Kategorie: Wszystkie | Filmy | Na sprzedaż | Opowiadania | Pozostałe | Relacje | Sprzęt
RSS
niedziela, 16 listopada 2014
www.punkxtr.pl - przenosimy się!

Przenosząc sporą część bloga zdałem sobie sprawę, że od 2009 roku włożyłem w niego kupę pracy i... całą masę serca ;-) Od miesiąca piszę, poprawiam, śmieję się. Świetnie było znów przeżyć te same przygody co kiedyś. Czuć to, co wówczas czułem. Dzisiejszy krótki wpis jest ostatnim na tym blogu. Przenoszę się na własną (oby lepszą) stronę i mam nadzieję, że Wy razem ze mną. Zapraszam Was na:

 

http://punkxtr.pl/

 

 

Zupełnie nowy projektem jest wortal o nieco przewrotnej nazwie NieOceniam.pl

Nie oceniam... po opakowaniu rzecz jasna. 

W założeniu będzie to interaktywna (mam nadzieję, że wkrótce największa w Polsce) baza wymiany danych n/t produktów rowerowych. Liczę na Waszą pomoc i zapraszam na:

 

http://nieoceniam.pl/

 

 

Dziękuję wszystkim za te kilka lat tutaj. Archiwum zostaje dla potomnych i do zobaczenia na nowych stronach.

 

niedziela, 06 kwietnia 2014
Dobry znaczy martwy

Siemka, co u Was? Pewnie korzystacie z weekendu i dymacie sobie po górach. Jak zwał, tak zwał. Tym razem nie miałem być Kolumbem i odkrywać nowych, lepszych możliwości. Po prostu zapakowałem rower do samochodu i wyrwałem się w świętokrzyskie. Zanim to jednak nastało, sprawdziłem prognozę. Pogoda jak drut. Słońce, a w niedzielę 15 stopni. Nic, tylko kuźwa jeździć. Przekręciłem kluczyk, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki jednego z kawałków Red Hot Chili Peppers. I wiecie co? Coś mnie tknęło. Wróciłem się na 10-te piętro mojego drapacza chmur i od niechcenia zabrałem zimową czapkę pod kask.

Na wsi w sobotę świeciło jeszcze słońce, ale chmury na horyzoncie w żaden sposób nie pasowały mi to idylli zaserwowanej przez portal meteo. W dodatku wiało i zastanawiałem się, czy przed wyjściem nie zsypać chodnika solą. Pojechałem do Nowej Słupii, wskoczyłem w cienkie, rowerowe ciuchy i ruszyłem na szlak. W terenie całkiem fajnie, hamulce Extralite działają lepiej, niż XTR! W całości zjechałem nawet ściankę, której dotąd pokonać mi się nie udało. Dotarłem do końca szlaku, skąd musiałem przedostać się do asfaltu. Ścieżek brak, więc postanowiłem trawersować szczyt na przełaj. Trochę na kołach, nieco z buta i już gnam na złamanie karku leśną drogą w dół. Pokonuję niewielki mostek zawieszony nad rzeczką i czuję, że coś jest nie tak. Echh... tak. Złapałem gumę.

Ok. Rozkładam się tuż przy drodze i wyciągam wszystkie potrzebne rzeczy. Przy okazji przetestuję sobie łyżkę w moim nowym "multitool'u" od Topeak'a. Pierwsza próba i refleksja: co za debil ustawił łyżkę w ten sposób, że podczas ściągania opony, przybornik o nią haczy? W porządku, w domu go sobie rozkręcę i poprawię to, co spartaczyli na deskach kreślarskich. W tylnej oponie siedzą 2 kolce o długości dobrych 6 cm. Pierwszy raz takie widzę. Zakładam nową dętkę i zabieram się za pompowanie. Kątek oka dostrzegam, jak na podwórko wychodzi okoliczny rolas i niby zamiata, ale bacznie mi się przygląda. Czyli, że do Bielin cyrk przyjechał. Odwracam się do niego tyłkiem i pompuję. Kutwa, coś nie idzie. Pompka dziwnie syczy przy odciąganiu tłoka przy czym... wypuszcza powietrze. Szlag jasny mnie trafi. Mam wrażenie, że jestem w centrum uwagi całej wsi.

Zbieram wszystkie graty z ziemi i wracam do lasu, rzucając gniewne spojrzenie ciekawskiemu autochtonowi. Kurcze, zimno. Ale przynajmniej mam spokój. Zasuwam się pod samą szyję i próbuję reanimować pompkę. Uszczelniam tłok kawałkiem gumy, w geście rozpaczy fiołkowymi liśćmi. Nie działa. Groźnie marszczę brwi i oczami wyobraźni widzę, jak rozpieprzam rzeczoną pompkę o drzewo. Powtrzymuję pierwotne rządze i zrezygnowany dzwonię do kumpla. Na szczęście Daniel zgadza się mnie sholować z trasy. Wychodzę z zacisznego lasu do cywilizacji i łapie mnie delirka. Rzut okaz na zegarek i wszystko jasne: siedzę tu od 1,5h. Gdy na horyzoncie pojawia się czerwona "polówka", szczęściu nie ma końca. Wrzucam pompkę do kosza żałując, że kolega patrzy i nie mogę jej tak po prostu w drobny mak ROZJEBAĆ.

Powiem Wam, że mój stosunek do materii nieozywionej jest dość specyficzny. Większość przedmiotów traktuję niemal jak autonomiczne, żywe byty. Pamiętam, jak zaczął mi się zawieszać mój pecet. Nie wytrzymałem długo i za którymś razem poczęstowałem go solidnym prostym. Pękła wówczas płyta główna i musiałem zmienić procesor, ale nastrój miałem przedni. Szczególnym sentymentem darzę myszkę. Kursor reagował z opóźnieniem, czym doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Na szczęście w domu miałem drugą, więc złapałem za kabel i roztrzaskałem ją o drzwi. Do dziś znajduję w pokoju jakieś jej części.

Pamiętam przednią przerzutkę LX-a, która z racji wieku przestała redukować. Ileż to radości dało mi wkręcenie jej w imadło i przerobienie na niewielką kostkę. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego sprzęt psuje się właśnie wtedy, kiedy jesteśmy daleko na szlaku, nie mamy dętki, albo telefonu? Kutwa, nie jest to normalne. Doszedłem do wniosku, że części, o które się nie dba, robią nam na złość. Mają w sobie takiego małego Manitou. Możecie się śmiać, ale swego czasu jeden z rosyjskich naukowców dowodził słuszności podobnej tezy. I przypominam sobie teraz, że woziłem tę cholerną pompkę w uchwycie na ramie. Bez względu na deszcz czy błoto. I w końcu powiedziała dość. Przed śmiercią postanowiła się jednak na mnie zemścić.

Gdybym miał do Bieln bliżej, wsiadłbym w samochód, wyjął ją z tego kosza i przeprojektował w imadle. A może wyczyścił, nasmarował i zakopał w ładnym pudełku pod ziemią. Hmmm...

poniedziałek, 17 marca 2014
Numer jeden

Uchhh... wydaje mi się, że było to za czasów liceum, kiedy kupiłem swój pierwszy rower "górski". W TVP1 trwała krótka, ale interesująca transmisja z zawodów Skoda Auto Grand Prix MTB. Wyścig Elity, to było przeżycie. Najlepszy sprzęt, wyżyłowane łydki i ta jazda...

Jedną z tras poprowadzono przez skocznię narciarską. Zawodnikowi z czuba podcięło koło i zaliczył groźny w skutkach upadek. Minęła dłuższa chwila, zanim podniósł się z ziemi i ciężko próbował wskoczyć na rower. Widać było walkę z samym sobą, grymas bólu. Kilka obrotów korbą i to wszystko. Spiker grzmiał, że dla niego to koniec wyścigu i prowadzenia. A ja patrzyłem, jak ten drobny kolarz, z góry skazany na porażkę, po raz drugi i trzeci niezłomnie próbuje ruszyć, aż w końcu musi dać za wygraną i schodzi z trasy. Tak właśnie poznałem Marka Galińskiego.

Później były gazety rowerowe, niezliczone wygrane i piewcy jego zwycięstw. Widywałem go kilkakrotnie na wyścigach, miałem okazję trzymać mu koło. Dwa lata temu z uśmiechem ściskałem swojemu idolowi rękę, gdy wręczał mi puchar na jednym z jego maratonów. 

