Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
niedziela, 27 kwietnia 2014
Just do your job - Daleszyce

Pierwszy maraton w sezonie zawsze budzi emocje. A przynajmniej powinien. Bo jeśli nie, to po co w nim uczestniczyć? Zawsze czekałem na kwietniowe ściganie. Pamiętam starty w upale, w deszczu, a nawet w śnieżnej zadymce. Trasa wokół Daleszyc spodobała mi się już za pierwszym razem. Ot, taka nieco inna forma miłości. Ciekawe, czy dwustronnej?

Jak mówią doświadczeni, żeby jeździć, trzeba jeździć, więc jak co roku, solidnie przygotowywałem się do sezonu. Biegając po ciemku w pełnym błota lesie, często czułem się jak szczur. Brak słońca, wielokrotnie chęci. Ale robiłem swoje i wiedziałem, że będzie dobrze. W przeddzień maratonu, usiadłem sobie na trawie i zacząłem przygotowywać rower. To dla mnie swoisty rytuał, bez którego chyba bym nie wystartował. Brunox na golenie SID-a, następnie cienki filtr smarujący z Finish Line Stanchion Lube. Po kropli teflonowego oleju na każdy ze sworzni obu przerzutek. Delikatna warstwa silikonowego smaru Shimano SIS SP41 na linki. Troszkę Rohloff’a na wszystkie, błyszczące ogniwka seksownie nawiercanego łańcucha. Nieco seledynowego Dura Ace na sprężyny pedałów. Chwytam za klamki, zmieniam biegi. Echh, jak to pięknie działa. Ocieram łzę szczęścia spływającą po policzku. Ferment zasiewa tylko przednia XTR FD-M952, która z racji swojego wieku nie działa już tak, jakbym sobie tego życzył. Nowa XTR z serii 980 niestety nie dotarła na czas. Zawsze ciężko mi pozbywać się sprzętu, którego używałem. Patrzę na „szaraka” i widzę te wszystkie maratony. O, na wózku ma nawet ślad od patyka, który zaklinował się kiedyś między zębatką a wodzikiem, robiąc mi singla z roweru. Pamiętam każdy jeden wypad, na którym mi towarzyszyła. Dziwnie jest tak po prostu ją wykręcić i sprzedać. Ściemnia się, czas uciekać do domu. Brr…, łapie mnie dreszcz.

Przed startem trzeba się dobrze wyspać. Zakładam na nogi skarpetki kompresyjne i piję ostatnią porcję carbo. Lecz zanim zgaszę światło, muszę zrobić coś jeszcze. Odpalam fejsa i wyzywam swoich jutrzejszych oponentów od lamusów. Że ten wyścig oddzieli chłopców od mężczyzn. Że ich dojadę. No, dobra robota. Zamykam komputer i idę spać.

 

W nocy budzą mnie dreszcze. Koszulkę mam całą mokrą, jest mi zimno. Po plecach przebiega mi dreszcz, ale tym razem chyba ze strachu. Odkręcam kaloryfer ma maksa i staram się zasnąć…

 

Rano jest źle. Czuję się fatalnie. Dobrze, że pogoda jest przynajmniej znośna. Nie czuję się na siłach, żeby cokolwiek zjeść. Dzwonię do kumpla.

- Maciek, ja raczej odpuszczam ten wyścig. Chory jestem.

- Co ty pierdolisz. Jesteś lamusem, masz jechać. Zniszczę Cię.

- Ok., może pojadę.

 

Cóż, przekonał mnie. Wsiadam w samochód. Gdy mijam Świętą Katarzyną, mam przed sobą spektakularny widok na Góry Świętokrzyskie. Jeden z moich ulubionych. Chmurzy się. Gdzieniegdzie być może nawet pada. Przed Samymi Daleszycami wychodzi słońce. Robi się naprawdę przyjemnie.

W biurze odbieram pakiet startowy i idę się przebrać. Rynek jest w całości zaanektowany przez kolarzy. Pamiętam jak, kilka lat temu widziałem tu jeszcze rowery na V’kach, starych, sprężynowych Judy i niezapomnianych ramach od Authora. Dziś ciężko o taki widok. Słyszę terkot piast DT, brzdękanie łańcuchów po tytanowych koronkach XTR-a, chlupot oleju w Lefty’m. Cóż, ta choroba dawno dosięgła i mnie. Daleszyce będą poligonem dla zestawu hamulcowego od Extralite i piast od Krzyśka ze Stanów.

 

Po rozgrzewce czuję się trochę lepiej. Powiedziałbym, że nawet nieźle. Wchodzę do sektora. Dookoła te same, stare dobre twarze. Na kilka sekund przed startem tętno skacze z 62 na 120 uderzeń. Ruszamy.

Tempo jest dziwnie niskie. Pamiętam, jak ścigaliśmy się tu z Rutkiewiczem. Hr poniżej 180 nie schodziło. A teraz maksymalnie 160 - kilka. Wjeżdżamy do lasu, trzymam się w ścisłej czołówce, ale zaczyna mi się jechać ciężko. Koła grzęzną mi w piasku, trudno manewrować mi rowerem. Mija mnie pierwszy z wyzywanych wczoraj kolegów. Łapię przez to wiat w skrzydła i gonię. Cały czas mam go w zasięgu wzroku. Niestety nie mam siły, żeby go dojść. Cóż, przynajmniej Maciej jest gdzieś z tyłu. Chwilę później wyprzedza mnie na zakręcie.

- Co tam, ziom?

- Spieprzaj, lamusie, chciałbym rzec. Ale nie. – Aaa, słabo jest.

Jedziemy razem, koło łapie nam trzeci gość. Wyraźnie odstaje na zjazdach, gdzie puszczam klamki i daje się ponieść krętej ścieżce w wąwozie. Słyszę za sobą tylko terkot piasty Maćka. Nasz cień został w tyle, ale dogania nas na szutrowej prostej. Prowadzę nasz peleton, wjeżdżamy na kamienisty singiel, akcentujący się sztywnym podjazdem. Cisnę ze środka i wydaje mi się, że jest mocno. Jednak prawą z łatwością mija mnie Maciek. Nie powiem, jestem zły, ale staram się trzymać koło. Idzie mi to jednak coraz gorzej. Chłopaki uciekają mi na jednym ze zjazdów. Coraz mocniej ściskam klamki, czuję się niepewnie na prostym odcinku. Wyraźnie widzę, że jest coraz gorzej.

 

Wjeżdżam w nieodkryty dotąd singiel. Cóż, Maziemu udało się mnie zaskoczyć. Pięknie tu. Nagle mam przed sobą ściankę po trawie. Widzę Maćka na samym szczycie. Mam dość. Redukuję na 22T, ale łańcuch tylko charczy. XTR nie radzi już sobie ze zrzucaniem pod takim obciążeniem. Na górze jestem ugotowany. Przypomina mi się mój pierwszy start w Daleszycach i walka z myślami. Tym razem jest jednak gorzej. Nie widzę żadnego punktu zaczepienia. Na 30-tym kilometrze decyduję się wycofać z dalszej „walki”. Mijają mnie coraz dziwniejsi ludzie.

 

Ale uwierzcie mi, że wycofać się wcale nie jest łatwo. Najchętniej zrobiłbym to wtedy, gdy nikogo nie będzie widać. Czmychnę sobie szybko cichaczem do lasu i rozłożę się na trawie. Jak na złość, ciągle mam kogoś w zasięgu wzroku. W końcu mówię pass. Dojeżdżam do asfaltu i pytam strażaka o drogę. Facet nie umie mi pomóc, jest z Kielc. Zrezygnowany siadam na asfalcie, wyciągam klucze i dokręcam tytanową śrubkę od koszyka, który dzwoni mi od kilkudziesięciu km. doprowadzając do szału. Podchodzi do mnie jakiś dzieciak.

- Co się Panu zepsuło?

- Nogi mi się zepsuły.

- A ja widziałem, że jednemu Panu zepsuł się amortyzator, bo jechał z jedną częścią!

- To był Lefty, chłopcze.

 

Wstaję i zmuszam się do wejścia na rower. Po krótkim podjeździe, koło wieży obserwacyjnej stoi jakiś autochton.

- Czy dojadę tędy do Daleszyc?

- Tak!

 

O dżizas, co za ulga. Odbijam sobie w leśny asfalcik, mam cały czas w dół. Jak wspaniale! Dojadę sobie niedostrzeżony do samych Daleszyc, a tam już jakąś okrężną drogą dotrę cichaczem do samochodu. Jak to dobrze, że nikt mnie nie widzi… i już po chwili słyszę wściekły warkot motoru, po czym cała czołówka wyjeżdża własnie na mój asfalcik. Głupio na nich patrzę i niemal pogwizdując szuram butem po piasku.

- Co jest, punk?

- Aaa, nic. Jeździe, jedźcie…

 

Nagle, słyszę donośny, kobiecy głos:

- Grzeeeeeesiuuu! GRZEEEESIUUUU! Aaaaaaaahahahahahihihihihi!

To Agatka, dziewczyna Maćka. Cóż za niebywałe zrządzenie losu.

- A co się stało?

- Nic, nie dojadę chyba do mety.

- Wsiadaj, podwiozę Cię.

- Nie, aż tak źle nie jest – mówię ledwie żywy.

Okazuje się, że Maciek zaliczył glebę i zniszczył koło. Nigdzie już nie pojedzie. Jestem szczęśliwy i uśmiech wraca na mą twarz. Pakuję rower do Audi Agatki i jedziemy po chłopaka. Chowam się na siedzeniu i wyskakuję z głośnym „Taadaaaaam!!!”

Śmiejemy się, jak nigdy. Dwóch lamusów wraca autem na daleszycki rynek. Jak nas znam, to do końca życia będziemy sobie to wypominać.

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze, chciałoby się rzec. Gdy w domu zerknąłem na wykres tętna z Polara, włosy stanęły mi dęba. Równia pochyła. Co było przyczyną? Jednodniowa grypa żołądkowa?

 

Chyba wydziaram sobie na mostku moje nowe motto od Marka Galińskiego. Just do your job. Proste i celne. Tylko dlaczego tak trudne do zrealizowania? Ale właśnie dlatego jeździmy. Jest ciężko, źle, nie jeden i nie dwa razy mamy ochotę to rzucić w diabły. A dusza nie znałaby tęczy, gdyby oczy nie znały łez. 

wtorek, 24 lipca 2012
Glebogryzarka, czyli relacja z maratonu ŚLR w Zagnańsku (22.07.2012)

Co by tu... Tak, zdecydowanie tak. Dawno nie było na blogu relacji z maratonu ;-) Racja, ileż można, ale ostatni wyścig obfitował w zdarzenia na tyle ciekawe, że postanowiłem raz jeszcze pokusić się o takowy opis. W kontekście moich zabawnych, maratońskich perypetii zastanawiałem się nawet ostatnio, czy aby na pewno ktoś tu nie kreuje sztucznej rzeczywistości. Wiecie, coś jak film pt.: "The Truman show". Jeśli nawet, to chyba godnie zabawiam swych widzów i ktoś zarabia na mnie grubą kasę, bo w ostatni weekend zdarzyło się tak:

(Za górami, za lasami...)

Maraton w Zagnańsku miło wspominam z ubiegłego sezonu. Sympatyczna lokalizacja nad zalewem, sporo szybkich, malowniczych szutrów, nieco terenu na dyst. Master, oraz niewielki, ale słodki rodzynek w postaci przejazdu przez tzw. Bramę Piekła. Czyli dość miły przerywnik między trudnymi Nowinami czy wyścigiem po ścieżkach niedostępnego Pasma Jeleniowskiego. Tym samym wracałem tam w dobrym humorze i z niezłym nastawieniem. Nawet mimo tego, że ostatnio trener zaordynował mi spokojniejszy, wypoczynkowy tydzień treningowy i dopiero wracałem do poprzedniej formy. 

W tym roku lokalizacja była nieco inna, ale równie malownicza. Start u podnóża ruin zapewnił odpowiedni klimat. Pogoda dobra, taka jak lubię. W dodatku rozgrzewka utwierdziła mnie w przekonaniu, że będzie dziś nieźle. Na parkingu przed startem spotkałem jeszcze Marcina Jabłońskiego, z czego wynikła jak zawsze wymiana kilku zdań. Ja użalałem się nad tym, że forma dziś nieco słabsza; Marcin sparował, że jest już zmęczony sezonem. Cóż, obaj blefowaliśmy w tak obrzydliwy sposób, że celem odbycia pokuty należałoby chyba dać na tacę bądź zaadoptować psa sierotę. Albo nawet ze dwa. 

W oczekiwaniu na start oddaję się swojej ulubionej czynności, czyli zza ciemnych okularów oglądam sobie niesamowicie zgrabne damskie tyłeczki wśród publiki. W końcu jednak ruszamy. Start jest spokojny a ja czuję, że dziś będzie mój dzień. Po zakręcie mamy niewielki asfaltowy podjazd, na którym prowadzę peleton dyktując tempo. Następnie wjeżdżamy do lasu, gdzie zaczyna się szybki szuter. W pamięci plączą mi się słowa Marcina, że na 17 km. można zablokować kierownicę, bo będzie prosto jak drut. Jadę więc przed siebie, tempo nie za mocne, żeby się nie zajechać. W pewnym momencie dojeżdżamy do niewielkiego, błotnego odcinka, który moja babcia przejechałaby na starym "Wigrusie" robiąc wheelie i backflipa na wykończenie akcji. Ja niestety jak to w starym sucharze wziąłem i się zwyczajnie wypierdzieliłem jak długi. Okazało się, że wpadłem w niezwykle śliską, gliniastą maź, która przykryła mnie całego po samiusieńkie uszy. 

