura Ace zmieniłem na taniego SLX-a, którego nie szkoda jest zajechać w takich warunkach. W przypadku suportu zamiast XTR-a włożyłem Token-a, do którego łożyska są standardowe i kosztują grosze. Zamiast amortyzatora można założyć coś sztywnego ale ja i tak robię serwis co równe 50 godzin, więc jest to zbyteczne.

Moi drodzy, wystarczy włożyć trochę serca w dopieszczenie roweru w zimie i uwierzcie, że odpłaci się on Wam bezawaryjną, długą pracą.

Na dworze -10 stopni, zmrożony śnieg smaga twarz i czujecie, jak powoli zamarzają Wam gałki oczne. Wypadało by mocniej depnąć w pedały ale się nie da, bo przecież napęd "trochę" skacze. Ale co tam, to przecież zimówka. Kręgosłup boli już od godziny, bo pozycja wymuszona jest przez stare graty, pamiętające 3 wcześniejsze rowery. No ale to przecież zimówka, tak ma po prostu być. 5 mm efektywnego skoku w Waszym Suntour'ze pozwala doskonale czuć rzeźbę terenu a całkowity zakres dwóch dostępnych biegów pozwala idealnie dopasować do niej kadencję. Do cholery, to zimówka!

Czy nie przyjemniej jest tak?:

19:37, punkxtr
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 października 2009
I ty, przerzutko przeciwko mnie? XTR FD-M952 vs XTR FD-M970.

XTR serii 950 budzi w większości bikerów nadzwyczaj pozytywne emocje. I nie jest tak (pomimo, iż niektórzy bardzo by tego chcieli), że powodem tego stanu rzeczy są jakieś nadzwyczajne właściwości tej grupy w stosunku do innych. Druga połowa lat 90-tych to polski boom na rowery górskie. Część z nas zaczynała wtedy swą przygodę z MTB i kompletowała swój sprzęt. Siano spustoszenie na trasach Altusami, Acerami X, Alivio. Czasem widywało się LX-a, a o XT krążyły legendy. Na XTR-a praktycznie nikogo nie było stać. Ówczesne ceny Pawlaka zabijały, a allegro nie było. Gdy ktoś miał komponent z tej grupy, czczony był jak bóg. Skoro niewiele osób miało ten sprzęt, równie niewiele było na jego temat miarodajnych opinii. Ludzie chuchali i dmuchali na swoje iksteery, a gawiedź bajała, tworząc legendy.

Niesprawiedliwością byłoby jednak stwierdzenie, że XTR 950, czy też 952 był kiepski, o nie!

Jego innowacyjność, czy precyzja wykonania pozostawały w sferze marzeń innych producentów. Wynalazki takie, jak Paul, Tiso, czy dopiero zdobywający pozycję na rynku Sram nie były w stanie zagrozić japończykom.

XTR przeszedł do historii innowacyjnymi V-brake’ami (początkowo ta nazwa zastrzeżona była tylko dla Shimano i choćby taki Avid musiał wymyśleć swoją), czy też przerzutką przednią z systemem Differential Plate. I to o niej będzie właśnie dzisiejsza opowieść.

 

Jako wyznacznik precyzji działania stawiam aktualnego XTR-a FD-M970, tzw. Top Swing. Jest to przerzutka praktycznie idealna; działająca właściwie wszędzie i zawsze. Można jednak ją zapchać śniegiem czy też błotem, co w pewnych warunkach uniemożliwia redukcję.

Czym jest XTR FD-M952? To wybitnie innowacyjna przerzutka z niezależnie pracującymi blachami wodzika. Jednym z założeń konstruktora było szybsze wrzucanie łańcucha na większą koronkę. Wewnętrzna blacha wózka nie pracuje liniowo jak 960-tka, 970-tka, czy wszystkie Down Swingi, tylko parabolicznie (czy też wahadłowo), co ma pomagać szybszej zmianie biegu. Z kolei zewnętrzna część porusza się już liniowo, ale za to w momencie redukcji dzięki Differential Plate wodzik zmniejsza swą szerokość, co w założeniu ma zmniejszać czas reakcji.