Marek wcale nie był facetem, który świetnie znał się na rowerach. On po prostu doskonale jeździł i wg mnie lubił to, co robił. Mimo paru słabszych startów za granicą, Galiński zawsze był dla mnie numerem 1. Kilka lat temu oglądałem go na żywo podczas mistrzostw Polski w XC, gdy walczył o tytuł razem z Markiem Konwą. Patrzyłem na wielu kibiców, którzy niegdyś go kochali, a tam, na Telegrafie, życzyli zwycięstwa jego rywalowi. Całym sercem byłem za Markiem i wierzyłem, że wygra. Niedaleko przed metą, Konwa mocno zaatakował. 

 

Kiedy dziś dostałem sms-a, że Marek nie żyje, chciałem myśleć, że to żart. Dobrze wiedziałem, że w grę mógł wejść tylko wypadek. Nie chciałbym pisać, kogo i czego już nie będzie. Ten człowiek osiągnął wiele, żył intensywnie i sądzę, że nie miał czego żałować. To właśnie jest piękne. Dla mnie był kimś, kogo warto jest naśladować wierząc, że jeździ się choć w ułamku tak dobrze, jak on. Ponoć kochał trasy wokół Opoczna. Byłem tam, te ścieżki mają coś w sobie. Myślę, że wiem, co czuł, kiedy nimi jeździł. Zginął tak blisko tych miejsc.

Chciałbym wierzyć, że jest teraz na najpiękniejszej górskiej ścieżce, drzewa delikatnie falują, a promienie słońca leniwie przebijają się przez liście. Jedzie krętym singlem; pewnie i szybko. Szczupły, niepozorny, z żelazną łydką. Tylko teraz nieco wolniej i dostojniej. Nie potrzebuje już się ścigać; na szczycie położy się na trawie, przymknie oczy i posłucha wiatru.

 

A tamtego dnia, Marek nie przespał ataku. W pięknym stylu odjechał Konwie, zamykając usta niedowiarkom. Tam, na Telegrafie, skakałem ze szczęścia. Widzę go do dziś, jak podnosi ręce w geście zwycięstwa. Specjalnie nie wybrałem czarno-białego zdjęcia, bo nie tak go zapamiętam. Marek był człowiekiem o niezwykle barwnym życiu, który pokolorował również i moje.

niedziela, 16 marca 2014
Sens życia wg samego siebie

Jesteśmy w Kalifornii. Oragne County, Huntington Beach. Ciepełko, gorący piasek, palmy i tafla błękitnego oceanu. Dookoła tłum skąpo odzianych lasek na rolkach. Dziewczyny, dla Was są napakowani surferzy. To nie sen, przestań się szczypać.

Czwórka młodych chłopaków wiedzie tam mniej, lub bardziej zwyczajny żywot. Przekrój tej paczki może być zaskakujący. Jeden jest woźnym w szkole, drugi to nieźle zapowiadający się naukowiec, trzeci skończył szkołę i szuka roboty. Łączy ich wspólny mianownik: kochają rocka i w wolnym czasie starają się podrabiać kawałki NOFX i Dead Kennedys. Gorzej, lub lepiej, lepiej, lub gorzej.

Kończysz liceum i życie wydaje Ci się być bardzo proste. Lekcje, wagary, trochę zgranych kumpli i kupa wolnego czasu. Nie wiesz co to fejsbuk, nie słyszałeś o Google, nie masz komórki. Rodzice uciułali nieco grosza i na bazarze kupujesz swój pierwszy rower prosto z kolebki MTB, Chin. 

Chłopaki mieli trochę szczęścia i wydali swą pierwszą płytę, sprzedaną w 3000 sztuk. Kim byliby bez pasji; wydają drugi krążek. Na promocyjny koncert przychodzi setka fanów i ludzie z rodziny. Ostre dźwięki gitar zagłuszają natrętne myśli. Ostatecznie album kupuje 100 000 osób.

Jesteś na studiach. Właśnie odkryłeś, że przyjaźnie z liceum wcale nie były trwałe, a patrząc na grupową fotkę z pierwszej klasy za cholerę nie jesteś w stanie sobie przypomnieć, jak nazywa się ta dziewczyna z drugiego rzędu. W sumie ta z pierwszego też. Jesteś niczym Pizarro i odkrywasz białe plamy na mapie. Poza Twoją mieściną istnieją również inne, bardziej zaawansowane cywilizacje. Studiujesz, więc otwierasz kolejną butelkę piwa. 

Smakuje świetnie. Browar na plaży Huntington Beach nie może być zły. Chłopaki mimo wszystko postanawiają nagrać trzeci krążek. Być może ostatni. W końcu trzeba robić coś w życiu. Nawet, jeśli jest się woźnym, lub kończy doktorat, jak Dex. Jest 8 kwietnia 1994 roku, a światu ukazuje się Smash. Prawdziwe grzmotnięcie, jak w tytule. Rozgłośnie nakręcają jeden hit za drugim. Album sprzedaje się w milionach kopii i do dziś pozostaje niepobitym rekordem wśród niezależnych wytwórni. Teledyski non stop lecą w największych stacjach telewizyjnych. Noodles wciąż jest woźnym w szkole. Na przerwach kiedy sprząta rzygowiny, dzieciaki podchodzą do niego i wołają: "Hej, panie Noodles, widzieliśmy pana dziś rano w MTV!".

Na nowo poznałeś rower. Dowiedziałeś się też, czym jest dorosłość, choć wciąż zachowujesz się jak gówniarz. Kręcisz sobie na bajku, jest przezajebiście. Wyróżnia Cię to spośród innych pijaczyn. Co prawda nie śmiejesz się już, kiedy widzisz nagą dziewczynę, ale gumy wciąż kojarzą Ci się tylko z Continentalem w wersji Supersonic. Będziesz taki sam, jak reszta z Twej wioski. Dziecioróbca bez perspektyw. Na szczęście alarm zostaje odwołany, ale nie jesteście już razem. Idziesz na rower i masz poczucie, że robisz coś wyjątkowego.

(...)

Czytałem ostatnio artykuł o The Offspring. Chłopaki w wieku 20-stu kilku lat znaleźli się na szczycie. Mieli swą pasję, ale i upór oraz determinację. Noodles od dawna nie jest już woźnym, Dexter nie ukończył pracy doktorskiej. Oprócz tego, że dziś są milionerami, łączy ich jeszcze jedno. Konsekwentność działania. Nie ma nic gorszego, niż człowiek bez pasji. Albo taki, który ma ich dziesięć, ale tak naprawdę to tylko zainteresowania, dzięki którym chciałby się wyróżniać. Bo w głębi serca wie, że jest dokładnie taki sam, jak milion osób mu podobnych. Uwierzcie mi, prawdziwa pasja to coś pięknego. I znam takich ludzi. Jest ich aż dwoje.

Zacząłem się zastanawiać, co ja robiłem w ich wieku. Czy było to coś równie znaczącego? Czy samo jeżdżenie rowerem daje Ci poczucie, że robisz coś ważnego?

Byłem na TransCarpatii...

Przeżyłem BikeChallenge:

Wygrałem maraton u Galińskiego...

Jeździłem we mgle:

I w palącym słońcu:

Szosą:

I w terenie:

Sam:

I w grupie: 

 

To całkiem fajne życie. Jeśli wciąż zastanawiasz się nad wartością swojego, przestań. Rób dalej to, co kochasz. Przed nami jeszcze długa droga.

 

Wyglądam przez okno, zza chmur przebija się słońce. Z głośników płynie hymn mojej młodości, Smash. Wyłączam komputer.

Idę na rower.



niedziela, 09 marca 2014
Świętokrzyska "etapówka"

Co tu dużo mówić, uwielbiam Góry Świętokrzyskie. Co jakiś czas, staram się Wam przemycić kilka lepszych lub gorszych zdjęć licząc na to, że spotkamy się na szlaku. I dni, kiedy znajduję w Internecie czyjąś fotkę z Chełmowej Góry, a obok stoją wypieszczone dwa kółka, są niezapomniane. W ub. roku miałem przyjemność wystartować w pierwszej odsłonie Świętokrzyskiego Maratonu Etapowego. Udało mi się zająć wówczas drugie miejsce. Przyjedźcie koniecznie, nie będzie łatwo. Dla Was jako pierwszych publikuję krótką informację na temat tego, co nas czeka.

 

 

Kochamy góry. Uwielbiamy gubić się w gąszczu drzew, trawersować szczyty, odnajdywać tak bliskie, a nie odkryte wciąż ścieżki. Lubimy rywalizację. Dobrze jest robić to, za czym szalejesz. W ubiegłe wakacje postanowiliśmy zebrać najciekawsze ścieżki Gór Świętokrzyskich i zamknąć je w niewielkiej pigułce. Na opakowaniu kazano nam umieścić wyraźny znak: „Uwaga, uzależnia!”.