Owa maź zapewniła poślizg godny seledynowego smaru Dura Ace, przez co zatrzymałem się dopiero po dobrych kilku metrach. Sam nie wiem jak to się stało, że nikt we mnie nie wjechał, ale na bazie buzującej adrenaliny pozbierałem się w kilka sekund i już po chwili dogoniłem czołówkę. Wyglądałem niestety tragicznie, niczym potwór z bagien. A miejscowa ludność wciąż pewnie wierzy w utopce, więc można skończyć z siekierką w karku i ząbkiem czosnku w tyłku. Okulary podobnie jak głowa całe w błocie, więc chowam je do kieszonki koszulki. Przez pewien okres czasu wydawało mi się nawet, że wszystko gra. Niestety strasznie minąłem się z prawdą. Okazało się, że lewe przedramię mam całe zdarte a ręka oprócz wszystkich odcieni szarości zaczyna pokrywać się również szkarłatem. Podobna diagnoza dla biodra. Prawa dłoń silnie stłuczona; zaczynam tracić czucie i coraz ciężej utrzymać mi kierownicę w terenie. Sięgam dłonią do okularów, a okularów... nie ma. Ja pierdzielę, wypadły gdzieś na trasie. Trudno, zagryzam zęby i jadę dalej. Zacisnę nieco klamrę w bucie i spróbuję podgonić. Kieruję dłoń do buta i... co do... Klamry też nie ma! Jezu, czy ja aby nie jestem w ukrytej kamerze? Wspomniana część obuwia została na świętokrzyskich szlakach i podobnie jak okulary, czeka na swego odkrywcę. 

Zrezygnowany jadę dalej i zaprawdę powiadam Wam, była to dziwna jazda. Nogi chciały, ręce nie dawały rady. Na szutrach było jeszcze nieźle, ale w terenie z bólu zaczęły mi się szklić oczy, a na i tak głupawym już ryju wykwitł grymas nadając mi niebywale groteskowy wygląd. To naprawdę głupie uczucie, gdy w zasięgu wzroku są Twoi przeciwnicy, a Ty jedziesz na zaciśniętych do oporu klamkach i wiesz, że ich nie dogonisz z powodu jakiegoś głupiego bólu. Kolejne cenne doświadczenie do kolekcji. 

Na horyzoncie pojawia się Zbyszek Orłowski, który po pewnym czasie do mnie dojeżdża i zagaja o leczniczych właściwościach błota. A ja, w miarę jego zasychania ledwo mogę zginać nogi w kolanach. W łatwiejszym terenie udaje mi się mu odjechać, ale dogania mnie na co większych wybojach, gdzie walczę ze swoimi demonami i mam niezwykle dziwne wrażenie, że trzymam w ręku mizerykordię stojąc naprzeciw nieogolonego rebelianta z odbezpieczonym Uzi.

W pewnym momencie dojeżdżam do jakiejś wioski, gdzie zgarbiona babinka patrząc na mój wygląd rzuca coś o Matce Boskiej i wariatach. Gdy mijam ludzi z krótkiego dystansu czuję się jak dziwoląg na miarę cyrkowego gnoma do momentu, aż mijam ojca z synem, na co dzieciak patrząc na moją facjatę:

-Łoooo taaatooooooo! Aaaaleee wyyyypaaaaaaas!!!

Na końcówce trasy mamy szutry i trochę asfaltu, więc udaje mi się odskoczyć Zbyszkowi i drugiemu Koledze, po czym wjeżdżam na metę, a gawiedź ma ubaw, niewąski: 

-Przepraszam, czy mogę zrobić Panu zdjęcie?

-A rób Pan...

Niemniej jednak uśmiech mi z ust nie schodzi, bo pokonałem sam siebie dojeżdżając na 9-tym miejscu w Open i wiem, że bez wypadku byłoby dużo, dużo lepiej. Dobry prognostyk przed Suchedniowem. 

Wracam do samochodu, wyrzucam ciuchy do kosza (do prania się nie nadawały) i przebierając się, słucham mniej więcej takiej oto rozmowy:

-No i jadę na początku i jakiś gość się kurwa wyjebał! Co za...

-Ciiiiiiiii!!! (kompan, patrząc na mnie).

Co za kasztany.

Tak było w Zagnańsku. W domu okazuje się jeszcze, że podczas wywrotki pękło mi siodło.

Gdybyście więc oglądali mnie czasem w telewizji (w nawiązaniu do wspomnianego Truman-a) zajadając chipsy wiedzcie, że ja również ubaw mam niesamowity.

Fot. Anna Nemś

poniedziałek, 02 lipca 2012
Przygody pilota Pirx-a, czyli XC w Pińczowie

Cześć!

Muszę się Wam przyznać, że ostatnio dopadło mnie zmęczenie. Na pewno wiecie o co chodzi; człowiek widzi nagle 100 wymówek dobrych do tego, aby nie robić treninegu. Trener stwierdził, że robimy tygodniowy urlop, czyli kręcenie na wolniejszych obrotach. Najpierw jednak postanowiłem wybrać się jeszcze na jeden wyścig. Krótkie Cross Country byłoby idealne, prawda?

To, czego potrzebowałem miał zaoferować mi Pińczów. Ten sam, który zapamiętałem z ubiegłego roku podczas maratonu ŚLR. Czyli pamiętne nadnidziańskie łąki i 40 stopni gorąca. W cieniu. W lesie. 4 metry pod ziemią. Bo na powierzchni było chyba z 60; istne piekło. Z drugiej strony, dlaczego by nie? A więc jadę! Nie ma co ukrywać, spodziewałem się "ogórka", którego należy potraktować treningowo i z przymrużeniem oka. Albo nawet obu.

Rano powitała mnie rewelacyjna pogoda. Słońce, błękitne niebo i 28 stopni o 7:00 rano. Świeżutka płytka "Days go by" grupy The Offspring już czekała w odtwarzaczu, więc można było ruszać do Ostrowca po Daniela. Specjalnie na ten wyścig, przesiadł się on ze swojego bujanego Giant-a na sztywnego, stalowego Stevens-a z epoki. Na miejscu byliśmy już o 9:00, gdzie w przyjemnie sennym i jakże uroczym miasteczku rozpakowywali się pierwsi kolarze. Na dobry początek udajemy się do biura zawodów. Co ciekawe rejestrując się, mimo moich 28 lat jestem w kategorii M3. Powiem Wam szczerze, że poczułem się co najmniej jak 60-letni impotent. Cóż, lata lecą i trzeba przełknąć tą gorzką pigułkę. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazuje się, że bez kasku i okularów jestem już rozpoznawalny jako Punkxtr. Choć podczas wieczornej toalety przed lustrem nachodzi mnie niejaka refleksja; mój ryj bez powyższych rowerowych atrybutów wygląda wybitnie czerstwo i jest przez to ławy do zapamiętania. 

Po skręceniu rowerów ruszamy na początek trasy gdzie z bólem serca stwierdzam, że jedzie mi się bardzo dobrze. Bo u mnie z reguły wygląda to tak, że gdy na rozgrzewce jest lipa, maraton powinien być udany. Poddenerwowany postanawiam pokręcić trochę mocniej, bo zbliżała się już godzina startu. I parę kilometrów za Pińczowem ucieszony stwierdzam, że oto jedzie mi się ni mniej, ni więcej tylko "chujowo na maksa". Bananowy uśmiech zakwitł na mojej twarzy i morale poszło w górę. Więc może nie wszystko stracone?

Ustawiam się w pierwszej linii łącznie z resztą pretendentów do obstawienia pudła w dniu dzisiejszym. Plan mam niezwykle prosty: ogień od samego początku. Trzeba jak najszybciej pozbyć się pijawek, bo jak wiadomo na starcie każdy jest mocny i później na trasie robi się nieciekawie. Jak uradziłem tak zrobiłem i narzucam dobre tempo. Peleton z kwadratowego robi się trójkątny po to, aby za chwilę przyjąć kształt strzały. Po przejechaniu asfaltowej drogi wita mnie mocny, czołowy wiatr i macham ręką po zmianę. Wyprzedza mnie Adrian Rzeszutko z RMF FM Adrenaline Mountain Dew i Michał Kostrzewa z PRB Kombud. O ile po pierwszym wiem, czego się spodziewać, drugi jest zagadką. Zwłaszcza, że jedzie bardzo mocno. Na linii startu typowałem zupełnie inne roszady, więc trzeba spróbować odnaleźć się w tej sytuacji. Niestety w pewnym momencie chłopaki gwałtownie odbijają w lewo, a ja ląduję w olbrzymiej łacie piachu, z której ciężki mi wyjechać. Oto właśnie minusy jazdy na kole, za którą osobiście nie przepadam. Chwilowo wybija mnie to z rytmu i chłopaki zaczynają odjeżdżać. Natomiast z tyłu zbliżają się kolejni. 

W myślach przeklinam trasę; to samo mam przecież za darmo w Warszawie. Nagle jednak piach się kończy, a przed sobą widzę niebotyczną ściankę, po której patrząc na nachylenie, przyjdzie nam wchodzić chyba po drabinie. Czyżby tędy?, drżącym głosem podszeptują myśli. Na szczęście nie; jak się za chwilę okaże, to będzie zjazd :-) Tymczasem wjeżdżamy na właściwą pętlę wyścigu, którą będziemy pokonywali 5 razy. Podłoże robi się szybkie i ubite. Dostaję wiatru w skrzydła i doganiam uciekinierów. Mamy pierwszy, króciutki zjazd a po chwili wcale nie lekki podjazd, na którym Adrian dyktuje zabójcze tempo. Idziemy jak burza, za nami puściutko. Michał trzyma się koła i nie ustępuje. Facet zagadka; albo jest naprawdę mocny, albo zaraz się "wypstrzyka" z zapasów energii. Tuż za podjazdem mamy bufet z uczynnymi dziewczynami; prawie pełna paleta rozkoszy :-) Adrian odskakuje o kilka długości roweru, a Michał nie próbuje go gonić. A więc sprawdzam. Zaczyna się szutrowy, równy i fantastycznie szybki zjazd. Wyprzedzam go prawą i gonię pierwszego. Słyszę jednak oddech na plecach, więc to nie koniec testu. Po chwili mamy ostry zakręt w prawo i... o kurwa, ja pierdolę. Przed nami autentycznie pionowa ścianka z wąziutkim, ubitym single-trackiem, a w twarz bucha iście piekielny żar z łąk. Za sobą słyszę coś w rodzaju "o kurwa, co to jest?" i już wiem, że gość odpadnie. Łańcuch wędruje na mój bieg ratunkowy, czyli 22-27T i miarowo kręcę pod górę. Oto jesteśmy na Garbie Pińczowskim. Na szczycie odwracam się jeszcze za siebie, bo nie mogę przegapić fantastycznego, rozległego widoku. Czy ja jestem na Jurze, czy może w Sudetach? Za chwilę wpadamy w rewelacyjnie wyprofilowaną ścieżkę, na której pędząc w dół (po raz kolejny zachłysnąwszy się wpierw FENOMENALNYMI okolicznościami przyrody) można zupełnie puścić klamki i dać się ponieść adrenalinie, która zawiedzie nas na kolejną górkę, lub do miejscowego szpitala patrząc na spadek obok. Koniec pętli otwiera boski (nie bójmy się użyć tego przymiotnika) zjazd, na którym wykręcam blisko 50 km/h. 

Każdą kolejną pętlę pokonuję coraz szybciej i pewniej, dając ponieść się szaleństwu. Kibice na trasie dopingują jak należy, noga podaje. Bajka. Czy ja śnię? Ostatnie okrążenie jadę bardziej zachowawczo bo wiem, że nad trzecim mam dużą przewagę. Adrian mi odjechał, jestem drugi. Zmierzam do mety, dojeżdżam do asfaltu i widzę policjanta zabezpieczającego trasę, który gwałtownie macha ręką starając się mnie zatrzymać. Co jest do licha?

Po chwili widzę "winowajcę". Oto nadjeżdża pińczowska, niesamowicie klimatyczna wąskotorówka, a ja robię przed torami popisową stójkę (tylko się nie wyjeb, tylko się nie wyjeb, gliny patrzą!). Po chwili już jadę, a w oddali widzę żółty balon mety. Na koniec czeka mnie już tylko nieopisane uczucie towarzyszące wjeżdżaniu jako 2 w Open. Dziś jestem Galińskim, jestem Schurter-em, jestem jak Absalon. This is Sparta!

(...)

W oczekiwaniu na wyniki słyszę, że spiker wymawia moje nazwisko. Okazuje się, że wygrałem przelot motolotnią :-) Coś niesamowitego i mega pozytywnego jednocześnie. Przez chwilę zapominam nawet, że moja definicja bezpiecznego pułapu przestworzy to pierwszy, no, drugi stopień metrowej drabinki do wykręcania żarówek. O dżizaskurwajapierdolę, w co ja się wpakowałem!!!?

