Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Dziś nie umiera jutro, cz. 2

Dojechał do okazałej, ciężkiej bramy i zacisnął klamki. Klocki cicho syknęły i rower niemal bezszelestnie stanął w miejscu. Przejechał rękawiczką po czole. Pocił się nie ze zmęczenia, wysoka temperatura dawała o sobie znać. A może trochę i zdenerwowanie.

Wcisnął czerwony przycisk Polara, a zarchiwizowanie danych zostało zasygnalizowane krótkim piknięciem. Uruchomił mechanizm bramy i schował pilota do tylnej kieszeni koszulki. Śnieżnobiały szuter dawał miły dla oka kontrast z zielenią strzelistych drzew, którymi wysadzona była aleja. Jadąc zamknął na chwilę oczy i podniósł wysoko głowę. Słońce przebijające się przez korony topól, przyjemnie migotało pod powiekami.

-Już po? - przerwał ciszę ochroniarz

-Tak, dzisiaj tylko krótki checkout - rzucił odjeżdżając choć wiedział, że facet w mundurze i tak nie zrozumie. I rzeczywiście, gdy obejrzał się przez ramię dojrzał mężczyzną drapiącego się z głupią miną po głowie.

Wstawił rower do przestronnego garażu i zamknął bramę. Mieszkał wygodnie, miał duży dom. Zbyt wielki jak na jego potrzeby. A przynajmniej nie licząc podziemi. Zamiłowanie poprzednich właścicieli do wina i związane z nim olbrzymie piwnice idealnie nadawały się do jego celów. Posiadłość otaczał okazały las. Zimą wystarczyło założyć narty i można było biegać od samego podjazdu pod drzwi. Letnie singletracki (na każdy z nich miał osobny rower) tylko czekały, by nimi pojechać. Długo szukał odpowiedniego miejsca i często przyznawał sam sobie, że to jest idealne. 

Wciąż miał w pamięci "poprzednie życie". Pracę w korporacji, sztuczność uśmiechów i ciągły wyścig z czasem. Zarabiał lepiej niż przeciętnie. Za dużo na biedę, za mało na szczęście. Korporacja wymagała. Dawała tak dużo, by nie myśleć o ucieczce i na tyle mało, by ciągle żyć na kredyt. Kierownictwo doskonale znało realia korporacyjnego życia ponad stan. Nęciło nowych bez zobowiązań, a starym nie pozwalało odejść. Po spłacie ostatniej raty 30-letniego kredytu, opłaceniu rachunków i otwarciu średniopółkowego piwa z aluminiowej puszki, mając 60-tkę, mógł powiedzieć "wreszcie na swoim. Teraz czas spłodzić dzieci". Nigdy nie uważał, że zalicza się do tępej, szarej masy o bezładnym kształcie, jednak coraz częściej widział ów kolor przed oczami. Wieczorami łapał się na tym, że nie miał już czasu zastanawiać się, dlaczego świat wygląda tak a nie inaczej. Musiał pogrzebać ideały młodości. Korporacja dała łopatę, bank sypnął ziemią. 

Noce często były zbyt długie, bądź zbyt krótkie. Bał się świtu i tego, co musi przynieść nowy dzień. Kochał momenty, w których mógł poczuć się wolny. Z ręką na kierownicy i stopą na pedale gazu, jego myśli płynęły a fantazja zlewała się z rzeczywistością. Ile to razy był w Rio, szedł piaszczystą plażą Florydy, kiedy w radiu grali Miami Vice. Prowadził czerwone Ferrari bulwarem pod równiutko przyciętymi palmami, oglądając idealne tyłeczki dziewczyn, które znał tylko z amerykańskich filmów. Był surferem, pilotem, kobieciarzem i niepoprawnym optymistą. Był sobą przez kilkadziesiąt minut dziennie. Reszta zamykała się pod maskami uczuć, które trzymał na nocnej szafce. Jego wolność zamknięta w głowie, tak otwartej i bezgranicznej. Wolność, którą mógł niemal poczuć, wciągnąć ją nosem.

Na szczęście miał swoją pasję i dla niej żył, a ona często dawała mu cel. Kolarstwo było odskocznią od dnia codziennego i przynosiło ulgę. Równie dobrze mógłby naszprycować się koką od lokalnego dealera, a osiągnąłby ten sam stan.

Odstawił szklaneczkę soku na stół i wstał z fotela. Podszedł do nieprzyzwoicie dużego okna i wyjrzał na zewnątrz. Widok nie mógł się nie podobać, a jednak jego myśli często wracały do starych czasów. 

-Los bywa przewrotny - szepnął i zaczął pakować rowerowe ciuchy.

(...)

Miguel Martinez był najlepiej jeżdżącym technicznie kolarzem XC na planecie Ziemia. Niepozorny, niski chłopak zjeżdżał szybciej, płynniej i lepiej niż reszta stawki. Od lat toczył walkę o podium, ale najbardziej nie lubił Cadel'a. Jego trudny do wytłumaczenia spór z Evans-em często zataczał duże kręgi i odbijał się echem w kolarskim światku. Francuz miał świadomość swych umiejętności i stał się nieco zbyt zarozumiały. Wiedział o tym, ale nie potrafił powstrzymać się przed dorzuceniem oliwy do ognia szczególnie w przypadku Cadel'a. Cały swój image, cantilevery zamiast V-ek miały służyć podniesieniu jego własnego ego i upadek morale rywali. 

Chciał dokładnie objechać trasę, zapamiętać każdy jej szczegół i wiedzieć, gdzie zaatakować. Na kamienistej sekcji wstał w siodła i delikatnie wcisnął szare klamki, a polerowane szczęki pierwszego wcielenia grupy XTR nawet nie pisnęły. Zjechał niemal na przednim kole, prawie nie wytracając prędkości. Kilkanaście lat później śmiałby się z samego siebie, ale dziś był człowiekiem bez strachu. Sztywna rama Full Dynamix podbiła koło na ostatnim głazie, ale z niemal cyrkową ekwilibrystyką znalazł się na dole w jednym kawałku. 

Dojechał do młodego Green'a na nowym Treku. Elite 9.9 w zawodniczej konfiguracji musiał budzić zachwyt.  Mignął mu Rasmussen, Marco Bui a nawet Bart Brentjens, ale wciąż wypatrywał Cadela i jego wściekle niebieskiego Cannondale'a. 

(...)

Yoshizo siedział w swym klimatyzowanym biurze. Nawet i tu dochodziły przytłumione dźwięki z głównej hali. Trzymał w dłoniach przerzutkę z carbonowym wózkiem. Miał w sejfie patent na 14-rzędową kasetę (nawet niezbyt tajny), ludzie ze Skunk Development Team testowali w najlepsze powietrzną grupę Airlines, a pierwsze prototypy serii 960 były dopiero wyprodukowane i miały wejść na rynek dopiero za 4 lata. Ale węgiel i system ciągu linki 1:1, jak skrupulatnie obliczyli jego technicy? Po odkupieniu patentu Sachs, zabierali się za to ci dranie ze SRAM-a. To, o czym pomyślał było wręcz niemożliwe. 

Ciche pukanie do drzwi sprawiło, że prezes drgnął. 

-Wejść!

Główny technolog wyglądał na roztrzęsionego. Skłonił się głęboko i patrząc nisko w podłogę, wyrzucił za jednym zamachem:

-Panie Yoshizo, sprawdziliśmy korby. To właściwie nasza technologia tyle, że... lepsza. I ta zintegrowana oś. Na dzień dzisiejszy nie jesteśmy w stanie tego wyprodukować. 

-A prototyp naszej 960?

-Cóż, zrobiliśmy go w oparciu o serię 952, bez zintegrowanej osi i zewnętrznego suportu. Proszę mi wybaczyć ale... nie wiem, jak zareagowałoby na to środowisko. No i sprawy patentowe, choćby amerykańska Coda...

Na dźwięk tych słów, prezes wzdrygnął się.

-Dziękuję, to wszystko. Poproście do mnie Yozo.

Gdy tylko drzwi się zamknęły, podszedł do okna. Bił się z myślami, co nieczęsto zdarzało się w zaprawionej w bojach głowie. Są tylko dwa wyjścia...

-Panie Yoshizo!

Odwrócił się i zobaczył młodego Yozo. Lustrował go przez chwilę bacznym wzrokiem, po czym wskazał na fotel i nalał sake. 

-To, co ci powiem zostanie w ścianach tego pokoju. Posłuchaj mnie uważnie, Yozo...

(...)

Dzień był słoneczny, wręcz parny. Tak, jak lubił. Kibice niemal oblepili całą trasę, a najwięcej kłębiło się ich wokół miasteczka namiotowego, gdzie rozgrzewali się kolarze. Szedł w wielką, czarną walizką Scott z usuniętym logotypem do swojego boksu, gdzie mógł się przygotować. Skręcił rower i rozstawił trenażer. Wiedział, że tak to będzie wyglądało, ale szybciej niż się spodziewał zobaczył wokół siebie grupkę osób komentujących między sobą jego sprzęt w niezrozumiałych językach. Miał już wpiąć się w pedały, gdy zobaczył przed sobą niskiego człowieka w nieco zbyt obszernym garniturze. 

-Dzień dobry, mam na imię Yozo i chciałbym zamienić z panem kilka słów...

 

C.D.N.

sobota, 23 listopada 2013
Dziś nie umiera jutro, cz.1

Grube podeszwy ciężkich, trekkingowych butów głucho dudniły w półmroku wilgotnego korytarza. Większość z żarówek została dawno stłuczona, a nikłe światło tych, które przetrwały kolejnych właścicieli budynku, nie pozwalały czuć się tu komfortowo. Stary fort leżał na uboczu, w miejscu zapomnianym, a przynajmniej niechętnie odwiedzanym przez ludzi, co dla pewnych osób było jego niezaprzeczalną zaletą. Zawsze przychodził tu w nocy, kiedy nie musiał obawiać się niechcianego wzroku pozostałych najemców sąsiednich pomieszczeń. Za pieniądze, które płacił, właściciel nie musiał, a nawet nie chciał zadawać niewygodnych pytań.

Nagły, przytłumiony hałas dobiegający z tyłu, zmusił go do zatrzymania się. Wiedział, że poza nim jest tu tylko wiatr, który wpadł przez szczelinę w drzwiach, lecz mrok podziemnych korytarzy działał na niego przytłaczająco, budząc atawistyczne lęki. Zaczął nasłuchiwać, lecz za nic w świecie nie obejrzałby się za siebie. Wciąż zbyt dobrze pamiętał ów dzień z dzieciństwa, gdy postanowił wejść do potężnej rury odpływowej z pobliskiej elektrociepłowni, a ktoś zamknął za nim kratę. Całą noc spędził w środku, wpatrując się w nieprzenikniony mrok tuż przed nim; zbyt wyraźnie czuł jego lepkie objęcia.

Stary strach wciąż był żywy, dlatego nie odwrócił głowy. Po chwili jego uszy wypełnił dźwięk zaczynającego bić normalnie serca, dlatego ruszył dalej. Zatrzymał się przy nowych, potężnych drzwiach. Wyjął z kieszeni niewielkie rządzenie i zeskanował czytnik. Głośny, krótki dźwięk oznaczał, że były tam odciski tylko jego palców. Nikt niepowołany nie próbował się tu dostać. Wstukał znany tylko sobie szyfr, po czym wszedł do środka zatrzaskując bramę za sobą. Natychmiast włączył światło, a pokaźnych rozmiarów ogrzewana hala, poczęła budzić się do życia. Oczy spoglądające spod lekko ściągniętych brwi zdradzały człowieka inteligentnego, pewnego siebie i dostającego to, czego akurat chce. Po kilku krótkich, głośnych oddechach poczuł się swobodnie. Wsunął ręce do dżinsowych spodni i wolno ruszył w głąb hali.