 

Już po raz drugi, MTBCrossMaraton otwiera wrota prastarej puszczy i zaprasza do krainy przygody, średniowiecznych zamków, interwałowych, ubitych szutrów oraz doskonale przygotowanych single-tracków. A także… wilków, które ostatnimi laty odnalazły spokój w gęstych, jodłowych lasach naszych gór.

 

W dniach 14-17 sierpnia, zapraszamy Was do kameralnego, lecz tętniącego życiem Łagowa, gdzie krzyżują się najwspanialsze świętokrzyskie szlaki. Czterodniowa rywalizacja bez konieczności codziennej zmiany miejsca pobytu to dobry pomysł na rodzinny urlop.

Pierwszego dnia, zaczynamy startem w sprawdzonej formule. Indywidualna jazda na czas w gęsto porośniętym lasem Paśmie Bielińskim to wyzwanie, które warto podjąć choć raz. Bez jazdy „na kole”, gdzie bilet na kolarski „pociąg” jest nieważny; po to, aby poczuć swobodę i ból łydek w trakcie słynnego podjazdu w Paprocicach na Kobylą Górę. Trzymaj mocno kierownicę podczas przejazdu kamienistym dnem strumienia, delektuj się pędem wiatru na singlu niebieskiego szlaku. Ten dzień to tylko Ty, rower i uciekający czas...

Następnego ranka ruszamy razem z przestronnego rynku, przy aplauzie miejscowych kibiców. Tym razem przyjdzie się nam zmierzyć z Pasmem Cisowsko – Orłowińskim i tym, co oferuje najlepszego. Dobry balans ciałem pozwoli na bezproblemowe przejechanie kamiennego wału na szczycie Góry Zamczysko, skąd jeśli tylko będziesz miał odwagę, spójrz koniecznie w dół na otoczone przez las malownicze wioski. Wisienką na torcie będzie słynny już kręty zjazd, na którym niejedno drzewo zostało odarte z kory. Koniecznie zostawcie sobie trochę sił na ostatni, asfaltowy podjazd pod Łagów, na którym rozgrywają się najbardziej widowiskowe finisze.

Trzeciego dnia odwiedzimy najbardziej malownicze zakątki gór wraz z miejscem kulminacyjnym, czyli przejazdem tuż obok murów potężnego zamku Krzyżtopór. Krótkie, strome i intensywne podjazdy, pejzaże różnokolorowych łąk poprzecinane szybkimi szutrami, urokliwe leśne wąwozy czy kopalnia u przedsionka Łagowa to główne atrakcje tego etapu.

Klamrą spinającą całe wydarzenie będzie ostatni wyścig, połączony z maratonem Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej, podczas którego odkryjemy doskonale widoczne z rynku, najwyższe pasmo Gór Świętokrzyskich. Góra Jeleniewska i Szczytniak zadbają, aby łańcuchy zostały na najmniejszej tarczy korby, a wyschnięte koryta górskich strumieni zapewnią wzrost sprzedaży w segmencie klocków hamulcowych. Do tego miejsca takie, jak urokliwa, dawna drewniana świątynia pośrodku lasu, czy orzeźwiający zapach ziół niesiony znad łąk przez sierpniowe wiatry, nie dadzą Wam zapomnieć o tym miejscu.

Dawnymi czasy, gdy w burzowe noce wiatr kładł drzewa na Łysej Górze, przesądna ludność bała się spojrzeć ponad las, by nie ściągnąć na siebie gniewu czarownic. Dziś nie boimy się przyznać, że starzy ludzie mieli rację. Góry Świętokrzyskie czarują, a gdy raz rzucą urok, nie wychodzi się już spod jego wpływu.

piątek, 07 marca 2014
Carpe diem

 

Znacie ten dzień, kiedy przychodzi wiosna? Wiem, że znacie. Oto wracasz do domu ze szkoły, z pracy, od kochanki i po prostu czujesz ją w powietrzu. Oddychasz. Jak dawno tego nie robiłeś. Słońce świeci jakoś inaczej, jaśniej. Pośniegowe kałuże mienią się w jego promieniach, płuca pracują głębiej, chciwiej. Delektujesz się nią; jej smakiem i zapachem. Świat nagle wygląda inaczej, lepiej. I choć Twoje życie wcale nie maluje się w samych jaskrawych barwach, dziś się to nie liczy. Zapominasz o całym gównie tego świata i czujesz, że warto żyć dla takich chwil. To dobrze, że są tak krótkie. Inaczej nie byłyby cenne, nie mieszałyby w głowie, nie dawały siły na kolejne dni. Warto je docenić.

Właśnie tak czułem się pewnego marcowego dnia, wracając do domu. Chodziłem wówczas do liceum, a ów dzień, czy właściwie chwilę, pamiętam do dziś. Może dlatego nie warto żyć wszystkim, co nas otacza a czerpać z tego, co tak piękne, choć ulotne? Tego właśnie dnia, powietrze pachniało inaczej, świeżej. Chciało się żyć. W uszach brzmiały gorące riffy „Gone away” Offspring’a. Nagle, tuż przed oczami przemknął mi biker. Jeśli mieszkasz w dużym mieście, pewnie miałbyś to gdzieś. Ale w Starachowicach, to było wydarzenie. Moje miasto jest specyficzne. Mamy prezydenta w więzieniu, który wciąż rządzi zza krat. Długie lata truliśmy Was starym mięsem w kiełbasach z Constaru, nasz nauczyciel od historii molestuje seksualnie uczennice, nasi politycy ostrzegają bandytów, a my, Starachowiczanie, mamy dość kumoterstwa, nepotyzmu i burdelu nie tylko przy Ostrowieckiej.

To naprawdę piękne, że w tak udupionej mieścinie ktoś chciał jeździć. To przecież banalne. Tylko dlaczego 90% z nas, dzwi na dwór otwiera jedynie wtedy, gdy przychodzi listonosz? To buduje. Tego dnia wiedziałem, że i ja po zimie wreszcie ruszę w teren.

 

O tym właśnie dniu myślałem marcowego poranka, rozpoczętego bułką z dżemem i kubkiem mleka. Mgła na zewnątrz była tej samej barwy, co mój napój, który smętnie mieszałem łyżką to w jedną, to w drugą stronę. 2 stopnie na plusie i wiatr urywający głowy. Niemal widziałem, jak turlają się po chodnikach. Głowy starachowiczan wyrwane przez mroźny wiatr tego marcowego, niedzielnego poranka.

Głupio mi było udawać, że nie wiem, iż głęboko w czeluściach dysku mojego komputera, w Excelu zapisana jest cyfra „3”. 3h treningu. Minimum, ściślej rzecz ujmując. Za nic w świecie nie będę biegał, po ostatnim treningu wciąż wchodzę po schodach niczym rubaszny pirat o dwóch drewnianych nogach. Zerkam na nowe klamki Extralite. Wolno piję łyk mleka, zagryzam bułkę. Nawet niezłą. Dżem jest doskonały, śliwkowo - jabłkowy. Domowy. Klamki pozwalają mi doszukać się pozytywów. Zawsze lubiłem ten stan. Choćby łańcuch, czy nowe linki. Pamiętam, jak dostałem awizo z poczty, że klamki czekają. Ok, pójdę po nie z rana, następnego dnia. Nie jestem już tak szalony jak kiedyś, żeby jeszcze dziś po nie dymać. Hehehe.

Jakąś godzinę później, raźno zapierdzielałem w deszczu do pocztowców klnąc, na czym świat stoi. Wcale nie jestem uzdrowiony. Choroba mnie zżera żywcem. A może podświadomie się z tego cieszę? Wiedz, że dobrze być wariatem. Nie czujesz pustki.

Zakładam na siebie dodatkową warstwę odzieży. Dobrze, że zabrałem ze sobą zimowe buty. Mam ochotę całować Gore-Tex’ową membranę, a o ocieplinie Thinsulate pisać wiersze, układać piosenki.

 

W prorządku, ruszam. Jeszcze tylko jeden kęs bułki. No, może przejrzę jeszcze „Gazetę Starachowicką”. Ha, ha!. Teraz już ruszam. Może poczekam tylko do pełnej godziny, będzie trochę cieplej. Ok, jest pełna. Te pół godziny jakoś za szybko zleciały. Czuję, jakby ktoś mnie obserwował i jak nie patrzyłem, przestawiał wskazówki. Tak? To i ja nie będę dłużny. Wyjadę 10 minut później. Ale może 11:10 to za wcześnie i ruszę o 12:00? 11:10 sama w sobie jest jakaś dziwna, nie podoba mi się. W południe będzie raźniej. W ogóle w południe najlepiej jest ruszać. Wtedy na pewno wyjadę.

