Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
wtorek, 16 października 2012
Where the trail ends

Szanowni, już prawie 4 lata jesteśmy razem. Wiem, to brzmi jak wstęp do próśb o datki. Cóż, nie lubię pożegnań. Podobno prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Ja dziś nie kończę, ale mówię do zobaczenia. Przez te wszystkie lata starałem się pisać o czymś i o niczym. Moja wizja tego bloga ewoluowała po to, aby na końcu opowiadać Wam codzienne, zwykłe - niezwykłe historie. W końcu codzienność nie musi tworzyć nudnego życia. Każdy dzień może być niesamowity za sprawą tego, co mamy w głowach. 

Mimo tego, że dziś trudno poruszyć głowy, Wam się udaje. Bardzo mnie to cieszy i motywuje to dalszego pisania. Dziś muszę jednak powiedzieć "trzymajcie się, widzimy się wkrótce". Wyjeżdżam na czas bliżej nieokreślony; ciężko będzie mi pogodzić ze sobą wiele spraw. M.in. muszę w tym momencie zostawić projekt mtb.pl, z którym zdążyłem się już zżyć: http://mtb.pl/autor/grzegorz-quotpunkxtrquot-piatkowski/0,11,1.html Ponadto, przez jakiś czas ciężko mi będzie nawet tutaj Wam odpisać...

Ale skoro na blogu się udało, to mam już swój nowy plan, który być może podobnie wyewoluuje. Miałem pożegnać się krótkim filmikiem z jesiennych Gór Świętokrzyskich; niestety czas nie pozwoli. Materiał z nostalgicznego wypadu na Pasmo Klonowskie ma zaszczytne miejsce na moim komputerze i czeka na obróbkę. Co więcej; nawet wiem, jak będzie wyglądał. Dlatego postaram się przywitać nim z Wami po, mam nadzieję, jak najkrótszej przerwie. Życie pisze swe własne scenariusze, ale my możemy czasem kierować ruchem pióra. Na zakończenie dwa zdjęcia. Pierwsze przedstawia cały zespół ostatniej wyprawy. Miałem nie wrzucać tej fotografii, bo moja twarz przybrała na niej strasznie dziwny grymas. Później stwierdziłem jednak, że ja tak po prostu wyglądam. To jest straszne, ale trzeba się z tym pogodzić.

Drugie zdjęcia również pochodzi z tego samego wyjazdu i przedstawia najlepsze miejsce na świecie. Możecie je zamienić w myśli na cokolwiek innego. Każde z Was wie, na jakie. Po tych 4 latach razem dobrze wiecie, jak to zrobić.

Cześć!

środa, 10 października 2012
Rowerowe zgony

Zima, jakieś 6, może 7 lat temu. Śnieg po pas, nieodpalające samochody, koksowniki przy przystankach i temperatura sklejająca rzęsy przy mruganiu. Nie lubię zimy, bo jest zimno. No i kojarzy mi się Buką. Lecz tego adepci dzisiejszych gimbaz już nie zrozumieją. Był to jednak czas, gdy jeździłem dużo i bez względu na warunki pogodowe. Po prostu nie było nic lepszego do roboty. Nie myślałem o tym, czy las po trzydniowych opadach śniegu da się przejechać. Po prostu kierowałem tam swój rower, co najwyżej prowadząc go przez kilka kilometrów. I jakoś nigdy nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby narzekać. Że nie mam zimowych butów, ba, ocieplaczy! Że czapka pod kask zwykła, bawełniana, cywilna. Że zamiast obcisłych, wypasionych spodni z Windstopper-a jadę w najprostszych dresach, obwiązanych trokami od plecaka - "kostki". Że na kurtce brak wypasionego, rowerowego znaczka, a doszukać się można jedynie kilku dalekowschodnich krzaczków i podgumowanej warstwy wewnętrznej. 

Szczerze mówiąc, nie przerażało mnie to. Że ktoś się będzie śmiał, że zamarznę gdzieś w dziczy. Dziś patrząc na buty, kurtkę i spodnie od Gore potrafię pół godziny przestać pod oknem zastanawiając się: jechać, czy nie jechać? Drugie pół godziny patrzę w niebo czekając na zmianę pogody. Bo może zaraz chmur nawieje, wyjdę na zewnątrz i będzie padał śnieg? Że tak, że siak, że srak? Kuźwa, czy nie czujecie w pewnym wieku, że zatraciliście coś, co kiedyś było czymś zupełnie normalnym, nad czym przechodzi się do porządku dziennego? Nie rozgrzebuje, nie zastanawia... Wtedy były chęci, brakowało możliwości. Dziś mamy możliwości, ale czy są chęci?

Dlatego też gdy wychodziłem na kilkunastostopniowy mróz, była to dla mnie najnormalniejsza czynność pod słońcem. Jak sen, jak poranek, jak zachód słońca. Naciągnąłem mocno na twarz maskę Rudy Project z Wind-Tex'u, którą kupiłem za długo zbierane pieniądze i która dawała mi wówczas mnóstwo satysfakcji. Jak fantastycznie jest kupić coś, co widziało się w rowerowej gazecie i zawsze chciało mieć! Kiedyś człowiek umiał to docenić. Boję się, że wspomniane przed chwilą możliwości, dziś bezczelnie wydzierają nam tą radość z rąk. Do mojego przeraźliwie dziadowskiego worka na wodę, kupionego za kilkadziesiąt złotych, którego nie odważę się nazwać Camelbak-iem nawet przed plutonem egzekucyjnym, wlałem wodę. Plecak Author'a, mój pierwszy, prawdziwy plecak na rower, z którym przeżyłem tyle niesamowitych przygód, zapakowałem dwoma kawałkami ciasta na wszelki wypadek. Bowiem, o tragikomedio!, ruszałem na spotkanie z przedstawicielami raczkującej wówczas Mazovii. Razem mieliśmy objechać trasy Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, celem odnalezienia najlepszych tras na letnie maratony. Miejscem spotkania była Stara Miłosna. 

