Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 21 września 2009
Czego Jaś się nie nauczy... czyli jak coś spieprzyć żeby później umieć.

Jeżdżąc na rowerze chcąć nie chcąc musisz go co jakiś czas przeserwisować. I choć większości osób serwis kojarzy się z zastawą stołową to warto jednak czegokolwiek się nauczyć, aby później tę wiedzę wykorzystać. A jak wiadomo potrzeba taka ujawnia się w najmniej oczekiwanych momentach. Niegdyś ja po przeczytaniu dwóch bikeBoard'ów stwierdziłem, że fach mam już w małym palcu i zdecydowanie mogę zabrać się za przegląd mojego roweru. Oto, co z tego wynikło:

Grand G-300


Aby opowiedzieć tą historię musimy cofnąc się dokładnie 10 lat wstecz, do roku 1999. Miejscem akcji będzie Sandomierz. Stare, piękne miasto leżące w moim ulubionym województwie i malowniczo położone nad Wisłą.
Jest sierpień; wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień wakacji. Na sandomierskim rynku leniwie przechadzają się turyści w ogromnej liczbie. My jednak na chwilę uciekniemy od gwaru brukowanych chodników i przeniesiemy się nieopodal Bramy Opatowskiej. Tam, przy stojącym w przyjemnie chłodnym, zacienionym miejscu kiosk
u RUCH-u zauważymy dwóch modych chłopaków. Jak widać stoją przy szklanej witrynie i dosłownie wytrzeszczają na coś oczy. Jest tam jakaś gazeta... a na okładce pewne słoneczne, pachnące lasem, łąką i największą przygodą zdjęcie.

A teraz wir czasoprzestrzeni w mgnieniu oka przenosi nas nieco do przodu. Jesteśmy kilka dni później w Starachowicach. Udajemy się do pewnej spokojnej dzielnicy, gdzie na jednym z podwórek w altanie siedzi młody chłopak i w swej głowie układa szatański plan. Człowiek ów uzbierał już właściwą ilość gotówki na to, aby stać się właścicielem pożądanego przez wszystkich (WSZYSTKICH) Granda G-300. Oczywiście chłopakiem tym jestem ja.
Kiedy pieniądze przestały być poblemem stwierdziłem, iż przyszedł czas na to, aby stać się mężczyzną (brakowało mi tego już jedynie w dziedzinie motoryzacji Wink) i należy kupić "górala". Wybór był oczywisty. Tak jak król jest tylko jeden, tak i Grand był wytyczną MTB w owym słodkim czasie. Oczywiście 3 sklepy z rowerami w moim mieście oferowały również inny sprzęt ale stwierdziłem, że G-300 jest tym, czego chcę. Poza tym mój brat kupił sobie ten sam model wcześniej, więc ja nie mogłem być gorszy. Zaciągnąłem matkę do sklepu.
Wchodząc w jego podwoje z kasą w kieszeni, byłem wtedy Władcą Świata. Drżącym głosem wyrzuciłem z siebie magiczne literki i trzy cyfry. Do dziś pamiętam, jak czekając na przygotowanie roweru do jazdy przez pana serwisanta (o którym później), pani sprzedawczyni zadała mi pytanie. Wiedząc, że mój brat porusza się tym samym modelem spytała: "Co, sprawdzona marka?" A ja, głupi odpowiedziałem: "uhm!" Oczywiś
cie gdybym dziś usłyszał takie zdanie, to bez namysłu przykopałbym jej przy wszystkich z półobrotu. Jak Chuck Norris.
Do roweru zakupiłem sobie jeszcze komplet błotników (echhh...) i wreszcie mogłem wyruszyć w trasę!
Już w drodze do domu zauważyłem, że mój nowy nabytek spisuje się idealnie. Plastikowe hamulce V'brake w połączeniu ze zgrabnymi, dwupalcowymi plastikowymi klamkami zapewniały niebywałą jakość hamowania i kontrolę nad rozpędzonym rowerem. Linki hamulcowe plastikowe o dziwo nie były.

Jeździłem po okolicznych lasach dzień w dzień, kiedy to po mniej więcej dwóch tygodniach na asfaltowej drodze usłyszałem pewien bliżej nieokreślony dźwięk wydobywający się z tylnego koła . Rozpaczliwy chrobot i jęk konającego jenota w jednym. Udałem się do serwisu.
Kiedy wszedłem do sklepu, pan mechanik akurat jadł kanapkę z dżemem, więc musiałem cierpliwie poczekać. Czekałem i czekałem. I czekałem i czekałem... i czekałem. Jako, iż czekałem dość długo, czas który na to straciłem umilę Wam anegdotą o owym człowieku. Ze względu na swoją "kozią" bródkę facet został przez nas ochrzczony mianem kozaka (o czym rzecz jasna nie wiedział) . Któregoś razu razem z kumplem wybraliśmy się do rowerowego i zaczęliśmy z chłopem rozmawiać. Gadka szmatka i kumpel nagle wypala: "A wiesz, jak my na ciebie mówimy?". Facet oczywiście nie wiedział, więc kolega odparł "Kozak". Owa ksywka najwidoczniej połechtała próżność mechanika- w swej głupocie myślał najwidoczniej, że jest kozakiem bo dobrze jeździ na rowerze. Ale dla pewności spytał: "Dlaczego?", na co mój kumpel rzecze: "Bo masz brodę jak koza". Oczywiście od tamtej pory nic nie było już takie jak dawniej i spokojnie musiałem poczekać, aż facet zje tą kanapkę.
Więc czekam i czekam kiedy nagle słyszę upragnione pytanie wydobywające się z ust kozaka: "Hmmmm?". Opisałem problem z kołem i zostałem pouczony, abym przyszedł jutro. No i mój świat się zawalił. Zostałem bez roweru. W drodze do domu przeklinałem go jak tylko mogłem. Jak to, do cholery? G-300, nazwa jak dla rosyjskiego MIG-a, a tu takie rzeczy?
Nazajutrz jednak odebrałem rower z naprawioną piastą (i usmarowaną w drzemie manetką) . Znów mogłem jeździć! Oczywiście radość nie trwała długo, gdyż pewnego dnia zauważyłem wygięcie przedniego hamulca. No tak, skoro był z plastiku
a rower ważył jakieś +/- 20 kg. (z błotnikami 25), to rzecz jasna hamulec nie wytrzymał i się wygiął. Niestety dalsze uszkodzenia następowały w trybie lawinowym.
Kolejny skapitulował wahacz. Jako, że nie miał on żadnych łożysk tylko tuleję, to momentalnie zrobiły się na nim monstrualne luzy. Kiedy jechałem, tylne koło przemieszczało się na boki w zakresie jakichś 20 centymetrów. Roweru więc z powodzeniem mogłem używać jako miotły.
Następnie pewnego deszczowego dnia śmierć z kosą przyszła po tylny amortyzator o dźwięcznej nazwie red fish. Wyrobiły się w nim wszystkie tuleje i poczciwina potrafił dosłownie (!!!) wypaść z roweru podczas jazdy. Ostatnie poddały się manetki-wyświetlacze przestały działać. I w tym miejscu zamykamy dział "wady fabryczne", a otwieramy "zniszczenia spowodowane przez użytkownika".
Mamy rok dwutysięczny. Grand G-300 ledwo dyszy, ale gdy go kopnąć to jeszcze się rusza. W owym czasie moja wiedza o rowerach była dość nikła. Przypadkiem
kupiłem jednak swój drugi w życiu numer bikeboard'u. A tam na okładce wielki napis: "Jak serwisować Bombera" . Kurcze, stwierdziłem, przeserwisuję swojego Top Gun'a! Jak uradziłem tak zrobiłem. Rzecz jasna uważałem, że każdy (KAŻDY) amortyzator w środku jest zbudowany tak samo i bez problemu rozbiorę swój. Oszczędze Wam opowiadania jak tego dokonałem, że amor rozdzielon został na dwie części. Powiem tylko, że tuleje ślizgowe w moim wybajerzonym modelu były kawałkiem plastiku a musiałem je nabijać młotkiem napieprzając przy tym w golenie wewnętrzne. Aha, w bb przeczytałem, iż w amortyzatorze znajduje się olej. Tak więc do Top Gun'a nalałem, uwaga... oleju "Bartek" , na którym kilka dni wcześniej smażyłem frytki, ahahahahaha Smile .
Jeśli myślicie, że nie może być już śmieszniej to przeczytajcie o tym, jak wziąłem się za centrowanie tylnego koła.
Tak właściwie nie wiem, skąd w mojej głowie narodził się ten pomysł. Pojechałem jednak do rowerowego i kupiłem kluczyk do szprych. Po powrocie do domu wziąłem krzesełko i usiadłem w ogrodzie przy rowerze. Przy akompaniamencie śpiewających ptaków zacząłem wielkie centrowanie!
Tak właściwie tylne koło nie było scentrowane i moje wysiłki nie były potrzebne. Oczywiście o centrowaniu nie miałem żadnego (ABSOLUTNIE ŻADNEGO) pojęcia. Pomyślałem jednak, że kluczykiem należy po prostu kręcić. O Jezusie. Tak więc kręciłem i kręciłem, a moje koło stawało się coraz bardziej zdeformowane i obracało się z coraz większym oporem. Kiedy obręcz zaczęła coraz mocniej szlifować o klocki hamulcowe, poczułem lekkie mrowienie na karku, ale już za chwilę ochoczo dalej centrowałem w n
ajlepsze. Nie dalej jak 10 min. później musiałem rozpiąć hamulec, ponieważ koło miało już takie bicie, że przy zapiętym nie chciało się obracać. Kiedy pod wieczór skończyłem swe dzieło stwierdziłem, że koło nadaje się tylko do wyrzucenia. Poszedłem więc do rowerowego kupić nowe, stare zabierając ze sobą aby fachman zdjął wolnobieg. Kiedy gość zobaczył moje koło spytał co się stało, bo wyglądało jakby przeżyło zderzenie z pociągiem. Oczywiście wstydziłem się przyznać, że tak je "wycentrowałem" toteż odparłem, iż przywaliłem w drzewo...
Niedługo później sprzedałem Granda... sąsiadowi Smile . Na szczęście już nie mieszka koło mnie, więc nie muszę dłużej słuchać jego przekleństw. Tak skończyła się historia mojego najgorszego roweru, a zarazem w jakiś sposób wyjątkowego. Następnym był ATX Team- błękitnej krwi light bike, którego złożyłem jakiś rok po opisywanych wydarzeniach.