Mocne, ciepłe światło zdawało się nie chcieć kryć tego, co się tu znajdowało.

Tak wiele czasu – pomyślał i w dziwny sposób uśmiechnął się sam do siebie.

Mijał zawieszone na hakach ramy. Tytanowe Morati, Litespeed, Merlin, Lynskey, GT, delikatnie opalizowały, odbijając blask żarówek. Spojrzał na seledynową Meridę wykonaną z magnezu. Prosta, miejscami toporna, ale miał do niej sentyment. Zatrzymał się na chwilę przy stalowym Ritchey’u. Patrząc na finezyjnie wygięte rurki Plexus-a jak zawsze zastanawiał się, czy za chwilę same nie ugną się pod ciężarem siodełka. Wstał z kucków i skręcił w boczną alejkę. Po prawej stronie zebrał komponenty, które rozpalały niegdyś wyobraźnię kolarzy na całym świecie. A najbardziej jego. Tytanowa korba Onza, przerzutki Paul, Shimano, Suntour, Grafton. Podszedł do grubej kraty, odsunął ją i wszedł do windy. Wcisnął poziom 2.

Kabina ruszyła ciszej, niż można by było się tego po niej spodziewać, po czym za chwilę miękko stanęła piętro wyżej. Karbonowe cacka z tego pomieszczenia, mocno kontrastowały z częściami sprzed kilkunastu lat. Węglowe widelce, sztywne osie, 11-sto rzędowe kasety. Minął kilka sektorów olbrzymiego pomieszczenia, po czym zatrzymał się przy perfekcyjnie wyposażonym serwisie. Zdjął drogi, angielski sweter, po czym włożył na siebie fartuch z wyszytym emblematem Park Tool.

(…)

Miguel jak zawsze był mocno podekscytowany czekającym go wyścigiem. Choć słowo wyścig to może za mało, bo przecież nie na co dzień ściga się z prawie wszystkimi najlepszymi kolarzami tego globu. Był w świetnej formie, wiedział to. Na ostatnich zawodach nie utrzymał się za nim Sauser ani Evans. Jednak z kilkoma nazwiskami dawno nie stanął na starcie. Z rozmyślań nad klasyfikacją i czekającymi go emocjami, został wyrwany przez donośny głos:

-Hej, Mig, jak tam twój sprzęt?

-Jest Ok.! – uśmiechnął się Miguel. Widok Tima jak zawsze poprawiał mu nastrój. Oto stał przed nim wysoki, dobrze zbudowany rudzielec z nieodłączną pompką w ręku. Koszula w kratkę z naszywką Rock Shox, dopełniała całości obrazu Flooks’a.

-W fabryce nie mają już goleni z hakiem pod canti. Dostałeś już chyba wszystkie!

Martinez ponownie się uśmiechnął. Rzeczywiście, srebrne cantilever’y sparowane z szarymi klamkomanetkami XTR od V-ek, musiały budzić pytania.

-Tim, przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, roześmiał się szeroko i szczerze. –Nie chciałbyś czasem rzucić okiem na mój widelec? Może wymiana tłumika w dwie minuty?

Tym razem Floks poznał się na odbijającym piłeczkę żarcie. –Wystarczy, że sprawdzę ciśnienie, Mig. Na jutrzejszej trasie twój SID będzie musiał stać się bardzo wszechstronnym widelcem. Powiem ci coś jeszcze, w końcu jesteś objęty programem. Pracujemy nad czymś nowym, nazywa się Blackbox. Na razie na papierze, ale pod koniec sezonu powinniśmy mieć już gotowe widelce do testów. Szkoda, że to wciąż projekt, bo na jutro bardzo by ci się przydał.

-Dzięki Tim, rzucił Miguel. Będzie mi musiało wystarczyć to, co mam teraz, z niewielką pomocą tego, po czym klepnął się w wyrzeźbioną łydkę. –No, muszę uciekać na objazd trasy. Jutro ważny dzień - dodał cicho, bardziej do samego siebie.

(…)

Założył niebieskie, lateksowe rękawiczki wyjęte z tekturowego pudełka. Rozprostował kolana, a krótkie spodenki odsłoniły wyżyłowane łydki. Wielokrotnie wyobrażał sobie ten dzień, ale wciąż nie był pewien wielu kwestii. Jaki rower można złożyć mając do dyspozycji wszystko? Każdą, pojedynczą część wprost z linii produkcyjnej…

A co Ty, Drogi Czytelniku zrobiłbyś, będąc na jego miejscu? Wyobraź sobie, że oto stoisz przed wielkim magazynem o nazwie „Katalog”. Na pewno złożyłeś dziesiątki rowerów na papierze, przeliczając kolejne gramy i nie licząc się z pieniędzmi. Jednak tym razem katalog nie ogranicza się do kolorowych zdjęć, bo możesz mieć wszystko tu i teraz. Postęp nie stoi w miejscu. Jest niczym lokomotywa, wciąż mijająca coraz to nowe rzeczy. Jak bardzo różni się to, na czym jeździsz dziś od sprzętu sprzed dekady. No właśnie… a gdybyś miał możliwość uczestniczenia w wielkiej, niezwykłej bitwie? Gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością i sam nie wiesz, co jest prawdą? Jak wyglądałby pojedynek największych mistrzów XC sprzed 2000 roku z jednym z lepszych amatorów dzisiejszych wyścigów? Tak, to wciąż amator, ale mający coś, czego nie miał nikt. Sprzęt niemal z desek kreślarskich dzisiejszych czasów, ograniczony jedynie Twoją wyobraźnią. Technika jazdy szlifowana na dziesiątkach najtrudniejszych maratonów MTB. Podjąłbyś wyzwanie...?

Z bólem serca porzucił myśli o złożeniu 29-era. Nawet przy jego możliwościach, w 1999 roku by to nie przeszło. Ale z 27,5” pójdzie łatwiej. Wybrał ultralekkiego, węglowego Scott’a, na którym zwyciężył swego czasu Nino. Wziął do ręki klucze imbusowe i przerzucił przez główkę karbonową rurę sterową nowego SID-a. Przełożył sztywną oś przez piastę DT i spojrzał na obręcz z włókna. Tytanowymi śrubami dokręcił nowe tarcze Ice Tech. Postawił na zawodniczego XTR-a 2x10. Musiał tylko pozbyć się kilku logotypów. Zbędne pytania i tak będą w nadmiarze, więc po co dodatkowo podsycać płomień.

Maksymalna niezawodność – pomyślał wyciągając z pudełka nowe opony. Zawsze lubił zapach świeżej gumy.

(…)

Podjechał pod miasteczko namiotowe, popisując się efektownym obrotem na przednim kole, którego nauczył go sam Niemiec z GT. Logotyp Kool Stop z koszulki musiał w tym momencie pobudzić wyobraźnię licznie zgromadzonych za biało-czerwonymi taśmami riderów z całego świata.

-Jak tam, Mig? Co powiesz o trasie?

-Na starcie będzie szybko, uśmiechnął się Francuz.

-Taa… Zobaczymy, jak będzie na technicznych sekcjach. Stawka powinna się rozciągnąć, inaczej będzie kiepsko.

-Patrzyłeś na listę? Ktoś wskoczył na miejsce Thomasa.

-Tak, Thommy ma kontuzję. W jego teamie nie mówią o niczym innym.

Martinez popatrzył przelotnie na rower rozmówcy. Niemal w całości fabryczny Trek OCLV 9.9, nie potrzebował zmian na lepsze, bo te praktycznie nie istniały. Dobrze jednak wiedział, że każdy team ma swoje sztuczki.

-Ok., do zobaczenia na trasie, Mig – rzucił, po czym jadąc na twardym obrocie wymuszonym przez 46-cio zębną koronkę korby, zaczął wspinać się ubitym single-trackiem, który jak mu się wydawało, znał już na pamięć.

(…)

Raz jeszcze spojrzał na węglowego Scotta, po czym włożył na  siebie sweter. Znał wartość swoją i swojego roweru, jednak w żaden sposób nie był przygotowany na to, co go czekało.

Tyle czasu i tak mało czasu – bąknął, po czym mimo wszystko uśmiechnął się zadowolony z celności puenty. Wrócił do wyjścia, zgasił światło, po czym na przekór sobie obejrzał się przez ramię. Ciemność wciąż go przerażała. Szybko zamknął za sobą drzwi, nie pozwalając wydostać się temu, co tam właśnie zamknął. Postawił kołnierz, po czym ruszył do zaparkowanego nieopodal samochodu. Noc była deszczowa, a chłodny wiatr uporczywie wdzierał się w każdy zakamarek płaszcza.

 

C.D.N.

sobota, 09 listopada 2013
(...)

 

-To ten rower – powiedział niemal szeptem, ale jednocześnie wyraźnie, akcentując słowo „ten” tak, aby wszyscy słyszeli.

Yoshizo zlustrował bystrym wzrokiem cały sprzęt, po czym podciągnął nieco nogawkę czarnych spodni od garnituru i przyklęknął wpatrując się w tylną przerzutkę.

Doskonale orientował się w światku rowerowych części. Tak molochów, jak i małych manufaktur. Myśląc o tych ostatnich, w innym przypadku może by się nawet uśmiechnął, zaglądając do korporacyjnego sejfu.

Jednak tym razem, nie chodziło o coś takiego, jak banalne odkupienie patentu na hamulce V’brake. Doskonale to wiedział, dlatego pytanie nie mogło brzmieć inaczej.

-Kto to wyprodukował?

Bardzo krótka chwila ciszy, która właśnie zapanowała, w innym przypadku w ogóle nie została by zauważona. Teraz, trwała wieczność.

-Logotyp jest prawie w całości zeszlifowany. Nasz technik to sprawdza – rzucił w końcu ambitny, szybko pnący się po szczeblach kariery Yozo.

-Więc chodźmy do niego – w głosie prezesa dało się wyczuć zdenerwowanie zakamuflowane nutą zniecierpliwienia.

Szybkim krokiem przemierzyli olbrzymią, duszną i głośną halę produkcyjną. Kaski uwierały ich w głowy, po twarzach ciekły strużki potu.

-Więc? – oszczędność słowa była znakiem rozpoznawczym Yoshizo.

-Ekhm… - niemrawo zaczął główny technik. Wydawać by się mogło, że to… XTR. Seria 980.

Kolejna strużka potu wyciekła spod kasku Yoshizo. Ale tym razem patrzył na halę z klimatyzowanego biura. Prezes podszedł do przybrudzonej szyby i spojrzał na maszynę wypluwająca z siebie koronki do CS-M952, najnowszego krzyku mody spod znaku trzech literek.

(…)

Wstukał znaną sobie i tylko kilku innym osobom kombinację cyfr, po czym otworzył sejf. Dokładne szkice tajemniczej 980-tki zajęły miejsce tuż obok przerzutki pokrytej błyszczącą anodą. Na zebraniu zarządu w przyszłym miesiącu, miał ogłosić jej tajną jeszcze, nazwę. RD-M960.

Podniósł słuchawkę telefonu.

-Słucham, halo? – usłyszał dwukrotnie po drugiej stronie.

-Fukushima, obudźcie Godzillę.

 Był rok 1999.

 

Stay tuned, kolejny wpis w drodze ;-)

Odpowiadając na pytania: tak, to zajawka :-)

czwartek, 03 stycznia 2013
Raramuri

Choć historia, o której za chwilę przeczytacie dla wielu wyda się nieprawdopodobna, wydarzyła się naprawdę. Gdy otwierała swoje karty, miała zmienić życie zaledwie kilkorga ludzi. Zmieniła, jak sądzę, tysięcy. Parę osób na zadupiu współczesnego świata zdołało pośrednio wpłynąć nawet na czarny charakter owej opowieści; giganta światowego przemysłu - korporację Nike. A ja? Ja jestem twardy, hehehe. Nie poddaję się manipulacji słownej. To moja inicjatywa, tłumaczyłem sobie dzień po usłyszeniu całej historii, gdy postanowiłem zrobić coś, czego nie doświadczyłem nigdy wcześniej. O, chyba właśnie tutaj tkwi haczyk! Doświadczyłem, Wy zresztą też. Ale wszyscy zdążyliśmy o tym zapomnieć.