Aż wreszcie przychodzi czas odbioru nagrody. W oczekiwaniu na wyrok oglądam motolotnię i oczami wyobraźni widzę, jak przychodzi pilot, Pan Zenek z niedopalonym kiepem w kąciku ust. Zerka na mnie, na motolotnię, po czym opukując kadłub i zegary mówi od niechcenia: aha, więc to tym się steruje...?!

Z myśli wyrywa mnie widok faceta, z którym będę leciał. Miły, rzeczowy gość, który już na starcie rzuca, że w górze mogą być turbulencje i żebym się nie przejmował. Kurwa, w którą stronę mam uciekać? W ogóle to nie wiem, dostanę jakiś spadochron w razie czego? Przyjmuję jednak poważną minę człowieka, który wylatał na motolotniach tyle godzin, co piloci Dywizjonu 303 razem wzięci. Zostaję przypięty pasem i żegnam się z tym ziemskim padołem łez oraz Danielem, który z głupim uśmieszkiem cyka mi foty. 

W końcu startujemy. Ja pierdzielę, jak to szybko wzbija się do góry! Jest mega fantastycznie! Co jakiś czas trafiamy na specyficzne masy powietrza, kiedy to motolotnia nagle staje niemal w miejscu, a ja czekam na słynne "Cześć, giniemy!".

O kuźwa, ale to jeszcze nie wszystko. Robiąc dobrą minę do złej gry jeszcze na dole, zapytałem pilota jak wysoko można tym polecieć. 3 km, ów odparł i dziwnie na mnie popatrzył. I teraz właśnie kołując wznosiliśmy się coraz wyżej i wyżej a ja miałem wrażenie, że (wybaczcie obrazowość stwierdzenia) zaraz się zesram i będzie kicha na ziemi, o ile oczywiście wylądujemy. Po chwili jednak zaczęliśmy opadać, również ruchem kolistym. I wtedy wreszcie się wyluzowałem. Coś pięknego, jakie to było uczucie. Lądując miałem ochotę wykupić minimum 10 dodatkowych godzin lotu więcej. Niesamowite przeżycie :-)

Tak oto wybrałem się na "ogórka", który zaskoczył mnie w każdym, najmniejszym szczególe pokazując, że ogórka mam w środku głowy, na którego końce nabite są uszy. Genialna (podkreślam i pogrubiam) trasa godna najbardziej rasowego XC (HR maks. 193 ud./min. na każdym okrążeniu, praktycznie nieosiągalne na maratonie), świetna organizacja i doskonała atmosfera wieńczą całość pysznego tortu. A na koniec dokładam kandyzowaną wisienkę w postaci nagród. Czyli da się kupić zwijaną oponę, Brunox-a, czy dętkę Ultralight. Niesamowite :-) Do zobaczenia za rok, nie może Was tam braknąć!

poniedziałek, 26 września 2011
Jeziorka

Jeziorka to taka mała mazowiecka rzeczka, która urzekła mnie 4 lata temu, kiedy to pierwszy raz wjechałem na niebieski szlak. Typowo mazowiecki jesienny krajobraz, czyli soczyście zielona jeszcze łąka, pastelowe liście i błękit nieba kontrastujący z leniwym strumieniem wody meandrującej rzeczki. Ten krótki, bo kilkukilometrowy odcinek szlaku zawsze zostawiam sobie na jesień, bo tylko wtedy może dostarczyć on pełni estetycznych wrażeń.

Niestety, dojechać tam nie jest łatwo. Czteroosobową grupą w składzie Marek, Przemek, Sławek oraz piszący te słowa, Punkxtr, ruszyliśmy spod wilanowskiego pomnika.

Stąd startujemy w kierunku Zalesia, dokąd prowadzą szybkie, ubite i przyjemne drogi Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. Szczególnie we wczesnojesiennej palecie ciepło-zimnych barw:

W Zalesiu kierujemy się na zielony szlak, którym przynajmniej w założeniu mamy dojechać aż do drogi nr 722 relacji Piaseczno-Grójec. I tutaj zaczynają się zazdrosne spojrzenia lasu w kierunku grupki czterech bikerów, którzy postanowili korzystać z ostatnich ciepłych promieni słońca w tym roku. Szlak co trochę zdradliwie zmienia kierunek chcąc utrudnić nam dotarcie do clou dzisiejszej podróży. Raz zarasta trawą, raz straszy grubymi łachami piachu, na których nierzadko tańczą nasze rowery.

Jak widać jestem już szczęśliwym posiadaczem bluzy MTB Cross i przeprowadzam jej intensywne testy :-) Ciuch oprócz wyraźnie zaniżonej rozmiarówki dołącza do moich ulubionych, bo nie ma to jak na warszawskich ścieżkach migać ludziom po oczach czarno-zielonymi barwami ;-)

A nasz skromny team mija stadninę koni i ponownie wjeżdżamy do lasu po to, aby rozgościć się na miękkiej trawie i wsunąć po batonie. Niestety czerwone mrówki na odchodne dały o sobie znać i dobitnie przypomniały nam, kto w tym miejscu jest władcą lasu.

Kawałek dalej gubimy szlak i zaczyna się jazda na orientację. Ostatnio byłem tu 2 lata temu, a i sympatyczna wycinka drzew z oznakowaniem szlaku nie pomagała nam zbytnio. Po trudach i znoju, momentach zwątpienia oraz wspomagania się Garminem i zachodzeniu w głowę "jak tu się kuźwa jechało", gdzieś przy ścieżce mignęła mi niebiesko-biała farba na sośnie. Przed nami najtrudniejszy etap mający za zadanie chyba zniechęcić potencjalnych odkrywców szlaku nad Jeziorką, czyli dotarcie do brzegu zadziornej rzeczki. A przejścia zazdrośnie broni bajoro, w którym pewnie niejeden chłop z okolicznej wsi się utopił i krzaczory z krwiożerczymi pokrzywami czyhającymi na nasze odkryte łydki. 

Kiedy wreszcie jesteśmy na czymś, co przynajmniej w założeniu przypomina ścieżkę, Jeziorka będąca na wyciągnięcie ręki ostatnim podrywem zdaje się chcieć bronić wejścia na jej tereny. Do przebrnięcia mamy łąkę z niezliczonymi kretowiskami i skoszoną trawą. Wydawałoby się, że nic lepszego nas już nie spotka i najlepiej stamtąd uciekać, do czego zachęca sympatyczny mostek i ubita ziemna droga na drugim, lepszym od naszego brzegu. Na szczęście doskonale znam te sztuczki i już po chwili dojeżdżamy do dzisiejszej wisienki na tym cierpkim, przynajmniej do tego momentu, torcie.

Odcinek ten wynagradza wszelkie pokonane wcześniej trudności, a my jedziemy brzegiem rzeczki, która co chwilę każe zsiadać z roweru i wyciągać aparat. A najlepiej byłoby rozłożyć się nad jej brzegiem i nie ruszać stamtąd przez dobre kilka godzin.

Tak kończyła się nasza wyprawa, a Was wszystkich zachęcam do odwiedzin tego zapomnianego miejsca. Szczególnie w taką pogodę, jak dziś.

poniedziałek, 19 września 2011
Samotność długodystansowca, czyli indywidualna jazda na czas. Kielce, 18.09.2011

"Niebezpieczeństwo jest piękną rzeczą, jeżeli jej się świadomie poszukuje"

                                                                                            Ernest Hemingway

 

Kielce, środek września. Ostatni, zwiewny taniec lata i samotność maratończyka, czyli jazda indywidualna na czas. Jak powiedział Tatarkiewicz, samotność jest przyjemnością dla tych, którzy jej pragną i męką dla tych, co są do niej zmuszeni. W który nurt wpiszą się startujący w Kielcach? Kogo przerośnie jazda bez siedzenia na kole, bez rywali wyznaczających tempo jazdy a kto wybije się ponad przeciętność? 

Te i inne pytania nie dawały mi spokoju przed ostatnim występem w tym roku. I chociaż po prostu trzeba tam było się pojawić, to jednak w wyniku zrządzeń okrutnego losu (koniec sezonu, to i nutę dramaturgii można zagrać ;-)) w ostatniej chwili okazało się, że nie mam jak się dostać na miejsce. W tym momencie duże i szczere podziękowania należą się Kasprowi i Piotrkowi, dzięki którym mogłem w pełni uczestniczyć w opisanych niżej wydarzeniach. 

Dzień przed wyjazdem wrzuciłem do przepastnej torby Ortlieb-a dobre pół szafy ciuchów niczym rozkapryszona panienka. Zabrakło tylko lokówki i korali. Jesienno-zimowa bluza, rękawki, spodnie 3/4, komplecik z krótkim rękawkiem i taką samą nogawką... Do wyboru, do koloru, Francja-elegancja. Rano sporo chmur i trochę słońca, więc na dwoje babka wróżyła. No chyba, że wierzyć pogodzie ICM i w ich 25 stopni tego dnia w Kielcach. Jak już zapewne wiecie idealna dla mnie pogoda jest wtedy, gdy na niebie nie ma żadnego, najmniejszego nawet Cirrusa a ono samo poraża głębią swego błękitu. No i słońce musi grzać tak, że jak zsiadasz z roweru na asfalcie to nie masz pewności, czy wyjdziesz z niego razem z butami. Tak więc w drodze na miejsce patrzyłem przez szybę w niebo (a raczej w "szaro") i standardowo twarz układała mi się w podkówkę. Na szczęście przed Radomiem sytuacja była już jasna i klarowna niczym niepasteryzowane piwo w Chatce Górzystów w Izerach, a przed Kielcami słońce operowało co najmniej tak dobrze, jak chirurg na OIOM-ie. 

Po dopełnieniu formalności wybieram się na szybką rozgrzewkę, bo start dystansu Master ma rozpocząć się około godziny 11:30. Okazuje się jednak, że nastąpił poślizg i ruszam dużo później. Cóż, pamiętając kwietniowe Daleszyce siadam sobie pod drewnianym płotkiem i "mam wyjebane". Aż w końcu sędzia wyczytuje mój numer i ustawiam się na linii startu. Jestem 4 w generalce, więc ruszam prawie na końcu z jasnym planem w głowie. Nie dać się wyprzedzić następnemu. Taktyka bardzo prosta, czyli ogień od samego początku. Dystans krótki-43 km., więc nie ma miejsca na czarowanie się wolniejszym startem i zostawieniem sił na koniec. Albo grzejesz całą trasę na maksa, albo przegrywasz. Tylko czy starczy mocy w nogach po ostatnim wirusie, który pewnie zostawił jeszcze jakieś ślady w organizmie? Z tych rozmyślań wyrywa mnie głos sędziego: "3,2,1, START!"

Szybki, ale krótki początek po asfalcie i wjeżdżam w teren. Pod kołami mnóstwo piachu. Może i trenując w Warszawie na 40-km. pętelce robię żenujące 35 m. podjazdu i 25 m. zjazdu, ale za to technikę jazdy w piachu mam opanowaną do perfekcji. Nie ma więc miejsca na kurtuazję i cisnę ostro do przodu. Wydawałoby się, że moje ulubione opony-Nobby Nic Evo w rozmiarze "retro", czyli 1.8" będą mi tu przeszkadzały, ale nie ma czasu na takie myśli. Przed łąką doganiam pierwszego bikera. Teoretycznie słabsi zawodnicy raczej nie podejmują walki i człowiek cały czas jedzie sam. Mnie to odpowiada, a taka a nie inna formuła wyścigu dodatkowo podnosi i tak już spory poziom adrenaliny. Do pierwszego bufetu trasa jest raczej łatwa, choć jeden ze zjazdów może przysporzyć nieco problemów. Na 17-tym kilometrze łapię kubek z napojem i grzeję dalej. Nie ma co się zatrzymywać, 750 ml. carbo w bidonie powinno wystarczyć. Odcinek między bufetami to już ostrzejsza jazda i wymagające ścieżki. W pewnym momencie dogania mnie chłopak z M2 i śmigamy dalej w pociągu. Przy torach kolejowych dobijam oponę, bo jadę dziś na nieco mniejszym ciśnieniu niż zwykle i słyszę tylko "bum". Modlę się, żebym nie złapał snake'a, bo na tak krótkiej trasie będzie to koniec marzeń o dobrym wyniku. Przez kilka minut paranoicznie zerkam na tylne koło bo wciąż wydaje mi się, że powietrza jest coraz mniej. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca i mogę tylko klepnąć Niko (na takie potrzeby muszę wymyślić mu damskie imię) w kierę w dowód uznania i ostro grzejemy dalej. 

Żeby dobrze pojechać nie wystarczy tylko świetnie podjeżdżać; na zjazdach wypadałoby nie dotykać klamek. Choć anodowane na szaro dźwignie XTR kuszą... Na szybkich, ubitych singlach zjeżdżam niekiedy na granicy ryzyka wykręcając maksa 67 km/h. Na szczęście zmęczenia brak, więc i o pomyłkę trudno. Na jednym z takich właśnie zjazdów mylę trasę i zamiast skrętu o 90 stopni w prawo grzeję w dół. A za mną cała grupka bikerów. Na szczęście po drodze przez drzewa migają mi niebieskie szarfy więc już wiem, że trzeba wracać do góry. Nastroje wśród rodaków nie najlepsze "kurwa, kurwa", więc trzeba spierdalać. Na szczęście nie podjeżdżają najlepiej, ale poza żartem tracę tu sporo a przecież rywale nie śpią. Wkurza mnie to strasznie, ale dzięki temu mogę mocniej naciskać na korbę. 