W tym miejscu mógłbym zakończyć moją opowieść, ale przenieśmy się raz jeszcze pod sandomierski kiosk w ów upalny, letni dzień.
Jak widzicie chłopcy dalej stoją przy witrynie i wpatrują w coś oczy. Jeśli przyjrzeć się bliżej można zauważyć, że to gazeta rowerowa. O, widać już tytuł. Bike... bikebo... a tak. Bikeboard. A na okładce to pachnące przygodą zdjęcie, zresztą zobaczcie sami, bo to od niego wszystko się zaczęło:



Wtedy, w Sandomierzu wydawało mi się ono być czymś niezwykle przyciągającym i pachnącym świeżością.

Zresztą dziś mając przed sobą mój pierwszy numer bikeboard'u cały czas tak uważam.

niedziela, 20 września 2009
TransCarpatia 2009 część 3.

Dzień 7.

Ostatni dzień katorgi. Po noclegu w pensjonacie „Pod jodłą” jesteśmy naprawdę wykończeni i wkurwieni. Wkurwieni, bo wkurzeni to mogliśmy być wcześniej. Zjeżdżamy na start i jest piekielnie zimno. Ręce drżą mi tak bardzo, że nie wiem, czy utrzymam kierownicę. Niestety musimy skorzystać ze śniadania serwowanego przez organizatora, ponieważ w okolicy ze świecą szukać sklepu. W szkole jest taki smród, że z trudem walczę ze sobą, aby tam zostać. Ludzie wokół mnie wybierają najczystsze z brudnych talerzy, żeby móc coś zjeść ale i tak prawie nic nie ma. Udaje nam się wyrwać po kromce chleba i rozgotowanej parówce. Takiego syfu nie widziałem dawno. Przemkowi puszczają nerwy i rezygnuje ze śniadania na rzecz świeżego powietrza. Po chwili rezygnuję i ja.

Siadamy sobie na trawie ogrzewani przez pierwsze, nieśmiało przebijające się przez korony drzew promienie słońca i rozglądamy wokół. W oczy rzuca mi się wiele osób poubieranych w białe koszulki „Gore Tex” z napisem finisher. Zapewne kupili je w sklepiku. Jednak po chwili białasów jest coraz więcej-idziemy do Marcina z pytaniem skąd te koszulki. Marcin z rozbrajającą szczerością oznajmia, że rozdawał je na wczorajszej odprawie ale już ich nie ma, bo gdy motłoch się do nich dorwał, to brał i po 10 sztuk naraz. Rzecz jasna frajerzy de luxe koszulek nie mają, bo musieli by przyjechać wczoraj z zacisza pensjonatu „Pod jodłą” na odprawę. Szkoda tylko, że to tak daleko. Karolina odpowiedzialna za frajerów de luxe wspomina Marcinowi, że mają jeszcze koszulki w magazynie w Bydgoszczy. Marcin chcąc nie chcąc obiecuje dosłać nam ciuchy; rzecz jasna wszyscy wiemy, że już ich nie zobaczymy. Nie mamy ich do dziś.

Kilka minut po 9:00 ruszamy do przodu. Tyłek boli mnie tak bardzo, że nie mogę siedzieć i większość trasy staram się jechać na stojąco. Dojeżdża do nas struty i wykończony Macek-dzisiejszy etap będzie etapem przyjaźni-zamierzamy przejechać go razem. W pewnym momencie zostajemy tylko w czwórkę-ja, Przemas, Macek i giepeesiarz Glider wytyczający trasę. Od dłuższego czasu szukamy punktu kontrolnego, który wg GPS-a powinien tu być. Po chwili wjeżdżamy w krzaki większe od nas, w których nie ma nawet ścieżki. Zgubiliśmy się. Idziemy na przełaj i wzajemnie zapewniamy się, że po powrocie z TC do Warszawy zorganizujemy dużo lepszą imprezę, którą nazwiemy „TransCabatia”. Nasz wyścig będzie również trwał kilka dni i toczył się w Kabatach. Miasteczko namiotowe zorganizujemy na polance i będą dwie opcje trasy-łatwiejsza dla rowerów XC i ekstremalnie trudna trasa enduro w okolicy Skarpy Ursynowskiej. Już my im pokażemy, jak się organizuje takie rzeczy!

Gdy po trudach i znoju wracamy na sugerowaną trasę okazuje się, że zostaliśmy minięci przez wielu bikerów jadących wcześniej za nami, ponieważ punkt kontrolny znajdował się w zupełnie innym miejscu niż wskazywał na to track. Po prostu osoba stojąca na punkcie nie wiedziała, gdzie ma iść, więc poszła na zupełnie inną górę w okolicy. Ręce nam opadły.