Wcale nie tak dawno temu, pewien 40-sto latek zaczął biegać. Zaczęło go jednak trapić to, co zdecydowaną większość biegaczy na świecie: kontuzje. I choć facet ze sportem miał naprawdę wiele wspólnego, najzwyklejsze bieganie przerodziło się w wejście na Everest zimową porą. Przypadkiem usłyszał on o pewnym plemieniu z Meksyku, które choć nie posiada wypasionych Acics-ów z wymyślnymi systemami amortyzacji, trenera ani żadnej specjalnej diety, biega od zawsze. Tarahumara, bo o nich mowa, po prostu wstają i chcą pobiegać. Biegają sporo. Ile to dużo? Półmaraton? Maraton to już chyba wypas. A kilkaset kilometrów po górach? Bo właśnie o takich dystansach mowa, a ci niezwykli "Indianie" pokonują je we własnoręcznie wyciętych sandałach ze starych opon. Z uśmiechem na twarzy. Naprawdę. Jak polują? Otóż upatrują sobie sympatyczną, tłustą antylopę i zaczynają za nią biec. Antylopa jest niezwykle szybka i jeszcze szybciej znika nam z oczu. Tarahumara nie posiadają strzelb czy strzał, oni po prostu konsekwentnie biegną za zwierzęciem. Po kilku godzinach antylopa pada z wycieńczenia, a Indianie wracają ze zdobyczą do wioski.

Tarahumara to Raramuri, czyli biegający ludzie.

Jak tylko 40-letni Chris usłyszał o tym plemieniu, postanowił je odnaleźć z niecnym planem "podkradnięcia" tajemnicy nieśmiałych tubylców. Dlaczego oni mogą, a on nie? Znaleźć ich nie było łatwo, gdyż Raramuri wybrali sobie dość niezwykłe miejsce na swój dom: Miedziany Kanion. Miejsce okryte wyjątkowo złą sławą. I to nie tylko ze względu na kartele handlujące marihuaną, z siecią snajperów broniących dostępu do swych włości. Kanion znany był z tzw. "gorączki kanionu", która jawi się omamami wywołanymi przez niezwykłą atmosferę owego miejsca. Ściany kanionu zdawały się bowiem zamykać za wędrowcem i ciągle do niego zbliżać. Na skałach pojawiały się cienie, a wiatr i echo niosły szepczące głosy duchów. Ludzie z zewnątrz z reguły nie opuszczali kanionu. Podrzynali sobie gardła, skakali ze skał lub ginęli z pragnienia, karmiąc coraz bardziej zachłanne miejsce.

W tym samym czasie Scott Jurek, jeden z największych ultramaratończyków wszechczasów, wygrywał praktycznie wszystko, co tylko mógł. Spartathlon (bieg na 246 km.), Western States na 100 mil... Dla wielu był bogiem współczesnego biegania długodystansowego (choć to może nieco ujmujące mu dokonań określenie). Biegał właściwie tak... jak Raramuri.

Tarahumara byli duchami dzisiejszego świata. Niezauważalni, z dala od wszystkiego i wszystkich. Nadzwyczaj skromni. Choć nigdy nie zabiegali o naszą ciekawość, ludzie sami - mniej, lub bardziej nachalnie, nalegali na ów kontakt. Koniec końców, dzięki zapewnieniu dostawy kukurydzy do wioski, Indianie zgodzili się pobiec w ultramaratonie Leadville Trail, po czym biegnąc w swoich sandałach, "kapitan drużyny", nikomu nie znany 55-letni "dziadek" rozniósł najlepszych długodystansowców świata. A świat zażądał krwi.

Kto jest w stanie pokonać zwykłych wieśniaków? Czy jest ktoś, kto uratuje honor zachodniego świata? Chcąc, nie chcąc, plemię zostało niemal uwikłane w wojnę płci, gdy jedyną osobą, która wydawała się móc pokonać "biegających ludzi", okazała się filigranowa, niepozorna Ann Trason. Ta nauczycielka przedmiotów ścisłych wybrała sobie ultramaraton jako koronną dyscyplinę, bijąc rekord za rekordem. Podziemny światek sportowców wstrzymał oddech.

Na tą niezwykłą okazję Tarahumara otrzymali nawet sponsora; firmę produkującą buty do biegania. Wreszcie mogli zamienić swe sandały na wypasione, żółte Rockport'y. Nadszedł dzień wyścigu. Ann jak zawsze skoncentrowana wiedziała, że walczy o wszystko. Od początku narzuciła mordercze tempo, biegnąc po rekord. Indianie zostali w tyle. Na pierwszym punkcie pomocy zrzucili ze stóp sponsorskie podarki i... założyli sandały. Ann jednak była nie do pokonania. Jej tempa nie mógł wytrzymać tego dnia nikt. Dziewczyna była ponadto sprytna. Wymyśliła sobie, że wygra wyścig taktyką. To ona miała być zwierzyną; Indianie myśliwymi. Bo przecież kto powinien być bardziej zmotywowany? Na domiar złego jednego Indianina dopadła chyba po raz pierwszy w życiu kontuzja. Zwycięstwo cywilizowanego świata było oczywiste... a przynajmniej do momentu, gdy meta znajdowała się w promieniu 15-tu kilometrów. Nagle zza wycieńczonej Ann pojawił się uśmiechnięty Tarahumara po czym zniknął tak szybko, że do zszokowanej dziewczyny dobiegł tylko furkot jego ludowej peleryny łopoczącej na wietrze, oraz odgłos odbijających się od ziemi sandałów wyciętych ze starej opony samochodowej. "On pojawił się jak zjawa. jego bieg był lekki, oddech równy, a na twarzy świecił błogi uśmiech. Wrażenie było, że w momencie, kiedy u mnie już nie zostało sił, on dopiero zaczynał biec". I znów nikomu nie znany wieśniak zwyciężył w jednym z najtrudniejszych ultramaratonów na naszym globie, przy czym nie omieszkał ustanowić nowego rekordu trasy. Na mecie, Ann, która przybiegła pół godziny później, zdobyła się na uszczypliwą uwagę: "Czasem potrzeba kobiety, by mężczyzna pokazał, na co go stać".

Tarahumara zabrali swą kukurydzę i zniknęli w Miedzianym Kanionie niczym duchy, za które ich do tej pory uważano. Była jednak jeszcze jedna sprawa, którą należało wyjaśnić. Scott Jurek, niekwestionowany król ultramaratonu, który podobnie jak Raramuri był niezwykle skromny i... zawsze uśmiechnięty. Po prostu kochał bieganie. Bóg zachodniego świata, kontra wieśniacy z zapomnianego przez wszystkich zadupia, dzierżący jednak jakąś pradawną, jak się wydawało, tajemnicę na temat ich niezwykłego sukcesu. Oto szykował się największy wyścig w dziejach ludzkości.

 

Gdy w Święta kończyłem czytać książkę tak barwnie relacjonującą powyższe zdarzenia, pomyślałem sobie natychmiast: kurwa, jestem jak Scott Jurek i Tarahumara razem wzięci. Idę biegać. Krew zaczęła buzować, nozdrza chciwie łapały olbrzymie hausty powietrza. Nakręciłem się niesamowicie. Tak się stało, że czekała mnie świąteczna wizyta u rodziny. Jako rodowity Raramuri stwierdziłem, że założę ciuchy do biegania, w drodze powrotnej wysiądę przed Starachowicami i po prostu dobiegnę do domu. Żegnany przez cioteczną rodzinę: "A może pobiegniesz za samochodem, AAAAAAAHAHAHAHAHAHA!!!), wysiadłem w Iłży, w aucie trzasnęły drzwi, po czym Honda mojego brata zniknęła na horyzoncie. Będzie fajnie, dopingowałem sam siebie patrząc na niesamowicie zdziwionych mym widokiem pijanych autochtonów pobliskiej wioski, którzy akurat okupowali jedyny w tym miejscu, przystanek. Łyknąłem sobie carbo i ruszyłem w drogę. Najpierw miękkimi, trawiastymi poboczami w kierunku Jasieńca. Następnie clou programu, czyli leśny odcinek przez Lipie do samych Starachowic. Między drzewami kupa lodu, ale trzymam się dzielnie. Biegnie mi się... świetnie (proszę państwa, Scott Jurek ma się doskonale mimo 40-sto stopniowego upału i 120-ego kilometra trasy. Zwycięstwo wydaje się aż nazbyt oczywiste!). 

Godzina robi się jednak późna, a ja wciąż w lesie. Chcąc ominąć lodowy odcinek skręcam w boczną ścieżkę i gubię utarty szlak. Biegnę na azymut, co chwila potykając się o rozmaite rzeczy. Bardzo mocno brakuje mi czołówki, czy choćby zapałki, która jak mi się wtedy wydawało mogłaby wspaniale rozjaśnić te egipskie ciemności. Między drzewami panuje półmrok, a niesamowity klimat tego miejsca potęgują wyciągnięte w moim kierunku konary na wpół uschniętych jodeł. Nagle, na ścieżce przed sobą widzę sarnę. Hehe, głupia, w ogóle nie ucieka. Jeszcze mnie nie widzi. Ale zaraz będzie spierdalać! Jestem już bardzo blisko sarny, a ta stoi jak wypchana. Coś mi tu... Dobra, klasnę w dłonie. Klaszczę już któryś raz z rzędu, aż wreszcie sarna odwraca leniwie łeb w moją stronę i okazuje się być dzikim psem; czymś, w rodzaju bernardyna. O o o kkkk k k KURWA! Właściciela psa nawet nie szukam (prawie noc, środek lasu, drugi dzień Świąt), przy czym jego wygląd wskazuje na to, że jeśli nawet kiedyś miał właściciela, to już go dawno zjadł i teraz oto czas na mnie. O ja pierdolę, na drzewa nie ucieknę, wszędzie widać tylko strzeliste iglaki bez ani jednej gałązki na dole. Ostrożnie obchodzę zmorę bokiem, wychodząc na tory nieczynnej wąskotorówki. Robi się nieco jaśniej i wypatruję ślepiów bestii ukrytej w krzakach. A ona gdzieś tam jest i warczy. W końcu zaczynam bieg i do samego Lipia, niewielkiej wsi w środku lasu, docieram w ekspresowym tempie. Pozostaje jeszcze tylko ostatni odcinek do Starachowic, który biegnę lasem w całkowitym mroku. Są tylko posępne drzewa, toczące swe nieme opowieści, cisza i ja. Nagle przez gałęzie widzę jakieś światełko, po chwili drugie. O kurwa, coś na mnie PATRZY! Trochę za dużo tych atrakcji, a ja nie jestem już Scottem, jeno Grzesiem w środku lasu! Światełka dziwnie tańczą, jest ich coraz więcej, a ja nagle wypadam w sam środek ogniska i grupki bliżej nieokreślonych ludzi. Szybkie sorry i spierdalam w las. Mrok mym sprzymierzeńcem. Kto normalny pali na jakimś zadupiu ognisko w Święta? A kto biega?

W końcu widzę pierwsze latarnie Starachowic. Dobiegam na miejsce w 2 godziny. To było niesamowite.

 

Do wyścigu ze Scottem Jurkiem stanęli najlepsi Tarahumara, jacy byli. Ten niesamowity wyścig nowego ze starym, zakończył się zwycięstwem Raramuri. Jurek przegrał i dobiegł jako drugi, meldując się na mecie 160-cio km. dystansu tuż za zwycięzcą, rozbijając szyk "biegających ludzi". 