Dojeżdżam do słynnego, białego tłucznia, na którym to w Nowinach dobiłem Foss-a. No dobra, jedziemy zachowawczo z tyłkiem w górze. Na szczęście obywa się bez defektu. A za tłuczniem strome podejście z korzeniami i piachem. Idzie mi to dość opornie, ale w końcu melduję się na górze. Wkrótce czeka mnie coś lepszego-mocny piaszczysty podjazd. Przede mną dzielnie piłuje jakiś facet ze skrzypiącym pedałem i z taką prędkością ledwo utrzymuję się na rowerze. Próbuję ominąć go po piachu, ale zakopuję się i muszę zejść z roweru. Po chwili znów jestem w siodle i przed szczytem mogę wreszcie wyprzedzać. Niestety koła mocno buksują na luźnych kamieniach. Nobby Nic po całym sezonie mają dość, a bieżnika na nich jak na lekarstwo. Na deser mam jeszcze tylko jeden, ale za to bardzo treściwy podjazd, na którym wszyscy podprowadzają jak jeden mąż. Od razu wpływa to na psychikę i siłą owczego pędu aż chce się podprowadzać razem z nimi. Niemniej jednak trzeba to wyjechać; zrzucam na 22T z przodu i redukuję na 27T z tyłu. Mielę spokojnie pod górę walcząc o przyczepność kół. Zmęczenie też robi swoje, ale udaje się nie zejść z roweru. 

Końcówka to szybka jazda do mety, czasem na granicy szaleństwa. Na ostatnim asfaltowym odcinku udaje mi się łyknąć jeszcze jednego zawodnika z dystansu Master. Finisz, finito, the end, koniec.  Jestem z siebie zadowolony, bo nie mogłem dziś pojechać lepiej. Z niecierpliwością czekam na wyniki generalki. 

Niestety dekoracja rozpoczyna się strasznie późno i ze zmęczenia ledwo trzymam się na nogach. W końcu moje nazwisko wyczytuje distefano. Jestem 5 w Elicie w klasyfikacji generalnej. Tak, jestem zadowolony. Lepsi wygrali, słabsi byli za mną. Jak na pierwszy rok ścigania się na długim dystansie to chyba niezły wynik. Patrząc na zgromadzonych wokół rowerzystów widzę, że niektórym browar zdecydowanie nie służy. Za charczące, chamskie darcie ryja tuż przy moich uchu z chęcią dałbym w mordę. W domu melduję się 20 min. przed 2 w nocy. 

Panie i Panowie, czas na podsumowanie sezonu. Swoje plany zrealizowałem. Czasem mogło być lepiej, niekiedy brakowało szczęścia. Przed nami najgorszy możliwy okres, czyli jesień. W przeważającej części deszczowa, brudna i zimna. Nie ma co się czarować, znów będzie ciężko. Ale za to przynajmniej do marca koniec z goleniem nóg :-) Niedługo trzeba będzie odkurzyć buty do biegania, czujkę Polar-a i wesoło popierdzielać w jesiennej słocie. Już nawet wytyczyłem sobie nową biegową trasę po przeprowadzce. Mam ją tuż za oknem-kółko po trawie wokół boiska szkolnego. Jezu, ależ to będą emocje. Szczególnie jak sypnie śniegiem i sam będę przecierał "szlak". A potem grudzień i święta. Ja ja czekam na to obżarstwo, choinkę i wieczorne siedzenie przy kominku. Szkoda, że nie mam kilkanaście lat mniej, bo jak niegdyś szedłbym z kumplami wieczorem do lasu zapierdzielać na sankach ;-) Na deser tylko styczeń, luty, marzec i... kolejny sezon. Bądź co bądź to całe pół roku. Będzie ciężko, już teraz mi się nie chce. Ale nie ma to tamto, w tym sporcie zostają tylko najtwardsi. 

Na koniec chciałbym podziękować całej ekipie ŚLR i jej uczestnikom za świetną atmosferę, kultowe już trasy i mnóstwo dobrej zabawy. Czasem pomieszanej z nerwami, ale w ogólnym rozrachunku na duży plus. Pozdrawiam ekipę z Gór Świętokrzyskich-Daniela i Krzycha (pamiętajcie chłopaki, te trasy pod nosem trzeba wykorzystywać na maksa :-)). Pozdrawiam kolegę na Radon-ie, na Giancie, etc., etc... Do zobaczenia w przyszłym roku. Zamykamy kolejny rozdział naszego życia, ale otwieramy następny. Oby było jak najdalej do ostatniej karty z wzruszającym napisem: KONIEC.

poniedziałek, 05 września 2011
Bieliny 4.09.2011

Intro

Dawno, dawno temu za siódmą rzeką, Radomiem i Constarem żył sobie pewien człowiek. Co sprytniejsi domyślają się już na pewno, że człek ów jeździł na rowerze a ci mniej sprytni kończą dopiero czytać pierwsze zdanie więc pewnie domyślić się jeszcze zdążą. Osoba ta-mężczyzna zresztą-wyciskała nie tylko siódme poty z siebie, ale i ze swojego sprzętu (naprawdę, bez głupich skojarzeń proszę!). Grand G-300; 12 lat temu w Starachowicach to musiało brzmieć dumnie. Niestety jedyny upgrade roweru w postaci dwóch polerowanych na blask booster'ów Tektro i plastikowego błotnika pod dolną rurą ramy stawiało naszego bohatera w hierarchii lokalnych bikerów mniej więcej tak, jak wyłysiałą mysz wśród afrykańskich lwów. Po obowiązkowej jeździe razem z kolegą przesiadywała ta zacna persona na schodach lokalnego sklepu rowerowego z bikeBoard-em w ręku obserwując miejską scenę MTB. Judy XC, Deore LX lub (Jezu!) 4-tłoczkowa tarczówka XT szalonego lokalesa i pioniera tuningu wagowego o ksywce Goro mogły przyprawić o palpitację serca. Szczególnie, gdy komponenty te zestawić z flagową jednostką naszego (już) znajomego. Cóż, mimo ogromnych ambicji do jazdy napęd TY-40 w połączeniu ze stalową, wydawałoby się żeliwną ramą-tchnieniem szaleństwa, zgrabnymi, plastikowymi klamkami hamulcowymi oraz równie plastikowymi V'brake-ami mogły być szczytem marzeń jedynie w sklepie zabawkarskim. W owych pięknych ale i niebywale trudnych finansowo dla młodego człowieka czasach wspomnianym szczytem była Acera po 3, no, może 2 latach wakacyjnej pracy. 

(...)

Jakieś 2 lata później, gdy w Starachowicach widok Granda G-300 nie powodował już wytrzeszczu oczu połączonego z pomrukiem zadowolenia (ooooo... Grand jedzie!), a raczej był przyczynkiem do sympatycznych zagajeń lokalnej młodzieży (zaaajebisty masz rower KURWA!!! Aaaaahahahaha!) do naszego bohatera szczęśliwy los puścił oko. Mógł złożyć wreszcie swój pierwszy, prawdziwy rower MTB, na który nie był obojętny nie tylko on, ale i cała lokalna scena rowerowa. Podmiot liryczny tej opowieści po skręceniu wszystkiego do kupy wybrał się w jedno miejsce, do którego jechać zamierzał od dawna. Spotykając się z dwoma najlepszymi bikerami w mieście (z czego każdy z nich legitymował się licencją zawodowca) i proponując im wspólną przejażdżkę w góry nie mogłem (bo to o mnie przecież mowa) przewidzieć tego, jak zakończy się ta pochopna, kretyńska wręcz decyzja. Ale klamka zapadła, jedziemy na Pasmo Jeleniowskie, co na szczęście w tamten popołudniowy, słoneczny, letni dzień zupełnie nic mi nie mówiło a kojarzyło jedynie z jeleniami, którym na pewno wówczas byłem.

(...)

Wracając do domu mocno intrygowało mnie to, czy nazywam się tak, jak się nazywam czy też może jakoś inaczej, oraz gdzie ja tak właściwie jestem, bo ze zmęczenia w ogóle niewiele wtedy wiedziałem. Moich myśli nie było wówczas razem ze mną tam, na szosie w drodze powrotnej tylko krążyły kilkadziesiąt kilometrów dalej przy talerzu gorącej zalewajki, mielonych kotletach z ziemniakami i cebulką oraz lodowym deserem od babci. Jednak za każdym razem gdy otwierałem oczy z objawami hipoglikemii zastanawiałem się, czy ja tam w ogóle dotrę. Jednego byłem jednak na tamtej drodze pewien: oto rozpoczęła się najwspanialsza przygoda w moim życiu.

 

BIELINY, 10 lat później.

Pasmo Jeleniowskie to bardzo specyficzne miejsce Gór Świętokrzyskich. Lasy je porastające gęsto usiane są zapomnianymi grobami partyzantów z czasów II wojny, o czego oczywistych przyczynach zajmująco pisał Cezary Chlebowski w swojej książce pt.: "Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie". Pomimo mojej wielokrotnej bytności w tamtych rejonach nigdy nie udało mi się spotkać nikogo na rowerze. Ba, zdecydowaną większość razy pokonywałem całą trasę samotnie, bez żywej duszy ciesząc się wspaniałymi okolicami Góry Jeleniowskiej i nieraz czując nieswojo przemierzając jodłowy las w drodze na Szczytniak; jakbym czuł na sobie wiele par oczu. Za każdym razem skręcając na szlak w Paprocicach miałem się tak, jakby za mną zamykała się niewidoczna brama cywilizacji i te kilkaset metrów wyżej będę zdany tylko na siebie i na swój rower. Powiem Wam coś więcej; na tym wyjątkowym paśmie równie wyjątkowy jest zapach lasu, liści, duch minionego czasu. Nawet gdy sypnie błotem na ryj, jest ów najszczęśliwszym ryjem pod słońcem. Zdradzę w tajemnicy, że tam nawet Polar zdaje się być łaskawszy. 

Nie każdy wie (a raczej już prawie nikt), że w latach 50-tych Góra Szczytniak była zasiedlona 4-ema domami, a ostatni jej mieszkaniec zmarł na przełomie lat 80/90-tych. Cytując pewnego użytkownika jednego z for:

"Jednak II wojna światowa dała im się we znaki. Większość mieszkających tam osób trafiła do obozów. Po wojnie ciężko było żyć. Niby się udało. Ale to, że "na dole" mają prąd i wodę spowodowało, że uciekały dzieci do miast. Ostatni mieszkaniec nie bardzo radził sobie ze swoimi myślami. Nie bardzo radził sobie ze spożywaniem trunków. Jeździł furmanką do Nowej Słupii i tam zapijał samotność człowieka ze Szczytniaka, ułomnego-podobno fizycznie. Do dziś opowiadają ludzie, jak jego koń nie mógł na to patrzeć i zostawiał pana, aby samotnie obciążonym furmanką wrócić do swojej stodoły. Pan niepocieszony wracał sam. Samotność nie dała mu szansy. Pod koniec lat 80-tych podobno sam odebrał sobie życie. 

Będąc tam na początku lat 90-tych widziałem przez szparę jego walącego się domu, jak w starej szafie pięknie prosperuje rodzina popielic. Co kilka lat jestem na Szczytniaku i spotykam nornice, co to przy ognisku wychodzą i zabierają co spadnie".

Takie właśnie jest Pasmo Jeleniowskie: piękne i dumne a zarazem dzikie i tajemnicze. Za każdym razem będąc na nim nie znajdowałem się bliżej żadnego z tych biegunów; mogłem między nimi jedynie lawirować. Z tych właśnie powodów maraton w tamtych okolicach mocno podziałał na moją wyobraźnię już rok temu, gdy jadąc czerwonym szlakiem do Gołoszyc napotkałem resztki taśm po wyścigu ŚLR w Nowej Słupii. Bardzo mocno zastanawiałem się wówczas, jak u licha można się ścigać w takim terenie. Dlatego też w drodze do Bielin miałem w głowie walkę tysiąca myśli. Na szczęście pokojową, bo jak ktoś kiedyś powiedział pokój lepszy niż większość sprawiedliwych wojen. Cóż, posłuchajcie:

Zacząć należy od tego, że w czwartek mój udział w tymże maratonie stanął pod znakiem zapytania. Rano czułem się dobrze i siedziałem sobie jak Bóg przykazał przed kompem ciesząc ryj do monitora, gdy nagle mnie ścięło. Zatrucie bądź wirus. Koło południa miałem już taką delirkę, że nie wiedziałem co się dzieje. Siedziałem w fotelu, a podniesienie powiek sprawiało mi niebywałą trudność. W końcu ostatkiem sił zagrzebałem się pod kocem w łóżku. Jednak najgorsza z tego wszystkiego była noc. Przed 21:00 grzecznie leżałem już gotowy do snu... Niestety potworne dreszcze nie dały mi zmrużyć oka nawet na 5 minut. Leżałem więc patrząc z nudów na zegarek i modląc się, żeby zapiał już ten pieprzony kur. 2 w nocy, 3 w nocy, 4... Sekundy ciągną się jak godziny, minuty-jak dni. Koło 3-iej było mi na odmian gorąco i tak na przemian. Wszystko wskazywało na to, że najlepszy maraton w tym sezonie odbędzie się beze mnie. Rano bolało mnie wszystko, nawet szczęka. Szybki telefon do trenera i już radośnie popitalam po koksy do apteki wg jego zaleceń. Wykrzywiający ryj na wszystkie strony świata Coldrex, Ascorutical i Polopiryna S. Nie ma co, pięknie się zaczyna.