Reszta trasy to techniczne single, piękne szutrówki i cała mnogość podjazdów. Jesteśmy wykończeni, Przemek ledwo jedzie a Macek zasypuje mnie pytaniami: „Myślisz, że jedzmy ostatni?”

Na jednym z podjazdów Macek łapie gumę, a Przemek mówi, że dalej nie pojedzie, bo wsiadając na rower ma odruch wymiotny. Co robić, pomagam Mackowi zmienić dętkę a Przemek razem z rowerem idzie na piechotę w kierunku mety. Zdążył przejść dobre 2 kilometry, kiedy go doganiamy. Na szczęście trochę mu się polepszyło i spróbuje jechać dalej. Słońce chyli się mocno ku zachodowi a mu jedziemy bieszczadzką szutrówką wśród jodłowego lasu. Robi się coraz ciemniej; co najmniej od godziny ni spotkaliśmy żadnych zawodników. Przytłaczające wrażenie robią mijane co jakiś czas przy drodze opuszczone, zarośnięte chaty oraz cmentarzyska koparek, spychaczy i osobówek porzuconych na poboczach. Dzisiejszy etap wg Marcina ma liczyć 103 km. i z utęsknieniem wypatruję liczby 103 na moim liczniku. Kiedy jednak ona wybija, my nadal jesteśmy w dziczy. Co do…???

Jest już bardzo późno, a my ciągle jedziemy tą samą szutrówkę do góry prze las. Kiedy widzimy pierwsze światła przebijające się przez gęstwinę drzew, jest już prawie noc. Gratulujemy sobie nawzajem i idziemy zjeść posiłek regeneracyjny. Hotel jest nieopodal na górze i tam kierujemy nasz kroki. W recepcji okazuje się, że nie ma dla nas pokoju. Mamy rezerwację, jesteśmy z pakietu de luxe na TransCarpatii-powtarzam do znudzenia. Pani jest nieubłagana-miejsc nie ma, ale może nam zaproponować jakiś składzik przy basenie; tylko łazienka jest wspólna. Wkurwieni do granic możliwości idziemy do Marcina. Krótka, acz treściwa wymiana słów i Marcin informuje nas, że on nie zajmuje się pokojami i mamy szukać Karoliny, która jest nie wiadomo gdzie. Nadzwyczaj perfidna spychologia.

Po odnalezieniu Karoliny i solidnej awanturze dostajemy wreszcie pokój. Niestety po drodze okazuje się, że nazajutrz nie będziemy mieli czym dostać się do Ustronia, gdzie stoi nasz samochód. Podczas trwania wyścigu Marcin poinformował wszystkich, iż aby dostać się na miejsce startu, musimy zapłacić po 150 zł. za busa. A gdyby ktoś nie miał tych pieniędzy? Bus został wynajęty i nie ma miejsc dla wszystkich. Możemy zapłacić 1200 zł za wynajęcie samochodu dla dwóch osób, albo iść 25 km. piechotą na pociąg. Jednak jedyne miejsce, w które idziemy do pokój hotelowy. Jesteśmy naprawdę zmęczeni, pora spać.

 

Dzień 8-ostatni.

Z samego rana budzi mnie Przemek mówiąc, że jakimś cudem jest jedno wolne miejsce w busie i jedzie do Ustronia po samochód. To jedyne rozwiązanie w tej sytuacji. Plany są takie, że gdy Przemas wróci, od razu wsiadamy do auta i wracamy do Warszawy. Doba hotelowa trwa do godz. 12:00; jest 9:00. Idę pod prysznic, po czym zaczynam pakować rzeczy swoje i Przemka. Zabieram bagaże i znoszę je do zamykanego składziku na parterze. Nic nie robi tak dobrze na poprawę humoru jak dobre śniadanie-zamawiam colę i podwójną porcję naleśników (bardzo dobrych) z serem. Obok mnie siedzi towarzysz niedoli-kojarzę faceta z trasy wyścigu. Zamieniamy ze sobą parę słów-gość na razie nie wie, jak wróci do domu-rozważa dotarcie do stacji kolejowej. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że organizacja TransCarpatii to kpina i więcej tu nie wrócę. Podobnie zresztą jak znaczna ilość uczestników, z którymi rozmawiałem.

Pogoda na szczęście jest dobra, więc siadam na ławce przy boisku na którym trwa właśnie odprawa ekipy TC. Po chwili na murawę wjeżdża Marcin, sika na boisko i zaczyna słowo na niedzielę. Po chwili wyciąga z torby bieliznę swojej dziewczyny (?), rzuca nią w zdezorientowany tłum i dostaje od niej w twarz. Wszyscy rozjeżdżają się.

Dzwonię do Przemka i okazuje się, że jego wcześniejszy plan nie wypali-z powrotem będzie dopiero późnym wieczorem. Co robić, wynajmuję pokój w hotelu na kolejną noc i dla zabicia czasu idę poszwędać się po okolicy.

Przemas przybywa około 21:00; chwila oglądania telewizji i idziemy spać. Nazajutrz, o 10:00 rano w deszczowej pogodzie opuszczamy Bieszczady i wracamy do domu.

 

Posłowie.

TransCarpatia to dwa zupełnie odmienne bieguny. Jeden to piękne lokalizacje i fantastyczne trasy, oraz wspaniali uczestnicy. Drugi, to organizacja a raczej jej brak. Jak na starcie może brakować wody, dlaczego punkty kontrolne są źle rozmieszczone, każdy ma nas w dupie a najbardziej organizator?

Wiele osób, z którymi rozmawiałem podkreślało, że na TC przyjeżdża tylko z powodu atmosfery, którą tworzą zawodnicy. Jednak za wpisowe można zorganizować sobie tygodniowy wypad po górach we własnym zakresie; o niebo lepszy. Ja nie mam zamiaru być niewolnikiem swoich tragedii i drugiej szansy Marcinowi nie dam. Mam tylko nadzieję, że on dla siebie również jej nie ma.

 

TransCarpatia 2009 część 2.

Dzień 4.

O godzinie 5:00 rano słyszałem z opowiadań; wydawała mi się bardzo mglista. Ktoś podobno kiedyś o niej wstał, ale ja nie dawałem temu wiary. Czy dałbyś wiarę drogi czytelniku, że taka godzina może istnieć? Teraz już wiem, że tak-przekonałem się o tym na TransCarpatii. Tego właśnie dnia musiałem wstać przed szóstą aby zdążyć wskoczyć pod prysznic, zjeść śniadanie, przebrać się w rowerowy trykot i popędzić z uśmiechem na ustach 15 km. na start. Dzień wcześniej do powyższych czynności doszły by jeszcze drobne przygotowania roweru do startu, ale właśnie od dziś owe przygotowania przybrały postać „oględzin”. Otóż szedłem sobie rankiem do garażu, wystawiałem sprzęt, rzucałem okiem i wiedziałem, że już nic nie muszę przy nim robić J. Na szczęście jak zawsze bardzo solidnie przygotowałem go do kilkudniowej katorgi jeszcze przed startem i właściwie wyszedł z tej bitwy obronną „ręką”-ale o tym później.

Kiedy razem z Przemkiem szliśmy po pogoda była świetna, było całkiem ciepło więc humory mieliśmy niezłe. Potem jeszcze tylko wyprawa na start z dwoma górkami do pokonania i już mogliśmy grzać się w słońcu siedząc na przydrożnym krawężniku jak najprawdziwsze lumpy.