Jednak czy dużo węższy rozstaw nitów 952 versus 970, a przez to mniejsza sztywność jest w stanie konkurować z nowszą wersją? Na to, jak i na inne pytania spróbuję odpowiedzieć poniżej.

Początkiem testu jest regulacja, która w porównaniu do pozostałych modeli Top Swing jest wybitnie wręcz trudna. Wyjątkowo dużo czasu zajęło mi znalezienie odpowiedniej wysokości do przykręcenia obejmy, jak i kąta wodzika do największej tarczy korby. Zaczynamy regulację na najmniejszej koronce korby, a łańcuch wędruje na największą koronkę kasety. Odstęp między wewn. blachą wózka a łańcuchem musi być nieco większy niż przy innych przerzutkach tak, aby z kolei przy redukcji ze środka na najmniejszą zębatkę zmiana biegu odbywała się najpłynniej jak to tylko jest możliwe. Obejmę przerzutki należy też podciągnąć nieco wyżej niż zwykle tak, aby łańcuch przy przełożeniu 44-11T znalazł się w specjalnie do tego wyprofilowanej części niklowanego wózka. Zdecydowana część użytkowników o tym nie wie, przez co na skrajnych przełożeniach łańcuch ociera o blachę. Na końcu wystarczy kosmetyczna regulacja baryłką przy manetce. Czas na jazdę.

To, co uderza przy pierwszym wrzuceniu z najmniejszej koronki korby na średnią, to niesamowita jakość tej właśnie zmiany biegu. Paraboliczny ruch wózka i jego szersza tylna część (oraz brak otworów ulżeniowych) powodują błyskawicze wrzucanie-znacznie szybsze niż w 970-tce. Przejście ze środka na blat jest już jednak porównywalne, jak w nowszej wersji. Zrzucanie z blatu na środek to poezja; 970-tka zostaje lekko w tyle. Powodem tak szybkiej reakcji znów jest Differentia Plate i zwężający się wózek. Łyżką dziegciu jest zrzucanie ze środka na najmniejszą koronkę. Tutaj producent trochę przekombinował. Zmiana przełożenia jest na poziomie 970-tki, lub ciut gorsza. Powodem tego stanu rzeczy jest wytłoczenie aluminiowego, zewnętrznego wózka. Nie jest ono tej samej szerokości na całej długości, ale zwęża się, co w założeniu miało prowadzić do nie ocierania łańcucha przy przełożeniu 32-11T. Niestety zwężenie przetłoczenia powoduje też wolniejszą reakcję. W 970-tce przetłoczenie jest już inne, ale z kolei tam przy przełożeniu 32-11T łańcuch ociera o blachę wózka.

W kwestii luzów-widziałem już te przerzutki z takimi luzami, że można ich było używać w folkowym zespole jako grzechotki. Kiedy Top Swing złapie zbyt duże luzy (tyczy się to przerzutek z niższych grup), to właściwie przestaje działać. Tak skończył mój stary LX. Czy moja 952 dostanie drgawek-trudno powiedzieć-na pewno jest na nie narażona w większym stopniu niż nowsze generacje, które z zasady luzów nie mają.

Kwestia niemożności działania poprzez zapchanie przerzutki pozostaje na razie otwarta, tak jak dalsza część testu. Sądzę jednak, że z racji swojej konstrukcji będzie to trudniejsze, niż w wersji 970.

Na koniec kilka słów o tym, co najważniejsze, czyli masie :-). XTR FD-M952 to sprzęt najczęściej wybierany przez różnej maści light-bikerów. Była to najlżejsza seryjnie produkowana przerzutka, choć blisko był np. stary Sram 9.0

Moja już na starcie została poddana delikatnemu tubingowi-wymieniłem śruby na tytanowe Pro Bolt-y, a stalową podkładkę pod linkę mocującą linkę zamieniłem na nawiercaną, tytanową podkładkę także od Brytyjczyków. Z obejmą 31.8mm i górnym ciągiem waży ona dumne 107,6g., co jest rewelacyjnym wynikiem.