 

Jadę. Jest spoko. Ram pam bum, bębnię sobie dla dodania animuszu palcami po kierownicy. Wiatr smaga mi twarz, skórę mam całą sino – czerwoną. Mijają mnie kolejne samochody, a ja z tęsknotą odprowadzam wzrokiem ich ciepłe, przytulne wnętrza. Rozgrzewam się na podjazdach i doskonale schładzam na zjazdach. Zauważam, że piasta Chris King denerwuje wioskowe burki. Gonią mnie dosłownie wszystkie, a te uwiązane wściekle szczekają. Ot, taka wartość dodana. Mojego psa piasta nie denerwuje. On jak ją słyszy, po prostu ucieka, jakbym chwilę wcześniej przyłożył mu półtora metrowym kijem po grzbiecie.

Mgła gęsta jak mleko, szczelnie pokrywa moje okulary. Widzę tylko do połowy szkieł, reszty się domyślam. Widoczność na kilkanaście metrów i samotność pariasa.

Wreszcie, hura!, wjeżdżam w teren. W lesie czuć klimat. TEN klimat. Mgły snują się gęsto, przywołując na myśl szkockie wrzosowiska.

Na tzw. “Święty Krzyż” wjeżdżam bocznym, czerwonym szlakiem. Na szczycie okulary parują, nic nie widzę. Później pamiętam single w kierunku Łysicy. Jazda daje mi niesamowity ubaw. Skaczę przez korzenie, ślizgam się w zakrętach i słyszę tylko dźwięk podskakującego na wybojach łańcucha. Zupełnie, jak na starych relacjach TVP ze Skoda Auto Grand Prix MTB. Zabawne, że pamięta się takie rzeczy.

W połowie szlaku spotykam dwóch gości na fullach, ale tylko spinam łydki i atakuję Łysicę. Raz pokonują mnie śliskie kamienie, drugi raz błoto. W najbardziej stromym momencie czuję, jak Race King’i grzęzną w śliskiej mazi.

A mnie odcina prąd. Elektryk bawi się ze mną, raz po raz wyciągając wtyczkę. Robi się zimno, czuję się zmęczony. Góra rozkłada mnie na łopatki. Jestem tylko frajerem na rowerze, który coś sobie ubzdurał.


Nie poddaję się bez walki. Zjeżdżam ją po raz pierwszy prawie w całości. Kiedyś się uda. Musi. Inaczej pomyślę, że się starzeję, a części kupuję dla podbudowania upadłego ego.

Na dole nie czuję rąk. Widzę siebie sprzed 14-stu lat w tym samym miejscu. Stoję na moim Giancie i masuję palce. Czasem chciałbym, żeby moje wcześniejsze ja, mogło zobaczyć późniejsze. Który punkt widzenia byłby jaśniejszy?

 

Na dole jest źle. Staram się zasunąć suwak wyżej, niż jest wszyty. Uderza mnie ogrom wszechobecnej wilgoci, mgła staje się coraz bardziej gęsta. Są takie trasy, które mają bardzo lepkie macki. Chwytają człowieka za gardło i duszą, oplatają umysł. To właśnie taka droga. Na niej przeżyłem największe kolarskie kryzysy. Ring powoli zalewa się krwią, to mój rozcięty łuk brwiowy. Słyszę gong, sędziowie nie są mi przychylni.

W myślach zaczynam liczyć podjazdy. Ile jeszcze przede mną. Najgorszy będzie czwarty, czy może piąty. Czyli byle do piątego. Do drugiej rundy wchodzę podbudowany, staram sie oddawać ciosy. Raz nawet trafiam. Całkiem sprawnie wjeżdżam na górę i… uderze we mnie taka siła wiatru, że prawie ląduję na deskach. Jestem na wypłaszczeniu, drzew brak. Powoli mam dość choć rezerwa, na której jadę o dziwo się nie wyczerpuje. Na pierwszym, czy drugim biegu samochodem do setki się nie rozpędzisz, ale od biedy dotrzesz do celu. Wśród okolicznej ludności na pewno mam status kretyna na rowerze. Wokół żywej duszy, tylko wiatr, mgły, rower i ja. A w niedzielę ogląda się serial, pije wódkę, albo je rosół. Przepraszam, nie wiedziałem.

Myślę o ciastkach, które zostały w domu. Wzgardziłem nimi, a teraz mi odpłacają. “Babcia, ja nie jem już ciastek!”.

Dużo bym teraz za takie dał. Chrupiące, z cukrem. Najchętniej usiadłbym sobie na jakimś zadaszonym przystanku i po prostu posiedział. Tak ze dwa dni.

Wreszcie jest, czekałem na nią. Tablica “Starachowice”. Zostały ostatnie dwa podjazdy. Wchodzę do domu, dalej nic i oto siedzę przy stole, zjadam podwójną porcję obiadu. Potem znowu nic i siedzę w wannie. Jak przez mgłę (sic!) słyszę babcię. Pyta, czy sie nie utopiłem, bo coś za cicho siedzę. Ja pierdolę.

Później dłuuugie nic i leżę w łożku jak kłoda. Budzi mnie głos babci z dołu. Pyta, czy żyję, bo na górze światło zgaszone i jakoś tak cicho.

 

Po powrocie do Warszawy jestem chory. Znów. Nawrót wirusa. Od 3-ech tygodni żyłem na pół gwizdka, byłem osłabiony. Kolejny atak grypy kładzie moje morale na łopatki. Teraz, to już na pewno sezon stracony. Każdy będzie mocniejszy ode mnie. A może dać sobie z tym wszystkim spokój? Siedzę w domu i patrzę przez okno. Dzieciaki grają w piłkę, jedzie samochód, ktoś nawet na rowerze.

Przecież to dno nie mające sensu. Weź się w garść. Trenuj, jeździj, choruj, leż. Baw się, ucz, pracuj, odpoczywaj. Rób coś, miej swoją zajawkę, nie użalaj się. Stać Cię na to, nie straciłeś niczego.

Dobrze jest szukać pozytywów. W sobotę jechałem moim ulubionym wąwozem, by po chwili brnąć po kolana w śniegu. Smierć sprawia, że tak docenia się życie. Dobrze czasem umrzeć, by nie żyć w miałkiej codzienności. Dwa słowa, carpe diem. Banalne, trudne, awykonalne? Chwytaj dzień, bo i tak nie będzie inny, niż teraz.

 

 

Czy drogę przez mgłę pamięta się dłużej, niż cztery treningi na trenażerze?

 



poniedziałek, 27 stycznia 2014
Mój ojciec, kolarz

Jakiś czas temu, przy jednej z okołorowerowych, a jakże, rozmów, zastanawialiśmy się, czy rowerzyści są normalni, czy może ich styl życia powoduje jakieś zmiany w mózgu. Jeden z dyskutantów podrzucił mi pewien tekst ze światka wędkarskiego, który czytałem, jakby był pisany o kolarzach. 

Oto moja wersja i głos w dyskusji, do której, mam nadzieję, licznie się włączycie :-)

 

Mój stary to fanatyk kolarstwa. Pół domu zaj***ne częściami rowerowymi. Ojciec wszystkie prace przy sprzęcie wykonuje w domu, bo nie będzie przecież swojej lali w piwnicy trzymał. Tak na nią mówi. Znaczy na rower. Średnio raz czy dwa razy w roku ktoś z rodziny ląduje na chirurgii, bo jak ojciec linki wymienia, to oczywiście tnie je na dywanie i później te małe druciki wbijają się w stopy pod skórę. Ostatnio jak brat poszedł na badania do pracy, to mu lekarka kazała od razu but ściągać bo myślała, że znowu drut w nodze. Druga połowa domu zaj***na gazetami rowerowymi. Co miesiąc ojciec rusza w miasto, kompletując wszystkie czasopisma kolarskie. Zawsze wybiera je spod spodu, żeby czasem ktoś ich czasem wcześniej nie przeglądał i żeby pozaginane nie były. W domu siada w fotelu i zaczyna czytać.

-Oooooo w mordę. Chodź Mariusz, zobaczysz jakie hamulce są teraz w rowerach. Ten twój samochód byś tym zatrzymał!

Później ojciec każe nam je czytać. Gazety przegląda matka, ja i brat, a stary siedzi z bananem na twarzy i komentuje każdą nowość.