Start, o dziwo, rozpoczął się od zjechania w dół do centrum miasteczka. Wziąłem to za dobry omen, ale zaraz Przemek zaczął ględzić, że pamięta te tereny z Danielek i jest przekonany, że będziemy mieli „przejebane”. Po tych słowach otuchy, nasze morale bardzo mocno wzrosło do góry. Żyliśmy tylko informacją o tym, że ze względu na wczorajszą burzę i trudne warunki pogodowe w lesie punk kontrolny na Dzwonkówce został usunięty i trasa kończy się bufetem w Krościenku, skąd asfaltem mamy dojechać na właściwą metę w Szczawnicy.

Cały dzień mamy jechać czerwonym szlakiem i nie ma gdzie skracać. Na szczęście trasa jak zwykle jest przepiękna i to wystarcza za potok słów. Przemkowi nieco doskwiera wysoka temperatura, ale dzielnie jedzie do przodu. Z tego dnia zapamiętałem ostatni zjazd do samej mety-było to kilka kilometrów czystego szaleństwa, adrenaliny, duchowego uniesienia i wspaniałości. Szerokie szutrówki, wąskie ścieżki, uskoki, przemykające gdzieś bokami widoki zapierające dech w piersiach i ta prędkość… Oto prawdziwa nirwana z rowerem i przyrodą.

Po napchaniu się batonami i owocami na bufecie, leniwie jedziemy do Szczawnicy. Ciężko nam znaleźć metę, ale po kilku próbach wreszcie dojeżdżamy. Po wciągnięciu posiłku regeneracyjnego postanawiamy udać się do naszych kwater. Rzecz jasna nikt nie wie gdzie się one znajdują i dopiero po pewnym czasie udaje nam się zasięgnąć języka. Obsługi wyścigu pytam się jeszcze, czy na miejscu umyjemy rowery. Tak, odpowiada kiwając swą pustą głową niewiasta z transkarpatiowego zaplecza. Na szczęście dziś nasz pensjonat znajduje się tylko 12 km. w górę (kurwa) miasteczka. Bagaże łaskawie dowiezie nam ktoś za jakiś czas. Co robić, wsiadamy na rowery i pedałujemy we wskazany adres. Jeszcze tylko ostatnia szutrówka stromo do góry i już siedzę w krześle na werandzie bardzo sympatycznie wyglądającego pensjonatu. Przemek przezornie postanawia zapukać do drzwi-„dzień dobry, jesteśmy z TransCarpatii, pakiet de luxe. Mamy u Pana zarezerwowane pokoje”. Gospodarz wybałusza oczy i rzecze, że nic mu o tym nie wiadomo. Nazwa obiektu się zgadza, adres też, więc ossssssooo chozzzzziiiiiiii???????

Chwila rozmowy i wynika z niej, że nic tu po nas. W tym momencie dojeżdżają do nas Niemcy i kolejny, sympatyczny team z Koła-towarzysze niedoli pakietu de luxe. Leje się z nich pot, są wykończeni. Informacja o braku pokoi nie stawia ich na nogi.

Po pewnym czasie przyjeżdża transport z bagażami. „To nie tu?”-pytają. Ma ktoś telefon? Zadzwonimy do Marcina; rzecze chłopak wyglądający jak Alladyn z afro a’la lata ’70-te na głowie. Dzięki uprzejmości Przemka i jego telefonu dowiadujemy się, że to nie tu. Nasz pensjonat jest parę kilometrów do góry. Skręcicie panowie w prawo i potem cały czas do góry… Jezu…

Wreszcie dojeżdżamy na miejsce. Alladyn wywala nasze torby i odjeżdża w siną dal. Po wyglądzie ośrodka już wiem, że to nie będzie lekka noc (o ile uda nam się dotrwać do rana). Drzwi rozwalone na oścież; w środku pusto i głucho. Wreszcie przychodzi „gospodarz”. A gdzie ja was zmieszczę? Pokoje są czteroosobowe. Niemcy siedzą zrezygnowani na murku i patrzą gdzieś w dal.

Możemy umyć rowery? Nie, nie ma węża-trzeba dymać na metę na karcher. Więc dymamy i wracamy z powrotem pod wieczór. Oczywiście o obiedzie w pensjonacie możemy zapomnieć-trzeba znów jechać na metę, ale to już ponad nasze siły. W pobliskim spożywczaku kupujemy lody, kabanosy i chipsy „TV pakę”. Trochę na wyrost, bo w naszych apartamentach jest tylko „jedynka”. „Dwójka” śnieży. Zasypiam spodziewając się, że rano wygonią nas na pochód pierwszo-majowy. El puta de madre.

 

Dzień 5.

Po byle jakim śniadaniu w naszym super ośrodku jedziemy na start; na szczęście cały czas w dół. Na miejscu jak to zwykle bywa nerwowa krzątanina-polarnicy zwijają swoje namioty, rezydenci szkoły stoją przy rowerach a do frajerów z de luxe zaczyna trafiać, że ktoś tu robi ich eufemistycznie mówiąc w balona.

Opis trasy byłby tylko powtórzeniem zachwytów z dni poprzednich, więc tym razem go pominę. Te single nie dadzą mi spać i wiem, że kiedyś każą wrócić; już tam wysoko w górach byłem na to przygotowany.

(...)

Czipujemy się przy balonie na mecie i z trwogą w oczach szukamy naszego hotelu. Tym razem jest dobrze-zadzieramy głowy do góry i widzimy czterogwiazdkowy hotel. Zanim wdrapiemy się na górę, postanawiamy zastawić rowery na parkingu zaaranżowanym przez organizatora. Oczywiście nikt nie wie gdzie takowy się znajduje, więc znów jesteśmy zdani na samych siebie. Gdy jesteśmy na miejscu okazuje się, że parking otwierają o 18:00, czyli za dwie godziny. Już widzę minę recepcjonistki, gdy próbujemy wejść z bikami do windy, więc grzecznie idziemy spytać orgów, gdzie możemy przechować sprzęt. Miła pani oznajmia, że możemy zostawić je „tutaj”, przy czym robi nieokreślony ruch ręką. Jestem już lekko podenerwowany, ale wciąż grzecznie oznajmiam miłej Pani, że boimy się o nasze rowery. Ona, mocno poirytowana stwierdza, iż to nie jej problem. Po małej awanturze zgadza się popilnować je przez pół godziny.

Grzejemy więc na górę, aby zdążyć się umyć i uprać ciuchy. Po wszystkim schodzimy do miasteczka namiotowego po nasze sprzęty. Gdy biorę mojego „Niko”, pan z obsługi podejmuje ze mną psychologiczną grę rodem z filmu szpiegowskiego:

-To wasze rowery?, pyta

-Nie, odpowiadam z miną pokerzysty.

-Hahahaha, z rozbrajającą szczerością uśmiecha się niedoszły Bond.

Bierzemy sprzęt i kierujemy się do hotelu Nikifor, gdzie jak telefonicznie oznajmił nam Marek (stokrotne dzięki) będziemy mogli zjeść dobrze i wyjątkowo smacznie. Jego słowa oczywiście okazały się prawdą-wtryniamy solidne porcje zupy chrzanowej a na drugie konkretny kawałek mięsa.

Tego wieczoru w hotelowym pokoju dwójka nie śnieży, więc z lubością pożeram „TV pakę” i lody z Zielonej Budki. Wreszcie możemy odpocząć.

 

Dzień 6.