Na szczęście niedziela przywitała mnie prawie, że idealną pogodą. Niemniej jednak przezornie wrzuciłem do torby rękawki; sprawiają one, że czuję się bezpiecznie :-) 

Na miejscu w Bielinach kolejka do biura zawodów nieco większa niż zwykle; chyba możliwości trasy podziałały na wyobraźnię narodu. Po rozgrzewce staję w sektorze i czekam na start. Tym razem nie opóźnia się on ani o sekundę i ruszamy za samochodem Maziego. Zresztą Mazi w tym VW za każdym razem kojarzy mi się z kawałkiem "Big truck" Coal chamber. Tempo początkowo jest spacerowe i wręcz wydaje mi się, że nieco za niskie bo ludzie zaczynają na siebie wpadać. No i się zaczyna. Lewą i prawą stroną drogi, po trawie, na oślep gnają ludzie często i gęsto w łopoczących na wietrze koszulkach Mazovia MTB byle tylko dobić do czołówki. Ludzie-bądźmy szczerzy. Jest to obrazek żenujący. Kilometr dalej wywracacie się, tamujecie drogę... Jeździjcie z tyłu a jak opanujecie na dobry początek jazdę na wprost, to i na Was przyjdzie pora... W końcu tempo wzrasta i peleton zaczyna się rozciągać. Ja obiecałem sobie, że dziś uwzględniając moje niedawne problemy zdrowotne i nie oszukujmy się, coraz niższą formę, jadę zachowawczo. Wpadamy w teren i robi się pierwszy zator, vide to, co napisałem powyżej. No dobrze, każdemu może zabuksować koło, każdy może się wywrócić. Ale jeśli gołym okiem widać, że ktoś z przodu znalazł się zupełnym przypadkiem i chyba sam nie za bardzo wie, co ma robić to nerwy puścić potrafią. W końcu i ja pod nosem niecenzuralnie komentuję zaistniałą sytuację. Na szczęście po chwili ścieżka robi się szersza i można wyprzedzić maruderów. Jedzie mi się całkiem nieźle. Kręcę korbą jak Bóg przykazał, odpowiednio jem i piję. Jestem Galińskim, jestem Konwą, jestem Brzózką. Jest dobrze. 

W końcu wjeżdżamy w clou dzisiejszego wyścigu, czyli Pasmo Jeleniowskie. Podjazd pod Górę Jeleniowską idzie szybko i sprawnie. Zjazd w końcowej części jest czymś wspaniałym. Można zupełnie puścić klamki i sunąć w dół ubitą, wyprofilowaną na zakrętach ścieżką. Mijamy pierwszy bufet i rozpoczynamy podjazd na Szczytniak. Jest tam jedno miejsce, w którym podjechać jest relatywnie trudno, bo koła buksują na luźnym podłożu. Więc gdy widzę przed sobą prowadzących rowery maratończyków a w dół idących turystów cieszę się, że elegancko wszystko wyjadę bo to akurat moja mocna strona. Gdy mijam babę z kijkami w myślach widząc podziw, jaki u niej wzbudziłem płynnie jako jedyny pokonując ten krótki podjazd, ta półgębkiem rzecze do swego kompana: "wjechaliśmy mu na psychikę, no to podjechał". No kuźwa, krew we mnie zawrzała i mocno trzymałem kierownicę, żeby nie stanąć i im nie nawymyślać. W pewnym momencie spotkałem też jegomościa, który zsiadł z roweru-przebita guma. Zapytałem: -przebita dętka?, po czym chciałem dodać -masz wszystko?, ale ze zmęczenia, zagięcia czasoprzestrzeni czy może operacji wycięcia jakiejś ważnej części mózgu, której mnie poddano konwersacja wyglądała tak:

-przebita dętka?

-tak!

-to dobrze!

I pojechałem dalej. Ahahaha, o dżizas.

Po podjeździe zaczął się bardzo fajny, szybki odcinek prawie do samego końca pasma. Niestety zaczął mnie potwornie (to dobre słowo) boleć brzuch od izotoniku Enervit. Normalnie piję zawsze swoje sprawdzone carbo, ale skończyło mi się i musiałem użyć czegoś innego. Miałem w domu wspomniany specyfik, więc siłą rzeczy jechałem dziś na nim. Wyglądało to tak, że brałem z bidonu łyk, dwa, po czym jakieś 10 sek. później brzuch przeszywał mi taki ból, że miałem serdecznie dość tego pieprzonego kolarstwa. Stanąłem więc przed wyborem: pić i skręcać się z bólu, czy nie pić, jechać z i tak już bolącym brzuchem i bonusowo odwodnić się. Cóż, wybrałem mniejsze zło. 

Na domiar złego żyłem sobie w złudnym przeświadczeniu, że zjedziemy z pasma czerwonym szlakiem. Jakież było moje zdziwienie, gdy zjazd był nieco wcześniej, po czym nawrót i wspinaczka do góry krwistoczerwonym, wspomnianym wyżej. Niestety od około 40 km. jechało mi się już coraz gorzej. Na szczęście nie miałem zgona, ale brzuch miał już serdecznie dosyć przyjmowania chemii a i noga podawała coraz słabiej, na szczęście wciąż miarowo. Po drugim bufecie rozpoczął się podjazd killer, który zdawał się nie mieć końca. Zadałem sobie tam wiele pytań natury egzystencjalnej i wiedziałem, że ja już sobie ten maraton doskonale zapamiętam. Najlepsze jednak na mnie czekało, bo dojeżdżałem do Góry Jeleniowskiej. Sam nie wiem dlaczego ale myślałem, że może organizator się zlituje i objedziemy tą górę dołem. A ideałem byłoby gdyby wysłano po nas wszystkich terenówki i odholowano z trasy, o tak! No więc dojeżdżam do tej góry a tu skręt w znajomy szuterek i ja już wiedziałem, że nie skończy się to dobrze. Szczęście w nieszczęściu, że ścieżka była dobra i jechało się nieźle (że jak się k#$wa jechało?). Potem jeszcze tylko szybki zjazd i już jestem przy trzecim bufecie, gdzie wreszcie mogłem wylać to izotoniczne gówno i wlać cokolwiek innego. Podbiega więc do mnie facet z obsługi, a ja podaję mu bidon i naprawdę sam nie wiem dlaczego (chyba ze zmęczenia) zamiast mówić do niego w pierwszej osobie, robiłem to w trzeciej. Po prostu jak jakiś Czesław spod Grójca:

-napełnijcie mi bidon!

-tylko wylejcie wszystko ze środka!

Na koniec wypadałoby chyba dodać "dziękuję Wam, dobry człowieku". Matko, pan głupi czy ze Starachowic, chciałoby się rzec. Po niedługiej chwili jechałem już niebieskim szlakiem, który to znam bardzo dobrze. Jego końcówka, tuż przed asfaltem prowadzi krótkim, ale dość stromym zjazdem, który pokonać jest trudno; zwłaszcza po kilkudziesięciu km. ścigania się. Doganiam jakiegoś faceta po czym mijam i na odchodne rzucam mu, że za chwilę mamy cholernie ciężki zjazd i być może trzeba będzie sprowadzać. Po czym okazuje się, że organizator ominął go i czeka nas równiusieńki odcinek w dół, gdzie w ogóle nie trzeba dotykać klamek. Echh, kolejna wpadka; gość musiał wziąć mnie za niezłego kasztana. Trudno. Na asfalcie dogania mnie chłopak z Welodromu... Staje na pedały i próbuje uciec ale nie ze mną te numery. Przez chwilę jedziemy obok siebie i każdy z nas próbuje rozwiązać ten niesympatyczny impas. Jednak odwracam głowę i widzę, że goni nas ktoś jeszcze. Proponuję szybkie zmiany, bo nie mam zamiaru dać mu nas dojść. I faktycznie, we dwójkę śmigamy mocno do przodu i żaden z nas nie "cieniuje" co często zdarza się w takich momentach. Na ostatnich kilkuset metrach jedziemy już obok siebie; nikt nie próbuje wsiadać na koło także będzie to bardzo czysta walka. Przyciskam nieco mocniej na ostatnim, krótkim podjeździe i udaje mi się dojechać jako pierwszy. Nareszcie koniec wyścigu. 

Co tu dużo mówić, jest słabo. Człowiek jedzie i się na wszystko denerwuje; mijają go jacyś dziwni ludzie. 5-cio tygodniowy już (!) zdecydowany spadek formy potrafi podłamać (po co ten słowny eufemizm; po prostu porządnie wkurwić) chyba największego twardziela. Na dobitkę jeszcze wirus i "przygoda" z bólami brzucha... Mimo to cieszę się, że maraton ukończyłem, bo jazda w tamtych okolicach będzie dla mnie zawsze powrotem do korzeni. Wyrazy uznania kieruję do wytyczających trasę (pozdrawiam kolegę!), bo była to jazda na najwyższym poziomie. Człowiek nabiera pokory do tego, co robi. I co wydaje mu się, że zrobić może. A patrząc na wyniki płakać się chce. Jestem już zmęczony.

Na koniec bonusowo, mój ryj (foto Monika_NN z forum ŚLR):

poniedziałek, 22 sierpnia 2011
21.08.2011-maraton ŚLR w Suchedniowie.

Zdecydowanie nie było dobrze. Od Zagnańska, na którym moja forma była świetna, coś zaczęło się psuć. Na treningach byłem wyraźnie słabszy niż być powinienem. Głowa chciała, nogi pewnie też ale sił zdecydowanie brakowało. Zaczęło mnie martwić coraz niższe tętno spoczynkowe. Choć jego obniżanie się jest czymś pozytywnym, to jednak zbyt szybki spadek może być oznaką (brrrrr...) przetrenowania. Kiedy więc Polar pokazywał rano 39 ud./min. wiedziałem, że coś się szykuje. Pytanie tylko, co. 

Do Suchedniowa jechałem z przekonaniem a wręcz pewnością, że trasa będzie szybka, łatwa i przyjemna. Ubite szuterki, trochę asfaltów i tłum rozhisteryzowanych na mój widok dziewcząt, czyli powtórka z Zagnańska. Jadąc na miejsce z Markiem obaj utwierdzaliśmy się coraz bardziej w tym przekonaniu. Stwierdziliśmy nawet, że to z powodu łatwości trasy została ona wydłużona do 93 km., żeby ludzie nie psioczyli... Echhh..., głupie, warszawskie kasztany. 

Na miejscu zrobiliśmy pół godzinną rozgrzewkę przepiękną szosą w kierunku Bodzentyna, na której to poczułem niestety nogi. Na szczęście udało mi się je przepalić, ale nie zwiastowało to raczej miejsca na pudle. Na szczęście pogoda była taka, jak lubię. Choć tyle mojego. 

Start się nieco opóźnia, a stojący obok mnie facet grzmi w sektorze o tym, ze dziś trzeba liczyć przynajmniej 100 km. trasy. Miałem ochotę użyć perswazji siłowej, bo już się zdenerwowałem. Miało być przecież 93... Na dodatek koleś miał minę taką, że wyglądał na jakiegoś zwariowanego lokalesa, który wie co mówi. W końcu dojeżdżają piloci na motorach i ruszamy. Tuż po zjechaniu z asfaltu na środku drogi jest błotna kałuża, przed którą zatrzymuje się większość osób, a czołówka odjeżdża. Kuźwa, to w końcu maraton, czyż nie? Kałuże takie przejeżdża się środkiem a nie dywaguje nad tym, jak objechać ją z suchym obuwiem i ogoloną nogą błotem nie skażoną. Gonię czołówkę i w końcu udaje mi się ją dojść. Jadę w pierwszej grupce a mojemu szczęściu nie ma końca, bo faktycznie cały czas mamy szybki szuter czyli tak, jak to sobie wyobrażałem. Chwilę później wpadamy na bruk, który jednak w porównaniu do sławetnych kocich łbów w okolicy Polany Langiewicza wydaje się być nieco tylko połatanym asfaltem. Prędkość powyżej 30 km/h a ja czuję, że nie jedzie mi się dziś dobrze. Skręcamy w prawo i zaczynamy pierwszy, wspaniały singielek w dół.

Na zjeździe rozpędzony wpadam w dół z kamieniami, rowerem "miota jak szatan" z popularnego filmiku na YT ale udaje mi się wyjść obronną ręką z tej sytuacji. Jako, że z reguły nie rzucam mięsem na maratończyków, tak trasie zaczyna się obrywać. W końcu ciśnienie musi jakoś ujść z człowieka. "Ty kurwo!", na odchodne rzucam do kamienia i oglądam się, czy nikt nie słyszał bo to przecież czyste wariactwo. Na 23 km. (dokładnie spojrzałem na Polar-a) miałem już totalny zgon a czeluść otwierała przede mną swoje podwoje. Kuźwa, jak ja mam przejechać następne 70?