Wszystkie te historie miały dużo wspólnego z badaniami, które przeprowadzili szanowani naukowcy. Jesteśmy stworzeni do biegania, jesteśmy urodzonymi ultramaratończykami. I choć być może w tym momencie ciastko wypadło Ci z ust a fotel zaskrzypiał pod kilkoma, nadmiarowymi kilogramami, uwierz mi, tak jest. Większość zwierząt jest od nas szybsza, ale to my możemy zagonić je na śmierć. One robią tylko jeden oddech na jeden skok. My-znacznie więcej. Przybraliśmy pozycję stojącą, aby nie dać się palącemu słońcu, mamy mięśnie utrzymujące nas w tej pozycji, posiadamy nieruchomą w czasie biegu głowę. Popatrz jak nieporadnie kiwa swą mordką biegnąca świnka. Jesteśmy urodzonymi biegaczami. Przynajmniej tak twierdzą naukowcy. Niestety zrobiono nam krzywdę w postaci amortyzowanych butów, które stały się przyczyną wielu kontuzji we współczesnym sporcie. Co dziś oczywiste, firma Nike mimo świadomości istnienia badań o braku jakiegokolwiek pozytywnego wpływu takiego obuwia na nasze stopy, w najlepsze wmawiała nam co innego. Po oddaniu do druku książki opisującej wspomniane historie, nastąpiła konsternacja. Nike, Acics i inni pośrednio przyznali się do błędu projektując buty minimalistyczne, wspomagające nas a nie szkodzące. Bieganie bowiem towarzyszyło nam od zawsze. Pamiętacie, jak będąc dziećmi biegaliście za piłką, za rowerem, do lasu? Czy mama kiedykolwiek mówiła Ci: "Kamilku, nie biegaj, bo kontuzjujesz sobie Achillesa?". "Nie biegaj za długo, bo będą bolały Cię kolana?". Ale wtedy nie biegaliśmy w typowych, sportowych butach. Mieliśmy zwykłe, dziadowskie tenisówki. 

40-sto latek z początku owej historii po przestawieniu się na minimalistyczne buty Nike (jak to szybko zapomina się o tym, co było złe), wyleczył się ze swych kontuzji. Dziś biega o kilka godzin dłużej, niż kiedyś. Raramuri dalej żyją w swoim Miedzianym Kanionie i wciąż gdy biegną, są uśmiechnięci. 

Dzisiejszy wpis tak naprawdę miał być o tym, co nas motywuje do treningu. Czytając książkę, biegnąć lasem do Starachowic i spierdalając przed leśną bestią zdałem sobie sprawę, że cały czas mam uśmiech na ustach. Nie jest motywacją to, gdy robisz trening na siłę w imię jakiejś wyższej idei, czyli formy w sezonie. Motywacją jest czysta przyjemność, gdy wychodzisz na trening i zapominasz o wszystkim innym. Dla mnie taką motywacją powoli staje się bieganie, choć do tego jeszcze długa droga. Teraz, jak co roku zaczynam przygotowania roweru do sezonu. Nowy napęd, nowe piasty, nowe tytanowe pierdółki. Zawsze mam z tego niesamowitą radość i... olbrzymi uśmiech na twarzy. Każdy z nas może być Raramuri, tylko oni po prostu o tym nie zapomnieli.


 

piątek, 11 listopada 2011
~II~ ~II~ cz. 3

Mimo chłodu uporczywie starającego się wedrzeć pod starą, oldschool-ową na dzisiejsze standardy, polarową koszulkę Biemme, Piotrek skierował swój rower prosto na pobliską ścianę ciemnego lasu. Musiał wiele przemyśleć a nie dające mu spokoju dwa słowa "co dalej", skłaniały do dłuższego niż zamierzony pobytu na świeżym powietrzu. W domu jego prywatność istniała tak naprawdę tylko we własnej głowie, ograniczana rwącym potokiem słów Kaśki, w których mniej wprawny pływak od niego niechybnie mógłby się utopić. Myśląc o żonie zaczął zastanawiać się, co aż tak złego zrobił w życiu, że wygląda ono tak a nie inaczej. Nie wierzył oczywiście w przeznaczenie, ale czasami starał się bardziej lub mniej nieświadomie tłumaczyć w ten sposób błędy swoich decyzji, co nieraz chroniło go od obłędu. 

Obłęd-to dobre słowo, pomyślał. Kiedy jeszcze chodził do pracy, widział w niej swój azyl, ucieczkę od gównianego, codziennego życia. Od kiedy jednak zaczął spędzać gros swego czasu w domu, najgorsze były weekendy, kiedy budził się po 7:00 rano, wstawał i szedł do łazienki słysząc żonę, która od kilkudziesięciu minut wierci się w łóżku nie planując z niego wyjść choćby wrzucił tam granat. Po jakiejś godzinie wstawała tylko po to, aby wziąć w rękę którąś z tych durnych gazet, a następnie zagrzebywała się z powrotem pod kołdrą i potrafiła tak bezproduktywnie przeleżeć pół dnia. On w tym czasie usilnie starał się odpowiadać na kolejne anonsy w sprawie pracy, jednak siedząc w tym samym pokoju przez cały dzień, na kilkunastu metrach kwadratowych z Kaśką, zbyt często po prostu zbierało mu się na wymioty. Nie kończąca się egzystencja ukołysana w morzu chaosu i oparów własnej, bezsilnej wściekłości.

W Sigmie Piotrka właśnie zapaliła się czerwona dioda sygnalizująca niski poziom naładowania przedpotowego akumulatora trzęsącego się w koszyku na bidon. 

-Zajebiście! -mruknął pod nosem. 

W przygasającym świetle jego 5W halogenu migały mu kolejno szybko mijane drzewa. Jak to w nocy bywa, wydawało mu się, że jedzie znacznie szybciej niż w rzeczywistości a niekiedy wyglądające wręcz na dwuwymiarowe otoczenie dawało niezwykły efekt. Wyjeżdżając na słabo oświetloną, prowadzącą przez łąki drogę do miasta stwierdził, że albo coś się zmieni o 180 stopni, albo do końca życia będzie niewolnikiem swych własnych tragedii. Tak rozmyślając, niemal w zupełnej ciszy przerywanej z rzadka przez miarowo cykającą SRAM-owską Plasmę, ruszył w kierunku domu.

(...)

Od samego rana chodził podekscytowany czekającym go wieczorem zastanawiając się co chwilę, czy aby nie wzbudzi to podejrzeń Kaśki, ale ta wyjątkowo wydawała się być dziś zajęta jedynie swoimi sprawami. 

-Kasiu, dziś wieczorem wychodzę. Idę na spotkanie ze starym kumplem, spotkałem go wczoraj na rowerze. Obiecał, że może pomóc mi w znalezieniu pracy.

-Byle byś nie siedział za długo. Ostatnio częściej jesteś tu gościem niż mieszkańcem - odparła nadzwyczaj spokojnie.

Spojrzał na nią dłużej niż zwykle, nieco zaskoczony, przez ułamek sekundy chcąc nawet pocałować wychodząc ale szybko uznał, że mogłoby to wyglądać zbyt podejrzanie. Tak dawno tego nie robił. Wszedł do łazienki i z czeluści szafki wygrzebał niebieskawe perfumy Calvin Klein, których w swojej obecnej sytuacji używał tylko na wyjątkowo specjalne okazje. Psiknął się jedynie 3 razy odstawiając na miejsce prawie pusty już flakonik a kiedy zamykał drzwi zdążył jeszcze złapać spojrzenie Kaśki, którym go właśnie zmierzyła.

(...)

Pod domem Izy był prawie punktualnie, tzn. 10 min. przed czasem bo nienawidził się spóźniać. Tak samo nie lubił przychodzić za wcześnie, więc krążył jeszcze przez długą chwilę po okolicy łapiąc się na tym, że czasem sam boi się swoich głupich nawyków. Stojąc o 18:00 pod domofonem poczuł paraliżujące, mrowiące uczucie biegnące przez całą klatkę piersiową. Trzymając palec tuż przed guzikiem musiał wyglądać jak kukła, bo właściwie przestał nawet oddychać. Zamiast Izy w seksownej, czarnej bieliźnie (a właściwie to już bez niej), miał teraz przed oczami Kaśkę i swoich chłopaków. Chwilę później, słysząc kilkusekundowe "bzzzzzt" domofonu jego myślami targały na przemian uczucie ulgi i drugie, którego nawet nie chciał nazywać. 

-To ja, Piotrek -prawie wyrzucił z siebie niczym skazaniec mówiący swe ostatnie słowa zdając sobie właśnie sprawę, że żadnego ułaskawienia nie będzie.

-Wejdź proszę - usłyszał dźwięczny, spokojny kobiecy głos, po czym furtka stanęła przed nim otworem. 

-Gdy otworzyła mu drzwi, nie oparł się przed szybkim otaksowaniem jej wzrokiem, czego tak mocno nie lubią kobiety. Obcisła, czarna bluzka i najzwyklejsze, aż za bardzo dopasowane jak na jego możliwości bycia wiernym jeansy odebrały mu na chwilę możliwość normalnego wysławiania się. 

-Ttto dla ciebie -z zająknięciem ale i wymownym uśmiechem wręczył jej butelkę wytrawnego wina. 

-Wejdź proszę - miękko odpowiedziała Iza, po czym jej zapach na chwilę zawrócił mu w głowie. 

Ciekawie, ale dyskretnie rozejrzał się po mieszkaniu. Honorowe miejsce w przedpokoju zajmował karbonowy Cannondale z jedynym w swoim rodzaju widelcem Lefty. 

-Jeszcze je produkują? - rzucił z uśmiechem przypominając sobie, jak dawno, zbyt dawno temu miał okazję jeździć na węglowym Raven-ie.

-Co więcej, wychodzi im to całkiem dobrze -odpowiadając ze szczerym uśmiechem powiedziała Iza.

Spojrzał na nią, patrzył dość długo, po czym będąc pewnym swoich słów z poczuciem "weź się chłopie w garść", zaczął trochę zbyt ciężko:

-Posłuchaj, powiem Ci...

Niemal w tej samej chwili z dalszej części domu usłyszał odgłos otwieranych drzwi, po czym do pomieszczenia wbiegła 8-śmio letnia na oko, dziewczynka.

-Dobry wieczór! -powiedziała, po czym stanęła na środku i z dziecięcą ciekawością zaczęła przyglądać się nieznajomej jej osobie.

Piotrek był drugi już tego dnia zamurowany i całkiem szybko jak na galopadę myśli, którą miał właśnie w głowie zapytał Izy:

-To twoja... córka?

-Tak Piotrek, to moja córka-Ania. -Aniu mówiłam ci, żebyś poczekała na mnie w pokoju.

-Przepraszam i do zobaczenia - nadzwyczaj posłusznie odpowiedziało dziecko, po czym ociągając się poszło do siebie.

-Piotrek, posłuchaj. Mam teraz swoje własne życie; może nie idealne ale nie zniszczę go. Chciałam ci o tym powiedzieć zanim nie będziemy mogli już zawrócić i ze względu na to, co kiedyś na łączyło.

-Może nadal łączy? Cicho, jakby do siebie powiedział on.

-Piotrek...

-Przepraszam, nie będę cię już niepokoił - powiedział na wydechu - po czym wziął płaszcz i odwrócił się do wyjścia, gdy wiedziony impulsem zawrócił, wziął jej twarz w swoje ręce i pocałował a ona, chyba zbyt oszołomiona nie próbowała go odpychać. Po dłuższej chwili otworzył oczy, spojrzał na nią i powiedział:

-Nie pamiętaj mnie źle.

"No i masz swój zwrot o 180 stopni", powiedział ciężko sam do siebie zamykając furtkę i zanurzając się w ciemną, zimną noc.

(...)