Po porannej toalecie grzejemy do pobliskiego baru na śniadanie-w hotelu go nie było. Jedzenie nie było również na miejscu-ludzie rzucali się na nie, jak gdyby nigdy nic nie jedli. W środku dantejskie sceny-przepychanki, groźby, wyrywanie sobie parówek i wszechobecny syf. Jakimś cudem dostajemy dwa plastikowe talerzyki z ultra-mizernymi porcjami i szukamy wolnych miejsc, których także nie ma. Zrezygnowani schodzimy na dół i po ciemku jemy nasze śniadanie. Najważniejsze przed wyścigiem to przecież dobrze zjeść (sic!).

Wystartowaliśmy identycznie jak trzy lata temu; najpierw wąskimi uliczkami miasta.

Sama trasa była dość ciekawa-raz mało brakowało, a zaliczyłbym glebę. W dół zjeżdżało się często żlebem wypłukanym przez wodę-jego ściany były zasypane drobnym piaskiem i nachylone do wewnątrz, więc jazda na wprost groziła co najmniej połamaniem sobie wszystkich kości. Najlepiej było grzać od jednej strony do drugie, co jakiś czas przeskakując żleb lub szukając w nim dogodnego przejazdu. W którymś momencie przednie koło zostało zablokowane przez kamień, a ja przy prędkości circa 40 km/h poczułem, że jestem bliżej boga. Jakimś cudem udało mi się przyhamować i w biegu zeskoczyć z roweru, ale do gleby brakło naprawdę niewiele.

Przed samą metą złapałem gumę i kilkaset metrów chcąc niechcąc musiałem przebiec kilkaset metrów. Znakomicie wspomagały mnie w tym supersztywne szimanochy-SH-M300. Po wszystkim umyliśmy rowery i wybraliśmy się do naszego pensjonatu. Faktem, iż recepcja była w wolno stojącym barze mógłbym zakończyć opis pensjonatu, ale jestem Wam to winien. Kiedy zataszczyliśmy torby pod „recepcję”, brudni i zmęczeni chcieliśmy jak najszybciej się umyć a potem coś zjeść. Niestety miła Pani stwierdziła, że nie ma pościeli i musimy poczekać na koleżankę z drugiej zmiany. Po ok. godzinie oczekiwania wreszcie dostaliśmy ten cholerny klucz. Pokój, o ile można było nazwać go pokojem wyglądem i wystrojem przypominał graciarnię. Walające się w kącie połamane krzesła i stoły oraz wykafelkowana „łazienka” z zasuwaną dziurawą ceratą zamiast brodzika. Cerata miała to do siebie, że przylepiała się do mokrej dupy uniemożliwiając mycie. Po wszystkim kibel był tak zachlapany, że czym prędzej zamknąłem drzwi obawiając się powodzi.

Przemek podobnie jak ja miał dość. Poszedł do Marcina z żądaniem przekwaterowanie nas do pensjonatu spełniającego choćby podstawowe warunki zachowania higieny. Niestety nic nie wskórał; Marcin stwierdził, że nic lepszego w okolicy nie ma. Był to oczywisty nonsens-Przemas w ok. ½ godziny znalazł tanie i czyste pokoje w pobliskiej agroturystyce (na które jednak nie zdecydowaliśmy się, po w końcu zapłaciliśmy wpisowe+pakiet de luxe, a okazało się, że jedzenie, wodę i noclegi musimy zapewniać sobie sami.

Wieczorem w pensjonacie wyłączony został prąd, lecz nie przejęliśmy się tym ponieważ telewizora w „pokoju” nie było. Szukałem nawet pod łóżkiem.

Około 2 w nocy obudziły nas krzyki, przeklinanie i trzaskanie drzwiami-efekt pijaństwa ekipy. Przemas nie wytrzymał i poszedł ich uciszyć-ja musiałbym ich pozabijać. Po chwili przerwy znów to samo. Uwierzcie, że zasypiałem z dreszczem, że tej nocy zrobię komuś krzywdę.

TransCarpatia 2009 część 1.

El puta de madre, czyli TransCarpatia 2009.

 

 

Intro.

 

Pamiętam łoskot grubych kropli deszczu bębniących w okna, który obudził mnie z niespokojnego snu. Pod powieki leniwie acz nieuchronnie wdzierała się szarość nadchodzącego dnia. I jeszcze ta wszechogarniająca mnie niechęć do wyjścia z łóżka. Plan dnia jak co dzień od kilku dni z grubsza określony do godziny 9:00; niewiadomo co później. Tym razem jednak było inaczej, bo mój nieprecyzyjny już plan mógł się nie powieść. Może nie wstawać, tylko udawać zawał? Kurwa, cokolwiek byle nie musieć wychodzić na dwór; tfu, wyjeżdżać.

A potem te same, grube i wciąż złowrogo bębniące krople deszczu rozbijające się i ociekające po mojej kurtce, spływające na asfalt i wracające na twarz wyrzucane do góry przez przednią oponę.

Kiedy patrzę na film wiem, że było ciężko. Właściwie jak nigdy, bo boję się tych słów, jestem pewien-bardzo ciężko, tak źle, jak nigdy przedtem. Stoję wraz z resztą na krótkim, asfaltowym podjeździe i choć moją głowę skrywa mocno naciągnięty kaptur, wciąż doskonale poznaję minę mówiącą wszystko.

Byle do pierwszego podjazdu-powtarzam sobie w myślach, bo zawsze lubię się na nich rozgrzewać. Wiem, że już niedługo, bo przecież widzę przed sobą tą rzeszę rowerzystów ciągnącą się leniwie do góry, wijącą i zmniejszającą przy szczycie. W strugach złowrogiego deszczu. Podjazdu jednak nie ma, koła ślizgają się w mokrej trawie i trzeba wrzucić bieg ratunkowy-butowanie. Kiedy wchodzimy prawie na samą górę kolega pokazuje na GPS mówiąc, że źle idziemy. Prowadzimy, a za nami ta sama rzesza rowerzystów, którą widziałem wcześniej u podnóża. Garmin jest nieubłagany-trzeba przebić się przez gęstwinę krzewów, drzew, traw i innej roślinności, wśród której próżno szukać jakiejkolwiek ścieżki. Wytyczamy ją my, nasze rowery i twardziele za nami. Oblepione błotem i gliną koła przestają się kręcić, a okręcona trawą kaseta przestaje umożliwiać dalszą jazdę.

 

***

Jest już prawie czwarta, a my dopiero zaczynamy szaleńczy zjazd do mety, bo chwilę wcześniej przebiłem dętkę. Musi nam się udać, musimy przejechać rynkiem wśród zgromadzonego tam tłumu zanim go zamkną dla szybko zbliżającej się do niego procesji. Metaliczny, jeszcze kilka dni temu przyjemny dla ucha brzęk i łańcuch opasa już 11-kę mojej kasety. Odpuszczamy klamki zostawiając jednak na nich palce i zasuwamy w dół. Słyszę już procesję, a przecież musimy być przed nimi, w końcu jesteśmy tu zwycięzcami.

Kiedy pięć po czwartej przejeżdżamy linię mety, a pochód wlewa się na rynek tuż za nami wiem, że wygraliśmy. Siedzimy w rozbrzmiewającej śmiechem mtb bikerów knajpce i sączymy piwo. Jest ciepły, letni dzień i nie brakuje już niczego. Tak kończyła się TransCarpatia w roku 2006.

 

 

TRANSCARPATIA 2009.

 

Dlaczego znów nie ruszyć na trasę TransCarpatii i nie przeżyć tego, co wówczas? Trudne i wymagające trasy, atmosfera rowerowej przygody oraz niepewność, czy uda się dotrzeć do mety. To właśnie tam w pamiętny dla mnie deszczowy dzień pierwszy raz w życiu miałem przeraźliwe uczucie, że mogę nie dojechać. Uczucie, które coraz silniej promieniuje z wewnątrz i które bardzo ciężko zabić.