W pewnym momencie wypadamy na łąkę i zaczyna się szybki zjazd w dół. Przede mną jedzie jakiś chłopak i obaj suniemy prawą stroną. Nagle słyszę rozdzierający powietrze donośny kwik, a ów gość drze się wniebogłosy AAAAAAAAAAAAAA!!! Wyglądało to tak przekomicznie, że prawie zacząłem się śmiać, po czym przy prędkości powyżej 40 km/h otrzymałem jedno, ale bardzo precyzyjne chirurgiczne cięcie pędem jeżyny (ból), za chwilę drugie, w to samo miejsce (ból niemiłosierny), a po chwili (mózg zdążył pomyśleć jeszcze, że trzeciego chyba nie przeżyję) trzecie, kiedy to spalone w słońcu łąki przeszył tym razem mój kwik i donośne AAAAAAAAA!!!

Zjechaliśmy do jakiegoś niewielkiego strumienia, przy czym ludzie jak jeden mąż zeskakują z rowerów i prowadzą lewą stroną. O co chodzi, myślę sobie waląc jako jedyny prosto w wodę (fot. Britax):

Ok., już wiem-wodą sięga mi do piasty ale przejeżdżam na drugą stronę z mokrymi, ochłodzonymi nogami. Po co się pieścić. Potem następuje krótki i dość stromy podjazd, na szczycie którego stoją kibice więc na twarz wrzucam minę nr 1, "takie rzeczy to ja w Wietnamie na śniadanie zjadałem" i toczę się pod górę; niestety idzie mi to opornie. Nogi pracują coraz ciężej a grupka mi odjeżdża.

W końcu samotnie dojeżdżam do punktu kulminacyjnego trasy, czyli stromego podjazdu na łące, który to każdy na pewno doskonale pamięta. Zrzucam na 22T z przodu, a z tyłu łańcuch wędruje na 27 i ledwo żywy mielę do góry. Dalej jadę z przekonaniem a po chwili z pewnością, że na rozjeździe skręcam na metę i się wycofuję. Zastanawiam się nawet, czy będę musiał przejechać przez stadion, czy wcześniej uda mi się gdzieś odbić i lasem dojechać na sam parking, żeby "kwasu" sobie nie robić. Wpadam nawet na szatański plan, żeby na drugim bufecie poczekać na Marka i zaproponować mu wspólne wycofanie się, bo lepiej nie być jedyną lamą w samochodzie podczas drogi powrotnej do Warszawy. Oczywiście przez cały czas wyzywam się w myślach od najgorszych i wielokrotnie wycofuję z maratonów w tym roku ("po co ja mam do Bielin jechać?"). Na bufecie mam jednak w głowie jakiś impuls; nie możesz się wycofać; nigdy tego nie zrobiłeś i dojedziesz do końca. Jedynie siłą woli skręcam na drugie kółko.

Zaczyna się fantastyczny single-track przy skałkach, a przed sobą widzę strome podejście do góry. Jestem przeszczęśliwy, że mogę zejść z roweru. Na szczycie odwracam się i widzę, że gonią mnie 2 osoby. Szlag by to trafił, myślę sobie i szybko ruszam dalej. Po wyjechaniu na szuter czuję, że przednie koło niebezpiecznie myszkuje na boki. Rzut oka na oponę i mamy winowajcę-uchodzi powietrze. Nie rób mi tego, nie rób mi tego!

W końcu muszę jednak stanąć i szybko dobijam oponę nabojem wierząc, że nie będę musiał wymieniać dętki i dojadę do mety. Dojeżdżam do podjazdu tuż za rzeczką, na którym tuż przy szczycie wyprzedza mnie jeden facet a tłumek kibiców kwituje to słowami "no, widzieliście, jak go objechał? Ten to ma nogę". A idźcie wy wszyscy w piździec z takim dopingiem. Staram się być jednak dzielny, zagryzam zęby i jadę zbawiennym asfaltem przed siebie. 

Jak zbawienia wyczekuję trzeciego bufetu bo wydaje mi się, że już dawno powinienem do niego dojechać. A tu jeszcze jeden podjazd, następny i następny. A ja ich wcale nie pamiętam. "O ty kurwo!", słowami tymi witam przedostatnią trawiastą drogę wijącą się do góry. Aż wreszcie jest! Z moich ust wydobywa się jakiś bełkot, bredzę coś o napełnieniu bidonu. Wsuwam też 2 kawałki arbuza i owoc ów wydaje mi się być ambrozją godną bogów Olimpu. Doganiam chłopaka przede mną i oddaję mu swój żel, bo jedzie mu się równie źle, co mnie. Gość patrzy na mnie i pyta z jakiej kategorii jestem. M2, odpowiadam a facet nie wierzy i mówi, że wyglądam na M1. Cóż, mimo swoich prawie 28 lat młodnieję w oczach i udaje mi się nawet zrzucić ząbek niżej na kasecie. +1000 punktów do lansu dziewczyny :-)

Po niedługim czasie odwracam się za siebie a tu gość mnie dogania. Chyba żel mu pomógł i zaczynam żałować, że mu go dałem ;-) Przy drodze stoją jakieś dzieciaki i jeden z nich krzyczy do mnie: jesteś 15-sty! Jezu, w myślach plasowałem się na ok. 25 lokacie, a tu 15-stka. Ten dzieciak powinien dostać jakąś nagrodę. Zaczyna mi się jechać nieco lepiej, ale jak na wyrok czekam na sławetny trawiasty podjazd, aż wreszcie jest. Na szczęście wyjeżdżam go, bo tym razem nie byłem tego wcale taki znów pewien. Przede mną od pewnego czasu widzę dwóch maratończyków, których jestem coraz bliżej. Kurcze, na prawdę jest coraz lepiej!

Wreszcie dojeżdżam do czwartego bufetu i skręcam do mety. Pamiętając o tym, że widziałem kogoś daleko za sobą staram się jechać coraz szybciej, żeby ów ktoś mnie nie dogonił. I w tym momencie należało skręcić w lewo, ale strzałka była tak niefortunnie przybita, że podobnie jak Atlas jadę prosto. Dopiero po pewnej chwili orientuję się, że wyjechałem poza trasę i wracam do góry łapiąc po drodze 2 patyki w szprychy co funduje mi dodatkowy postój. "Oż wy kurwy", idzie w eter przy czym nie wiem do końca kto lub co ma być adresatem powyższych słów. Jestem tak zły na wszystko, że wrzucam na blat i z tej złości cisnę ile sił w nogach. A co ciekawe sił jakby przybyło. Przed metą wyprzedzam jeszcze 4 osoby i nareszcie upragniony koniec. Nastrój burzy jedynie SMS od organizatorów mówiący, że jestem dopiero 19-sty w Open... Czyli dzieciak źle liczył? Niemniej jednak jestem zadowolony, że się nie wycofałem tylko doturlałem do mety. Forma dramatycznie niska, ale tak bywa. Bieliny przerażają.

wtorek, 12 lipca 2011
Zabójcy rowerów, czyli maraton w Pińczowie

Pińczów jako taki (przynajmniej do ubiegłej niedzieli) to była dla mnie tabula rasa. Nie wiedziałem za bardzo, czego mam spodziewać się po trasie więc trochę pogoglałem, nieco popytałem i oczom moim ukazał się następujący obraz:

Płasko, trawy, błoto, woda, szybko; trochę jak w Sandomierzu. Szczególnie te trawy nie dawały mi spokoju, mam do nich zdecydowaną awersję. Nie będzie to więc prawdziwy maraton MTB, pomyślałem. No dobrze, ale czy w takim razie prawdziwy mountainbiker gdy jedzie w górach i nagle, nieopatrznie wyjeżdża na łąkę to siada i czeka aż mu się góry wypiętrzą i będzie mógł przejechać? Nie, prawdziwy biker tak samo dobrze pojedzie kamienistym single trackiem, po piachu jak i łąką z kretowiskami tak wielkimi, że krety musiałyby wyglądać co najmniej jak krowy. W dodatku sam nie wiem dlaczego, ale Pińczów nastrajał mnie wyjatkowo optymistycznie. Może dlatego, że opady poprzedzające wyścig i trochę błota pozwalały wierzyć, że przynajmniej będzie dobra zabawa? Bo muszę się Wam przyznać, że sterylne treningi na szosie i sporadyczne wypady w teren nie są tym, co tygrysy lubią najbardziej. Zresztą, co tu dużo mówić; decyzja zapadła w mej głowie już dawno: mamo, WYJEŻDŻAM!

Rano zatrzaskując drzwi do samochodu miałem doskonały humor. Na dworze piękna, letnia pogoda. Nie wiem jak Wam, ale mnie lato kojarzy się z eterycznym, sosnowym lasem pełnym jagód, do którego można schować się przed palącym słońcem. Z plażą i gorącym, złocistym piaskiem na którym dowoli można wpatrywać się w mieniące się w wodzie promienie. A najbardziej lato kojarzy mi się z przygodą. Dostępną na wyciągnięcie ręki, namacalną. Jechałem więc z humorem tak dobrym, że bębniąc dłońmi w kierownicę i spiewając (czy ordynarnie drąc ryja, ściślej rzecz ujmując) do kawałka "Genocide" mojej ulubionej kapeli z Orange County przegapiłem skręt do Pińczowa i gnałem na spotkanie przygody w Busku-Zdroju. Na szczęście łaskawy GPS wytyczył mi inny dojazd...

Na starcie po błyskawicznym załatwieniu formalności w biurze zawodów zacząłem przebierać się na parkingu. I jak to na parkingach bywa, rozpoczęły się pierwsze pogawędki na tematy okołorowerowe. Fajnie, że tutaj zamiast widoku ludzi tak grubych, że mają własne kody pocztowe (za to jeżdżących na karbonowych "ultralajtach", najczęściej wirtualnie na forach) można rzeczowo i sympatycznie pogadać.

Po chwili ruszam na rozgrzewkę. Szukając dobrego asfaltu do tego celu, ruszam w kierunku wspomnianego wcześniej Buska. Staram się przepalić nogi i po pół godzinie kręcenia udaje mi się to całkiem nieźle. Może nie jestem Panem Świata, ale na pewno przynajmniej Wielkim Imperatorem, czyli dziś mogę wiele.

Po starcie uwidacznia się pierwsza dobra decyzja osób układających trasę. Dość długi, asfaltowy podjazd pozwala na rozciągnięcie się peletonu i zajęcie odpowiedniego w nim miejsca. Początkowo tempo nie jest zbyt mocne; powiedziałbym wręcz, że dość zachowawcze. Przed nami pojawia się kilka łat piachu, na których grupa się rwie, a ludzie rzucają "kurwami". Po niedługim czasie jadę wespół z dwoma bikerami; przed nami i za nami nie widać nikogo. Staram się jechać taktycznie, kręcąc dość spokojnie z kadencją w okolicy 90 obr./min. Podjazdy robię na 80 obr. i choć początkowo wydaje mi się, że jadę nieco wolniej niż zwykle, to wkrótce ta taktyka zaczyna przynosić efekty: przed nami pojawia się pierwsza grupka, którą staram się spokojnie dogonić. Niestety na jednej z łąk chwilowo gubię oznaczenie trasy i nawoływany przez pozostałą dwójkę wracam na odpowiedni szlak. 

Dojeżdżamy do pierwszego podjazdu pośrodku spalonej w słońcu łąki. Niemniej jest w nim coś magnetycznego. Wspinam się ze stałą mocą i czuję, że mam jeszcze duże jej rezerwy. Na kolejnym podjeździe razem z kolegą urywamy trzeciego i nieco mocniej jedziemy przed siebie. W pewnym momencie na ustach pojawia mi się głupkowaty karpik, bo nie spodziewałem się czegoś takiego. Podjazd trzeba będzie robić chyba z młynka, a łańcuch wędruje na największą, 27-mio zębową koronkę mojej kasety. Po chwili druga niespodzianka: poczatkowo jadę ze środka, ale w połowie muszę zrzucić na 22T. I pomimo tego, że mój tuningowany szarak XTR FD-M952 to świetna przerzutka czuję, że tutaj zmiana biegu mogła by okazać się fatalna w skutkach. Depczę więc mocniej w pedały, zyskuję chwilowe rozprężenie łańcucha i miękko zmieniam bieg, a opony walczą o przyczepność w śliskim błocie. Po chwili otrzymujemy informację, że do pierwszego mamy około 3 minut straty i jedziemy w okolicy 5-6 miejsca w Open. 

Na 40-tym kilometrze zaczynają się błotniste single-tracki w lesie. Trasa się nieco wypłaszcza, a ja przejeżdżając przez niewielką kałużę słyszę jakże przyjemny dla ucha i jakże niebezpieczny dla głowy brzdęk łańcucha. Kilka jałowych obrotów korbą w tempie tryliona obrotów na minutę powoduje, że w ten upalny dzień czuję pojedynczą, lodowato zimną kroplę potu spływającą mi po plecach. 

Łańcuch można zerwać z trzech powodów:

1) 55% to nieumiejętna zmiana biegów

2) 44% to jego złe zakucie

3) 1% to wada fabryczna

Ja załapałem się do owych 44 procent. Parę dni wcześniej zakułem łańcuch starym pinem z powodu braku pod ręką nowego. Niestety, później zapomniałem naprawić ten błąd. Ale wracając na trasę w pińczowskich lasach...