 

Test trwa w najlepsze-przed przerzutką najgorsze możliwe warunki do pokonania-polska jesień i zima w terenie. Dalsza część przynajmniej po pokazaniu się na liczniku cztero cyfrowej liczby.

Na chwilę obecną jestem szczęśliwym posiadaczem słynnego szaraka. Przerzutki, która kiedyś budziła moja największe (poza „koleżanką” mieszkającą ulicę dalej) pożądanie. Podobno aby z czegoś się cieszyć, najpierw musi być to marzeniem. 952 to marzenie, które spełnia się na moich oczach. Wyłożenie w sklepie 300 zł. na nową 970-tkę to takie prozaiczne.

P.S. jutro jak pogoda pozwoli dołączę poglądowe fotki.

sobota, 17 października 2009

***

Rafał miał to szczęście, że mieszkał w najlepszym miejscu pod słońcem. Górskie szlaki miał na wyciągnięcie ręki. Odkąd sięgał pamięcią ciągnęło go wysoko do lasu. Pogoda właściwie nie robiła mu dużego znaczenia. Kiedy świeciło słońce wyciągał się na polanie i słuchał szepczącego w wysokich trawach wiatru. Kiedy padało lubił chodzić przez mroczniejszy niż zwykle, tajemniczy las i podziwiać gęste mgły powoli przesuwające się wokół niego. Cisza była mu siostrą a spokój bratem.

Na studiach kupił swój pierwszy, prawdziwy rower górski i postanowił wykorzystać nowe możliwości, które właśnie zostały mu dane. Teraz mógł zobaczyć dużo więcej niż kilka lat temu. Często był wściekły na rower i samego siebie, kiedy na szlaku mijali go inni bikerzy, jak ich nazywał, a on nie mógł ich dogonić. Byli dużo lepsi od niego; na podjazdach nie mógł utrzymać im koła a na zjazdach widział ich tylko przez chwilę, bo z reguły jego technika jazdy pozwalała jedynie na sprowadzanie roweru w dół. Kiedy więc mijali go tak bajecznie doskonale zjeżdżając w dół, on zaciskał zęby powtrzając sobie, że niedługo też tak będzie potrafił. Miał już dość tych głupawych uśmieszków, kiedy niehonorowo musiał schodzić z roweru. Raz na szlaku minęła go nawet dziewczyna; ona też była lepsza od niego. Nawet machnęła do niego ręką, ale on tylko odwrócił głowę udając, że jej nie widzi. Rósł w nim coraz większy gniew.

***

Tadeusz mimo swojego podeszłego już wieku czuł się nad wyraz dobrze. Uwielbiał góry. Często brał po prostu plecak, do środka wrzucał kilka kanapek i trzymając w ręce mocny kij ruszał na szlak. Tadeusz był typem tradycjonalisty-dobrze wiedział o fantastycznych właściwościach Gore-Tex-u, ale wolał swoją starą, wysłużoną już kurtkę, którą dostał od żony na sześćdziesiąte urodziny. Myśląc o niej uśmiechnął się- czekała na niego nieco wyżej w schronisku. Najwyżej za półtorej godziny się z nią zobaczy. Uwielbiał, kiedy po ciężkiej wyprawie zmarznięty wracał do domu a ona podawała mu ciepłą zupę i wieczorem siadali wspólnie przy kominku wspominając stare czasy. Dzisiaj mogło być tak samo. Tadeusz uśmiechnął się raz jeszcze i otarł pot z czoła. Pozostało mu do pokonania jeszcze tylko jedno, trudne i strome podejście, a z góry do schroniska już niedaleko. Zacisnął mocniej kij w ręce i ruszył do góry.