Team Profilactica wydał wyrok na czterech zawodników-Rysia i Sławka, oraz Przemka i mnie. Kiedy pierwsza grupa wycofała się jeszcze daleko przed startem, zostaliśmy tylko my.

 

Dzień 1.

Dzień pierwszy to dzień przyjazdu do Ustronia, gdzie w hotelu Muflon rozpoczęliśmy naszą przygodę. Rozpakowujemy się i idziemy na dół po pakiety startowe. Pierwszy niedosyt-w tekstylnej torbie znajdujemy numer startowy, chip, ulotki Gore Tex-u, dwa plastry samoprzylepne, nierówno wyciętą naklejkę TC 2009, trzy niebieskie zipy i baton Power Bar. Nie ma nawet firmowego T-shirt’a. W 2006 było znacznie lepiej-bawełnianą koszulkę i wodoodporną torbę Chiruca mam do dziś. Trudno, nie przybyliśmy tu przecież po suweniry; więc po otrząśnięciu się z szoku wskakujemy na rowery i zjeżdżamy o miasteczka, aby coś zjeść. W międzyczasie mija nas Marek Galiński, który uczestniczył w dzisiejszym maratonie. Jesteśmy z Przemasem tak podekscytowani tym faktem, że postanawiamy zjeść coś typowo kolarskiego by uczcić tą podniosłą dla nas chwilę. I już po niedługim czasie siedzimy w ogródku przyjemnej, nieco zacisznej knajpki a na naszych talerzach ląduje zasmażana kapusta, golonka, opiekane ziemniaki, pieczony schab i inne. Za izotonik służy nam cola.

Wieczorem z pełnymi brzuchami idziemy, a właściwie turlamy się kilka kroków dalej od naszych pokoi na pierwszą odprawę, na której Marcin Rygielski i jego ekipa przekazują nam stosowne informacje i odpowiadają na wszelkie pytania. Dowiadujemy się tam, że zapis na stronie www mówiący o TransCarpatii odbywającej się po raz pierwszy po oznakowanej trasie nie oznacza strzałek, tylko szlaki. Zastanawiam się, czy jutro do plecaka nie zabrać kąpielówek, bo przy naszych umiejętnościach nawigacyjnych i braku GPS-a etap bankowo skończymy nad morzem. Po chwili okazuje się, że Marcin przygotował nam kolejną niespodziankę-trasę liczącą 99 km.

Idziemy do pokojów, potem tylko chwila oglądania telewizji-Przemek musi zobaczyć swoje ulubione seriale i zaraz spać, jutro przecież nie będzie lekko. Łykam omegę i aminokwasy Athletic Body, co zdążyło mi już „wejść w krew”. Kiedy idę pod prysznic, przez drzwi słyszę jeszcze stłumiony głos Przemka-„oszukali nas, tu nie ma strzałek!”

 

Dzień 2.

Dzień drugi to zakodowanie w naszych mózgach nowego standardu życia, czyli pobudka o 6:00 rano, prysznic, szybkie śniadanie na dole i po spakowaniu się wyjazd na start. Przebrani wyszliśmy na dwór, żeby przyczepić numery na kierownicy i zatankować wodę z izotonikiem, do której uprawniał nas dumnie brzmiący pakiet delux. Tragikomicznie musiał wyglądać niewielki sznur rowerzystów o druzgocących minach, trzymających w dłoniach otwarte camele bądź bidony. Wody oczywiście nie było, skończyła się. Czekaliśmy na nią do za piętnaście 9:00 kiedy stwierdziliśmy, że czas ruszać na start. W Ustroniu przed 9:00 działał jeden sklep 24h, do którego skierowaliśmy nasze kroki. Otoczony smrodem papierosów i poimprezowych autochtonów dumnie trzymałem w dłoni wodę o smaku jabłkowym; Przemek z kolei wywalczył truskawkową.

Na rynku kilka słów od organizatora, 3,2,1 i wreszcie start. Oczywiście do góry, bo przecież chyba nigdy nie zdarzy nam się jechać w dół. Dzięki startowi honorowemu peleton powoli rozciąga się i każdy nieszczęśnik zajmuje swe miejsce w kondukcie. Mija nas dziewczyna, potem druga a następnie sympatycznie wyglądający grubcio w trampkach. Na szczęście daleko przed startem wpoiłem sobie do głowy, że nie przyjechałem się tu ścigać, ale przejechać całość dobrze się przy tym bawiąc i w jakiś sposób wspomagać Przemka by również mu się to udało.

Zboczonym okiem niegdysiejszego mechanika i konesera sprzętu patrzę na rowery uczestników. Zdecydowana większość jedzie na motocyklach-ja, zatwardziały xc biker inaczej ich nazwać nie mogę. Kiedy to podejrzliwie wypatruję w tych maszynach silników, zauważam pierwszą osobę na V-kach. Można ich policzyć na palcach jednej ręki; czy wszyscy jeżdżą już na tarczach? Jest trochę sztywniaków, a nawet może ze dwie osoby, które wiedzą, jak się goli nogi. Jednak zdecydowana większość to motocykliści o mętnym wzroku i tarczówkach o średnicy mojego koła.

Po pewnym czasie stwierdzam, że odbijemy w lewo na niebieski szlak, czym skrócimy sobie trasę. Na początku jedziemy szeroką drogą z luźnymi kamieniami i o dużym nachyleniu. Po jakimś czasie niestety nie da się jechać i trzeba butować. Droga przechodzi w przepiękny, trudny technicznie single track. Rozmarzam się o tym, jak genialnie jechało by się nim w dół. Czysta poezja. Po prawej stronie zauważamy pierwsze, zapierające dech widoki. W końcu to po to tu przyjechałem, czyż nie?

Po pewnym czasie jedziemy z Przemkiem sami-rowerzystów będziemy spotykali jedynie przy punktach kontrolnych i bufetach, oraz z rzadka na trasie. W pewnym momencie dojeżdżamy do tego, co bardzo lubię czyli technicznego zjazdu w dół. 90% wali z buta, ale kilka osób ze spiętymi łydami zjeżdża w dół. Delikatnie zaciskam klamki, wystawiam tyłek za siodło i zaczynam się zsuwać po największej stromiźnie. Jest fantastycznie, co chwila trzeba kombinować jak znaleźć najlepszy tor jazdy i nie skończyć z kamieniem wbitym w głowę. Na szczęście tytan rewelacyjnie tłumi drgania i w odróżnieniu choćby od aluminiowego XTC, mój Tuareg pewnie prowadzi mnie w dół unikając podbijania tylnego koła.

Co jakiś czas pro forma wyciągamy mapę żeby zobaczyć, czy dobrze jedziemy. Pro forma, bo nawigacja nie idzie nam zbyt dobrze i często wygląda to następująco:

zatrzymujemy się, wyciągamy mapę, robimy mądre miny i udajemy, że zastanawiamy się gdzie jechać dalej (choć teraz myślę, że nie musieliśmy udawać-i tak nie wiedzieliśmy, gdzie jechać). Po pewnym czasie dojeżdżał jakiś litościwy biker i wspólnymi (hehehe) siłami ustalaliśmy, którą trasę wybrać. W następnych dniach nasze tęgie głowy wypracują strategię na tzw. Rumuna-nawet nie wyciągaliśmy map, a jedynie jechaliśmy siłą owczego pędu. Choć przyznać muszę, iż w najbardziej ciężkich momentach gdy nie było nikogo wokół, przyparci do muru czytaliśmy mapę wcale nie najgorzej.