"Jebane maratony"-te dwa słowa kołatały mi się w głowie. Przecież dobrze wiesz drogi maratończyku jak to jest. Gdybym akurat miał zgon na trasie, to ową awarię potraktowałbym jako dar od Boga mogąc z czystym sumieniem poczłapać do samochodu. Gdy jednak noga podaje, myśli są zgoła inne. A może rzucić ten rower w krzaki i pobiec gdzieś przez las na piechotę, przed siebie? A może pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Szybko jednak wziąłem się w garść i biorąc łańcuch w łapę rozpocząłem marszrutę przed siebie. Po kilku minutach dojechał do mnie pierwszy maratończyk ale i on nie miał skuwacza. Po paru kolejnych mija mnie drugi i trzeci... W końcu ktoś się zlitował i zostawił mi skuwacz oraz złotą zapinkę SRAM-a. Skuwacz był w takim fajnym multitool'u z carbonową obudową. Siadam więc sobie w rowie i kręcę i kręcę nieustannie gryziony przez końskie muchy większe od koni. Ciekawe, jakie mają konie w tym Pińczowie...

Łańcuch już prawie na dwoje rozdzielon ale słyszę jakiś trzask i widzę, że multitool także. Chyba nie okazał się w pełni kompatybilny z moim 10-cio biegowym łańcuchem. Dżizus, kurwa ja pierdolę, że zacytuję Kondrata. Pierwsza awaria mogła powodować szaleństwo, ale druga to już tylko nieodwracalne zmiany w moim mózgu. Gdybym miał pod ręką siekierę, to biagałbym chyba po trasie jak słynny chłopina z Daleszyc. Poszedłem więc dalej...

Po kilku kolejnych minutach od następnego wybawcy dostaję kolejne narzędzie i tym razem szybko naprawiam problem. Niestety Polar pokazuje, że straciłem prawie 20 minut. Wsiadam na rower i jest dramat. Nie mogę rozkręcić korby szybciej, niż 80 obr./min. Turlam się jakoś do bufetu i ubłocony, zrezygnowany oraz zdezorientowany muszę wyglądać jak jakaś motomysz z Marsa. Mówię coś o bananach i już po chwili pewien przytomny Pan napycha mi do kieszeni batony i owoce. Wtryniam to wszystko i po chwili czuję, że znów się rozkręcam. Doganiam pierwszych zawodników i słyszę, że nie jest z nimi dobrze:

-Ile do bufetuuuuu?

-Ile jeszcze do koooońca?

Pozwala to sądzić, że ludzie ci walczą ze swoją czeluścią tak, jak ja walczyłem w Daleszycach. Znów wchodzę na wysokie obroty i do samej mety wyprzedzam. Ostatnia łąka, przejazd pod mostkiem mogącym powodować dekapitację głowy i już jestem na mecie. 15 w Open; gdyby nie awaria byłbym 5-6. 

Wracam do domu i jestem wściekły. Po co te wszystkie treningi skoro cały czas coś się dzieje i przyjeżdżam na dalekich lokatach? Po chwili analizuję całą sytuację po raz n-ty i czy jestem zadowolony? Tak! Bo kolarstwo to nie tylko wzloty, ale i upadki. Pamiętaj drogi kolarzu, że nawet jeśli dziś upadłeś to jutro pokażesz wszystkim na co Cię stać. A nawet jeśli nie to wiedz, że jest ktoś, kto ma gorzej od Ciebie. Bo nie ma chyba na tym ziemskim padole bikera bardziej pechowego ode mnie :-)

niedziela, 26 czerwca 2011
26.06.2011-Maraton ŚLR w Kielcach

Jak ten czas leci... pierwszy wypad pod namiot, pierwszy sex, 18-stka, pierwsze dźwięki przesterowanej gitary, które pamięta się do dziś... No właśnie, dziś. A tu już czerwiec i półmetek kolarskiego sezonu. Przyznam szczerze, że kieleckim maratonem (niczym majonezem ;-)) byłem straszliwie najarany odkąd przyjechałem z Mistrzostw Polski w kolarstwie górskim A.D. 2011. Do domu wracałem tak zgrzany, że jadąc musiałem wystawić ryj przez odsuniętą szybę samochodu i chłodzić go wiatrem. Oczy, wielkości sowich, (od wytrzeszczania ich na trasie owego XC) zmalały mi i zrobiły się normalne dopiero do kilku dniach. Co więcej, później na każdym treningu poprzedzającym maraton wyobrażałem sobie, że na podjazdach jadę niczym Galiński. Wiecie, jak to jest (echh... chłop 27-dmio letni...). Szaleństwo. Nadmienić tutaj muszę, że w naszych pięknych lasach mamy jakiś potworny wysyp kleszczy. Wyobraźcie sobie, że z każego (sic!) wypadu przywoziłem ich na sobie co najmniej w dwóch sztukach. Miałem je tylko na nogach co pozwala sądzić, że nie prowadziły desantu jedynie z powietrza. Ale do rzeczy...

Przez cały tydzień bawiłem w Starachowicach i robiłem naprawdę ostre treningi. Noga podawała, ale na dwa dni przed niedzielą było zauważalnie słabiej. Cóż, jak wiadomo przekonać babcię, że nie jest się głodnym jest rzeczą NIEMOŻLIWĄ. Niektórzy mówią nawet, że wysłanie ich kilku do krajów trzeciego świata rozwiązłoby problem głodu. Codzienne zupy, drugie dania i na deser 3 kiśle (a, tak mi się jakoś rozlało). Rano drożdżówki, po południu lody. W pewnym momencie bałem się wchodzić do domu, więc albo śmigałem na rowerze, albo siedziałem na podwórku czyszcząc go na błysk. Jednak prawdziwa pogrom zaczynał się, gdy zapadał ZMROK. Kiedy chłód zgarniał mnie do domu, babcia przystępowała do ataku. Jajka w majonezie, pierogi (na pierogi każda pora przecież dobra), zupa, kolejne drugie danie (przecież nie wyrzucę sosu, zjedz, nie pójdziesz o GŁODZIE spać). Gdybym tak wstał o 3 w nocy i poprosił babcię, żeby usmażyła mi naleśniki, to wstała by i je robiła traktując to jako rzecz najnormalniejszą pod słońcem. Czy więc spadek formy podyktowany był codziennym "podjadaniem", czy też zmęczeniem organizmu-nie wiem. Na szczęście puls miałem niski, więc wydawało mi się, że nie jest źle. 

Rano bałem się, że będzie Sybir, ale na szczęście obawy te okazały się bezpodstawne. Przywitała mnie sympatyczna pogoda i babcia pytająca, czy szykować już śniadanie. Do Kielc jechałem napędzany riffami Offspring'a, więc zameldowałem się tam już ciut przed godziną 9:00. Krótka wizyta w biurze zawodów, dopełnienie formalności i już mogłem wskakiwać w rowerowe ciuchy. Rozgrzewkę najlepiej było przeprowadzić na asfalcie, bądź równej nawierzchni więc wybrałem się na pobliską ścieżkę rowerową. Jadąc nią utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że Kielce to naprawdę fajne miasto, w którym jeszcze fajniej byłoby mieszkać. Jednak etymologia tego słowa jest niedwuznaczna. Kielce, nazwa od kłów. Proste. Jednak czy dzisiejsza trasa będzie prosta, czy też świętokrzyskie w swej stolicy znów pokaże kły?

Wystartowaliśmy kilka minut po godzinie 11:00. Jedzie mi się naprawdę nieźle. Albo tempo nie jest szybkie, albo to mnie noga podaje. Peleton zaczyna się rozciągać, a ja trzymam pierwszą grupkę. Niestety strzałki kierują nas na niewielki, mieszczący po jednej osobie mostek nad płytką rzeczką. Schodzimy z rowerów, a tymczasem cały peleton mija nas lewą stroną. Krew w nas zagrzała, bo cała przewaga została stracona. Trudno, trzeba będzie gonić. Zeskakujemy z nieszczęsnego mostku i kręcimy nieco szybciej. Brzdąkają łańcuchy, chrzęszczą, strzelają. Przed nami pierwszy sympatyczny singielek. Staram się trzymać wysoką kadencję i jak na razie biorę to in plus; jedzie mi sie wprost rewelacyjnie. Pociąg rwie się na strzępy i zostajemy tylko w dwóch; ja i facet jadący dystans Fan. Do czołówki tracimy niecałe 30 sekund i staramy się niwelować stratę. Wtem wypadamy z lasu na stok narciarski a moje przednie koło spada z obranego toru jazdy, wpada w muldę i oczami wyobraźni widzę już glebę. Przez parę metrów jadę na przednim kole, potem udaje mi się zbić przechył roweru i oto jestem uratowany. Przed sobą widzę gościa na motorze crossowym, który ogląda moje zmagania. Na szczęście udało mi się wyjść z tego z twarzą, jadę praktycznie w czołówce więc dla gościa mogę być "prosem". Spox, szybko zaczynam oddychać przez nos (gdy mija się bikera, to przez usta oddychać nie należy), nadaję swej twarzy morderczy wyraz a nawet zarzucam blat i gnam w dół stoku. Tak tak, niech gość wie jak sie jeździ na rowerach. Na dole szybka nawrotka i pod górę. Ocho, to ten słynny trawiasty podjazd. Za pierwszym razem udaje mi się go wyjechać ze środka, ale zaczynam się domyślać, że drugi raz nie będzie taki przyjemny. 

W pamięci utkwiły mi jeszcze 3 najbardziej charakterystyczne elementy trasy Master: dość długi i upierdliwy podjazd single-trackiem z jakimiś rowerowymi hopkami, (TU FILTR EUFEMISTYCZNY) cholerna, pieprzona diaboliczna, piekielna (KONIEC FILTRU) łąka długa na jakieś 1,5 km. z niewielkim podjazdem na koniec, na której piździło jak w przysłowiowym kieleckim, oraz piaszczysto-trawiasty podjazd gdzieś pomiędzy. Pamiętając o powyższych, z uśmiechem od ucha do ucha wjeżdżałem na drugą pętlę...

No właśnie, druga pętla. Niestety motor nieco się popsuł i zaczęło mi się kręcić znacznie gorzej. Nawet odechciało mi się w myślach udawać, że jadę jak Galiński, więc nie było dobrze. Mimo, że w bidonie miałem jeszcze carbo, to w pewnym momencie oddałbym królestwo za zimną colę, a to już pierwszy krok do piekła. O charakterystycznych punktach z pierwszej pętli nawet nie chciałem myśleć. Niestety to, co wcześniej wyjeżdżałem ze środka, tym razem w niektórych miejscach musiałem traktować z najmniejszej koronki korby. No chyba, że na trasie stali kibice to zarzucałem środek, żeby nie było, że jakiś mazowiecki kasztan jedzie. W pewnym momencie dojeżdżam do bufetu chcąc zabrać wodę. Nawet nieco hamuję, żeby pięknej dziewoi łatwiej było podać mi ów prawdziwie życiodajny, na daną chwilę, płyn. Niestety, o zgrozo, panna mnie nie widzi i muszę wręcz wyrwać jej ten cholerny kubek oblewając przy tym i ją i siebie. Słyszę, że na bufecie wywołałem małe poruszenie, więc zrzucam ząbek niżek i dokręcam nieco szybciej. W pewnym momencie dojeżdżam do rzeczki i następującym po niej piachu. I nie wiem co Wy o tym sądzicie, ale wg mnie ów odcinek wypełnia wszystkie znamiona przestepstwa ściganego z urzędu, czyli przez prokuratora. Tym samym jeśli po owej rzeźni dla napędu zajechaliście łańcuch, przerzutkę czy kasetę, to nic nie musicie robić. Prokuratura sama się tym zajmie i dostaniecie nowiutkiego "iksteera". 

Na podjeździe nr 3 doganiam zawodników z krótkiego dystansu. Wszyscy mają takie same ciuchy i takie same, nietęgie miny. Jak dla mnie ojciec i dwóch synów. Widać, że chłopina ma już dość wszystkiego, a najbardziej tego podjazdu no ale dzieciaki jeszcze jadą więc i jemu nie wypada katapultować się z siodła w krzaki. Niestety, gdy go mijam gość zbiera w sobie resztki sił, nadaje swej twarzy okrutny grymas, krzyczy "pierdolę!", po czym schodzi z roweru. I ja mu się wcale nie dziwię, miałem nieodpartą ochotę zrobić to samo i zaprosić go na colę w przydrożnym sklepie. 

Niestety jedzie mi się dość przeciętnie i raz na jakiś czas ktoś mnie mija. Wkurwia mnie to oczywiście przeokrutnie i cały dygoczę z nerwów gdy odwracam się, a tam na horyzoncie kolejny zawodnik. Tuż przed metą mija mnie kolejny, a za sobą widzę następnego i przysiągłbym, że słyszę jak chichocze w jakiś diaboliczny sposób. Zbieram w sobie wszystkie siły (że co?) i przy akompaniamencie popiskującego łańcucha cisnę ile sił. Udaje mi się go "odsadzić" na tyle, że niezagrożony (przy zajętym przeze mnie miejscu słowo to zakrawa o kpinę) wjeżdżam na metę. Wywalczyłem 13-stą lokatę w Open i 10-tą w kategorii M2. Cóż, gdyby nie słabsza predyspozycja na drugim kółku, mogło być o te 5 miejsc wyżej. No ale nie ma co gdybać. Dobrze spędzony czas, prawdziwie kolarska i sympatyczna atmosfera oraz fantastyczni ludzie potrafią rekompensować własne słabości. Następnym razem będzie lepiej, więc... do następnego razu :-)

poniedziałek, 23 maja 2011
Mazi ubiera się u Prady

Był kiedyś taki film z Meryl Streep. Czy dobry-nie wiem, nie oglądałem. Jednak w pamiętny dla mnie, niedzielny dzień w Nowinach obraz ów wydał mi się być idealnym na tytuł dla tej notki. Dlaczego? Pozwólcie proszę, że sparafrazuję jednego z polskich podróżników i napiszę: "posłuchajcie:"

Ciemna noc; na dworze ciepło i w nieco przerażający sposób cicho. Schodzę ze strzelbą z kilkumetrowego drewnianego podestu, który zbudowałem przed domem. Zanim postawię stopy na ziemi przysłaniam oczy dłonią i patrzę raz jeszcze na mroczną linię lasu. Dziś chyba nie przyjdą.