Co rano ojciec jeździ rowerem do pracy bo by się chyba porzygał, gdyby miał kupić bilet na autobus. I zaczyna się cały rytuał. Wszyscy jeszcze śpią, a ten psika na łańcuch jakimś aerozolem tak, że w całym domu wytrzymać się nie da i musimy wstać, żeby okna pootwierać. Później przy śniadaniu stary non stop nawija o rowerach i o tym, że rowerzyści powinni mieć więcej praw. W końcu sam się nakręca i gada o tym, że to wszystko przez PZKOL, robi się czerwony na twarzy, po czym odchodzi od stołu klnąc na czym świat stoi i idzie czytać jego ulubiony „Katalog rowerowy 1999”, żeby się uspokoić.

Kiedyś próbował nawet mnie zarazić „miłością do dwóch kółek”. To było chyba w liceum, całe wakacje zapier***łem w sadzie po to, żeby mieć kasę na wyjazd w zimę z dziewczyną a ten przyszedł, i kazał mi za to rower kupić. Że nie będę cały dzień jak ciota przy samochodzie siedział, tylko mam na rowerze jeździć. Potem Anka, czyli moja dziewczyna do nas przyszła i staremu było trochę głupio, to mnie szturchnął i powiedział: „no Mariusz, rower przynajmniej nie będzie miał co miesiąc wycieków”.

Jak kupiłem ten rower, to ojciec od razu chciał jeździć na wycieczki. Musiałem z nim kręcić co niedzielę, nawet w zimie i całą drogę słuchać tego, jakie to zdrowe. Jak dostałem się na studia to ojciec dobry tydzień pie***lił, że to na pewno dzięki rowerowi i że dotleniłem mózg. Nasze wypady skończyły się, jak któregoś dnia dojeżdżaliśmy do świateł na skrzyżowaniu, stary wjechał na pasy i strąbił go jakiś gość w dostawczaku, na co ojciec przejechał mu butem po drzwiach. Gość nie odpuścił i musieliśmy między bloki spier***ać, a stary na krawężniku zaliczył glebę i złamał wtedy rękę. Później siedział na forach rowerowych i miesiąc pier***ił o tym, jakich mamy poj***w na drogach.

A Internet to osobna historia. Jak ojciec ogarnął, co do czego służy to znalazł jakąś stronę, na której tacy jak on wrzucali zdjęcia swoich rowerów i je komentowali. Stary do bogatych nie należy, sprzęt ma średniej klasy. Ale uważa, że jest zaje***sty. Zalogowałem się nawet na tej stronie, żeby ojca powk***iać i pisałem jakieś hejterskie komentarze. Stary dostał piany i zaczął trollować, czyli pozakładał kilka innych kont i sam sobie pisał komentarze.

marek64 (liczba postów: 1): - uważam, że masz świetny rower i na pewno jeździsz lepiej, niż inni, którzy tu komentują

rowerowy (liczba postów: 2): - drogi sprzęt jest dobry na ścianę. Widać, że to rower prawdziwego kolarza!!!!!!!!

rowerowy (liczba postów: 2): - ode mnie „6” za ten sprzęt!!!!!!!

Później stary potrafił nieraz do 2 w nocy siedzieć, drzeć ryja (dosłownie) do monitora i wklepywać najwyższą ocenę „6” dla swojego roweru, a rano kazał robić to samo mnie i bratu. Zanim administracja forum założyła mu blokadę IP, miał już na forum rangę „Pinarello” za naj***nie 5 tys. postów.

Ojciec ma jedynego kumpla, Karola, z którym zawsze jeździ rowerem. W sezonie co weekend wstaje o 4 w nocy, przyjeżdża Karol, robią kanapki i jadą pociągiem na maraton. Najgorzej jest zimą, bo ojciec odkrył, że są też wyścigi na śniegu. Któregoś razu kazał nam z matką pójść i kibicować. Staliśmy chyba ze 3 godziny na mrozie, matka dostała zapalenia oskrzeli i zagroziła, że odejdzie, bo ma tego dość. Ojciec się trochę wystraszył i przez dobre 2 dni się nie odzywał, oglądają katalogi z rowerami.

Któregoś razu Karol objechał go na wyścigu etapowym i ojciec dostał piany. Wk***ił się niemiłosiernie, obudził mnie o 5 rano i kazał wsiąść na rower. Pojechaliśmy do lasu i stary kazał mi przewieszać jakieś strzałki, klnąc przy tym na PZKOL i Karola. Po chwili usłyszeliśmy warkot silnika, wyjechał jakiś gość na quadzie (jak się okazało od organizatora wyścigu) i wykluczyli starego z wyścigu.

Najlepsze historie dzieją się w Święta. Kiedyś nawet lubiłem całą tę otoczkę związaną z prezentami, ale od kiedy ojciec wkręcił się w rowery, od lat jest tak samo. Ostatniego roku ojciec kupił sobie pod choinkę strój kolarski. Wciąż uważał, że jest trochę pedalski i aby się z nim oswoić, założył go już w Święta i całą Wigilię siedział w nim przy stole. Od rodziny dostał kilka części rowerowych, po czym zrobił przeszkloną, zamykaną półkę i co tydzień wyjmuje jakieś przerzutki, czyści je i ogląda.

Mówiłem już o największym wrogu starego, czyli PZKOL-u. Co wieczór, gdy oglądamy wieczorem dziennik, ojciec robi się czerwony i krzyczy, że mogliby wreszcie powiedzieć coś o tych skurw****ach z zarządu i wałach, jakie wg niego tam robią. Gazet nie branżowych ojciec już nawet ni przegląda, bo „za mało piszą tam o PZKOL-u”.

Najgorzej jest, gdy przychodzi sobota. Stary zabiera się wówczas za serwis. Rozstawia na środku pokoju stojak i coś tam grzebie przy rowerze wołając nas i każąc patrzyć, jak się sprzęt konserwuje. Pół dywanu jest później w smarach, matka nie wyrabia z czyszczeniem. Pół biedy, jak na dworze jest sucho. Jeśli pada, to musimy brać kąpiel do 16:00, bo później wraca ojciec i razem z rowerem wchodzi do wanny mówiąc, że tam się go najlepiej myje. Ostatnio wyszedłem z kąpieli z całą dupą w jakimś oleju, bo stary zapomniał wanny umyć po wszystkim.

Drugim, największym po PZKOL-u wrogiem ojca jest nasz sąsiad z dołu, Michał. To zatwardziały piłkarz i ojciec go szczerze nienawidzi. Kiedyś stary go zaczepił i zaczął gadać o tym, że piłkarze to pedały, bo udają na boisku a kolarze są twardzi. Pech chciał, że ojciec miał nogi wygolone przed wyścigiem i sąsiad wyjechał mu od ciot. No i się zaczęło. Stary zaczął szkalować Michała z trollkont na osiedlowym forum w Internecie. Że widział, jak Michał potrącił rowerzystę, że sprzedaje mecze i jeździ po pijaku. Sąsiad się wkur***ł, bo oczywiście podejrzewał ojca i założył sprawę w sądzie. Dotarli do niego po IP i stary musiał mu zapłacić 1500 zł. Ile się później nasłuchaliśmy z matką w domu, że za tę kasę miałby oleju do roweru na całe życie. 

Zawsze, jak jeździmy na maratony, musimy być na miejscu minimum 5 godzin przed startem. Stary zajmuje miejsce w ostatnim sektorze w pierwszej linii i podczas gdy inni się rozgrzewają, on już tam stoi, bo „to mu się należy”. Raz jakiś gość ustawił się przed nim, to ojciec wydarł się przy wszystkich, że ma wypier***ać bo on tu zawsze stoi. Później się okazało, że to jakiś zaprzyjaźniony wójt mający startować jako VIP, który po tej historii strasznie się obraził na organizatora. 

Ostatnio jest jakby ciszej, bo stary od historii z wójtem ma zakaz uczestniczenia w prawie wszystkich amatorskich zawodach w kraju. Raz na jakiś czas przychodzi do niego Karol i obaj knują plan zemsty. Wieczorem ojciec włącza telewizor i mamrocze pod nosem, że te skur****ny z PZKOL-u mają długie łapska, bo sięgają nawet amatorskich imprez i że to przez nich go wykluczono ze startów. Ale on im jeszcze wszystkim pokaże.

piątek, 27 września 2013
Jesienne biadolenie

Cześć, rzygać mi się chce.

Wiem, to nie jest dobry początek nowego wpisu. Ale uwierzcie; kiedy przychodzi zima, robi mi się niedobrze. W Warszawie temperatura kilkakrotnie spadła już poniżej magicznej dla mnie bariery 10-ciu stopni Celsjusza, więc wszelkimi znaki, nadeszła oto właśnie najstraszniejsza  pora roku. Zapewne jak większość ludzi na świecie, myślicie sobie teraz: "co on pieprzy, mamy przecież jesień".