Dwa tygodnie później, siedząc przed komputerem odebrał telefon od rekruterki zapraszającej go na spotkanie. 

-Teraz lub nigdy, mruknął do siebie. Albo to ten zły sen się skończy, albo chyba zwariuję - dokończył patrząc z okna na jesienną, przygnębiająco szarą ulicę jego miasta i jadącego nią, szybko kręcącego korbą, rowerzystę.

-Powtarzasz się - dodał po chwili.

poniedziałek, 07 listopada 2011
~II~ ~II~ cz. 2

-Ty wciąż jeździsz? - wyrwało im się obojgu niemal w tym samym czasie.

Piotrek stał uśmiechnięty z szeroko otwartymi ustami ze zdziwienia, więc to ona jako pierwsza rzuciła:

-Chyba sprzęt nie działa ci tak dobrze, jak kiedyś.

-Nn... nieee, wymaga tylko wprawnych rąk - palnął, po czym zrozumiał dwuznaczność czerwieniąc się pod kaskiem, co nie uszło jej bacznej uwadze i roześmiała się promiennie. Sam się sobie dziwił, że zapomniał jak rozmawiać z kobietami, a przecież kiedyś nie miał z tym najmniejszych problemów. Chyba jestem bliżej 40-stki, niż 30-stki, po raz pierwszy w życiu przyznał się przed samym sobą. 

-Po prostu zbyt długo był nieużywany - jęknął, a ona spojrzała na niego swymi ciemnymi oczami w ten sam sposób co kiedyś i poczuł przyjemny dreszcz na plecach. Doskonale pamiętał Izę ze studiów. On właśnie je kończył, ona zaczynała, ale łączyła ich wspólna pasja do rowerów i oboje jeździli w raczkującej wówczas sekcji MTB na AZS-ie. 

-Świetnie wyglądasz - powiedział szczerze i tym razem pewnie, odzyskując wiarę w swoje dawne siły a ona uśmiechnęła się delikatnie z tym samym błyskiem w oku, który ujrzał na początku. Co więcej wydawało mu się nawet, że tym razem to jej twarz objął delikatny rumieniec, ale skrzętnie ukrywała ją w burzy swych długich włosów, więc nie był tego pewien. 

Piotrek przedłużył swój rowerowy wypad o dobre kilkadziesiąt minut wracając z Izą nieśpiesznym tempem do miasta, chcąc jak gdyby niemym słowem opóźnić nieubłagany moment rozstania. Znów czuł się jak za najlepszych lat swojego życia mogąc z nią prowadzić nieskończone rozmowy o wyższości Joyce'a nad J.D. Salinger's, lub po prostu patrzeć na nią przeczesując jej włosy. Nigdy nie uważał się za romantyka i nigdy nim nie był, ale dziś zdał sobie sprawę z tego, że człowiek dojrzewa lub dziecinnieje, ale nic nie trwa wiecznie stojąc w miejscu. Z nastroju otrząsnęły go zapalone już latarnie przy jego osiedlu. 

-Cholera, chyba się "zasiedziałem" - przeklął w myślach spoglądając ukradkiem na zegarek.

-Spotkajmy się w sobotę, pokażę ci, jak się jeździ - rzucił uśmiechając się kątem ust, po czym czekał na jej słowa jak na wyrok, lub ułaskawienie zachowując kamienną twarz pokerzysty. Spojrzała na niego przeciągle, ułamek sekundy dłużej niż wymagała by tego odpowiedź, po czym z równie zamaskowanymi uczuciami, których sens na siłę starał się odgadnąć, rzekła zawadiacko mrużąc oczy: 

-Tylko przyjedź na działającym sprzęcie, żebym nie musiała ci pomagać - po czym miękko kręcąc odjechała dalej, a światła latarni w jakiś niesamowity sposób oplatały jej nogi w czarnej lycrze. 

Wstawiając swego Marin-a do piwnicy Piotrek wiedział, że przesadził. Nawet widział już minę Kaśki witającą go w domu. Nie mógł jednak pozbyć się pozytywnego uczucia, że życie potrafi czasem zaskoczyć. Nawet takiego człowieka, jak on a uważał się za faceta, którego niewiele rzeczy jest w stanie zdziwić. Raz jeszcze spojrzał na Marin-a, po czym wychodząc klepnął go w kierownicę.

-Jak za dawnych czasów, co, stary? - powiedział patrząc na rower i zaśmiał się głośno, co nie uszło oczom i uszom wścibskiej, grubej baby-jego sąsiadki, która miała nieopisaną właściwość pojawiania się znikąd. Jako cyrkowy magik musiałaby zrobić furorę.

-Dobry wieczór! - rzucił szybko, po czym nie czekając na odpowiedź niemal wbiegł do góry po schodach. Drzwi otworzył zdecydowanie ciszej, niż robił to zwykle.

-Jakie to głupie - pomyślał, po czym wszedł do domu.

-Co, fajnie było na rowerku? Na powitanie rzuciła mu Kaśka a jemu przeszła ochota do czegokolwiek. 

-Wybacz, złapałem gumę - odpowiedział naprędce.

-Szkoda, że nie złapałeś jej parę lat temu! - syknęła złośliwie a on stanął jak wryty. Patrzył na nią siedzącą w fotelu i oglądającą setną powtórkę tego samego, durnego serialu, po czym z dziwnym, trudnym do opisania uczuciem podchodzącym pod samo gardło, jak gdyby chcącym wyrwać się na zewnątrz, powlókł się pod prysznic.

(...)

W czwartek dokładnie przeserwisował swój rower ciężką ręką wydając kilkadziesiąt złotych na nowe linki zastanawiając się, kiedy wreszcie ten koszmar się skończy i będzie mógł być normalnym, nie gorszym od innych klientem wybranych przez siebie, a nie szczuplutką zawartość portfela, sklepów. W piątkowy wieczór, siedząc z gazetą popatrzył krótko na żonę i szybko, chyba zbyt szybko, wyrzucił z siebie nie chcące od dłuższej chwili przejść mu przez gardło, słowa: 

-Umówiłem się na jutro z chłopakami na rower; chcemy wybrać się na wypad jak za dawnych lat.

-Chcesz to jedź, ale ja mam dość tego, że wszystko jest na mojej głowie. Może znajdziesz garnek złota w lesie? - odpowiedziała ze złością, po czym wyłączyła telewizor i mocno cisnęła pilota na regał idąc do kuchni. 

(...)

Tego słonecznego dnia, którego w najskrytszych myślach Piotrek nie mógł wyobrażać sobie lepiej, Iza wyglądała jeszcze lepiej, niż ostatnio.

-Cześć! - rzuciła dźwięcznie błyskając białymi zębami w uśmiechu. 

-Gotowa na dobrą zabawę? Odpowiedział tym, co mu ślina przyniosła na język zapominając o wszystkim, co przygotował sobie w myślach parę chwil wcześniej.

-O to samo mogłabym zapytać ciebie, odparła jak gdyby zbyt domyślnie, na co nie omieszkał zwrócić uwagi. 

-A więc na koń! Uśmiechnął się do niej i wystartował do przodu. Na dzisiejszy wypad wybrał najlepszą trasę, jaką pamiętał z niegdysiejszych treningów. Dającą z siebie wszystko to, czego mógł oczekiwać prawdziwy mountainbiker. I mountainbikerka, rzecz jasna. Przesmarowane elastomery jego żółtego Indy'ego jak gdyby zaczynały budzić się do życia. Zacisnął nieco mocniej palce na polerowanych klamkach hamulcowych Avid-a, a stare, ale jedyne w swoim rodzaju V'brake-i Ultimate przyblokowały tylne koło, po czym szybkim ślizgiem od lewej do prawej strony bardziej efektownie niż efektywnie (co dziś było jego priorytetem), pokonał śliską, korzenistą ściankę. Jednak i Iza na swoich tarczówkach nie była wcale gorsza. Wyginając się w taki łuk, że z zachwytu mało nie spadł z roweru, bezbłędnie zjechała na dół. 

(...)

Tak jak wszystko ma swój początek, ma i koniec. Kilka rowerowych i jedno przy winie spotkań później Piotrek doskonale wiedział, że w końcu musi przejść do punktu B, bo faceci stojący w miejscu takich kobiet jak Iza nie pociągają. 

-Masz kogoś? Wypalił prosto z mostu niemal dusząc się nadmiernie na tą chwilę dawkowanym izotonikiem i wgłębi serca ciesząc, że szerokich na 3 centymetry źrenic jego oczu nie zdradzają ciemne okulary Rudy Project'a, jednego z ostatnich znaków dawnych dobrych czasów.

-Zależy, co przez to rozumiesz, uśmiechnęła się po raz pierwszy smutno skrzętnie starając się, aby umknęło to jego uwadze. 

-Przepraszam, nie chciałem być zbyt nachalny.

-Nie jesteś. Po prostu moje życie nie jest już takie, jak kilka lat temu - odpowiedziała cicho.

-Robi się ciemno i zimno, przeziębisz mi się jeszcze - z łagodnym, czułym uśmiechem odparował Piotr. Mam propozycję, spotkajmy się w lepszych okolicznościach i pogadajmy jak za dawnych lat.

-Spojrzała na niego przeciągle, po czym wpięła się blokami w pedały i okryta zmrokiem tak, że z jej twarzy nie mógł niczego wyczytać, szepnęła: -Wpadnij do mnie jutro wieczorem, adres chyba pamiętasz, po czym usłyszał miękki odgłos opon jej roweru na szutrze.

-Weź się w garść, Piotrek - powiedział sam do siebie, po czym włączył przymocowaną na kierownicy, staruteńką halogenową Sigmę i zasuwając się pod szyję, z zimnym dreszczem, który właśnie nie wiadomo skąd pojawił się na jego ciele, ruszył do domu.

 

Trzecia, ostatnia część w opracowaniu.

niedziela, 06 listopada 2011
~II~ ~II~

Piotrek, jak od dłuższego już czasu niemal codziennie, siedział przed telewizorem trzymając w ręce gazetę. Brał ją właściwie tylko jako dosadną wymówkę, aby nie rozmawiać z żoną siedzącą obok. A przynajmniej rozmawiać najmniej jak to tylko będzie koniecznie. Trzymał ją więc prawie na wysokości oczu, choć od 30 minut nie przeczytał ani jednego zdania bezmyślnie wpatrując się w ostatnie słowo, którego znaczenie zarejestrował jego mózg: "otwarcie". Od 5-ciu miesięcy był bezrobotny (tak naprawdę od 6-ciu, jednak sam przed sobą skrzętnie ukrywał prawdziwą datę), ale wolał mówić "poszukujący pracy". 

Piotrek był mocno po 30-stce i zaczynał się właśnie zastanawiać, co mu w życiu wyszło, a co nie. Powoli, od kilku lat jakby obawiając się nagłego przejrzenia na oczy dochodził do wniosku, że "zdroworozsądkowe" małżeństwo jak mówiła matka jego żony (teściową, lub co gorsza mamą nie nazywał ją nigdy) skierowało wszystkie jego marzenia i wyobrażenia o swoim życiu na boczny, gorszy tor. Co gorsza ślepy, a jadący pociąg nieuchronnie zbliżał się do momentu wykolejenia.

-Gdybym wówczas, na tej imprezie nie... -zaczął w myślach nie kończąc. Nagłe pojawienie się dwójki dzieci przeważyło szalę z jego dotychczasowymi wyobrażeniami na temat czekającej go przyszłości.