***

Rafał dojeżdżał właśnie do zjazdu. Miał już dość sprowadzania, więc tym razem nie zszedł z roweru. Często stał tam i podpatrywał lepszych od niego. Jak wysuwają się za siodło, a potem finezyjnie zsuwają w dół. Trochę nawet ćwiczył zjazdy na łagodniejszych stokach niedaleko domu. Po prostu czuł, że jest już gotowy. Rozpędził się szybciej, niż myślał. Śliskie korzenie nieco odebrały mu pewność siebie, ale wiedział, że musi dać sobie radę. Dojeżdżał właśnie do zakrętu, był prawie na dole, kiedy zobaczył idącego pod górę pieszego. Kurwa, jeszcze ci turyści. I co, przez niego mam schodzić z roweru i zaczynać wszystko od początku? Hehehe, no cóż, dziadek będzie musiał uskoczyć, pomyślał.

Tadeusz nie zdążył uskoczyć.

piątek, 16 października 2009
Spuszczając powietrze z kół.

No i pięknie. Nie wiadomo, czy mamy jesień czy może już zimę. Niedżwiedzie, foki i kaszaloty widuję codziennie w drodze do pracy więc to chyba jednak zima. Mróz rano taki, że boję się kaszlnąć, aby wydmuchanymi kryształkami lodu nie przekłuć komuś gardła.

W większym lub mniejszym związku z powyższym nie pamiętam już, kiedy byłem ostatnio na rowerze. Stoi w pokoju oparty o ścianę i głupio się na mnie patrzy. Na noc spuszczam mu powietrze z kół żeby nie mógł do mnie podjechać podczas snu i zębatką Stronglight-a rozciąć gardła. Chociaż wolałbym, żeby zrobił to 28-mio zębową tytanową koronką stusześćdziesięcioczterogramowej kasety Dura Ace. Albo zacisnął na szyi lśniące, odkuwane ramiona V-ek XTR-a 960. Piękna śmierć. Ale do sedna...

Od dłuższego czasu rozglądałem się za kurtką dla siebie. Jedyna słuszna marka i jedyny słuszny materiał-przecież jak to mawiał dziadek redaktora z bB "nie majdrować"... więc nie majdrowałem.

Po długich godzinach przed monitorem spędzonych na tępym gapieniu się na kilka modeli interesujących mnie kurtek, wreszcie wybrałem. Po jeszcze dłuższych godzinach spędzonych na przeszukiwaniu internetu, znalazłem ją. Miłość od pierwszego wejrzenia. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy, jak śmigam w niej gdzieś w MPK-u. No i kupiłem. Potem tylko czekanie na przesyłkę, łzy szczęścia przy otwieraniu paczki i test. A po teście spostrzeżenia i wyniki spisane tu na blogu.

Niestety babiloński PayPal i jeszcze bardziej babiloński bank chcą pozbawić mnie możliwości jeżdżenia w tym jakże trudnym dla mnie okresie. Bank nie autoryzuje karty i nici z płacenia.

Szlag trafił mnie już dawno. Teraz jestem tylko wkurwiony. Kończę, bo czas spuścić znowu powietrze z kół. Niko ciągle łypie na mnie okiem. A raczej klamką.

niedziela, 11 października 2009
Po prostu...

Lato dobiegało końca. Mimo późnych wrzesniowych dni słońce wciąż prażyło umilając codzienne wypady z rowerem. Niestety to co dobre, szybko się kończy, o czym w dziwny sposób przypominała mi zbliżająca się noc. Niestety, jutro wyjeżdżam. I choć perspektywa przyszłych studenckich lat była kusząca, to jednak coś dalej mnie tu trzymało. Szkoda wyjeżdżać, szkoda każdego dnia, który mógłbym tu jeszcze spędzić. Na szczęście jutro jadę ostatni raz w góry. Taka pożegnalna wycieczka. Chełmowa Góra i niebieski szlak... jeden z moich ulubionych. Po wyczyszczeniu każdego komponentu delikatnie stawiam na kołach mojego ATX'a i idę spać.