Otóż nie. Nie mamy jesieni.

Mamy zimę.

Ilekroć słyszę w radiu, telewizji, w rozmowach znajomych o jesieni lub wiośnie, skręca mnie. Nie istnieją takie pory roku, zostały wymyślone. Jest tylko zima, oraz lato, bardzo krótkie zresztą. Pomyślcie logicznie, czy jak wychodzicie w październiku rano do pracy, to zakładacie bawełniany t-shirt i kryjecie się przed słońcem? Nie, wsiadacie do samochodu i przekręcacie gałkę od klimy na koniec czerwonego pola, albo trzęsiecie się przy podszytym wiatrem przystanku. Wychodząc z domu nie myślicie sobie "ale gorąco", tylko walicie prosto z mostu: "kurwa, ale zimno". Czy etymologia słowa "zimno" w jakikolwiek sposób kojarzy Wam się z jesienią? Nie! Ale za to z zimą, od razu. Zima-zimno. Jest zimno, czyli mamy zimę. Trudno chyba obalić tak żelazną logikę.

Zapytacie więc, dlaczego w mediach mówią nam, że nadeszła jesień? Otóż rząd nas okłamuje. Dawno, dawno temu, powiedzmy w czasach prehistorycznych, było albo ciepło (dinozaury), albo zimno (mamuty). Raczej nie było mowy o jakiejś wiośnie, czy jesieni. Istniały jedynie dwa przeciwstawne bieguny. Kiedy na ziemi pojawili się ludzie (cały proces zaczął się w greckich "polis"), wymyślono dwie nowe pory roku. Dlaczego? Żeby uniknąć paniki. Wyobraźcie sobie, że oto 23-ego września pan w telewizorze mówi do Was, że przyszła zima. A wy, zamiast dwóch ton węgla, musicie kupić dziesięć. Kraków stałby się drugim Pekinem, choć podobno dziś już niewiele mu brakuje. A tak, mówią nam, że mamy jesień, a Wy myślicie sobie: "no tak, zimno, ale jeszcze nie trzeba grzać". Kaloryfery w blokach powinni włączać już pod koniec sierpnia, ale nasza gospodarka by tego nie wytrzymała. Spójrzcie na taką Syberię. Czy tam jest wiosna, bądź jesień? Nie! Jest zima i króciutkie lato. Ale prawie nikt tam nie mieszka, więc rządy nie mają kogo okłamywać. A jak już ktoś mieszka, to jest dziki. Zresztą Rosjanie nawet w Moskwie są dzicy, więc zadanie jest tam ułatwione. 

Jest więc zimno jak cholera, a ja nadejście zimy widzę zawsze po swoich zakupach. Niby od niechcenie podchodzę z koszykiem do działu wędlin i kupuję paczkowaną kiełbasę "litewską podsuszaną", która zawiera chyba z 50% czystej słoniny. I wpieprzam ją raz, dwa razy w tygodniu. Jaka ta ewolucja jest kulawa, mamy kaloryfery, ogrzewanie podłogowe, sklepy z ciepłą odzieżą, a organizm przed zimą wciąż każe nam obżerać się słoniną. Pomyślicie sobie, że przecież wcale jeszcze nie jest tak znowu zimno; szkoły zamykają chyba przy -20 stopniach. A ja powiem Wam, że stan klęski żywiołowej powinno się ogłaszać poniżej pięciu stopni Celsjusza. To chyba uczciwa bariera, poniżej której zaczyna się żywioł. Tylko, że klęskę mielibyśmy wówczas przez 9 miesięcy w roku. Teraz sami już rozumiecie. 

Zimę poznaję też po tym, że nic mi się nie chce. Najchętniej w ogóle nie wychodziłbym z domu. Na myśl o treningu, robi mi się słabo. Dla przykładu dzień dzisiejszy. 2-3h szosy. Gardzę szosą, szczerze nią gardzę. Ale czasem trzeba. Dobrze, że chociaż na góralu. Gdybym miał wsiąść na szosówkę, przestałbym trenować.  Ostatnio czytałem wypowiedź Czesława Langa. Że MTB, to taka terenówka, a szosa to Ferrari. I że on woli Ferrari. Nosz k...a mać. Mój Niko to 800-set konny Shelby Super Snake albo inny Dodge Charger, który Pańskie Ferrari zasysa kolektorem i wypluwa wydechem. Normalnie krew we mnie zawrzała. Ufff... Ustalam godzinę "zero" na 17:00. Gdy mija 18:00 i słońce zachodzi wiem, że teraz będzie tylko gorzej, rzygać chce mi się jeszcze bardziej, ale i mocniej dupa przyrasta mi do krzesła. Robię milion rzeczy tylko po to, aby przedłużyć agonię. W końcu wychodzę. Jadę polami, jest 7 stopni. Mimo "zimowych" butów Shimano SH-MW81 po godzinie czuję, że mrowieją mi duże palce u stóp. Do diabła, jest 7 stopni! A co, jak spadną śniegi?

Na szczęście w tym roku dobrze zakończyłem sezon. Były takie dwa miejsca, w które chciałem pojechać. Pierwsze, niby zwyczajne, nieszczególne. Żółty szlak ze Starachowic do Iłży. Nigdy nie przejechałem go w całości, pod samiuteńki zamek. To był ostatni tegoroczny weekend, w którym jeździłem "na krótko". Niby wciąż ciepło, ale już nie tak, jak dotąd. Jakby ktoś schował słońce za niewidzialną szybą. Na początku odwiedzam niesamowicie ciche i kojące jeziorko w środku lasu. Tafla wody mami swą ciężką barwą, kontrastując z pastelowym otoczeniem.

Dalej przebijam się przez potężną niegdyś puszczę, która i dziś potrafi zamieszać w głowie swym ogromem. Niby płasko, ale jednak ciekawie. Co chwila mijam zamknięte dla ruchu, szutrowe drogi pożarowe, wgryzające się w głąb lasu na wiele kilometrów. Wygląda to fantastycznie i żałuję, że tylko je przecinam, nie mogąc skręcić w którąś z nich i zobaczyć, dokąd mnie poniesie. Nie spotykam tam nikogo, niesamowita enklawa gracji i urody będąca... w zapomnieniu.

Wreszcie wyjeżdżam z cienia drzew i zmierzam do półmetku wycieczki. Zamku w Iłży jeszcze nie widać; zastanawiam się, czy nie przyjdzie mi jechać tam asfaltami. Na szczęście droga wiedzie przez pola i... przez chwilę jestem w najbardziej przygnębiającym miejscu, jakie mogę sobie wyobrazić. Płasko, a dookoła mnie jednostajne pola zboża. Żadnego drzewa, kilka smutnie majaczy na horyzoncie. Dziwne, dławiące od środka uczucie. Muszę się szybko stąd wyrwać, choć... udaje mi się i tu znaleźć jakiś pozytyw:

Na szczęście teren staje się łaskawszy, a ja dojeżdżam do clou wyprawy. Baszta przywołuje wiele uśpionych wspomnień, które gęsto przykrywa kurz wzbijający się spod opon.

Wjeżdżam na dziedziniec, który wydaje się być żywcem wyjęty z płótna niezłego, barokowego malarza. Delikatny szum i subtelny zapach opadających liści koi zmysły niczym najlepsza aromaterapia.

Oczywiście jak na każdym zamku, także i stąd rozpościera się piękny widok. Nogi same rozprostowują się na kameralnym dziedzińcu.

W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze kolejne, zapomniane leśne jezioro. Spotkać można tam tylko zabłąkanych wędkarzy, a przecież to wymarzone tereny na wypad "góralem". Ludzie z reguły mają jedną, dwie ulubione trasy, którymi jeżdżą latami nie wiedząc, co znajduje się po drugiej stronie góry, lasu, ulicy...

Na koniec powrót moją ulubioną wąskotorówką. Która zresztą wciąż jeździ, ale tylko do połowy trasy, bo rodakom przydało się kilka kilometrów szyn.

 

Drugiego dnia wypadało pojechać w prawdziwy teren, czyli w góry. Za cel wybrałem jeden z ostatnich, niepoznanych przeze mnie świętokrzyskich szlaków. Dzień zapowiadał się świetny. Pełna harmonia zieleni i błękitu, oraz mojego dobrego humoru. 2,2 calowe Continentale nieźle poradziły sobie z pierwszym podjazdem pod Dąbrówkę. Łańcuch smętnie brzdęknął i w końcowej fazie wspinaczki powędrował na największą koronkę tytanowej kasety. Na końcu nieodzowna nagroda, czyli niesamowita przestrzeń, zapach, uczucie wolności.