Kiedyś, mieszkając ze swoją dawną dziewczyną był szczęśliwy. Zarabiał nieźle, ona zresztą też i razem mogli czerpać z życia może nie garściami, ale powodów do narzekania zdecydowanie nie posiadał. Miał nawet swoją pasję-jeździł na rowerze. Nie była to jazda po bułki do sklepu; Piotrek mocno przykładał się do treningów w prawdziwym tego słowa znaczeniu, dzięki czemu na pierwszych w Polsce maratonach był znaną postacią. Bezwiednie uśmiechnął się nad gazetą, gdy zaczął myśleć o tych czasach. Mógł sobie pozwolić wówczas na rower, który dla przeciętnego Kowalskiego był odległy niczym piesza podróż na Księżyc i z powrotem w 24 godziny. Pełen szary XTR, oraz sprowadzone z zagranicy bajecznie kolorowe na tamte czasy części Chris King, Kooka czy Paul. Dziś w myślach wciąż potrafił dokładnie odtworzyć każdą linię tych komponentów jak i całego roweru. 

Wszystko to prysło kiedy poznał (choć to zdecydowanie nie było dobre słowo) Kaśkę. Jego ówczesny "wybryk" był oczywistym przyczynkiem dla końca starego życia i początkiem nowego. Nawet nie próbował się oszukiwać, że lepszego. Westchnął głośno, chyba zbyt głośno jak na czytanie gazety, bo oczy jego żony przez ułamek sekundy spoczęły na miejscu, w którym powinna znajdować się głowa Piotrka. W tym momencie jeszcze szczelniej okryta gazetą.

-Otwierają Mc Donald's-a -rzekła chrypliwie pomiędzy przełykaniem jednego, a drugiego solonego orzeszka, a może tylko tak mu się wydawało. 

-Uhm, wybierzmy się tam w weekend z dziećmi, odrzekł naprędce z nutą zgryźliwości, której ona oczywiście nie zauważyła.

Paleta zainteresowań Kaśki nigdy nie była zbyt obszerna, ale po ślubie stopniała jedynie do zakupów i jedzenia. No i oglądania telewizji, bez której nie mogła wytrzymać dłużej niż 10 minut. Piotrek kiedyś próbował nawet z zegarkiem w ręku zmierzyć jej czas bez patrzenia w to pudło, ale mu się nie udało. Niegdyś do powyższych można było dołożyć jeszcze sex, ale dziś? Ukradkiem zerknął na żonę spod gazety i cicho chrząknął przełykając ślinę. Od dawna wiedział, że nic do niej czuje i czuł nie będzie ale teraz nawet przestawała mu się podobać. A nawet zaczynała go brzydzić. Na szczęście dla Piotra, brzydzić sam sobą jeszcze się nie zaczął, choć momentami droga do takiego stanu wcale nie wydawała mu się być zbytnio odległa. Po ślubie Kaśka stwierdziła, że do pracy się nie nadaje a jest za klasycznym i tradycyjnym, jak to ujęła (choć nigdy nie podejrzewał jej o znajomość takich słów) modelem rodziny i zajmie się domem. Piotrek wciąż zarabiał dobrze, tu na szczęście nic się nie zmieniło. Kiedy na świat przyszedł jednak Fabian i Cezary (choć żona wolała mówić na niego Cezar, prawie jak na psa)-wynik procesów myślowych jego żony, pieniędzy było zdecydowanie za mało. Po pewnym czasie musiał sprzedać swój rower zostawiając sobie tylko treningówkę, ale i na niedawną pasję nie miał już czasu. Kiedy wieczorem wracał do kupionego na kredyt z pomocą swoich rodziców, 2-pokojowego mieszkania w bloku, jego psychika wystawiana była na niezwykłą próbę. Za każdym razem wiedział, czego się podziewać po otwarciu drzwi. Kaśka, oczywiście w fotelu przed telewizorem, a nieopodal niej Fabian i Cezary, krzykliwie bawiący się właśnie zdalnie sterowanym samochodem. Dla Piotra lubiącego ciszę i harmonię był to obrazek urzeczywistniający jego najgorsze sny ze studenckich jeszcze lat o tym, jak może wyglądać koszmar niewłaściwych decyzji. 

Na rowerze nie siedział od paru lat, ale pogoda w ten weekend nastroiła go wyjątkowo optymistycznie. Oczywiście Kaśka najchętniej sprzedałaby jego Marin-a ale on i tak za bardzo wyrzucał sobie, że jest pod jej pantoflem. A może tylko pod przytłaczającym płaszczem codziennej rzeczywistości. 

-Mieliśmy iść dziś do MC Donald's-a, usłyszał niemal kwiknięcie z okolic fotela.

-Pójdziemy jutro, będzie jeszcze lepsza pogoda, odrzekł szybko walcząc z rzepami dawno nie zakładanych butów chcąc jak najszybciej znaleźć się na klatce zatrzaskując za sobą drzwi.

-Wziąłbyś się wreszcie za zarabianie pieniędzy! - zdążyła jeszcze rzucić zgryźliwie, po czym usłyszała jedynie głuchy trzask.

Z namaszczeniem wyciągnął rower z piwnicy zabezpieczonej podwójnymi drzwiami. Swoją niegdysiejszą zimówkę traktował jak najlepszego przyjaciela, ale żona za nic na świecie nie pozwoliłaby wstawić "kupy złomu" do i tak niewielkiego mieszkania. Jadąc krętą ścieżką w pagórkowatym lesie szybko przypomniał sobie technikę jazdy, którą miał kiedyś doskonałą. Marin cierpliwie znosił każdy skok oszalałego ze szczęścia bikera z licznie występujących tam progów, a leciwy, pamiętający czasy młodości Piotrka, Indy SL może nie wybierał wszystkiego jak masło, ale działał i to wystarczało. W końcu stał bezczynnie ładnych parę lat w piwnicy. 

-Trzeba coś zrobić z tym życiem - pomyślał Piotr, a wizja powrotu do domu wydała mu się nieco lżejsza, choć nie napawająca optymizmem. Optymizmu zresztą od dawno już w sobie nie posiadał; był on luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić.

Już dawno złapał się na tym, ze ogląda się za innymi kobietami, ale tą idealną miał jedynie w swojej głowie. 

-Musi być piękna, musi i już! - myślał patrząc oczami wyobraźni na długonogą, fantastycznie zmysłową... no właśnie. Nie mógł sobie przypomnieć czy gdzieś już ją spotkał, czy były to tylko majaki nieszczęśliwego człowieka. Do pubów właściwie nie chodził, ale często jadąc samochodem, ostatnim azylem jego wolności łowił spojrzenia samotnych, jak mu się wydawało panienek. Jak sam uważał był już za stary na "romantyczne trzeszczenie o gwiazdach", ale w głębi serca wiedział, że czegoś mu brakuje. 

-Jeśli człowiek uczy się na błędach, to mógłbym służyć ludzkości jako encyklopedia, pomyślał kierując swój rower na drogę do domu. 

Wracając tą samą ścieżką zauważył rowerzystę, który mignął mu między drzewami. Jeszcze kilka lat wcześniej, mając świadomość swojej formy nikomu nie odpuszczał. Zawsze doganiał taki "target", a kiedy ten podejmował wyzwanie, gnębił go przeokrutnie z reguły wykańczając interwałami. Wiadomo, dziś siedział na rowerze po raz pierwszy od niepamiętnych czasów i długo nie wytrzymałby mocnego tempa, ale podstaw się nie zapomina a charakter zostaje przecież w nogach. Dokręcił nieco szybciej na tym samym biegu, bo zastałe w pancerzach linki uniemożliwiały poprawną ich zmianę a tym, czego najbardziej nie lubił był choćby najmniejszy zgrzyt w jego maszynie. Świetnym technicznie ślizgiem wszedł w zakręt i kolarz znalazł się tuż przed jego nosem.

Uff..., to dziewczyna! -wykrztusił w myślach patrząc na niesamowicie zgrabne nogi okryte czarną lycrą i kasztanowe włosy wyglądające spod kasku. O dziwo, chyba po raz pierwszy w życiu najpierw spojrzał na właścicielkę, zanim jego wzrok spoczął na sprzęcie. Zbyt długo nie siedział w temacie, żeby rozpoznać poszczególne części ale poznał klasę roweru. Ten-był na pełnym wypasie, jak to szybko określił, co u dziewczyn było czymś raczej niespotykanym. 

Ona-kątem oka widząc, że ma towarzystwo, przyspieszyła i nagle znalazła się dobre kilkanaście metrów przed nim zanim zdążył ochłonąć ze zdumienia. 

-Źle ze mną, pomyślał i ruszył w pogoń.

Dziewczyna jechała niesamowicie dobrze technicznie, a takie opanowanie tej umiejętności u rowerzystów zawsze budziło jego uznanie. Ścieżka zbliżała się ku końcowi i wiedział, że albo teraz ją dogoni albo chyba odbije w jakąś boczną drogę, bo do takich porażek nie był przyzwyczajony. Rowerzystka zbliżała się właśnie do zdradliwego, korzenistego uskoku wysuwając obłędny tyłek za siodło, za którym Piotr mógłby ślepo jechać na koniec świata, do czego zresztą zdążył się już przed sobą przyznać. Wyczuwając ostatnią szansę, wykorzystując swe umiejętności ale i nie bez pomocy farta zeskoczył z progu jako pierwszy meldując się na nieformalnej mecie. Czekał teraz na nią pragnąc podziękować za dobrą zabawę. Spojrzał na twarz ukrytą wśród kasztanowych włosów i... oniemiał. 

-Iza? - zdołał tylko wykrztusić.

-Pete? - jak za studenckich czasów, zawadiacko uśmiechnięta odparła z błyskiem w oku dziewczyna oparta o karbonowego Cannondale'a. 

 

C.D.N.

piątek, 04 listopada 2011
Świętokrzyskie, profilaktyczne oberwanie chmury


Świętokrzyskie... jak śpiewali Floyd-zi:

"The grass was greener,

the light was brighter,

the taste was sweeter,

the dawn mist glowing,

the water flowing,

the endless river"

Tak właśnie odczuwam to miejsce. Przemierzając palcem papierową mapę, żadna poziomica nie jest bezduszna a każdy odcień zieleni powoduje przyspieszone bicie serca. Gdy dwa lata temu, jeszcze jako team Profilactica mieliśmy wybrać się na jedno ze zgrupowań wiedziałem, że musimy trafić właśnie tam. W miejsce, które za kotarą nieprzeniknionego lasu urzeczywistnia najbardziej skryte sny każdego twardego mountainbikera. Za bazę wypadową obrałem pewien pensjonat pamiętający chyba czasy PRL-u, (co na promujących go zdjęciach zostało doskonale ukryte) nieopodal samego serca rytmicznie bijącej Puszczy Jodłowej. Co gorsza jedzenie również pamiętało PRL, co boleśnie odczułem drugiej nocy rzygając dalej niż widziałem. Przy czym oczy chciały wyskoczyć z głowy z powodu narastającego w niej ciśnienia. Ale zanim do tego doszło, mieliśmy właśnie piękny poranek a słońce ciekawsko zaglądało do pokoi przez szpary w oknach. Zadowolenie musiało wyraźnie malować się na mojej twarzy bo oto wiedziałem, że nic nie stanie na przeszkodzie, aby zrealizować mój diaboliczny plan przejechania jednego z najciekawszych szlaków Gór Świętokrzyskich. Start i meta w Rudkach, a clou programu Łysica wespół z Radostową. O ile oczywiście wszyscy tam dojadą, zdawał się podszeptywać mi w głowie jakiś diabelski głosik, po czym zawadiacko uśmiechnąłem się sam do siebie.

Kilkuosobowa grupka prezentowała wówczas różnorodny poziom sportowy. Wiecie jak to jest, ogolona łydka natarta rozgrzewającym kremem mogąca z powodzeniem służyć jako żywy rekwizyt uczący rozmieszczenia żył w tej części ciała dla studentów medycyny skonfrontowana z otłuszczonym, zarośniętym giczołem z reguły nie wróżą niczego dobrego. Oczywiście nikt nie wyrażał obaw co do czekającej nas trasy, bo i ja skrzętnie unikałem wszelkich zaczepek z pytaniami o to, gdzie dzisiaj jedziemy nie chcąc wywoływać niepotrzebnej paniki.