Idę do domu i nagle słyszę wściekłe szczekanie psów. Czuję nie ludzki, ale zwierzęcy wręcz strach i biegnę je spuścić z łańcuchów. Nie wiem, czy to pomoże (w duchu chyba wiem, że nie), ale nie pozostaje mi nic innego. Obym tylko zdążył. 

Jestem przy psach, a w dłoniach mam pierwszy łańcuch. Ciągle patrzę na linię lasu i wiem, że jest już za późno. Wreszcie je widzę. Są dwa, biegną bardzo szybko; szybciej niż wszystko, co znam. Łańcuch wypada mi z dłoni i podnoszę strzelbę do oka. Pada strzał; pierwszy z kształtów omija mnie w ostatniej chwili ale patrzę przed siebie i wiem, że na drugi strzał jest już za późno. Pędzę na spotkanie przeznaczenia. Jest bardzo cicho; tylko psy szczekają potwornie.

Taki właśnie sen miałem ostatniej nocy przed maratonem. Dla zabawy zastanawiałem się, jak możba byłoby go tłumaczyć względem tego, co dopiero nadchodzi. Nie znajdując żadnego sensownego rozwiązania (bo jakie niby miałoby być), schodzę na śniadanie. Podobnie jak przed Sandomierzem i tym razem wybrałem się do rodzinnych Starachowic, aby mieć bliżej na start. Pogodę mamy wyjątkowo wspaniałą. Słonecznie i gorąco co kreśli pierwszy tego dnia uśmiech na mojej twarzy. Na miejscu jestem nieco po 9:00. Marek i Kuba wychodzą właśnie z samochodów i zaczynają się przebierać. 

Zaczynamy rozgrzewkę i pędzimy fantastyczną szosą, z równiusieńkim asfaltem. Dla takich tras warto byłoby zgrzeszyć z szosówką. Czuję się naprawdę świetnie; zapach okolicznych lasów prześwietlonych spalonym słońcem jest nie do zapomnienia. Tak pachną tylko Góry Świętokrzyskie. 

Przed wejściem na start poznaję kolegę z forum lekkich rowerów i zamieniamy parę słów. Z kolei już w sektorze ucinam sobie krótką pogawędkę na tematy kręcące chyba każdych zdrowych facetów, w których buzują hormony. Tytanowe komponenty, a co! A obu kolegów serdecznie pozdrawiam :-)

Wreszcie ruszamy. Tym razem prowadzi nas Mazi w swojej kultowej półciężarówce. Po chwili wjeżdżamy w pierwszy, fantastyczny wprost single-track. Jedzie mi się naprawdę nieźle, jestem w pierwszej dziesiątce. Po pierwszym zjeździe będącym zapowiedzią tego, co czeka nas na dzisiejszej trasie wypadamy na słynny tłuczeń. Jadę i śmieję się sam do siebie, gdy na każdej muldzie wybija mi dupsko na parę metrów w górę. Hahaha, ale będzie śmieszna relaaaaaa... ale zaraz, zaraz, co to?

Pod tyłkiem czuję potwornie znajome uślizgi koła. Boję się wręcz na nie spojrzeć ale w końcu męstwo bierze górę i zerkam na oponę: flak. Zeskakuję z roweru i zmieniam dętkę. W międzyczasie mija mnie Marek a zaraz po nim Kuba. Mina mi nieco rzednie i dla dodania otuchy przypominam sobie moją rozmowę z Pawłem Urbańczykiem o defektach na górskich trasach. Kiedy wbijam Co2 z naboju w dętkę, obok mnie przejeżdża coraz mniej ludzi. Straciłem naprawdę niewiele ale mam wrażenie, że mija mnie człowiek z drewnianą nogą, szklanym okiem i papugą na ramieniu, która krzyczy: "jesteś ostatni, do domu, do domu!". Głośno przełykam ślinę i ocieram pot z czoła. Wskakuję na rower i oglądam się za siebie. No, nie jest tak tragicznie. Ktoś tam jeszcze jedzie. Defekty zawsze wybijają człowieka z rytmu ale postanawiam gonić resztę. Mijam coraz więcej osób, ale tętno skacze za wysoko. Muszę chwilę odpuścić i znów zaatakować. Dojeżdżam do Marka. Czyli jednak Kuba go wyprzedził? Na szczęście widzę bidoka po krótkiej chwili gdy nieporadnie SPROWADZA. Na co ja, już z daleka z uśmiechem krzyczę do niego: "uwaga Kuba, lewa wolna, ZJEŻDŻAM lewą. ZJEŻDŻAM lewą!". Gdy go mijam, ów miota przekleństwa ale ja jadę już dalej i na szczęście nie słyszę reszty. Cały czas wyprzedzam aż dojeżdżam do pierwszych osób jadących moim tempem, których się trzymam aby chwilę odpocząć. 

Przypomina mi się tu słynna taktyka Kuby na doganianie kolejnych zawodników. Otóż jedzie on na czyimś kole a gdy przed sobą widzi kolejną osobę, krzyczy do swojego konia pociągowego: "dawaj dawaj, dogonimy tego gościa przed nami. To mój kolega i on na nas czeka". Gdy go doganiają, Kuba całą procedurę przeprowadza od nowa z dogonionym właśnie osobnikiem. 

Odganiam od siebie te myśli i koncentruję się na trasie. Przypomina mi się TransCarpatia za najlepszych lat; wspominam również BikeChallenge. Wielokrotnie dziękuję organizatorom za wytyczenie czegoś tak genialnego. Zjazdy bywają trudne, techniczne ale i wszystkie zjeżdżam.

Przede mną wyskakują nagle trzy wykrzykniki i widzę niedługie, ale dość strome zbocze po którym zjechać będzie niełatwo. Wysuwam tyłek z siodło i delikatnie balansuję ciałem popuszczając klamki. Muszę się jeszcze tylko zmieścić między tymi dwoma głazami. 

Zabrakło mi ułamka sekundy, aby zbalansować nagłe podbicie tylnego koła ponad moją głowę. Wiem, że obronną ręką już z tego nie wyjdę. Zabawne, ile myśli przemyka wówczas człowiekowi przez głowę. Wszystko dzieje się bardzo szybko a ja mam nadzieję, że zatrzymam się na drzewach i krzakach po lewej stronie. Kiedy w nie wpadam wiem już, że zatrzymam się, ale chyba na mecie jak się przestanę turlać. Za krzakami widzę skalną półkę, z której spadam i czuję najprawdziwszy strach. Znów tysiąc myśli. Koziołkując w dół myślę o tym, czy wyjdę z tego żywy. Wreszcie zatrzymuje się na skale i z całej siły uderzam w nią udem. Mocno obrywa też głowa. Przez chwilę nie wiem co się dzieje. Słyszę na dole jakiś krzyk; widzę, że ktoś do mnie biegnie. Niczego nie kojarzę, ale wiem przynajmniej, że to nie bramy niebios. Choć z drugiej strony miałbym wówczas swój memoriał w Nowinach a to przecież nie w kij dmuchał. 

Obawiam się, że noga jest złamana i boję się nią ruszyć aby potwierdzić te przypuszczenia. Zaczynam wreszcie kojarzyć, że stoi przy mnie ratownik. W filmach są zawsze ratowniczki i to ładne...

Gość pyta, czy nic mi nie jest. Przez długą chwilę nie mogę w ogóle wykrztusić z siebie słowa i czuję, że to, co do tej pory zjadłem ma nieodpartą ochotę ulecieć ze mnie otworem gębowym. "Nic ci nie jest??" słyszę ponownie. Zaczynam mieć wielką chęć odrzec "Łiiiiiiiiiiiiiiiii, jeszcze raz, jeszcze raz", ale tym razem nie jest mi w ogóle do śmiechu i moje pierwsze, bełkotliwe słową brzmią zgoła inaczej: "łoooo kurwaaa..."

"Możesz ruszyć nogą?". Nie mogę. Siedzę i udaje mi się wykrztusić tylko prośbę o danie chwili na odsapnięcie. Po paru minutach próbuję sie podnieść. Ból jest przeokrutny. Staję jednak na nogi i myślę, co z rowerem. Niko, Niko!, chciałbym krzyczeć. Wreszcie widzę go na szczycie skalnej półki. Pełznę do niego i ruszam klamką, kręcę korbą tłocząc życiodajne smary w jego metalowe arterie. Widzę, że z wiernym druhem chyba wszystko ok i wsiadam na siodło. Jestem typem człowieka, który nienawidzi słabości. Niestety nasze ciała są tak niedoskonałe, że w ścieżce ewolucji powinniśmy zajmować miejsce gdzieś między nornicą a kurą. Chcecie przykładu? Dobrze. Usiądźcie więc wygodnie na krześlę, po czym podnieście nieco prawą nogę i zataczajcie nią koła zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Nie przestając kręcić stopą, prawą ręką piszczcie w powietrzu cyfrę 6. W tym momencie Wasza noga zmieni kierunek obrotu i nic na to nie poradzicie. Żenada, co?

Tym samym nie darowałbym sobie, gdybym wycofał się z wyścigu. Wypadek mocno mnie otrzeźwił, adrenalina wciąż buzuje a ja będąc na rozjeździe skręcam na dystans Master. Na szczęście mimo wszystkich dzisiejszych przygód, bez problemu załapałem się w limit ze sporym jeszcze zapasem. Ruszam więc z zaciśniętymi zębami a łzy same napływają do oczu. Na pierwszym podjeździe dostaję takiego skurczu, że wiem już, iż tego dystansu nie przejadę. Pierwszy w życiu DNF. Dzwonię do biura zawodów i ogłaszam swą decyzję. Wracam wściekły sam na siebie do rozjazdu, gdzie postanawiam dojechać do mety trasą FAN. Mógłbym zrobić to samo asfaltami, ale wówczas ciężko byłoby mi oglądać swą facjatę w lustrze. 

Niestety noga mi się zupełnie zepsuła, a zapasowej akurat dziś nie wziąłem. Na stojąco pedałować nie mogłem, gdyż mięsień przestał dawać możliwość takiego ruchu. Jedynie na siedząco. Każdy podjazd okupiony cholernym bólem; na zjazdach jeszcze gorzej. Muszę jechać na zaciśniętych heblach, bo każdy dół, każdy korzeń czuję podwójnie. Cóż było robić, wstyd musiałem schować do kieszeni. Podobnie czułem się tylko gdy parę lat temu jechałem z kolegą na BikeChallenge jako team Profilactica. Traf chciał, że jechali z nami także Hiszpanie, a w ich uroczym języku znaczylismy ni mniej ni więcej, tylko "kondomy". Na domiar złego jechali podobnie jak my, więc co chwilę słyszeliśmy jak zagadywali do nas po angielsku "hey, condoms, condoms, BUAHAHAHAHAHAHA".

Mimo tego, iż cały czas chce mi się rzygać a noga boli potwornie, udaje mi się jechać w miarę sensownym tempem. Na jednej z górek stoi jakiś biker i krzyczy do mnie "ruchy, tytan!". I ja temu gościowi stawiam browar! Uśmiech wkradł mi się na twarz i poczułem nagły przypływ energii na dalszą część trasy. Przez to teraz tak sobie myślę, że to na bank był anioł :-)

Przed metą mijają mnie dwaj pierwsi z dystansu Master. na stadion wjeżdżam z szatańską myślą, że dla kibiców jestem trzeci z tego dystansu. Tak tak, niech to choć na minutę zrekompensuje mi to wszystko. Przejeżdżam przez ostatnią matę, a distefano przez mikrofon ogłasza, że wjechał właśnie kolejny zawodnik z dystansu Master. Dumnie rozglądam się po trybunach, po czym spiker: "ale zaraz, dlaczego nie ma go na liście, coś tu jest nie tak, coć tu jest nie tak". Echh, odarty z resztek godności turlam się do bufetu.

Dziś moja noga ma jakieś 30% ruchu. Miałem nadzieję, że pojawi się nawet jakiś gigantyczny siniak, którego będę mógł sfotografować i z dumą wstawić do tej notki. Niestety siniak się nie pojawił, co nieco zaczyna mnie martwić. Mam nadzieję, że z nogą jest wszystko w porządku. Niestety na razie nawet o chodzeniu nie ma mowy.

Wracając do Warszawy śpiewam sobie razem z Liroy-em:

"Bo Scyzoryk, Scyzoryk to ja

A życie jest jak dziwka, nanana"

Zrozumiałem wówczas co w tych przejmujących słowach chciał przekazać mi poeta. Otóż podmiot liryczny wie, że czasem choćby nie wiadomo jak starało się tego uniknąć, to i tak dostanie się w dupę. Tak było właśnie na maratonie w Nowinach. 

 
1 , 2