Słońce świecące w oczy powoli mnie budzi i wprawia w dobry nastrój. Znacie ten stan, kiedy pod zamkniętymi jeszcze powiekami czujecie to ciepłe uczucie słonecznego dotyku, prawda? Dobrze wiecie, że taki dzień świetnie się zapowiada.
Szybkie pakowanie, jeszcze tylko sprawdzam ciśnienie w oponach, zabieram dwa pełne bidony i ruszam do Nowej Słupi, gdzie czeka już na mnie Michał. Nie ma jeszcze południa, więc powoli, bez przesadnego pośpiechu wjeżdżamy na szlak. Miłą dla ucha ciszę przerywa tylko wysoka trawa bębniąca po szprychach. Mijamy ostatni dom na szlaku. Dookoła łąka, przed nami eteryczny las, a wokoło zapach skoszonego zboża. Siedzący na ławce przed domkiem gospodarz, podpierając brodę utwierdza nas w przekonaniu, że tu zycie toczy się wolniej i o wiele dostojniej niż gdzie indziej. Opony lekko toczą się po ubitej ścieżce, a my dojeżdżamy do ściany lasu. Na chwilę stajemy, żeby obejrzeć się za siebie i zobarzyć Łysiec w pełnej okazałości. Po lewej stronie mamy sad. Same śliwy. A na nich dojrzałe węgierki. Co robić. Zsiadamy z rowerów, wyciągamy się na trawie i wpieprzamy śliwki. Moje rozmyślania i wolno płynący czas przerywa wystrzał. Czyżby jednak ów podparty gospodarz, który przecież pamięta Niemców trzymał pod łóżkiem starego Mausera i właśnie czętował nas śrutem? W końcu to tylko kilka śliwek... Odruchowo schylam głowę...
... i słyszę dobrze mi znany złowieszczy syk. Powietrze. Szybko ucieka z przebitej dętki a ja patrzę na sflaczałą oponę. Chwilę konsternacji przerywa... drugi wystrzał i widzę, jak mój rower stoi na flaku zarówno z przodu, jak i z tyłu. Superlekkie, 370-cio gramowe Continentale to fajne opony. Ładnie buczą na asfalcie i lekko się toczą. Przebijają się również w pięciu miejscach na raz, ale co tam. Ważne, że lekkie.
Wykorzystuję cały swój zapas łatek i zakładam koła. Ostro macham pompką i wiem, że coś jest nie tak. Kolce jeżyn są bardzo ciekawe, bo ciężko je znaleźć w oponie, a jak widać upodobały sobie moje Supersonic'i.
- Michał, pożycz łatki!
Dziurek jest więcej niż myślałem. Nie mamy już czym zakleić dętek.
Sytuacja staje się nieciekawa, gdyż z godziny 11.00 zrobiła się 15.00, a słońce skłania się coraz niżej ku zachodowi. Nie mam przecież świateł, a do domu wracam szczerym polem i lasem. Po co mi było oglądanie tych wszystkich horrorów. Czarę goryczy przepełnia Michał, który siadając na trawie lamie swoje Rudy Projekt'y za parę ładnych stów. Wierzycie w pecha??
Męska decyzja. trzeba wypchać czymś opony. Pakuję do środka trawę i zboże, pamiętając o partyzanckich poradach bikeboard'u. Cholera, próbowaliście kiedyś napakować siana do opony? Jeśli nie, to niech tak zostanie. Nie udało mi się.
Jest już późne popołudnie, a do domu daleko. Co robić? Nagle z dala dobiegają pokrzykiwania i jakieś hałasy. Wtem zza ściany lasu wyłania się grupka znajomych bikerów. Zostaję obdarowany pakietem chyba 40 łatek, którymi kleję przebite dętki. Reszta zostaje na zapas. Robi się coraz chłodniej i powoli zapada zmrok, a nad łąkami zaczynają snuć się mgły. Żegnam się z kolegami i ruszam do domu. Jadę dość szybko, bo już prawie noc. Co ja mówię, jakie szybko... zapieprzam przez świerkowy las z duszą na ramieniu, wybałuszając oczy podczas każdego trzasku gałązki, co chwilę odwracając się za siebie... Kiedy wreszcie dojeżdżam do Starachowic, z ulgą otwieram furtkę i wchodzę na swoje podwórko. Dookoła słychać tylko cykot świerszczy, a noc jest wyjątkowo ciepła.

A teraz tylko delikatnie stawiam na koła wypieszczonego ATX'a... tym razem już w Warszawie.



czwartek, 08 października 2009
Jesienna cisza w Górach Świętokrzyskich.