Zaczęliśmy skromnie, asfaltami. Jednak już na pierwszym, nieco błotnistym podjeździe pod Kobylą Górę na niektórych twarzach zaczęły uwydatniać się wiele mówiące grymasy. "Gdzie ten wariat na sprowadzi?", zdawała się krzyczeć mimika twarzy Marka. Koła buksują zamiatając niekiedy całą szerokość ścieżki, łańcuchy strzelają niczym poczciwe "Kałachy", ale tak samo jak i on nic się nie zacina. Pot zaczyna zalewać oczy, a okulary wędrują na kask. Następnie pokonujemy ekstatyczny sinle-track i zaczynami krótki, ale szybki, miejscami techniczny zjazd, który jest niemą muzyką dla moich uszu.

Chłopakom poprawiają się nastroje a i słońce zaczyna grzać coraz mocniej. Gdy dojeżdżamy do Dużej Skały i krótkiego, acz treściwego zjazdu godnego maratonów Grzesia Golonko, przypominam sobie mój pierwszy występ na tych włościach. Z dreszczem biegnącym przez wszystkie partie ciała myślę o tym, jak na śliskim korzeniu uciekło mi koło, po czym wpadając w dziurę podbiło je w górę, fundując strzał siodłem prosto w orzechy, a potem drugi i trzeci. Anatomicznym produktem Body Geometry od Speca, żeby nie było. Gdy kilka sekund później leżałem gdzieś w krzaczorach nieopodal szlaku nie mogąc przez dłuższą chwilę ciągnącą się niczym wieczność wykrztusić słowa wiedziałem, że następnym razem przyda się nieco więcej ostrożności. Dlatego też dziś wysunąłem tyłek daleko za siodło opierając na nim klatkę piersiową i zaciskając po jednym palcu na każdej z klamek. Osobiście nie widzę żadnej wirtuozerii w szybkim zjechaniu od punktu A do Z, uwielbiam za to powolne balansowanie na granicy "stójki" z prawie zablokowanym tylnym kołem. I udało się, jestem na dole, nie bez cienia emocji.

Nieco później jesteśmy już na czerwonym, głównym szlaku Gór Świętokrzyskich i wtarabaniamy się na Łysicę. Zabawne ile to wspomnień może łączyć się z jednym miejscem. Wręcz słyszę śmiech trójki bikerów, którzy dziś, jako duchy 9-cio letniego upływu czasu wspinają się na swych rowerach pod górę. Namacalnie czuję tamte emocje, gdy po raz pierwszy znalazłem się w takim terenie. Później czeka nas ukoronowanie trudów, czyli zjazd do Świętej Katarzyny najeżoną ostrymi jak brzytwa kamieniami ścieżką.

Na półmetku zjazdu, na ławeczkach, siedzi spora grupka młodzieży i ludzi, jak zwykł mawiać Kononowicz. Gdy cała nasza ekipa w czerwono-czarnych trykotach bezbłędnie pokonuje trudny zjazd, widzę w ich oczach ciekawość pomieszaną z podziwem i nieskromnie muszę przyznać, że wzrasta moje ego. Gdy chwilę później ostatni z nas wylatuje przez kierownicę prosto na spotkanie z Matką Ziemią, z wcześniejszych pozostaje tylko ciekawość. Czas zmykać.

Na niebie pojawiają się pierwsze chmury. Doskonale wiem, czego można spodziewać się po pogodzie w tych okolicach. Ze względu na najwyższe pasmo, często ścierają się tam ze sobą dwa fronty powietrza wynikiem czego burze tylko dla prawdziwych gór zarezerwowane. Już jako berbeć gdy słyszałem od dorosłych "od Świętego Krzyża idzie" wiedziałem, że należy oczekiwać wybitnego spektaklu światła i dźwięku. Z lekkim niepokojem patrzyłem więc w niebo, bo dla reszty chmury były tylko chmurami. Ot, takie urozmaicenie słonecznego dotąd dnia. Mruknąłem coś pod nosem i zaczęliśmy długi podjazd pod moją ulubioną Radostowę. Tzn. podjazd ów dla niektórych na tym etapie był już podejściem, a późniejszy zjazd zejściem co nie pozwalało sądzić, że zdążymy dojechać do domu z suchym grzbietem. Gdy niebo przybrało stalowo-szarą barwę zdążyłem już się domyślić, że raczej marnie zginiemy a i nie dałbym głowy, że nasze ciała spoczną w rodzinnym katafalku. 

Reszta dzielnej drużyny spodziewała się co najwyżej zwykłej burzy, co znów momentami wzbudzało w mojej głowie ten sam diaboliczny chichot, co na początku wyprawy. O naiwności.

Gdy opony naszych rowerów skalane zostały asfaltem między Radostową a Dąbrówką przeszło mi przez myśl, żeby nagiąć nieco rzeczywistość i nie wspominać o dogodnym skrócie do Rudek, a zahaczyć jeszcze o dwie następne, jedne z moich ulubionych zresztą, gór. Gdy tak biłem się ze swoimi myślami, dołączył do nas Marek, który całą Radostowę pokonał na piechotę. Widząc ten obrazek pękłem i ujawniłem skrót myśląc, że skręt w prawo już przesądzony. Chłopakom chyba jednak zagrała ambicja, bo demokratycznie przegłosowaliśmy wizytę na Paśmie Masłowskim. Hihihi, szeptały myśli.

Gdy dotarliśmy na szczyt Dąbrówki w międzyczasie pokonując pionowe prawie podejście i znajdując coraz to nowsze, zaskakujące nazwy dla naszych rowerów i kolarstwa, poczułem stuknięcie na moim kasku. Pierwsza kropla deszczu. Po niej można wiedzieć, czego zaraz się spodziewać. Chwilę później grube, upasione wręcz krople bębniły już w najlepsze a ja właśnie zdałem sobie sprawę, jak nierealnie wręcz daleko na obecną chwilę mamy jeszcze do Rudek. W przeciągu kilku minut z jasnego dnia zrobiła się szarówka, a każdy z nas miał już na sobie przezornie zapakowane wcześniej do plecaków wiatrówki. Chwilę później ciemny już las rozżarzyła pierwsza, ponuro grzmiąca błyskawica. Zjeżdżając z Klonówki przy kakofonii chyba wszystkich możliwych złowrogich dźwięków rozwścieczonej przyrody zastanawiałem się, czy wszyscy jadą bo nie widziałem dalej jak na 2 metry. Szeroka szutrówka w mgnieniu oka zamieniła się w rwący potok spychając słabszych technicznie w sobie tylko znane miejsca. 

Nieco później, stojąc pod wiatą cudownie postawionego chyba w tym miejscu przystanku każdy z nas bił się z myślami i na swój sposób starał przygotować do przejechania kilkudziesięciu kilometrów przy temperaturze może 10-ciu stopni. Obmierzłych popłuczyn wcześniejszych 26-ciu. Przestało być śmiesznie, gdy z zimna zaczęło trząść mi się całe ciało, a niedawne "hihihi" w mojej głowie wstydliwie podkuliło ogon i zamilkło na dobre. Koniec końców zarządziliśmy odwrót, bo deszcz zamiast ustawać, zaczął przybierać na sile wbrew wszelkiej logice. Pierwsze metry były katorgą z racji tego, że drżące ręce nie były w stanie prosto i pewnie trzymać kierownicy. Każdy skrawek mojego ciała pokrywała gęsia skórka spowodowana przenikliwym zimnem i wszędobylską wodą. Nie wiedziałem, co dzieje się w głowach chłopaków, ale nie wyglądało to dobrze. W złowrogiej ciszy jechaliśmy przed siebie a ja nie miałem nawet zamiaru informować ich, ile jeszcze do mety. Czy wiecie jak to jest ocierać oczy przemoczoną do granic możliwości rękawiczką dodatkowo je zalewając? Koniec końców opracowałem autorską technikę jazdy z, na przemian, otwartym raz jednym, raz drugim okiem. Zabawne jednak jak wydawałoby się, ekstremalne przeżycia, dodatkowo cementują człowieka z rowerem-swoistym narzędziem dobrowolnych tortur i całym tym kolarstwem. Po pewnym czasie wszyscy jak jeden mąż wypatrywaliśmy dużych ciężarówek, które mijając nas wylewały na wszystkich hektolitry wody spod kół, która to zdążyła się nagrzać od ciepłego jeszcze asfaltu.

A w Rudkach, pod naszym pensjonatem pamiętającym czasy PRL-u szczęściu nie było końca. 

"The grass was greener..."



środa, 14 września 2011
"Na otro"

Jakiś czas temu zamieściłem na blogu notkę opisującą korelacje rowerzystów z rdzennymi mieszkańcami wsi. Zainspirowany wczorajszą rozmową ze znajomym, postanowiłem poruszyć temat: "bikerzy contra kierowcy samochodów". Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zostanie on wyczerpany a jedynie nakreślony, ale jak zawsze opieram się na własnych przeżyciach co zapewne uatrakcyjni Wam czytanie :-)

Żeby zacząć tą historię, należy cofnąć się w czasie do ostatnich lat podstawówki, kiedy to jeździłem na rowerze Grand G-300. Wspominałem o nim kiedyś; zresztą te wspomnienia na tyle wryły się z mą pamięć brukając resztki psychicznej normalności, że już nigdy się ich nie pozbędę. Ale nie o Grandzie dzisiejszy temat, więc do rzeczy. Otóż siedziałem sobie pod sklepem rowerowym oglądając popisy rowerowych wycinaków z mojego miasta. Rzecz działa się na dość stromej górce. Nagle, jeden z nich postanowił wykonać popisowego bunny-hop'a tuż przed moim nosem, przy czym rozpędzony nie zauważył jakiegoś zabłąkanego piechura, który Bogu ducha winien zdążał wprost pod jego koła. To znaczy zauważył, ale w momencie, gdy jego opona znalazła się na wysokości czerepu owego poczciwiny. Facet w ostatniej chwili zdążył uskoczyć, na co biker po wylądowaniu odwrócił się, posłał mu wiązankę taką, że Pasikowski by zbladł, po czym moc swych słów przypieczętował wystawieniem środkowego palca prawej ręki. Ja-oniemiałem. Oto zobaczyłem przecież prawdziwego Pros-a w akcji! Stałem więc brutalnie zgaszony niczym światło w łazience nie mogąc pozbierać szczęki z chodnika. Naiwnie wysnułem jeszcze bardziej naiwny wniosek, że im lepiej jeżdżący biker, tym mocniej pasuje do niego takie zachowanie. Widziałem jedno: Pros-i po prostu pokazują wszystkim "fakasy" i żeby stać się jednym z nich muszę zrobić to samo.

Tak też poznałem przedstawiciela pierwszej z opisywanych dziś frakcji samochodziarzy:

Rycerze ortalionu. Co prawda ze średniowiecznym Zawiszą Czarnym nie mają wiele wspólnego, za to łączy ich zamiłowanie do "szelestów", wstręt do każdego, kto nie porusza się w 20-letnim BMW i ryj myślą nie skażony. Gdy takiego napotkasz, dowiesz się nieznanych faktów o sobie i swojej matce, a resztę opowie zapłakana rodzina gdy wybudzą Cię z narkozy w miejskim szpitalu. 