Robi się coraz później a ja czuję, że zjadłbym coś konkretnego, bo batonów energetycznych mam definitywnie dość. Czekając na Przemka wciągam jagody, które gęsto obrastają tamtejsze szlaki. W pewnym momencie czuję, że robię się coraz bardziej zmęczony i coraz mniej chce mi się jechać, a do mety jeszcze trochę pozostało. Na szczęście pozostałe kilometry umila nam jazda z chłopakiem, który filmuje nasze zmagania. Kiedy zauważam balon mety jestem szczęśliwy, bo pora jest późna i robi się coraz chłodniej.

Szybkie mycie rowerów, posiłek regeneracyjny i idziemy do pokojów a sprzęt jedzie z nami. Kiedy zasypiam po 23:00 nie wiem, że tam, wysoko na szlaku są jeszcze bikerzy walczący o przeżycie, których zmagania z samym sobą będą trwały jeszcze kilka godzin.

 

Dzień 3.

Tak mogłoby być codziennie. Start jest tuż pod naszymi oknami, więc nigdzie nie musimy się spieszyć. Schodząc na śniadanie z przerażeniem patrzę na polarników wygrzebujących się z namiotów. To jest dopiero samozaparcie.

W „żarłodajni” wita nas kolejka i dziki wzrok osób, które próbują wyrwać sobie coś do jedzenia. Nie ma tam miejsca na savoir-vivre, więc razem z Przemkiem ruszamy zapolować na parówki, wędlinę i kawałek chleba.

Na starcie zamieniam dwa słowa z Maćkiem, który wczoraj pogubił trasę i zrobił grubo ponad 100 km. C’est la vie, szczególnie na TransCarpatii. Ruszamy asfaltem stromo do góry. Tak jak na nizinach co poniektórzy (w tym onegdaj piszący te słowa) odkręcają 22T zębatkę ze swoich korb tak tutaj ja rozmyślam o sensowności stosowania blatu, ponieważ łańcuch zna go jedynie z widzenia. Po pewnym czasie wjeżdżamy wreszcie na górę, przekraczamy polsko-czeską granicę i grzejemy stromo w dół. Mijamy nawet dwóch grubasów na motorach, a Przemek dziwuje się po co im te fulle. Na podjazdach podprowadzają, bo są ciężkie, a na zjazdach z klamkami wciśniętymi do oporu i oczami jak u sowy bezwładnie staczają się w dół.

Kiedy tak rozmyślam nad niedolą motocyklistów, nasz peleton dojeżdża do pierwszego sztywnego podjazdu, a raczej podejścia dla wszystkich w zasięgu mojego wzroku. Na szczęście nogi i rower nie odmawiają posłuszeństwa i zgodnie z dewizą „potraktuj to jak trening” staram się wszystko wyjeżdżać, z rzadka tylko schodząc kiedy przede mną robi się zator. Za miejscowością Widły po wjechaniu na szlak gubimy oznaczenia i wprowadzamy rowery na górę, bo jechać się nie da. Jest naprawdę ciężko i łapię się na tym, że przy wprowadzaniu roweru zaczynam stosować technikę Marka D., kiedy to wchodził od najbardziej stromej strony na Dąbrówkę w Górach Świętokrzyskich, mianowicie wypycham rower przed siebie, zaciskam klamki i wciągam się do góry przyciągając klatkę piersiową do kierownicy. Po pewnym czasie wchodzimy na sugerowaną trasę, zjadam baton Atheltic-a i śmigamy dalej.

Kawałek dalej odkrywamy dużą niespodziankę, mianowicie pionowe podejście do góry, na którym to opisana wcześniej technika bierze w łeb. Jest naprawdę stromo, wszyscy wokół złorzeczą i utyskują ale mnie akurat ta część trasy bardzo się podoba-ile w końcu można jechać? Kiedy docieramy na górę, szczęściu nie ma końca. Bierzy rozkładają się na niewielkiej polance, jedzą jagody i dowcipkują. Po prostu pełna sielanka i idylla. Jednak my z Przemkiem opieramy się tej rozpuście i grzejemy, a właściwie idziemy dalej. Szliśmy i szliśmy, szliśmy i szliśmy aż doszliśmy do punktu kontrolnego na Policy. Jest to część naprawdę pięknego masywu-widok ze szczytu jest trudny do opisania; po prostu bezwzględnie trzeba go zobaczyć. Ustalamy, że spróbujemy skrócić trasę niebieskim szlakiem, co jak się później okaże wyjdzie nam na dobre. Dla mnie ten szlak to kwintesencja MTB. Najpierw techniczny single-track w dół, a następnie podjazd/podejście do góry wśród jagód, pachnącej, wręcz eterycznej zieleni a widok ze szczytu…

W pewnym momencie jechaliśmy niewielką grupką przez las starając się trzymać niebieskiego szlaku. Niestety po chwili ścieżka zamieniła się w trawy i chaszcze, a szlak pozostał gdzieś za nami, w odległym lepszym życiu. No dobra, trochę koloryzuję-osobiście podobają mi się takie wyprawy „na przełaj”, ale bardzo nie podobała mi się czarna chmura, która jak na złość zawisła nad nami. Oczywiście jak tylko ją zobaczyłem to już wiedziałem, że marnie zginiemy. I po chwili, jakby na potwierdzenie moich najczarniejszych myśli, prawie tak czarnych jak czarną była dziura w której się znaleźliśmy, usłyszałem grzmot a następnie poczułem pierwsze krople deszczu. Burza, która po chwili się rozpętała nie przypominała może pamiętnego orkanu w Górach Świętokrzyskich (Panie Sławku, Panie Marku dajcie mi jeszcze jedną szansę), ale uwierzcie, że nie było lekko. Temperatura z ok. 28 stopni spadła do kilkunastu i zrobiło się naprawdę cholernie zimno. Z rowerami na plecach, wśród strug deszczu nasza grupka wspinała się do góry w trawach po pas na oślep wytyczając drogę i szukając szlaku. Niestety zarówno ja jak i Przemek nie mamy ze sobą wiatrówek i czuję, że całe ciało zaczyna mi drżeć z zimna. Perspektywa pokonania w takich warunkach ok. 30 km. pozostałych do mety nie wydawała mi się zbyt interesująca. Na szczęście kolega giepeesiarz bezbłędnie wytyczył drogę i dotarliśmy do asfaltu, którym wróciliśmy na szlak. Kierowcy na widok ubłoconych od stóp do głów rowerzystów robili dziwne miny i wydawało mi się, że zatrzaskiwali drzwi w swoich ciepłych samochodach. Byle do mety…

Do mety dojeżdżamy zmęczeni i przemoknięci, ale szczęśliwi. Niestety nasze szczęście ostudził sam organizator, ponieważ pensjonat dla pakietu de lux znajdować się miał ok. 6 km. od mety. Sprawa transportu naszych bagaży również była niejasna i dopiero po chwili Marcin zaproponował, że nas podwiezie. Całe szczęście, że wyperswadowaliśmy mu wrzucenie 4 rowerów i 4 toreb do jego nissana, ponieważ nawet tylko sprzęt mój i Przemka mieścił się w nim z trudem. Ze wspomnianych 6 km. zrobiło się 15 po górach, na szczęście asfaltem. Jednakże wizja jutrzejszego rannego pokonywania tej trasy mówiąc delikatnie nie była zachęcająca. Na szczęście sam pensjonat robił dobre wrażenie czym zostaliśmy udobruchani.