Po drodze mijam liczne skałki, wąwozy, wyrobiska. Szlak mnóstwo daje, ale i wiele wymaga. Jeden z zaskakująco technicznych zjazdów kończę z tyłkiem na tylnej oponie, wśród stukotu kamieni staczających się z góry.

W głowie mam jednak TO miejsce. Od dawna chciałem je zobaczyć; wiedzą o nim nieliczni. Miejsce jest strzeżone i patrolowane, jednak przy odrobinie chęci można się do niego dostać. Ba, trzeba. Jadę nieco po omacku, po prostu skręcam w las z drogi tam, gdzie akurat ścieżka najbardziej kusi. Nagle las traci barwę i wyraz, wszystko robi się szare. Liście pokryte są czymś, co przypomina opad radioaktywny po wybuchy bomby atomowej. Zastanawiające uczucie i dziwne zjawisko. Cóż, takie "uroki" pobliskiej kopalni. Muszę być niedaleko. Aż wreszcie jest! Wyjeżdżam na polanę. Kto by pomyślał, że za tymi kamieniami był cel mojej wycieczki. Wystarczyło wejść na górę. Niewiedza dodała jednak pikanterii całej wyprawie.

Ja szukam tu słynnego, szmaragdowego jeziora. Nagle, mym oczom ukazuje się taki oto widok:

Czyżby... wyschło? A może nigdy go nie było? W końcu turkusowe jezioro nie brzmi wiarygodnie. Objeżdżam jednak cały kamieniołom dookoła i nic. Zrezygnowany, podchodzę do jednego ze zboczy. Uśmiech kwitnie na twarzy, siadam na kamieniu i ów błogi stan utrzymuje się przez długie minuty. Zaklinam rzeczywistość, minuty stają się wiecznością.

Szmaragdowe jeziorko, czuję się jak zdobywca Graala, odkrywca piramid albo życia pozaziemskiego. Wrażenie jest niesamowite. Pędzę na dół, czując "pure MTB". Chłonę, patrzę, słyszę.

Woda jest krystalicznie czysta, wokół skałki i las. Wyobrażacie sobie XC w takim miejscu? Gdybym tylko wiedział wówczas, jaki single-track kryje przeciwległe zbocze. Dziś wiem, że dla niego muszę tam wrócić.

Magnetyzm tego miejsca daje znać o sobie mocniej, niż bym przypuszczał. Wracam tam szybko, jednak w nieco innym wydaniu...

 

Pamiętajcie o aktywnym odpoczynku od sezonu, ładujcie baterie. Odkrywajcie, szukajcie, bawcie się. Nie wiadomo, co kryje kolejna góra, następny zakręt. 

A my, mamy zimę. Wiecie, co z niej najbardziej lubię? Święta. Najfajniej jest wieczorami w lesie, gdy rodacy wspólnie kradną choinki. Słychać krzątaninę, piłowanie, zapach żywicy. A później ślady ciągniętego drzewka do każdego z pobliskich domostw. Po świętach śnieg mógłby topnieć, choć mojego psa, jak widać to nie martwi:

Tak nieskrępowanej radości sobie i Wam wszystkim życzę.

sobota, 27 lipca 2013
Panie Darwin!

Pamiętam, że kiedy byłem nieco młodszy, niż teraz jestem, w głowie miałem ciut więcej ideałów ale i nieskrępowanego szaleństwa, często myślałem, że jestem pierwszym człowiekiem na świecie, który nie umrze. W wieku nastu lat katafalk wydaje się być tak odległy, nierealny wręcz, że nikt normalny o nim nie myśli. W jakiś dziwny, ale i na swój sposób poukładany sposób sądziłem, że być może mój organizm ma jakąś genetyczną mutację, jest kolejnym ogniwem ewolucji, lub ciało będzie po prostu odporne na strzał z pistoletu. Być może jest to śmieszne, ale większość ludzi w pewnym momencie swego życia tak właśnie uważa. Niestety później łamiemy rękę, dopada nas choroba albo nożownik w ciemnym zaułku i zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele na tym świecie zależy od nas samych. A już na pewno nie długość życia. Dochodzimy wówczas do kolejnej furtki na etapie egzystencji. Zaczynamy uważać, że być może za x lat ludzkość wynajdzie cudowną pigułkę na starość, a my tego dożyjemy i jeszcze będzie nas na nią stać. No, w najgorszym wypadku możemy być darmowymi królikami doświadczalnymi. To tak jak z dentystą. Możesz pójść za darmo do praktykanta - studenta i liczyć się z tym, że wiertło nie zjedzie mu akurat na Twoje dziąsło (swoją drogą historia prawdziwa). 

Na starość zdajemy sobie sprawę, że jednak nie oszukamy kostuchy i staramy się oszukać samych siebie. Człowiek rozpaczliwie szuka kontaktu z drugą osobą, dziękuje za każdą kolejną minutę dnia. 

Podobne procesy zachodzą w naszej sferze emocjonalnej. Spójrzcie na rockowe kapele. Każda miała swoją najlepszą płytę, którą fani uważają za świętość. Offspring wydał niezapomniany album "Smash", Green day "Dookie", Dezerter "Ile % duszy". Muzycy byli wówczas młodzi, mieli po 20-cia kilka lat. Pewnie myśleli, że będą tak grali do końca życia. A my razem z nimi. Kolejne płyty przynosiły jednak rozczarowanie, lub niedosyt. Riff'y traciły swój pazur i zadziorność, jakby cały proces działał według specyficznego klucza.

Zresztą, my sami sądzimy, że do ostatniego tchu będziemy słuchać tego, co dziś. Bo to najlepsza muzyka na świecie. Z biegiem czasu nasz gust się zmienia, dźwięki robią się łagodniejsze, a zamiast mocnych, rockowych płyt, coraz częściej w odtwarzaczu ląduje jakiś "soft". Niektórzy mówią, że to dojrzewanie.

Rowerzyści nie są żadnym wyjątkiem. Często obserwuję swoistą tendencję do "ewoluowania" kolarzy górskich. Zaczyna się od rasowego sprzętu XC. Mamy siłę i chęci, kilometry uciekają jak szalone. Jeździmy, skaczemy, tuningujemy. Aż przychodzi czas zmian. Idziemy do pracy, płodzimy latorośl i okazuje się, że podjazdy nie idą już tak szybko, a ostatnio objechał nas facet, którego jeszcze rok temu "robiliśmy" na każdej trasie. 30 parę lat to już przecież słuszny wiek, swoje przeżyliśmy i dobrze wiemy, czego nam potrzeba. Kupujemy lekkiego full'a, względnie 29-cio calowca. Lycrę zamieniamy na luźne szorty, bidony na kufle z piwem. Na maratonach już nas nie widują, za to kilka razy w sezonie robimy typowe wyrypy enduro. Oczywiście w weekendy, bo na jazdę w dni powszednie czasu i chęci brak. 

W trzecim etapie full'e robią się cięższe, podobnie jak nasze brzuchy. Przypominamy sobie nas samych sprzed kilkunastu lat. Że zawsze będziemy crossowcami, że 100 kilometrowe wypady z kumplami będziemy powtarzali do końca życia, a radość z jazdy będzie wciąż taka sama. 

Czy to naturalna kolej rzeczy? Czy można jej przeciwdziałać? Czy trzeba?

Ktoś powie, że to ewolucja.

Ślepa, niczym bogini sprawiedliwości.

Wśród wszystkich moich znajomych jest jeden, może dwóch, którzy z tą samą werwą co niegdyś, przemierzają ścieżki rowerem. Nieważne, czy jeżdżą XC, Enduro, czy DH. Wciąż widzę u nich ten sam niegasnący entuzjazm. Są dokładnie w tym samym miejscu, w którym spotkałem ich 10 lat temu.

Ewolucja przychodzi naturalnie i łatwo. Daleko trudniej, ale i piękniej jest ewoluować na własnych zasadach.

Czyż nie?

sobota, 13 lipca 2013
Panta rei

KONKURS (info na dole wpisu). Galeria jest aktualizowana na bieżąco.

https://picasaweb.google.com/103858686030761699233/Konkurs

.....................................................................................................