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, gdy tańczyłem na wyślizganym lodzie, pokrywającym ścieżki rowerowe zauważyłem ze zgrozą, że woda w rurce mojego bukłaka zmieniła stan skupienia. Tak oto straszliwy los odciął mi możliwość picia. Do diabła, przecież nie zawrócę z tego powodu! Ja miałbym zawrócić? 

W Starej Miłośnie odkryłem, że nikt nie przyjechał jak ja, rowerem, a wszyscy dotarli na miejsce samochodami. A co, Stolyca! Nie martwiło mnie jednak to, ze w nogach mam już sporo, a picia brak. Ruszyliśmy na mazowieckie wydmy. Na jednym z postojów, drżącą ręką wyciągnąłem z plecaka spakowane wcześniej, dwa kawałki ciasta. Mógłbym przysiąc, że nie mrugnąłem okiem, a obu już nie było. Przeraźliwie chciało mi się pić, ale to chyba obecność samego Cezarego Zamany sprawiła, że nawet nie kwiknąłem z prośbą o wodę. Wracając szosą, miałem już dość. Cała grupa była daleko przede mną, a ja ledwo widziałem na oczy ze zmęczenia. I w tym momencie jak przez mgłę zobaczyłem, że ktoś się odwraca, zatrzymuje, a następnie jedzie do mnie. Cóż, muszę przyznać, że chłopaki nie zostawili mnie, tylko postanowili holować na miejsce startu. Dla mnie było to jednak gorsze niż wyrok. Zawsze to byłem tym mocniejszym, nie okazującym słabości. A teraz jestem ciągnięty przez chłopaków z Mazovii jedną z głównych, uczęszczanych dróg. Ale co tam, było mi już wszystko jedno.

W Starej Miłośnie wszyscy wsiedli do swoich ciepłych samochodów i odjechali, a mnie czekała perspektywa kilkudziesięciu kilometrów do domu w śniegu do pasa. W twarz zawiał mi przenikliwy, wyziębiający wiatr. Poprawiłem maskę na twarzy i wtedy dojechał do mnie Adam. Na szczęście mieszkał niedaleko, więc też przyjechał rowerem. Podholował mnie kilka kilometrów, pod swój dom, a ja nie miałem już siły zrobić jednego obrotu korbą. 

- Dojedziesz do domu?

- Pewnie stary. Ja nie dojadę? 

Zasunąłem kurtkę pod szyję i ruszyłem w śnieg. Pamiętam, że pogoda była niesamowicie piękna. Idealnie błękitne niebo, krystalicznie przejrzyste powietrze i śnieg skrzący się w słońcu. Jednak co mi po tym, kiedy staję wręcz w miejscu?

Gdy na horyzoncie zobaczyłem most wiedziałem, że już niedaleko. Po drugiej stronie Wisły do domu miałem może 3, 4 kilometry. Jednak w tym momencie stało się coś, czego nie zapomnę. Po prostu przestałem obracać korbą, wiedziałem, że dalej już nie pojadę. Nie dam rady. W swoim organizmie nie miałem już nawet tych najbardziej skrytych rezerw mocy, które magazynuje się na najczarniejsze godziny. Drżącą ręką wyciągnąłem telefon i wstukałem numer.

- Cześć, to ja. Jesteś w Warszawie? Czy mógłbyś mnie podwieźć do domu z ulicy X? Sorry, łańcuch mi się zerwał.

Przez gardło nigdy by mi nie przeszły słowa, że po prostu nie dałem rady. Pierwszy raz w życiu byłem w takiej sytuacji. Jednak nie miałem nawet siły się nad tym zastanawiać. Musiałem działać, wyciągnąć skuwacz i zamarkować defekt. 

Gdy nieporadnie starałem się zgrabiałymi z zimna dłońmi operować wspomnianym narzędziem, nadjechał znajomy. 

- Łańcuch mi się zerwał, nie mogę dalej jechać.

- Gdzie, może to naprawimy? Daj mi skuwacz.

- Kurwa, stary, spójrz na niego! On jest przecież totalnie rozjebany! Krzyknąłem wskazując na w pełni sprawny, błyszczący CN-HG92.

(...)

Dziś miało być o rowerowych zgonach. Moich i Waszych. Bo przecież wszyscy je mieliśmy, trzeba się tylko do nich przyznać. Pamiętam swe niezapomniane, pierwsze wypady w Góry Świętokrzyskie z najmocniejszą ekipą z tamtych okolic. Pamiętam też powroty, gdy z mgłą przed oczami pożerałem jabłka z przydrożnych sadów modląc się, by to piekło wreszcie się skończyło. Jak natrętną muchę odganiałem coraz wścieklejsze myśli o czekającej mnie w domu zalewajce z kiełbasą, smażonej rybie, ziemniakach i surówce. 

Pamiętam TransCarpatię 2006, gdy na drugim etapie stałem na starcie w strugach deszczu szczelnie otulony Gore-Tex'owymi ubraniami. Jezu, jak było mokro i zimno.

TransCarpatia A.D. 2006 i niebieski XTC


Niestety nie mogę zapomnieć, swej miny na mecie, gdy w upale, przy 30 stopniach i kilkudziesięciu kilometrach po górach w nogach, miałem na sobie tonę błota i wszystkie te ciuchy. Tak, to też był zgon. Do kolejnych jeszcze się nie przyznam, jest na to zbyt wcześnie. Może kiedyś. Teraz czas na Was.

Zawsze dajecie radę?