Ja przyjemność spotkania z takim jegomościem miałem niedługo po opisywanych wcześniej wydarzeniach. Jechałem sobie spokojnie mym Grandem G-300, gdy przed stacją benzynową zauważyłem kumpla z dwoma przepięknymi laskami. Stwierdziłem, że trzeba do nich zagadać, a wartość mej osoby znacznie wzrośnie w oczach dziewcząt gdy wykonam na Grandzie jakąś ewolucję. To oczywiście już w założeniu nie mogło się udać (ewolucja rzecz jasna, nie zagadanie). Kiedy więc niezdarnie próbowałem zmusić do lotu 20-kilogramowego, stalowego Granda-nielota (to tak, jakby łudzić się, że nagle struś wzbije się w przestworza), tuż przede mnie z rykiem wyjechało, wierzcie lub nie, BMW. Rycerz nie chcąc mnie rozpłaszczyć na asfalcie niczym muchę dał po hamulcach, a ja wiedziony nagłym impulsem i tym, co sobie właśnie przypomniałem, tuż przed jego szybą wystawiłem rękę ze środkowym palcem. Gdybym spojrzał wówczas w ogorzałą twarz rycerza wiedziałbym, że ta historia może skończyć się dla mnie tylko OIOM-em. Ale byłem z siebie dumny bo wiedziałem, że teraz to ja dla dziewczyn jestem Pros-em. Kiedy kilka sekund później (co, jak na procesy myślowe rycerzy jest wynikiem znakomitym, tudzież zaskakującym) ponownie usłyszałem ryk silnika tyle tylko, że tym razem wespół z piskiem opon powinienem był się domyślić, że najwyższy już czas, aby spierdalać. 

Kiedy po chwili usłyszałem tubalny głos rycerza, który w prostych, rzeczowych słowach opisywał mą osobę i to, co o mnie myśli powinienem był się zamknąć i przełknąć tą gorzką pigułkę, ale niestety scenę tą oglądał wspomniany kumpel i co gorsza, obydwie laski. Cóż było robić. Zwyzywałem dresa tak, że sam się przestraszyłem i chciałem ruszyć w swoją stronę, lecz ten nie dał za wygraną i z piskiem opon ruszył za mną. Zrobiło mi się gorąco, więc daję w prawo a ten za mną. Ja w lewo, a za sobą słyszę znajomy już ryk silnika. W końcu rycerz i jego BMW się zmęczyli, po czym ruszył w swoją stronę rzucając na odchodne, że doskonale zapamiętał mój ryj i dodał coś o potrzebie identyfikacji zwłok przez matkę. Ja spojrzałem tylko na drugą stronę ulicy, gdzie stał blady jak ściana kumpel i dwie laski o takim samym wyrazie twarzy, po czym do domu wracałem o pół godziny dłużej nad rzeką, bo tam nie było drogi dla samochodów i mogłem czuć się względnie bezpiecznie.

Następnym rozdziałem w tej opowieści są tzw. "mazgaje".

Człowiek taki patrząc prosto na Ciebie wjeżdża w Twój rower, po czym wyciąga portfel zanim jeszcze Ty zbierzesz się z asfaltu. Do tego żywo gestykuluje, robi wrażenie jakby pierwszy raz siedział z kółkiem a jego lament słychać w drugiej części miasta. Spotkałem takiego raz, był to dziadek wyjeżdżający z osiedlowej uliczki prosto na mnie. Na szczęście prędkość była na tyle niewielka, że tylko przestawił mi rower o kilkadziesiąt centymetrów. Niestety zrobił taką scenę rozpaczy, że chciałem się jak najszybciej stamtąd ulotnić. 5 min. później, bogatszy o 100 zł. zasuwałem do zaprzyjaźnionego sklepu rowerowego na zakupy.

Następni są kamikaze, którzy prują do celu bez względu na ofiary. Z tym, że w tym przypadku ofiarą zawsze jest rowerzysta. Spotkałem taką wariatkę (bo była to kobieta) w Warszawie na ulicy Puławskiej, kiedy to zostałem przez nią wyprzedzony, a następnie zajechano mi drogę gdy chciała skręcić w prawo. W wyniku tego manewru uderzyłem w nadkole, przeleciałem przez maskę po czym katapultowało mnie do rowu parę metrów dalej. Szczęście w nieszczęściu, że lądowałem na miękkiej ziemi. Wierzcie lub nie, ale gdy wygrzebywałem się z powrotem na powierzchnię, obok samochodu stał już patrol policji. Całość skończyła się nieopodatkowaną darowizną 300 zł., przetartym siodłem Flite i plecakiem Author. 

Ostatnią frakcją są po prostu dziadkowie, którzy nie widzą, nie słyszą a ich serce bije w tempie niedźwiedzia brunatnego, który właśnie zapadł w sen zimowy. Miejscem akcji był podwarszawski Grójec i wówczas mocno zastanawiałem się nad prawdziwością powiedzenia "Czesław spod Grójca". Byłem wówczas jeszcze na tyle szalony, że w wakacje śmigałem sobie krajową 7-ką z Warszawy do rodzinnych Starachowic. I tak właśnie było tego dnia z tym, że we wspomnianym Grójcu dziadek z miną pokerzysty wjechał we mnie swym samochodem. Dobrze, że nie jeździłem wówczas jeszcze na ultralekkim, 1100g. SID-zie, tylko na 1500 gramowym Suntour-ze (choć po tuningu ze stalowymi sprężynami od Simsona i uszczelkami Rock Shox ważył dobre 100-150g. więcej). Także nic mi się nie stało, a amortyzator przyjął na siebie całą energię uderzenia, rzeźbiąc przy tym w samochodzie dziadka bruzdę od wlewu paliwa do przedniego reflektora. Ogółem było słabo, bo do domu miałem ponad 100 km., a tu takie rzeczy. Na szczęście okazało się, że jedynie koło ma lekką centrę i da się jechać dalej. W dodatku w minutę po całym zdarzeniu otoczyła nas chmara meneli spod miejscowego sklepu, chcąc linczować gościa, przy czym każdy z nich krzyczał "Ja wszystko widziałem, ja wszystko widziałem!!!", charcząc przy tym od przesączonego przez szmatę denaturatu. Niemniej byłem im wówczas niezmiernie wdzięczny.

Tak właśnie kończy się ta historia, choć co do tego nigdy nie ma pewności. I tak życie napisze swój własny scenariusz. Jeśli i Wy możecie coś dodać-zapraszam do dyskusji. 

czwartek, 04 sierpnia 2011
Planeta małp

Zdecydowana większość z nas dąży do doskonałości. Szczególnie my, kolarze musimy zmagać się ze swoimi słabościami, bólem i co chyba najważniejsze-psychiką. Wynikiem tego dwa słowa i jedynie dwie możliwości; zwyciężasz, albo przegrywasz. Na pewno doskonale pamiętasz ile to razy choćby w zabawie, na spontanicznym wypadzie z kolegami starałeś się udowodnić ile jesteś wart. Podobnie na maratonie; tam jesteś swego rodzaju cyborgiem. Często nie liczy się sprzęt, on może się rozpaść ale Ty musisz być lepszy niż Ci, z którymi się właśnie ścigasz. Nie liczy się też palący ból ud, kiedy sprintem pokonujesz ostatnie metry. Możesz zapomnieć o tym, jak nie mogłeś złapać kolejnego oddechu a brak tlenu próbował rozerwać Ci płuca. Nie zapomnisz jednak o jednej rzeczy: przegranej.

Z tym jest nam najciężej się pogodzić. Po co wylewałeś litry potu na treningach, skoro akurat dziś objechał Cię ten, po którym byś się tego nie spodziewał. Jeździmy więc, a często wręcz zarzynamy nie przyznając się przed nikim, że jest ciężko. Jedynie w naszych głowach potrafi się toczyć heroiczna walka myśli z myślą, w płucach wdechu z wydechem a w nogach mięśnie próbują nadążyć za tym, czego oczekuje od nich umysł.

Ja i wielu moich znajomych mamy oczywiście tak samo. Bardzo dobrze pamiętam mój i kumpla zimowy wypad do Kampinosu, podczas którego zrobiliśmy grubo ponad 100 km. Kupa śniegu a mróz tak przenikliwy, że gdybym w tamtej chwili się rozebrał i stanął przed lustrem, mógłbym z powodzeniem służyć za idealny model dziewczyny a nie chłopaka. Byliśmy wówczas na bardzo zbliżonym do siebie poziomie wytrenowania i co gorsza żaden z nas nigdy, przenigdy nie przyznałby się drugiemu do swojej słabości. Że za szybko, że ja już nie mogę. Kiedy wracaliśmy z tego cholernego Kampinosu asfaltem z wiatrem prosto w nasze dwa nieugięte ryje, obaj wiedzieliśmy jedno. Że każdy z nas będzie naciskał na pedały jeszcze mocniej aż w końcu któryś się podda. Tyle, że żaden z nas tego nie przewidywał.

Cały czas "szliśmy" po zmianach, z których każda była mocniejsza od poprzedniej. Obaj byliśmy w stanie przedzawałowym ale gdyby tylko nasz wzrok się przeciął, choćby na ułamek sekundy, każdy na tą jedną chwilę nadałby swojej twarzy wyraz nadzwyczaj spokojny (zamiast mordy w kolorze dojrzałego buraka), jak na popołudniowej herbacie a może nawet zdobyłby się na uśmiech. Zmiany były więc coraz mocniejsze a my zaczęliśmy wydawać dźwięki do złudzenia przypominające gwizdawkę w parowozie. W końcu tempo zaczęło spadać, spadało, spadało aż obaj się zatrzymaliśmy i zgodnie stwierdziliśmy, że się ZAJEBALIŚMY. Tak, byliśmy zajebani bo chyba tylko to właśnie słowo oddawało urok stanu, w którym się właśnie znajdowaliśmy. No więc zima na całego, mróz i śnieg, do domu dobre kilkadziesiąt kilometrów a my nie mieliśmy już nawet rezerwy mocy. Co więcej skończyło nam się picie i jedzenie a jak na złość było to niedzielne popołudnie i otwartych sklepów brak. Jedyne, na co mieliśmy siłę to siąść na przydrożnym murku i siedzieć. W tym mrozie siedzieliśmy tam z dobre pół godziny zanim mogliśmy w emeryckim tempie przy akompaniamencie szczękających zębów ruszyć dalej naprzód.

Inny przykład: trening podjazdów na Agrykoli. Swego czasu wybrałem się na tą znaną wszystkim Warszawiakom górkę aby poćwiczyć podjazdy. Z reguły robię tam 30 powtórzeń. Przy 10-tym dojechał do mnie jakiś facet i również zaczął wspinać się na górę. Nie był to mój dzień, formę miałem jakąś słabą a przy tym miałem już w nogach te 10 podjazdów. Niemniej jednak gość jechał na moim poziomie (co pierwszy raz mi się zdarzyło), także nastąpiła tzw. nieformalna rywalizacja. Po kolejnych 10-ciu podjazdach żaden nawet na milimetr nie zbliżył się do drugiego, a ułańska fantazja rozsadzała przecież umysł. Stwierdziłem więc, że należy pomóc szczęściu i na zjazdach gdy gość nie widział przyjmowałem aerodynamiczną pozycję by jak najszybciej znaleźć się na dole i szybciej móc ruszyć do góry. No cóż, lekkie nagięcie nieformalnych zasad. W końcu zrobiło mi się głupio więc odwróciłem się, patrzę, a tu gość dokręca na maksa przy czym gdy tylko zobaczył mój wzrok z pokerową miną "na luzie" zjeżdżał dalej na dół. Komedia; jeden dokręca drugi się składa.

Tak więc nieustannie dążymy do doskonałości. Sądzę jednak, że warto czasem wrzucić na przysłowiowy luz. Nie zawsze się wygrywa, nie zawsze jest tak, jakbyśmy tego sobie życzyli. Oczywiście skrystalizowany widok perfekcji gdzieś tam, przed nami jest siłą napędową motoru zwanego kolarstwem. Warto być coraz lepszym ale od bycia nim często lepsze jest samo próbowanie, by to osiągnąć. Raz na jakiś czas bowiem zdarza się, że zamiast wygranego można wyhodować potwora.

 
1 , 2 , 3