 

Razu pewnego, studiując jeszcze, wybrałem się z rodzinnych Starachowic do Warszawy. Jako, iż wówczas z dworca kolejowego w moim mieście wyjechać gdziekolwiek można było jedynie nogami do przodu, postawiłem na autobus. Zatargałem torbę na peron, zasiadłem na ławce i pogrążyłem się w oczekiwaniu. Bazę PKS mamy w Starachowicach niewiele większą, jak w Pierdziszewie Górnym; może ze 4 stanowiska. Nawet nie zadaszone. Z ironicznym uśmieszkiem patrzyłem na kłębiący się tłum obok, usiłujący wedrzeć się do leciwego Autosana. Najpierw zgodnie z literą prawa, po okazaniu biletu, a następnie groźbą, wymuszeniem, szturchnięciem. Wariaci, pomyślałem i z błogością popatrzyłem na swoje stanowisko, gdzie dookoła nie było żywej duszy. Oprócz mnie i kurzu, oczywiście.

Z lekką irytacją bębniłem palcami w torbę w oczekiwaniu na pojazd, który za Chiny nie chciał, lub nie mógł się pojawić. Nagle coś mnie tknęło, oto już chciałem zerwać się z miejsca i sprawdzić tabliczkę autobusu stojącego obok, ale nogi przyrosły mi do tyłka i uniemożliwiły ten szaleńczy zryw. 

Wtem, Autosan stęknął, warknął, buchnął kłąb czarnej sadzy i wóz dostojnie opuścił plac, żegnając mnie wykrzywionymi twarzami przyciśniętymi do bocznych szyb.

Mniej więcej po 20 min. dalszego oczekiwania zdałem sobie sprawę, że mój autobus do Warszawy już nie przyjedzie, bo właśnie odjechał. Wziąłem więc torbę i poczłapałem do portierni, aby upewnić się w mym, nieciekawym, położeniu.

-Dzień dobry, kiedy przyjedzie autobus do Warszawy?

(gość, po otaksowaniu mnie wzrokiem osoby widzącej kosmitę) - Odjechał 20 min. temu. Ma Pan bilet?

- Tak.

-Echh, zadzwonię do kierowcy. (...) Janek, gdzie jesteś? Za Starachowicami? Wracaj, masz jednego pasażera na bazie.

Autobus zaraz przyjedzie. Pan idzie na dworzec i czeka.

-Dobrze, to ja pójdę na dworzec i będę czekał, rzuciłem przełykając ślinę.

-Tak tak, idź Pan i czekaj.

Po pewnym czasie, przy akompaniamencie piekielnego jęku i stęku, znajomy Autosan właśnie wtaczał się na przystanek. A witały mnie te same, wykrzywione twarze przyklejone do szyb z tą drobną różnicą, że teraz zdradzały oznaki niemiłosiernego wkurwienia. Każdy chciał dokładnie obejrzeć debila, który zawrócił autobus z trasy. W myślach układałem sobie piękną, wylewną przemowę, ale gdy tylko drzwi się otworzyły, wystarczył jeden rzut oka na niesympatyczne ryje i żwawo spierdoliłem na sam koniec autobka, do końca trasy starając się dokładnie wpasować w znaczenie słowa: mimetyzm.

(...)

Wracając z Warszawy siedziałem sobie wygodnie w kolejnym Autosanie ze starachowickiej floty, kiedy to kieroman zatrzymał się na jednym z przystanków. Do środka wszedł wymoczkowaty jegomość, rozejrzał się wkoło i pstanowił zasiąść na jedynym wolnym miejscu, tuż obok matki z dzieckiem.

-Przepraszam, ale to miejsce jest zajęte dla mojego męża, zaoponowała kobieta. Wsiądzie na następnym przystanku.

-No i co z tego, odburknął Pan X.

-Nic, po prostu proszę, aby wówczas mu Pan ustąpił.

-Zająłem to miejsce i będę tu siedział.

-Ale mąż jest duży i może być kłopot...

Z niecierpliwością czekałem na kolejny przystanek, a jak na złość autobus wlókł się w tempie ekspresu PKP. Na dodatek był korek i jak to mówią, gdy kierowca nas nie posuwał, wszyscy byliśmy zawiedzeni. Aż wreszcie stajemy, drzwi otwierają się z hukiem i do środka wchodzi chyba krewny Pudziana. Ja, nerwowo chichoczę i liczę, że gość jest nożownikiem albo urządzi chociaż widowiskową burdę. Rzut oka na wymoczka z początku opowieści, a ten jest już na nogach i zwalnia miejsce dla męża Pani z dzieckiem. Gdy wysiadam w Starachowicach, mimochodem słyszę jego rozmowę z ojcem: "A jak tam dzieciątko"?

To włazidup. Ale zdałem sobie wówczas sprawę, ze człowiek to taka istota, która za wszelką cenę chce dopasować się do aktualnych okoliczności. Czasem robi to naturalnie, niekiedy na siłę. Tylko, tak naprawdę, po co?

..................................................................................................

Nie tak dawno brutalnie dotarło do mnie, że nic nie trwa wiecznie. Panta rei. Czy młodość to wiek ciała? Nie, to stan umysłu. Od zawsze ciągnęło mnie do lasu. Jako, że lubię samotność, wielką sympatią darzę nocne jazdy. W ub. miesiącu kupiłem sobie Świetlny Zmiatacz Istot Żywych i postanowiłem odezwać się do kumpla. Spytałem, czy ma ochotę wybrać się na single-tracki w nocy. I wiecie co mi odpowiedział? Że "ochujałem". Bo on jeździł nocą, ale to było 10 lat temu. Teraz to już chyba nie wypada.

Patrzę na swoich znajomych i widzę, że większości nic się nie chce. Kiedyś potrafiliśmy przejechać razem grubo ponad 100 km., dziś na wspomnienie o 80-ciu większość puka się w czoło. Jeden bawi dzieci, drugi ogląda TdF w telewizji, trzeci jeździ na tenisa, a czwarty po prostu jest już zwyczajnie za gruby. Co do ch...a? A jak już jedziemy, to na browar i karkówkę z grilla. W zimie nikt nie wychyla nosa z domu, nikomu nic się nie chce. 30-letni starcy z umysłową indolencją. Z pełnej palety moich rowerowych znajomych, najtwardszych jest może 5%. Reszta przesiadła się na 20-kilowe fulle i na blat już nie zarzuca. Większości nie chce się  zmusić do wysiłku większego, niż otwarcie paczki chipsów.

Pewnego razu jadąc samochodem przez okolice Przasnysza pomyślałem sobie, że urodzić się bikerem w tym miejscu, to jak pójść do sklepu w Bronx-ie w ciuchach Ku Klux Klanu. Przejebane. Płasko, zero lasów i wszędzie ciężarówki żywcem wyjęte z filmu "Duel" Spielberga. Trzeba mieć niewyobrażalną motywację, aby tam trenować. Zadałem sobie wtedy pytanie, czy doceniamy to, co mamy. Weźmy takie mazowieckie piachy. Niby nudno, niby płasko, ale radość z jazdy można odkryć i tu. 

To ja w roku 2004 w Lesie Kabackim:

Do dziś potrafię znaleźć urok w jesiennym drzewie, zapachu palonych liści na łąkach i zwykłej, ubitej ścieżce. Wystarczy tylko chcieć.

A tak było nocą 2008 roku gdzieś w leśnej dziczy:

Miałem głowę pełną chęci i pomysłów, oraz nogi żądające tylko jednego: więcej.

Oto okolice Tarczyna. Znów płasko i nieciekawie a jednak coś sprawia, że wracam tam co roku z uśmiechem na twarzy.

Choć bywa i tak:

Doskonale pamiętam, iż wówczas choćbym chciał, nie znalazłbym tam niczego pozytywnego. I niech to zdjęcie będzie przestrogą dla nas wszystkich, którzy narzekamy, że nie mamy gdzie jeździć. Cieszmy się z tego co mamy, a zadowolenie będzie rosło proporcjonalnie do obwodu łydki. Ludzkość opanowała niemal wszystkie zakątki globu. Żyjemy w najbardziej niesprzyjających do tego miejscach, jak na przykład ja: w Warszawie. I do cholery przestańmy narzekać, bo skończymy z frytkami na tacy gdzieś w przydrożnym McDonald'zie.

Na koniec mały konkurs. Czekam na Wasze zdjęcia (punkxtr@gmail.com). Tematyka jak na ostatniej fotce, czyli najgorszy, demotywujący syf, w jakim przyszło Wam jeździć. Na koniec wybierzemy zwycięzcę, który zostanie uhonorowany aminokwasami Synergy o wartości 280 zł.: http://natura.abc24.pl/?kat=60493&pro=572617

Pokrywam koszt transportu nagrody na terenie Polski.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5