Każdy, kto był chociaż raz w Górach Świętokrzyskich jesienią dobrze wie, że tego nie da się zapomnieć. Mokry, niezwykle przyjemny zapach opadłych liści jest niemożliwy do pomylenia z niczym innym.

Parę lat temu zrządzeniem losu trafiłem z rowerem na odcinek niebieskiego szlaku wiodący z Łagowa do Daleszyc wiodący przez Pasmo Orłowińskie i Ciskowskie. Najbardziej zaciekawiła mnie nazwa jednej z gór widniejących na mapie-Zamczysko. Owe zamczysko istniało ponoć kiedyś w istocie, a pamięć po nim przetrwała w postaci żelaznych drzwi skrywających mroki podziemi. A przynajmniej tak twierdzą tamtejsi starsi ludzie. Dziś próżno szukać jakichkolwiek drzwi; nikt już nie pamięta, gdzie się one znajdowały. Ostatnim świadkiem zamierzchłych czasów jest tylko pozostałość kamiennych murów, po których częściowo wiedzie szlak.

Te parę lat temu szlak ów wydał mi się być niezwykle pociągający; widok z Góry Zamczysko był na tyle inspirujący, że bez względu na wszystko postanowiłem kiedyś tam jeszcze wrócić. Niestety sposobność ta nadarzyła się dopiero ostatniej soboty.

Około 9:00 nie było jeszcze zbyt ciepło, ale pogoda rokowała wyjątkowo dobrze. Miła odmiana po ostatnich deszczach.

Po znalezieniu ustronnego miejsca pod samymi górami, wypakowaniu się z samochodu i wrzuceniu rowerowych ciuchów, znalazłem się na szlaku. Chciwie łykałem niemożliwe do pomylenia charakterystyczne powietrze tamtych rejonów. Zapach Gór Świętokrzyskich. Jedyne w swoim rodzaju okolice.

Niestety szlak jest wyjątkowo źle oznakowany. Podczas ostatniej wyprawy w tamte okolice straszliwie się pogubiłem myląc znaki pozostawione na drzewach przez leśniczych z oznakowaniem szlaku. Tym razem było podobnie; bliźniaczo podobne do siebie znaki wyprowadziły mnie na polanę w bliżej nieokreślonym miejscu. Dodatkowo rozciąłem oponę, o czym donośnie poinformował mnie zwłowieszczy syk uciekającego powietrza. Na szczęście nie ruszam się bez łatek.

Po chwili główkowania wróciłem na szlak będący zarazem moim ulubionym odcinkiem prowadzącym po wspomnianym murze.

Miejscami trudny technicznie, kamienisty odcinek nie wybacza błędów, o które tam wyjątkowo łatwo. Przystankiem jest Góra Zamczysko z majaczącym w oddali charakterystycznym krzyżem.

Na szczycie znajduje się konar zaadaptowany na ławeczkę. Patrząc z niej w dół wyraźnie czuć, że czas zwalnia, płynąc bardzo leniwie.

Niestety kawałek za Widełkami, po bardzo przyjemnym zjeździe zgubiłem szlak. Nie było sensu wracać do góry, więc postanowiłem trawersować szczyt na przełaj.

Po jakimś czasie na wylocie lasu zamajaczyły mi pierwsze budynki Cisowa.

W planie miałem jeszcze przejechanie żółtego szlaku prowadzącego nad Hańczę, ale niestety mimo usilnym poszukiwań nie mogłem go odnaleźć. Zostawiam go sobie na następny raz; jedno z ostatnich nieodkrytych przeze mnie miejsc.

Zrobiło się nieco chłodniej; w ostatnich promieniach słońca jadę do samochodu.

Będąc w Łagowie postanowiłem odwiedzić jeszcze Jaskinię Zbójecką. Pamiętacie Zbója Madeja i jego słynne madejowe łoże? To właśnie tam miał się ukrywać.

Wypad w Góry Świętokrzyskie zakończyłem o zmierzchu; słońce już zaszło.

Do zobaczenia wkrótce.