Po wykąpaniu się i upraniu ciuchów zeszliśmy na obiad, a następnie drogą kupna-sprzedaży nabyliśmy w tamtejszym sklepiku dwie wielkie paczki chipsów i poszliśmy spać. Nazajutrz wcale nie miało być lekko. Cóż za nowość.

sobota, 19 września 2009
Szeleszcząc w lesie.

 

Każdego roku są dwa wyjątkowe dni. Pierwszy wtedy, gdy po zimie wychodzisz na dwór, świeci słońce, srebrzą się resztki kałuż a wokół czuć jedyny w swoim rodzaju zapach. Tego właśnie dnia masz 100% pewność, że zaczyna się wiosna.

Na drugim, odmiennym o 180 stopni biegunie właśnie trwa późne lato. Wsiadasz na rower i od pierwszych obrotów korbą czujesz zmiany. Jedziesz jeszcze w krótkim rękawku ale jest coraz chłodniej a las pachnie i wygląda zupełnie inaczej, niż dotąd. Nadchodzi jesień.

Właśnie dziś poczułem, że wielkimi krokami zbliża się jesień. Temperatura nie przekraczająca 20-stu stopni, złocące się liście na drzewach i ten wyjątkowy zapach lasu, którego nie można pomylić z niczym innym. W związku z niedawną przeprowadzką na Bielany po raz n-ty postanowiłem spróbować przekonać się do Kampinosu. Miętosząc od dłuższego czasu w ręku mapę wytyczyłem wreszcie trasę. Niebieski/zielony szlak do Roztoki i powrót czerwonym. Jak się później okazało zarówno szlak niebieski jak i zielony poza kilkoma wyjątkami nie zaskoczyły mnie niczym nowym-kiedyś już tam byłem. Typowe dla tamtych okolic szybkie i kręte single tracki i piękna pogoda pozwoliły nieco zapomnieć o tonie piachu i rzeszy rowerzystów przewijających się wokół mnie. Kilkakrotnie nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zjechać ze ścieżki i nie poszeleścić oponami wśród leżących na ziemi liści...

Po dzisiejszym dniu jestem 60 kilometrów bliżej jesieni. Na szczęście na razie zachwycająco pięknej.

 

czwartek, 10 września 2009
Kwestią wyjaśnienia.

Dlaczego blog o rowerach? Odpowiedzią jest poniższy tekst, który kiedyś popełniłem. Konkluduje wszystko.

 

Przygoda życia.


Pewnie każdy z Was kiedyś myślał o tym, aby przeżyć przygodę swojego życia. Z racji naszej wspólnej pasji na bok odkładam przygody erotyczne czy poszukiwania skarbów z lat dziecięcych, a chciałbym skupić się na tym, co nas łączy, czyli na dwóch kółkach. Nie jeden raz słyszałem te same słowa pochodzące z różnych ust, a brzmiące mniej więcej tak: „to była przygoda mojego życia”. Oczywiście dla każdego to zdanie będzie miało inny wymiar. Dla Krzyśka tą przygodą będzie samotne przejechanie w jeden dzień stu kilkudziesięciu kilometrów w trudnym i niedostępnym dla niego wcześniej górskim terenie. Z kolei Paweł wypowie je po przejechaniu BikeChallenge’u bądź TransCarpatii, a Magda z uśmiechem na ustach opowie o najcięższym maratonie, jaki dotychczas pokonała. I oczywiście każda z tych osób będzie miała rację, bo właśnie przeżyła coś, czego nigdy nie zapomni.
Lecz w tym momencie ja się trochę gubię, bo nie mogę powiedzieć tego samego. Czy to wracając z górskiego szlaku, czy też ze wspomnianych etapówek jestem tak samo szczęśliwy.
Czy jednak właśnie przeżyłem przygodę życia? A jak ją sklasyfikować? Skąd wiem, że to właśnie to? Myślę, że z wiekiem nasz pogląd na te rzeczy nieznacznie się zmienia.
Dawno, dawno temu, gdy dostałem swój pierwszy rower „górski” (echhh…, cóż za szumna nazwa dla niego) i ważyłem dużo więcej niż teraz, zapragnąłem pojechać na nim w góry. Nie mając wody, ani jedzenia, biorąc kumpla pojechaliśmy na Łysą Górę. Niestety po kilkunastu kilometrach jazdy asfaltem usłyszałem głośne brzęczenie; jak gdyby coś się po nim turlało. W tym samym momencie mój tyłek znalazł się na wysokości tylnej opony. Co się okazało… Muszę Wam wyjaśnić, że mój pierwszy góral to polskiej produkcji FULL o dzwięcznej nazwie Grand G-300 (kiedyś o nim napiszę, bo zapewniam, że ubaw będziecie mieli setny; ja niestety nie miałem). Niestety konstruktor owej maszyny widać nie przewidział, że będzie ona użytkowana po asfalcie; w końcu był to rower do jazdy po bezdrożach. Skoro więc jak głupi wepchałem się na gładką powierzchnię, tylny amortyzator rzecz jasna nie wytrzymał powstałych przeciążeń i po prostu odpadł od ramy, turlając się po asfalcie, pięknie przy tym brzęcząc. W tym miejscu wyprawę należało zakończyć i zawrócić do domu, gdzie po zaistniałej sytuacji straciłem ponad godzinę „operując” Granda G-300 kombinerkami, celem przywrócenia go do życia.

Innym razem w kilka osób wybraliśmy się w naprawdę gęste i olbrzymie lasy jeszcze większej niegdyś puszczy. Za prowiant służyły nam śliwki, pomny ostatniej eskapady zabrałem ze sobą butelkę wody, a na czarną godzinę mieliśmy w porywach może ze dwa złote. Po dojechaniu na miejsce, postanowiliśmy skrócić sobie drogę powrotną, gdyż zmęczenie dawało nam się we znaki. Niestety, po kilku kilometrach zgubiliśmy szlak i znaleźliśmy się w środku lasu nie mając już jedzenia, z ostatnimi kroplami wody, oraz totalnie nie mając pojęcia gdzie jesteśmy. Jaki był koniec, napiszę kiedy indziej, a zapewniam, że ciekawy. Ale po co Wam to wszystko opowiadam. Robię to dlatego, żeby uzmysłowić wszystkim, że dla mnie to właśnie były najprawdziwsze przygody i pamiętam je do dzisiaj, a zapewne nie zapomnę aż do śmierci i jeszcze opowiem wnukom. Były to naprawdę niezapomniane przeżycia. Zawsze słysząc kogoś mówiącego, że przeżył przygodę życia zastanawiam się, dlaczego tak uważa. Co w tym było takiego, co skłoniło go do wypowiedzenia tych kilku słów. Szczerze mówiąc dla mnie taką przygodą jest pojechanie w góry i samotne przejechanie szlaku, jazda w Challenge’u czy Carpatii, albo wypad na Jurę czy do Szklarskiej. Po każdym razie czuję się bardzo podobnie i wiem, że właśnie przeżyłem coś wspaniałego. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie każdy głupi dzień na rowerze jest świetną przygodą. Właśnie przygodą życia.

Góry Świętokrzyskie

Tytułem wstępu.

Każda historia ma swój początek; ta, którą być może zechcesz przeczytać również. Nikt chyba nie lubi nadętych i rozbudowanych początków, więc ten będzie krótki. Ponieważ najbardziej docenia się to, co było najpierw marzeniem, będzie to historia o wielkim marzeniu, które codziennie staje się faktem-przygodzie z kolarstwem górskim i całą jego śmietankową otoczką. Historia, która potrafi niepostrzeżenie wciągnąć Cię, drogi czytelniku i pochłonąć w całości niczym czeluść...

Gdy zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie. Ja już w niej jestem.

1 ... 11